czwartek, 22 lipca 2010

Stephen King „To”, czyli studium ludzkiego zła

(Tekst tylko dla ludzi nieskorych do obrażania się, gdyż jest to całkiem nietypowa i może trochę zbyt odważna recenzja)

Postanowiłam opisać tę powieść nie dlatego, że jest najlepsza w dorobku Kinga, bo wcale tak nie jest (ten autor ma na swoim koncie parę lepszych pozycji), ale z uwagi na to, że jest cholernie pouczająca, choć wiele osób tego nie zauważa. Ilekroć czytam recenzje innych czytelników o powieści zatytułowanej „To” to spotykam się z opiniami, że głównym atutem tej książki jest niezwykła zdolność autora do przeniesienia czytelnika w świat dzieciństwa – w świat wielkiej przyjaźni, magii, beztroski, wspaniałych przygód, ale także w świat irracjonalnych oraz racjonalnych lęków, koszmarów i bezsilności. I rzeczywiście King opisuje nam tutaj dzieciństwo w całej jego okazałości, robiąc to w tak bardzo sugestywny sposób, że siłą rzeczy przenosimy się do tego okresu naszego życia, który bądź co bądź jest dla każdego człowieka najlepszym czasem podczas całej jego egzystencji.

Ale gdyby mnie zapytać, co najbardziej rzuca się w oczy podczas czytania tej powieści to wcale nie twierdziłabym, że głównym zamysłem autora było przytoczenie nam tych niezwykłych czasów młodzieńczych. Tutaj, moim zdaniem, nawet tytułowe To (występujące głównie pod postacią krwiożerczego klauna) nie odgrywa kluczowej roli. Ja upieram się przy twierdzeniu, że King chciał nam przede wszystkim uświadomić, jakie problemy mają miejsce na tym świecie od zawsze. Mimo tego, że książka została pierwszy raz wydana w 1986 roku to problemy w niej poruszane są aktualne nadal i pewnie będą aktualne jeszcze przez bardzo długi czas. To nie jest moja nadinterpretacja. Nie staram się na siłę szukać w tej powieści jakiś przesłań, ponieważ szczerze mówiąc nie trzeba ich szukać – King dobitnie nam je wykłada, rzucając prawdę o naturze ludzkiej prosto w twarz czytelnika, ale przy okazji zachowując neutralność – nie opowiada się po żadnej ze stron, nie potępia zachowania swoich bohaterów i nie narzuca nam swojego zdania. Wszystko to pozostawia czytelnikowi do jego indywidualnej oceny, a co on z tym zrobi i czy wyciągnie z tego jakieś wnioski to już tylko i wyłącznie jego prywatna sprawa.


Ale do rzeczy. Jakie problemy społeczne porusza powieść „To”? Otóż, na początek rasizm. King z właściwą sobie dokładnością i malowniczością, w subtelny sposób daje nam do zrozumienia, że czarnoskórzy obywatele są szkalowani przez rasę białą tylko dlatego, że mają ciemny kolor skóry. Innych powodów nie ma, co raczej jest cechą charakterystyczną wszystkich rasistów tego świata – prześladują Murzynów, dlatego że są Murzynami. Ma to sens? Ja uważam, że nie, dlatego im bardziej zapoznaję się z ideologią rasistów, tym bardziej wstydzę się tego, że jestem biała. King podobnie przedstawia nam problem homofonii. I tutaj podobnie jak w przypadku rasizmu – homoseksualiści są nękani za to, że są homo. Chcecie inne powody? Nie ma ich w realnym życiu (posłuchajcie, co mają do powiedzenia na ten temat polscy księża, czy choćby PiS), więc nie ma co szukać ich w tej powieści. To samo Stephen King mówi o Antysemityzmie. Żydzi są źli, bo są Żydami. Jak głębiej się nad tym zastanowić to, aż rzygać się chce na takie idiotyczne zachowania ludzkie. Ale tak jest codziennie na całym świecie, więc nie ma co winić Kinga za to, że nie dostarcza większej ilości powodów takich bezsensownych przekonań ludzi. Do tej listy można jeszcze dodać znieczulicę społeczną, znęcanie się rodziców nad swoimi dziećmi, czy mężów nad żonami. Piętnowanie ludzi, dlatego, że są grubi, jąkają się, czy noszą okulary.

Ta powieść jest wprost naszpikowana tymi wszystkimi prostymi prawdami życiowymi, z którymi mamy przecież do czynienia na co dzień, tylko trzeba postarać się je wychwycić , a z tym jest już niestety gorzej. Otóż, przeciwnicy Kinga twierdzą, że pisze on powieści mało ambitne, ot zwyczajne horrory dla debilnych nastolatków, którzy z braku lepszego zajęcia nabijają sobie głowy głupotami. Ale jeśli ta powieść nie może zaliczyć się do literatury ambitnej to już nie wiem, jaka się do niej wlicza. Ta książka uczy, bawi i wzrusza. Nie sposób jest przejść obok niej obojętnie i wątpię, żeby ktokolwiek, kto ją przeczytał nie zaczął zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę dzieje się na tym świecie. Wątpię, żeby ktokolwiek nie postawił sobie pytania: Dlaczego? Dlaczego ludzie są tak okrutni dla siebie nawzajem? Dlaczego to my rządzimy tym światem, skoro nawet „szczur zarażony syfilisem” jest od nas mądrzejszy? King w tej powieści stawia nam właśnie takie pytania, ale robi to między wierszami, więc wątpię żeby wielu czytelników to zauważyło.


Książka pt. „To” jest barwną opowieścią o dzieciństwie i wielkiej przyjaźni, o trudach dorastania, ale przede wszystkim o głupocie ludzkiej. To długa lektura pełna sporych opisów, które czasami mogą nudzić, ale naprawdę warto przez nie przebrnąć, choćby po to, żeby dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy:) Podczas czytania tej opowieści czytelnik nie raz będzie płakał, śmiał się, a już na pewno bał. Będzie bał się klauna zdolnego przemieniać się w najbardziej przerażające monstra wyjęte wprost z naszych najgorszych koszmarów, który tak naprawdę jest niczym innym jak zwyczajnym złem, którym przeżarty jest każdy człowiek chodzący po tej planecie. Z morderczym klaunem może identyfikować się każdy z nas, gdyż w rzeczywistości, w głębi duszy każdy człowiek zdolny jest do tak potwornych czynów, jakie popełnia w tej powieści demoniczne To. Smutne, ale prawdziwe…

niedziela, 11 lipca 2010

„Czwarty stopień” (2009) – thriller dający do myślenia

Doktor Abbey Tyler po tajemniczej śmierci męża postanawia kontynuować jego badania psychiatryczne na pacjentach z Alaski. Wkrótce odkrywa, że każdy z nich cierpi na zaburzenia snu, a podczas bezsennych nocy widzi sowę w swoim oknie. Abbey postanawia wprowadzić niektórych pacjentów w hipnozę, aby dowiedzieć się, czegoś konkretniejszego o dziwnej sowie. Wtedy odkrywa, że ludzie ci zostali kiedyś uprowadzeni przez kosmitów, które za kolejny cel obrały sobie panią doktor.

„Czwarty stopień” jest thrillerem science fiction stylizowanym na film obrazujący prawdziwe wydarzenia. Materiały pseudo archiwalne są tutaj splatane z fabułą W dodatku początkowa wypowiedź Milly Jovovich daje jasno do zrozumienia, że mamy do czynienia z filmem opartym na faktach – podobnie jest z końcowymi informacjami wyświetlonymi na ekranie. Ale to oczywiście wszystko pic na wodę, zwykły zabieg mający na celu oszukać widza. Wielu pewnie uzna to za atut, ale ja mam zgoła inny stosunek do takich tanich chwytów. Po prostu nienawidzę, kiedy filmowcy w tak bezczelny sposób próbują mnie zbajerować. Ale to moje osobiste odczucia, natomiast każdy może to odebrać w inny sposób. Moim zdaniem filmowcy starali się na wszystkie możliwe sposoby przekonać widzów, że kosmici naprawdę istnieją. Cóż, na pewno wielu zmusili do myślenia, ale mnie nie. I nie dlatego, że film był zły, bo wręcz przeciwnie – to kawał świetnego kina – ale z tego prostego powodu, że ja jestem typem cynicznej racjonalistki, wierzę tylko w to co widzę w rzeczywistości.

Co się zaś tyczy samego filmu to muszę przyznać, że jest on niezwykle wciągający, intrygujący i niebanalny. Fabuła jest naprawdę bardzo oryginalna i często zaskakuje w jak najbardziej pozytywnym sensie. To fakt, że nastrój dosyć często kuleje, ale z uwagi na to, że mamy tutaj do czynienia z thrillerem to raczej żadne zaskoczenie. Ale mimo tego, wielu widzów może wprawić w lekki niepokój, właśnie przez realność oraz wrażenie, że to rzeczywiście mogło wydarzyć się naprawdę. Co do głównej roli, którą odgrywa tutaj Milla Jovovich to nie wypowiem się na ten temat, ponieważ mogę być nieobiektywna, z uwagi na to, że nienawidzę tej aktorki, jak chyba żadnej innej. Zakończenie raczej nie jest zbytnio zaskakujące, ale wydaje mi się, że nikogo nie powinno zawieść – nie ma happy endu w ścisłym tego słowa znaczeniu, a to chyba najważniejsze.

Myślę, że wielbiciele filmów grozy powinni jak najszybciej zapoznać się z tą pozycją, ponieważ jest ona swoistym powiewem świeżości w tym gatunku, który, co tu dużo gadać, ostatnio przeżywa lekki kryzys. Kto nie widział, niech lepiej szybko nadrabia zaległości, bo mimo tego, że nie był rozsławiony w Polsce to bije na głowę wszystkie te rozreklamowane gnioty, jakich pełno ostatnio.

Ps. Dziękuję Gosi za umieszczenie notki na swoim blogu (Horrorsfan), która to skłoniła mnie do obejrzenia tego filmu.

piątek, 9 lipca 2010

„Wzgórza mają oczy” (1977) – kultowe dzieło Wesa Cravena

Rodzina Carterów wybrała się w podróż, której celem ma być Kalifornia. Pośród kompletnego pustkowia mają wypadek, w wyniku którego psuje im się samochód. Wkrótce okazuje się, że to z pozoru niezamieszkane miejsce jest terenem polowań rodziny kanibali, a Carterowie mają być ich kolejnym posiłkiem.

„Wzgórza mają oczy” Wesa Cravena to odpowiedź na głośną „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Toba Hoopera z 1974 roku. I muszę powiedzieć, że Craven swoim filmem całkowicie przebił dzieło Hoopera. Wiem, że wielu twierdzi, że oryginał „TCM” jest lepszy, ale ja mam kompletnie odmienne zdanie na ten temat. Horror Hoopera jest zlepkiem niedorzeczności i głupoty bohaterów, czego oczywiście w żadnym razie nie można powiedzieć o remaku. Tymczasem produkcja Cravena, choć nie jest filmem wysokich lotów to przynajmniej nie razi w oczy licznymi błędami logicznymi. Bohaterowie tego dzieła nie biegają w kółko bez celu i nie pchają się na siłę w łapy morderców – co niestety miało miejsce w oryginale „TCM”.

Z kolei porównując oryginał filmu „Wzgórza mają oczy” do remaku, to niestety ten pierwszy pozostaje w tyle we wszystkich aspektach. Fabuła jest bardzo podobna w obu tych produkcjach, ale niewielkie zmiany poczynione w remaku przebiły zdecydowanie fabułę oryginału. Tutaj grupka kanibali nie jest zdeformowana, nie zabija w akcie zemsty za próbne wybuchy nuklearne – co już odebrało większość smaczku temu filmowi. Właśnie to najbardziej podobało mi się w remaku – fakt, że potworki można było zrozumieć i nawet im współczuć. A tutaj? Wierzcie mi, w tym przypadku oprawcy nie zasługują na żadną litość. Krwawych scen nie ma za wiele, a i aktorstwo leży na wszystkich płaszczyznach – ale to akurat normalne w starych horrorach, więc można spokojnie przymknąć na to oko. Na duży plus zasługuje natomiast nastrój – ciężki, duszący, wręcz klaustrofobiczny – atmosfera stopniowana po mistrzowsku. I ten fakt przede wszystkim sprawia, że film „Wzgórza mają oczy” Cravena wybija się ponad przeciętność. Zakończenie mniej mi się podobało niż w remaku, ale cudów też się nie spodziewałam. Wygląd kanibali też pozostawia wiele do życzenia – nie są oni zdeformowani, co już wywołuje mniejsze obrzydzenie na ich widok. A na dodatek ich amatorski sposób działania połączony z ich wrodzoną głupotą zamiast przerażać miejscami wręcz śmieszy.

Jednak w ogólnym rozrachunku, muszę powiedzieć, że film ten ogląda się całkiem znośnie. Jest zupełnie pozbawiony kiczu, tak charakterystycznego dla starych horrorów. Groteski tez w nim nie znajdziemy, co tylko potęguje atmosferę grozy, która wręcz wylewa się z ekranu. Myślę, że tę pozycję każdy wielbiciel horroru powinien siłą rzeczy znać, gdyż jest to kino kultowe - dzieło Cravena jest produkcją, która jako jedna z pierwszych zapoczątkowała modę na dzisiejsze survivale z kanibalami w rolach głównych. Więc jak najbardziej polecam.

czwartek, 8 lipca 2010

„Wyspa tajemnic” (2010) – ani dobry, ani zły

Szeryf federalny Teddy Daniels wraz z partnerem przybywają na wyspę do ośrodka psychiatrycznego dla niebezpiecznych przestępców, aby wyjaśnić tajemnicze zniknięcie jednej z pacjentek. Śledztwo coraz bardziej się zapętla, a to co wydawało się jasne na początku z każdą chwilą się komplikuje.

Film głośny jak cholera. Ludzie oszaleli na jego punkcie, a liczne reklamy tylko dodatkowo potęgowały to ogólne szaleństwo. Dlatego między innymi tak długo zwlekałam z obejrzeniem tej produkcji. Nie lubię filmów rozreklamowanych, więc oglądam je tylko wtedy, gdy nie mam niczego innego pod ręką. I odkładam tę „przyjemność” tak długo, jak tylko się da. Ale szczerze mówiąc mogłam obejrzeć „Wyspę tajemnic” o wiele wcześniej, bo ku mojemu niezmiernemu zaskoczeniu nie była taka zła. Nie mówię, że jest to jakaś genialna pozycja, nie jest nawet dobra (przynajmniej moim zdaniem), ale do tragicznych także nie należy. Mam ambiwalentny stosunek do tego filmu, ponieważ moje odczucia względem niego utrzymują się na średnim poziomie. Z jednej strony mamy doskonałe aktorstwo, profesjonalną realizację, oryginalny scenariusz, nastrojową muzykę i kontrowersyjne zakończenie. Ale z drugiej strony mamy produkcję rozwleczoną tak bardzo, iż przez większą część seansu nie dzieje się nic godnego uwagi, co trochę męczy, a już na pewno zanudza.

Jeśli chodzi o obsadę to byłam absolutnie zadowolona z obecności w tym filmie Leonarda DiCaprio – możecie mówić, że zachowuję się jak tępa nastolatka, ale ten aktor zawsze mi się podobał ze względu na jego talent i oczywiście wygląd:) Nastrój też chwilami daje radę, ale do najwspanialszych nie należy. Tymczasem zakończenie to chyba największy atut tej produkcji. Szczerze mówiąc można go interpretować na dwa sposoby, przez co zdania widzów są podzielone. I dobrze, bo takie zmuszające do dyskusji momenty w filmach, jak najbardziej mnie zadowalają. Dodam, że ja też opowiedziałam się po jednej ze stron tego sporu, ale nie zdradzę tutaj, jak ja rozumiem zakończenie:) Sporo osób twierdzi, że „Wyspa tajemnic” jest kinem ambitnym, zmuszającym do myślenia i niezwykle skomplikowanym, ale ja nie podzielam tego zdanie. Scenariusz jest niebanalny, wręcz niepowtarzalny, ale czy tak bardzo trudny do skumania? Dla mnie nie, ale każdy musi to ocenić sam.

Podsumowując, jeśli ktoś ma trochę czasu i nie boi się, że przez większą część filmu skazany będzie na nudę to niech zaryzykuje, bo chyba warto trochę pocierpieć dla takiego zakończenia oraz wszystkich plusów wymienionych przeze mnie. Nie ma czym się podniecać, ale nie ma też potrzeby mieszać tego filmu z błotem.

„Kandydat” (2004) – znakomite dzieło o praniu mózgu

Raymond Shaw po powrocie z wojny zostaje odznaczony za uratowanie przed śmiercią kolegów z oddziału. Jako bohater narodowy ma ogromne szanse zostać wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, na którą to funkcję kandyduje. Jednak jego dowódca z wojska, Ben Marco, zaczyna miewać sny, które wskazują, że Shaw nie jest żadnym bohaterem. Niedługo orientuje się, że cały jego oddział wraz z nim został poddany praniu mózgu, a fałszywe wspomnienia, które im wszczepiono miały pomóc Shawowi w objęciu ważnego politycznego stanowiska. Marco postanawia dowiedzieć się, kto za tym stoi, ale sprawa nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać, ponieważ żołnierze nadal mogą być sterowani przez swoich oprawców.

O tym filmie dowiedziałam się w dość nietypowy sposób. Najpierw przeczytałam książkę Deana Koontza pt. „Fałszywa pamięć”, w której to pisarz wspomina o powieści Richarda Condona zatytułowanej „Mandżurski kandydat”. Co więcej Koontza swoje dzieło w dość dużym stopniu oparł na tej pozycji, ale wspomniał także, że nakręcono film na jej podstawie. Z uwagi na to, że „Fałszywa pamięć” była świetną książką postanowiłam zapoznać się z ekranizacją „Mandżurskiego kandydata” z roku 1962 i wtedy odkryłam, że powstał remake tego filmu, więc zdecydowałam, że nowa wersja będzie dla mnie bardziej przystępniejsza.

Tak, więc obejrzałam thriller pt. „Kandydat” i… byłam pod wrażeniem. Ten film można przedstawić tylko w samych superlatywach, inaczej się po prostu nie da. Od początku do końca trzyma w napięciu, mimo tego, że trwa ponad dwie godziny. Tematyka prania mózgu jest tutaj ukazana w bardzo tragiczny sposób. Pomyślmy tylko: mamy żołnierzy, którzy dobrowolnie ryzykują życie dla kraju, a jacyś szaleńcy odbierają im własną tożsamość. Grzebią w ich głowach usuwając niektóre wspomnienia, a inne fałszywe dodając. Na domiar złego robią z nich osobistych robotów, gotowych na wykonanie każdego ich żądania, łącznie z morderstwem. Poza tym ci bezwzględni ludzie starają się umieścić na stanowisku wiceprezydenta USA jednego ze swoich robotów, co siłą rzeczy miałoby katastrofalne skutki dla narodu. Wszystko to jest tak bardzo przerażające z tego względu, że możliwe w realnym życiu, to mogło mieć miejsce w rzeczywistości, a film nie pozwala widzowi zapomnieć o tej strasznej ewentualności.

W roli głównej Danzel Waschington, jak zwykle profesjonalny. Poza tym mamy tu też takie gwiazdy, jak Meryl Streep, czy Liev Schreiber, więc na amatorskie wykonanie nie ma co liczyć:) Jest jeden minus, a mianowicie zakończenie, które niestety nie oferuje nam żadnej bomby, nie zwala z fotela, a nawet lekko rozczarowuje. Poza tym wielu może zniechęcić pierwsza połowa filmu, ze względu na to, że niewiele się wtedy dzieje, ale ja osobiście nie mam zastrzeżeń, ponieważ nie nudziłam się ani przez chwilę i podobało mi się takie powolne wchodzenie w akcję – znakomicie potęgowało atmosferę, było przedsionkiem do tego, co miało stać się później. Fabuła jest w tak dużym stopniu niebanalna, oryginalna i wciągająca, że nikt nie może powiedzieć, że wszystko to już widział w innych tego typu produkcjach. Ten obraz jest genialny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Chwilami trochę skomplikowany, co tylko przyciąga uwagę widza, zmuszając go do uważnego oglądania i myślenia przez cały seans. Raczej dla nikogo nie powinien być niezrozumiały, jeśli tylko podejdzie do niego poważnie i skupi się nad wydarzeniami oglądanymi na ekranie.

Jeśli ktoś interesuje się tematyką prania mózgu oraz szuka jakiegoś oryginalnego thrillera, którego nie można umieścić w żadnych ramach, pozbawionego schematyczności i przewidywalności to może śmiało sięgnąć po „Kandydata”. Widzom, którzy nie przepadają za ambitnym kinem grozy stanowczo odradzam.

środa, 7 lipca 2010

„Uczeń szatana” (1998), czyli opowieść o chorej fascynacji

Todd Bowden to nastolatek, który obsesyjnie interesuje się drugą wojną światową. Kiedy odkrywa, że w jego sąsiedztwie mieszka były, poszukiwany przez władze nazista zmusza staruszka, aby opowiedział mu ze szczegółami o tym, co działo się na wojnie. Mężczyzna nie mając innego wyjścia zgadza się na żądania chłopca, ale tym samym rozpoczyna swoją własną grę z nastolatkiem.

Film na podstawie opowiadania Stephena Kinga. Przyznam się bez bicia, że prozy nie czytałam, więc nie będzie żadnych porównań. Szczerze mówiąc nienawidzę filmów traktujących o wojnach z tego względu, że moje pacyfistyczne przekonania są silniejsze niż ciekawość na temat tego, co działo się podczas wojen i zwyczajnie nie mogę słuchać o tak wielkiej głupocie ludzkiej (wiem, jestem naiwna, ale jednak wolę żyć w słodkiej niewiedzy). Właśnie przede wszystkim dlatego film mnie nie zachwycił. Poza tym dwaj główni bohaterowie nie mieli moim zdaniem żadnych pozytywnych cech – nie można było polubić żadnego z nich, przez co identyfikacja z którymś z nich nie mogła być w moim przypadku w ogóle możliwa. Chociaż aktorzy odegrali znakomicie swoje role, a wśród nich znalazły się takie gwiazdy, jak np. Joshua Jackson, czy David Schwimmer, to po prostu żaden z bohaterów nie przypadł mi do gustu, na tyle, aby się z nim utożsamiać. Dodajmy do tego straszną monotonność – momenty, w których nic się nie działo zostały niemiłosiernie rozwleczone. Poza tym akcja także została ukazana w niesamowicie estetyczny sposób, co potęgowała dodatkowo muzyka. Nie mogę powiedzieć, że film jest tak do końca zły, bo to absolutna nieprawda. Powiem nawet, że jest cholernie ambitny. Dlaczego? Otóż, „Uczeń szatana” jest obrazem czysto psychologicznym, pozwalającym widzowi wniknąć w głąb chorych umysłów ludzi zafascynowanych zbrodnią.

Jeśli ktoś interesuje się taką tematyką to ten film będzie dla niego prawdziwą ucztą. Ja choć lubię psychologiczne produkcje nie potrafiłam wczuć się w ten obraz. Mnie nie przekonał, ale jestem pewna, że wielu widzów zachwyci.

poniedziałek, 5 lipca 2010

„Lake Mungo” (2008) – jeden z lepszych pseudo paradokumentów

Alice Palmer jest szesnastoletnią dziewczyną, która pewnego dnia tonie w jeziorze Mungo. Wkrótce po tym jej najbliżsi zaczynają odczuwać jakąś obecność w rodzinnym domu. Brat Alice postanawia ustawić kamery w domu w nadziei na uchwycenie czegoś, co wyjaśniłoby tajemnicze stuki dobywające się z korytarza i pokoju Alice. Istotnie, nagrania z kamer rejestrują sylwetkę łudząco podobną do zmarłej dziewczyny – podobnie rzecz ma się ze zdjęciami. Ale to nie koniec problemów, ponieważ okazuje się, że Alice skrywała pewne tajemnice, które jej rodzina postanawia wyjaśnić.

Film jest połączeniem dokumentu z tzw. „kręceniem z ręki”. Ciężko jest mi go ocenić, bo jak wszystkim wiadomo nie lubię większości horrorów nastrojowych, a już na pewno nie w takim wydaniu. Tylko, ze wydaje mi się, iż w tym przypadku te całe zabiegi z nowatorską pracą kamery zdały egzamin i na chwilę oszukały mnie, sprawiając, że miałam wrażenie, iż oglądam prawdziwy dokument. A o to chyba przede wszystkim chodziło reżyserowi. Wielu porównuje ten obraz do „Blair Witch Project”, czy „Paranormal Activity”, ale moim zdaniem stawianie tamtych gniotów obok „Lake Mungo” jest zupełnie nietrafione. Tutaj (mimo tego, że oglądałam to w środku dnia) udało mi się wychwycić nastrój i powolne, z każdą chwilą coraz bardziej nabierające tempa stopniowanie atmosfery. Nie wiem, co się stało, że taki podrzędny, do tego mało oryginalny horror wbił mnie w fotel, ale istotnie coś w nim było, coś co może nie przerażało, ale na pewno wywoływało lekki niepokój. Doszło nawet do tego, że w momentach kulminacji nastroju modliłam się, żeby nic nagle nie wyskoczyło znikąd (jak to często bywa w horrorach nastrojowych), bo w takim wypadku na pewno poskoczyłabym w fotelu. Ale ten obraz nie oferuje nam takich tanich zabiegów i w gruncie rzeczy działa to raczej na jego niekorzyść – właśnie te oklepane chwyty były tutaj potrzebne, aby zamienić niepokój w przerażenie, choćby tylko chwilowe.

Wielu może się nie spodobać ten film, ponieważ ma on formę wywiadu. Akcja, która i tak jest baaardzo powolna, na dodatek przerywana jest wstawkami, w której bohaterowie gadają do kamery o rzeczach mało interesujących. „Kręcenie z ręki” rejestrowane jest głównie z kamery telefonu komórkowego, przez co obraz jest ziarnisty i mało widoczny. Ale mimo tego rzeczy paranormalne są doskonale ukazywane za pomocą zbliżeń – na pewno nikt nie przegapi ducha:)

Nie wiem, czy mogę komukolwiek polecić ten film, bo w gruncie rzeczy jest on mało oryginalny – teraz mamy mnóstwo Ghost Stories bazujących na zasadach identycznych, co w „Lake Mungo”. Poza tym film może nudzić, ponieważ przez większą część seansu niewiele się dzieje, a akcja ślimaczy się niemiłosiernie. Nawet zakończenie nie oferuje nam żadnej rewelacji. Mnie się podobał, ale może miałam dobry dzień na takie produkcje:) Jeśli ktoś lubi takie opowieści to może śmiało sięgnąć po tę pozycję.

„Żmije” (2008) – kolejny nieudany Animal Attack

Podczas próby kradzieży z wojskowego laboratorium uciekają genetycznie zmutowane żmije. Wkrótce docierają one do małego miasteczka, zabijając każdego, kto stanie im na drodze. Garstka ocalałych uwięziona w mieście zaczyna walkę o przetrwanie. Ludzie muszą zmierzyć się nie tylko z krwiożerczymi żmijami, ale także z rządem, który odpowiada za stworzenie tych bestii.

Z Animal Attackami jest tak, że albo powstają kompletne gnioty, albo filmy przełomowe wręcz kultowe. Niestety w tym przypadku mamy do czynienia z tą pierwszą ewentualnością. Zresztą wiele nie oczekiwałam od tej produkcji ze względu na to, że oglądałam ją wczoraj na TVP2, a jak wiadomo nasza kochana telewizja publiczna zdecydowała się wyświetlać tylko te Animal Attacki, które nie mają sobą nic do zaoferowania, oprócz rzecz jasna głupoty. Miałam nadzieję, że film choć trochę uratuje Tara Reid, której grę aktorską bardzo lubię, ale niestety mimo tego, że miała interesującą rolę do odegrania i wywiązała się z tego zadania całkiem znośnie to i tak nie udało jej się podnieść morale tej produkcji.

Co mnie najbardziej zdenerwowało w tym filmie? Na początek tytułowe żmije, które z autentycznym wyglądem nie miały nic wspólnego („wspaniałe” efekty specjalne), nie wspominając już o ich modus operandi. Mieszkam w miasteczku, w którym jest całe mnóstwo żmij zygzakowatych, więc coś niecoś o nich wiem. Dodam, że zarówno żmije, jak i węże bardzo mi się podobają i między innymi dlatego właśnie lubię od czasu do czasu obejrzeć je sobie na ekranie. Ale tutaj nie było czego podziwiać. Rozumiem, że to genetycznie zmutowane osobniki, ale żeby od razu pożerały całego człowieka, zostawiając po nim tylko biżuterię? To już lekka przesada. Dodajmy do tego jeszcze parę rażących błędów logicznych. Wspomnę o jednym, który nieźle mnie rozśmieszył. W jednej z pierwszych scen filmu jakaś parka zakochanych wchodzi do namiotu , który na zewnątrz sięga im mniej więcej do pasa, ale gdy już są w środku mogą swobodnie się wyprostować (skojarzenie z magicznymi namiotami z Harry’ego Pottera nasunęło mi się automatycznie). Oczywiście tutaj mamy o wiele więcej takich śmiesznych incydentów, które skutecznie zrobiły z tego filmu nieprzeciętną komedię:)

Jak na Animal Attack film ma parę krwawych scen (w końcu ludzie pożerani są w całości), ale raczej nie zasługują one na większą uwagę. Głupota bohaterów powala – aż się dziwię, że ze swoim ilorazem inteligencji nie zginęli od razu, na początku filmu. Aż chwilami dopingowałam żmiją, bo wydawało mi się, że tylko one miały w głowie choć trochę rozumu – świetna reklama dla homo sapiens:) Nastroju grozy nie ma w ogóle. Pierwsza połowa filmu to dużo bezsensownego gadania, a mało jakiejkolwiek akcji. Ale druga część wcale nie jest lepsza, bo mimo tego, że coś zaczyna się dziać to i tak nie jest to nic nowego, w porównaniu z tym, co już widzieliśmy w innych tego typu produkcjach. Mimo wszystko film ten zbytnio mnie nie znudził, ponieważ mogłam się chociaż trochę pośmiać, więc w ogólnym rozrachunku raczej nie żałuję, że go obejrzałam.

Nie wiem, czy wypada polecić komuś film pt. „Żmije”. Może tylko tym osobom, którzy lubią czasem pośmiać się na horrorze lub do tego stopnia znają się na Animal Attackach, że potrafię przymknąć oko na ich wszystkie niedorzeczności. Odradzam osobom, którzy nie mają cierpliwości i dystansu do tego podgatunku.

niedziela, 4 lipca 2010

„Życie za śmierć” (2005), czyli film z mocnym klimatem

Adele wraz z córką Sarah wybiera się na wakacje do pasterskiego domku ojca małej. Wkrótce po przyjeździe dziewczynka ginie w tragicznych okolicznościach. Zrozpaczeni rodzice przekonani o tym, że ich córka żyje postanawiają ją odnaleźć. Ojciec decyduje się na poszukiwania wraz z miejscową grupą ratunkową. Natomiast matka sięga po niekonwencjonalne metody – zaczyna zgłębiać mitologię walijską, wierząc, że Sarah przebywa w zaświatach i tylko ona może ją przywrócić do życia. Wkrótce w ich domu pojawia się mała dziewczynka, która twierdzi, że nie żyje od 60 lat i wróciła z miejsca, w którym przebywa obecnie Sarah. Matka, aby odzyskać córkę decyduje się na najwyższe poświęcenie…

Nie spodziewałam się, czegoś takiego. Naprawdę byłam pewna, że będę miała do czynienia z kolejnym nudnawym filmem grozy, który nie zaskoczy mnie absolutnie niczym. Ale pomyliłam się. „Życie za śmierć” nacechowany jest ciężkim, mrożącym krew w żyłach klimatem grozy, który przywiódł mi na myśl atmosferę amerykańskiej wersji „The Ring”. Natomiast fabuła miejscami nasuwała skojarzenia z „Silent Hill”. I muszę powiedzieć, że ten swoisty mix tych doskonale znanych publice horrorów wypadł idealnie. Nie lubię kopii innych filmów, ale w tym przypadku taki zabieg zdał egzamin, oferując nam coś starego, przerobionego w taki sposób, że miało się wrażenie, iż ogląda się coś niezwykle oryginalnego, w tych czasach zupełnie niespotykanego w filmowych horrorze. Fabuła jest odrobinę zagmatwana, dlatego tę pozycję należy oglądać z wielkim skupieniem, aby móc zrozumieć zakończenie. No właśnie finał, może niejednemu widzowi nastręczyć trochę trudności, ponieważ na pierwszy rzut oka jest kompletnie niezrozumiały i pozbawiony większego sensu. Jednak jeśli poświęci się chwilkę na przeanalizowanie całości obrazu to na pewno zrozumie się, o co w nim chodzi. Zakończenie jest do tego stopnia niebanalne i zagmatwane, że siłą rzeczy zmusza do myślenia, ale naprawdę posiada sens tylko trzeba go dojrzeć. Mnie osobiście finał bardzo się podobał – lubię takie niedopowiedzenia w zakończeniu, które każą trochę pomyśleć.

Obsada profesjonalna, jeśli chodzi o dwie główne role. Sean Bean to stary wyjadacz, więc amatorszczyzny od niego nie można wymagać, ponieważ doskonale zna się na swojej robocie. Zaskoczyła mnie natomiast Maria Bello, naprawdę nie spodziewałam się z jej strony takiej profeski. Tą rolą udowodniła, że swoją osobą nie oferuje tylko ładnej buzi, ale także niebywały talent aktorski – do horrorów nadaje się idealnie. Podobała mi się też sceneria. Piękne pejzaże błękitnego morza, skał i zielonych pastwisk. Oczu nie można było oderwać od tych zachwycających widoczków.

„Życie za śmierć” jest doskonałym przykładem na to, że nawet efekty specjalne mogą zdać egzamin w horrorze – trzeba tylko dawkować je w odpowiednich ilościach, aby nie przedobrzyć. Tutaj, mimo że mamy parę takich efektów to zupełnie nie zaważyły one na klimacie, który bądź co bądź jest zdecydowanie największym atutem filmu. Jeśli ktoś ma ochotę na coś niekonwencjonalnego w stylu „Silent Hill” to jest to pozycja w sam raz dla niego. Ja bawiłam się na tym filmie wyśmienicie:)

„Wilkołak” (2010) – gniot roku!

Lawrence Talbot po usłyszeniu, że jego brat zginął wraca do rodzinnej posiadłości, w której mieszka teraz jego ojciec. Wkrótce potem Lawrence zostaje ugryziony przez wilkołaka i od tego czasu jest przeklęty dla świata. Zrzucić zły urok pomaga mu jego ukochana.

Wielkie gówno! I właściwie na tym krótkim stwierdzeniu mogłabym zakończyć swoją recenzję. Ale pokuszę się o dokładne opisanie debilności tego pseudo horroru. Minusów jest całe mnóstwo, ale znalazłam także jeden plus, a mianowicie piękne zdjęcia naszpikowane wspaniałymi widoczkami. I to tyle, jeśli idzie o zalety. A teraz wady:

- właściwie całość tej produkcji została zbudowana na efektach specjalnych, dodam jeszcze, że bardzo kiepskich

- nastroju grozy w sumie w ogóle nie ma

- wątek miłosny (skojarzenia z niesławnym „Zmierzchem” jak najbardziej na miejscu). Boże, jakie to oryginalne – wilkołak zakochany w człowieku… strasznie się wzruszyłam:)

- zakończenie ckliwe, jak przystało na solidny melodramat:)

- aktorstwo (za wyjątkiem Hopkinsa) tragiczne – główny bohater wszystkie uczucia obrazuje jedną miną (i znowu „Zmierzch”)

- wygląd wilkołaka to już jest jakaś kompletna farsa – potwór przywiódł mi na myśl przerośniętą małpę

- film jest stanowczo za długi. Sceny, w których nic ciekawego się nie dzieje (a jest ich mnóstwo) zostały niemiłosiernie przeciągnięte, a akcja trwa dosłownie parę minut. Tak więc wszystko to sprawia, że jedyne, co oferuje nam ta produkcja to nuda, znużenie i senność (ja naprawdę walczyłam ze sobą, aby nie zasnąć i jakoś wytrwać do końca – znakomity lek usypiający)

„Wilkołak” jest następnym przykładem na to, że horrory, które robią dużo szumu tak naprawdę niczego ciekawego nam nie oferują. Wiedziałam, że tak będzie z tym filmem, dlatego tak późno zdecydowałam się go obejrzeć – odkładałam to jak najdłużej. Jest całe mnóstwo horrorów o wilkołakach, ale ten jest zdecydowanie najgorszy. I tak, ze „Zmierzchem” ta produkcja ma sporo wspólnego – a wielbiciele tego obrazu niech sobie mówią, co chcą. Ja te podobieństwa widziałam, aż za dobrze. A co gorsze, mam przeczucie, że teraz całe mnóstwo filmów grozy będzie szło w tym kierunku, dając nam lepsze lub gorsze przeróbki „Zmierzchu” – aż się płakać chce…

Osobiście odradzam ten film każdemu wielbicielowi horrorów, a jeśli chodzi o fanów filmów fantasy to jest on jak najbardziej przeznaczony właśnie dla nich. Niech nikt nie sugeruje się szumną reklamą, czy pięknymi plakatami, bo na tym można się nieźle przejechać...

sobota, 3 lipca 2010

„Wszyscy kochają Mandy Lane” (2006) – najlepszy slasher XXI wieku

Mandy Lane jest najładniejszą, najseksowniejszą dziewczyną w szkole. Jednak mimo tego, że musi opędzać się od chłopaków to nikomu nie udaje się jej poderwać. Grupka nastolatków wpada na pomysł, aby zaprosić Mandy na ranczo jednego z nich, w nadziei, że dziewczyna w końcu ulegnie, któremuś z chłopców. Po dotarciu na odludne ranczo zaczyna się walka o przetrwanie. A to, co na początku miało być zwykłą intrygą w celu „zaliczenia” Mandy zamienia się w krwawą rzeź.

Film pt. „Wszyscy kochają Mandy Lane” oglądałam dosyć dawno i bardzo mi się spodobał. Jednak problem tkwił w tym, że właściwie nie wiedziałam, co w tym obrazie jest takiego szczególnego, żeby aż w tak dużym stopniu zachwycać. A że nienawidzę nie wiedzieć, co w danym filmie mnie urzekło to postanowiłam sięgnąć po niego ponownie. I całe szczęście, bo już mogę śmiało go zrecenzować, ponieważ już rozpracowałam jego geniusz.

Na początek specyfika obrazu, która już od pierwszych minut filmu bije z ekranu porażając oryginalnością. Przeważają kolory żółty i pomarańczowy, a ich wyszukana stylizacja daje nam złudzenie, że oglądamy produkcję z lat 70-80-tych. Naprawdę, takie przedstawienie obrazu może zachwycić – tym bardziej w dalszej części filmu, kiedy to nasi bohaterowie znajdują się na ranczu naszpikowanym pięknymi widoczkami w pełnym słońcu gorącego popołudnia. Następnie muzyka, która wprost elektryzuje, a z uwagi na to, że mamy tutaj do czynienia ze starymi szlagierami to dodatkowo potęguje uczucie, że oglądamy slasher z dawnych lat. Akcja na początku trochę kuleje, ale to akurat jest plusem tej produkcji. Ponieważ w pierwszych minutach filmu mamy okazję dobrze poznać bohaterów, ich małostkowość, idiotyczne i mało ważne problemy oraz sposób myślenia. No właśnie, tutaj mamy małą schematyczność, bowiem jak to często w teen-slasherach bywa nasi bohaterowie myślą tylko i wyłącznie o piciu, ćpaniu i seksie – całe ich życie sprowadza się do tych trzech rzeczy. Za wyjątkiem, oczywiście, tytułowej Mandy Lane…

Amber Heard pokazał kreację na miarę Oscara i nie ma tutaj ani odrobiny przesady. Powiedzmy szczerze - ona nie jest jakąś nadzwyczajną pięknością (chociaż mój brat za nią szaleje, ale zupełnie nie wiem czemu), ale mimo to oszukała mnie. Jak? Otóż samymi seksownymi ruchami, które przychodziły jej tak naturalnie, jak ludziom choćby oddychanie, sprawiła, że sama gdybym nie była hetero na pewno byłabym pod wrażeniem jej piękna. Serio, nawet głupie odrzucenie włosów do tyłu w wykonaniu tej aktorki miało niesamowicie erotyczny podtekst. Dodajmy do tego jej wszechobecną minę niewiniątka, która jasno dawała do zrozumienia, że dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, jak działa na mężczyzn i mamy idealną aktorkę na tę skądinąd niełatwą rolę. Tutaj reżyser trafił w dziesiątkę. Lepszej odtwórczyni głównej roli nie mógł sobie wymarzyć, a Amber Heard po kreacji Mandy Lane awansowała na jedną z moich ulubionych aktorek.

Przyjrzyjmy się samej Mandy Lane. Otóż dziewczyna z przeszłością, którą po śmierci rodziców wychowuje ciotka. Uwielbiana przez całą szkołę, co zupełnie ją nie interesuje. Już od początku seansu widz wie, że nie jest taka sama jak reszta jej kolegów – bardziej dojrzalsza, poważna i wiecznie zamyślona. Co ciekawe przyjaźni się z wyrzutkiem szkolnym, a ten fakt jeszcze bardziej przemawia za jej trzeźwym spojrzeniem na świat. Nieczęsto spotyka się taką postać w teen-slasherach – cała jej osoba dodaje temu obrazowi sporo uroku, sprawia, że wprost nie można oderwać wzroku od ekranu.

Sceny mordów, jak to w slasherach bywa nie są jakieś nadzwyczaj krwawe, ale za to kolorowe. Tak, podczas mordowania kolejnych przygłupich nastolatków mamy styczność z ciekawą zabawą kolorami, że nie wspomnę już o wspaniałej pracy kamery (szczególnie podczas akcji z czarnoskórym Birdem). Nie powiem, że zabójstwa są całkowicie pozbawione drastyczności, bo tak nie jest, a na dodatek niektóre z nich cechuje spora oryginalność (np. lufa dubeltówki wciskana w gardło dziewczyny). Co się zaś tyczy postaci mordercy to poznajemy jego tożsamość już w połowie filmu – ale łatwo się tego domyślić już w pierwszych minutach. Kto zabija, nie jest żadną tajemnicą, to fakt, ale nie ma wcale tak łatwo… Reżyser cały czas nas oszukuje. Dobitnie daje nam do zrozumienia, kto jest oprawcą już na początku, a jeśli ktoś nie łapie tego od razu to później może w pełnej okazałości dojrzeć twarz mordercy. Ale to wszystko jest tylko zwykłym zabiegiem mającym na celu odwrócić uwagę od zakończenia. UWAGA SPOILER Powiem tak, mnie reżyser nie oszukał – szybko zorientowałam się, kto stoi za tymi wszystkimi morderstwami, ale muszę przyznać, że to wcale nie jest takie łatwe. W momencie, kiedy dowiadujemy się, że oprawcą jest Emmet przestajemy już szukać winnego, a w rezultacie na końcu orientujemy się, że chłopak ma wspólnika w postaci samej Mandy Lane, co pewnie niejednego widza zwaliło z fotela:) KONIEC SPOILERA.

Na forach spotkałam się z negatywnymi opiniami na temat tego obrazu, które są argumentowane tym, że nie znamy motywów, które doprowadziły do rzezi (no tak, zawsze trzeba się czegoś czepić). Z widzami już tak jest – jeśli nie wyjaśni się im wszystkiego dobitnie to nie rozumieją, a jak już wyłoży im się wszystko na tacy to twierdzą, że robi się z nich idiotów. Otóż, motywów łatwo jest się domyślić – wystarczy tylko trochę pomyśleć. Ale mimo to postanowiłam napisać tutaj moją opinię w tej kwestii.

UWAGA SPOILER Motyw Emmeta – chłopak żyje na marginesie społeczeństwa szkolnego, ignorowany przez kolegów ma tylko jedną przyjaciółkę, w której zakochuje się bez pamięci. Dziewczyna namawia go do zabicia paru osób, a później wspólnego samobójstwa. Chłopak zgadza się, bo po pierwsze nienawidzi bandy wrednych nastolatków, a po drugie dla Mandy jest w stanie zrobić wszystko. Motyw Mandy – dziewczyna jest obiektem seksualnym, którą chłopcy traktują tylko jako zadanie – „zaliczyć” i pochwalić się przed kolegami, że im uległa. Nikogo nie obchodzi, co ona czuje – liczy się tylko jej wygląd. Poza tym Mandy tęskni za rodzicami, jest przekonana, że nie pasuje do społeczeństwa przygłupich nastolatków myślących przede wszystkim o seksie. Poza tym nienawidzi ich właśnie za tę bezduszność, za to przedmiotowe traktowanie jej osoby. Na początku naprawdę jest przekonana do popełnienia samobójstwa, ale po poznaniu ranczera zmienia zdanie, gdyż jest pewna, że mężczyzna ją rozumie, że liczy się dla niego jej umysł, a nie ciało. Dlatego postanawia wrobić Emmeta w zabójstwa. KONIEC SPOILERA Wiem, że te motywy nie są jakieś nad wyraz przekonujące, ale jeśli zna się psychikę nastolatków to raczej powinny być zrozumiałe. Poza tym, mogę się mylić – to jest tylko moja subiektywna opinia, każdy może to zrozumieć inaczej. No, a poza tym czepienie się tego, że motywy są mało przekonujące też nie jest na miejscy w przypadku teen-slalsherów, w których rzadko kiedy występuje coś takiego, jak „przekonujący motyw zabójstw”. W tych filmach nie o to chodzi.

Moim zdaniem ten horror trzeba docenić, ponieważ jako jeden z nielicznych slasherów oderwał się od konwencji „Krzyku” – nie powiela pomysłów Cravena, ale tworzy coś nowego, jest swoistym powiewem świeżości w tym podgatunku. A teen-slasher naprawdę potrzebował takiej perełki, aby wreszcie przerwać schematyczność, którą naszpikowane są inne nowoczesne horrory dla młodzieży. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy dostrzeże wysublimowane piękno tego obrazu, nie każdy doceni jego oryginalność i zabawę kolorami. A szkoda, bo tego typu filmów jest zdecydowanie za mało w obecnych czasach. Reżyser zaryzykował i wypuścił na rynek coś nowego, całkowicie odmiennego od tego, co już widzieliśmy w slasherach. Czy mu się to opłaciło? Moim zdaniem, jak najbardziej tak, ponieważ uważam, że stworzył najlepszy teen-slasher XXI wieku, ale oceńcie sami.

„W mroku pod schodami” (1991) – jeden z najsłabszych horrorów Cravena

Trzynastoletni chłopiec wraz z dwoma dorosłymi mężczyznami postanawiają okraść dom najbogatszych ludzi w dzielnicy. Jednak, kiedy już udaje im się włamać, odkrywają, że nie jest to taki zwyczajny dom – gospodarze okazują się być żądnymi krwi psychopatami, a w ścianach ciągle słychać jakieś tajemnicze odgłosy…

Ciężko jest mi recenzować ten film, ponieważ bardzo lubię twórczość Wesa Cravena, a ten obraz zdecydowanie nie odzwierciedla jego geniuszu. Zaryzykuję też twierdzenie, że jest to jeden z najgorszych horrorów w jego dorobku reżyserskim, a szkoda, bo pomysł był bardzo dobry – niestety, realizacja leży na całej linii. Każdy oglądając ten film na pewno zauważy, że ma on pewne elementy komediowe, żeby nie rzec familijne. Nastrój, który mógł być naszpikowany niewyobrażalną grozą (zważywszy fakt, że scenariusz pozostawiał wielkie pole do popisu) niestety kulał niemiłosiernie, a nawet więcej - w ogóle nie było, żadnej atmosfery grozy. Ucieczki głównego bohatera przez tajemnicze domostwo były stanowczo za długie, nużące i nie oferujące większej rozrywki. A zakończenie to już jakiś absurd! Próbowałam znaleźć w tym filmie, jakieś plusy i udało mi się:) Na pewno wielkim atutem jest aktorstwo i chodzi mi tutaj przede wszystkim o znakomite kreacje dwójki szaleńców (Mamuśki i Tatuśka) – naprawdę świetnie wywiązali się ze swojego zadania. Główny bohater w postaci małego chłopca także był niczego sobie. Zdecydowanie, jak na tamte czasy (a pamiętajmy, że na początku lat 90-tych aktorzy nie zachwycali swoim talentem) obsada wypadła zjawiskowo. Podobała mi się też charakteryzacja ludzi w ścianach – czy przerażająca nie wiem, ale na pewno interesująca.

Niestety, mankamenty tego obrazy są o wiele bardziej znaczące niż plusy, więc w ogólnym rozrachunku „W mroku pod schodami” nie jest horrorem godnym uwagi – można sobie go śmiało odpuścić. Oczywiście, jeśli ktoś lubi horrory o lekkim zabarwieniu komediowym, które naszpikowane są rażącymi błędami logicznymi to jest to film, jak najbardziej dla niego. Wielbiciele poważnych, przełomowych horrorów Cravena raczej nie powinni sięgać po ten obraz, bo mogą się bardzo rozczarować.

piątek, 2 lipca 2010

„Torture Room” (2007), czyli niskobudżetówka w najgorszym wydaniu

Grupa zwyrodniałych ludzi porywa kobietę i zamyka ją w małym pokoju. Od tego momentu zostaje ona poddawana najwymyślniejszym torturom oraz praniu mózgu, a motywy oprawców, które na początku są skądinąd idiotyczne wkrótce stają się całkiem sensowne, na nieszczęście zniewolonej kobiety.

Jedyne określenie tego filmu, które przede wszystkim ciśnie mi się na usta to: OBRZYDLIWY. Lubię torture-porn, ale na pewno nie w takim wydaniu. Mały nakład pieniężny, aż bije z ekranu. Gra aktorska jest jednym wielkim żartem – mimika twarzy głównej bohaterki pobiła wszelkie rekordy całkowitego beztalencia. Fabuła jest dziurawa jak durszlak, a co najważniejsze kompletnie nielogiczna (przynajmniej ja nie widzę w niej większego sensu). Całość obrazu skupia się głównie na makabrycznych próbach „złamania” kobiety, zmuszając ją do mówienia – do wydania tożsamości swoich arabskich znajomych. I chociaż to torture-porn to drastycznych scen jest tutaj jak na lekarstwo – w tej kwestii przychodzi mi na myśl tylko obraz obcinania sutka, którego tak na marginesie ciężko będzie mi się pozbyć z głowy. I jeśli chodzi o sceny okaleczeń to film nie oferuje nam już niczego godnego uwagi – wszystko inne jest oklepane i mało widowiskowe. Ale moim zdaniem obrzydliwość tej produkcji polega przede wszystkim na scenerii (zapuszczony, zbryzgany krwią i wymiotami pokoik) oraz niczym nieuzasadnionej przemocy psychicznej wobec bogu ducha winnej kobiety. Muszę podkreślić, że ten obraz nie jest przeznaczony dla każdego – nie chcę mówić, że skierowany jest do psychopatów, bo to byłaby lekka przesada, ale dla ludzi o słabych nerwach na pewno też nie jest przeznaczony. Z całą pewnością też „Torture Room” nie spodoba się koneserom kina, którzy oczekują od filmu przede wszystkim profesjonalizmu, bo tutaj nie ma go ani grama. Zakończenie jest debilne (podobnie jak całość produkcji), ale też rewelacji się nie spodziewałam po przebrnięciu przez całość tego nadzwyczaj słabego filmiku.

Podsumowując, powiem tylko, że ciężko jest mi polecić to COŚ komukolwiek z czystym sumieniem, więc wybór pozostawiam każdemu do indywidualnej oceny. Żeby pomóc w podjęciu decyzji mogę przyrzec, że ja osobiście drugi raz nie sięgnę już po ten obraz, bo nawet jak dla mnie (a nie mam zbyt wygórowanych wymagań) jest ciut za bardzo amatorski i oczywiście odstręczający, żeby nie rzec wywołujący wymioty. Co tu dużo gadać? Szkoda czasu i nerwów na tego typu filmy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...