czwartek, 26 kwietnia 2012

Zawieszenie

Na najbliższe dwa, trzy tygodnie zawieszam działalność bloga. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy tracili czas na czytanie moich wypocin i przepraszam za nieudogodnienia.
Pozdrawiam wszystkich!

sobota, 21 kwietnia 2012

Najlepsza klasyka kina grozy

Głosowanie na najlepsze horrory lat 1960-2000 dobiegło końca. Bardzo dziękuję za wszystkie oddane głosy, zarówno te w komentarzach, jak i przesłane mailowo. Poniżej prezentuję wyniki.

1. „Krzyk” (1996)
Podgatunek: teen-slasher
Liczba głosów: 12

Rok 1996 okazał się przełomowy zarówno dla wielbicieli skostniałego nurtu zwanego slasherem, jak i entuzjastów młodzieżowych horrorów. Wes Craven do spółki ze scenarzystą Kevinem Williamsonem kręcą, jak się później okazało, pierwszą część serii „Krzyk”, który stanowi połączenie slashera z horrorem dla nastolatków. Film szturmem zdobywa rzesze fanów na całym świecie i okazuje się wielkim sukcesem kasowym. Wkrótce potem kina zalewa potężna dawka tak zwanych teen-slasherów, trzymających się konwencji „Krzyku” i będących wariacją tzw. zasad Randy’ego (jednego z bohaterów filmu, który w trakcie seansu klaruje swoim kolegom warunki, których trzeba dotrzymać, aby przeżyć w horrorze – jak np. nigdy nie uprawiać seksu, nie palić trawki i nie pić alkoholu, ponieważ final girl zawsze jest cnotliwą dziewicą, nieskorą do dobrej zabawy). Dziś „Krzyk” Cravena uważany jest za prekursora teen-slasherów, za obraz rozpoczynający w gatunku nowy trend, który przez długi czas cieszył się sporą popularnością nie tylko wśród młodych widzów. „Krzyk” opatrzono etykietką horroru postmodernistycznego, z którym to określeniem nie zgadza się zarówno jego reżyser, jak i scenarzysta. Za to obaj przyznają, że jest to obraz na wskroś ironiczny, posiadający wszelkie znamiona parodii slasherów, ale równocześnie niebędący do końca ich prześmiewcą, gdyż w fabule filmu obok satyrycznych akcentów możemy również dostrzec elementy pastiszu, będącego hołdem dla dokonań kolegów Cravena w kinematografii grozy na przestrzeni minionych lat.

Nagrody: Złoty Popcorn (kategoria: najlepszy film), IHG (kategoria: najlepszy film), Saturn (kategorie: najlepszy horror, najlepszy scenariusz Kevina Williamsona, najlepsza aktorka Neve Campbell).
Nominacje: Złoty Popcorn (kategoria: najlepsza aktorka Neve Campbell), Saturn (kategorie: najlepsza reżyseria Wesa Cravena, najlepsza aktorka drugoplanowa Drew Berrymore, najlepszy aktor drugoplanowy Skeet Ulrich).
Powiązane: „Krzyk 2” (1997), „Krzyk 3” (2000), „Krzyk 4” (2011), zaplanowany „Krzyk 5” na 2013 rok.


1. „Egzorcysta” (1973)
Podgatunek: satanistyczny/religijny
Liczba głosów: 12
Recenzja: tutaj

Ekranizacja powieści Williama Petera Blatty’ego. Horror, który w czasach swojej premiery wywołał najsilniejsze reakcje u odbiorców – podczas seansów w kinach Amerykanie tracili przytomność na skutek dogłębnego przerażenia, ale to wcale ich nie powstrzymało przed wystawaniem w kilometrowych kolejkach po bilety. Psychoza trwała mniej więcej dwa miesiące – wszyscy, zarówno zwykli widzowie, jak i socjologowie, recenzenci i Kościół wpadli w istną obsesję na punkcie opętania. Takie reakcje u Amerykanów najprawdopodobniej wywołał podtekst filmu, w którym widzowie znajdowali odniesienia do wojny wietnamskiej, która w owych czasach była prawdziwą zmorą społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. Ale niemałą rolę w tym szaleństwie odegrała również, jak na lata 70-te, niezwykła realistyczność przedstawionych w filmie wydarzeń. Wygląd opętanej Regan mroził krew w żyłach, a scena, gdy dziewczynka pajęczym krokiem schodzi ze schodów zamieniała dorosłych widzów w kulące się ze strachu dzieci. Podczas seansu zobaczymy również jednoklatkowe ujęcia, obrazujące twarz demona, które miały za zadanie oddziaływać na podświadomość odbiorców (taka sugestia podprogowa – subliminal – w łagodniejszym wydaniu). Wyświetlania „Egzorcysty” zakazano w Singapurze, Malezji oraz Wielkiej Brytanii.

Nagrody: Oscar (kategorie: najlepszy scenariusz adaptowany William Peter Blatty, najlepszy dźwięk Christopher Newman, Robert Knudson), Złoty Glob (kategorie: najlepszy dramat, najlepszy reżyser William Friedkin, najlepszy scenariusz William Peter Blatty, najlepsza aktorka drugoplanowa Linda Blair), Saturn (kategorie: najlepszy horror, najlepszy scenariusz William Peter Blatty, najlepsze efekty specjalne, najlepsza charakteryzacja), Złota Szpula (kategoria: najlepszy montaż dźwięku – efekty dźwiękowe, najlepszy montaż dźwięku w dialogach), 9 miejsce na liście 100 największych bohaterów i złoczyńców wszech czasów Linda Blair, Mercedes McCambridge – Regan MacNeil, 3 miejsce na liście najlepszych amerykańskich thrillerów wszech czasów).
Nominacje: Oscar (kategorie: najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa Ellen Burstyn, najlepsza aktorka drugoplanowa Linda Blair, najlepszy aktor drugoplanowy Jason Miller, najlepszy reżyser William Friedkin, najlepsza scenografia Bill Malley, Jerry Wunderlich, najlepsze zdjęcia Owen Roizman, najlepszy montaż), Złoty Glob (kategorie: najlepsza aktorka w dramacie Ellen Burstyn, najbardziej obiecująca nowa aktorka Linda Blair, najlepszy aktor drugoplanowy Max von Sydow), WGA (kategoria: najlepszy scenariusz adaptowany dramatu), DGA (kategoria: najlepsze osiągnięcie reżyserskie w filmie fabularnym), Saturn (kategoria: najlepsze wydanie DVD klasyków kina).
Powiązane: „Egzorcysta 2: Heretyk” (1977), „Egzorcysta 3” (1990), „Egzorcysta: Początek” (2004), „Dominion: Prequel to the Exorcist” (2005).


1. „Koszmar z ulicy Wiązów” (1984)
Podgatunek: slasher
Liczba głosów: 12
Recenzja: tutaj

Film, który uratował podupadającą firmę dystrybucyjną New Line Cinema. Pierwsza część długiej serii o mordercy zabijającym we śnie zyskała tak ogromne grono wielbicieli, że w niedługim czasie po premierze zaczęto zarabiać nie tylko na jego dystrybucji. Tworzyły się liczne fankluby Freddy’ego Kruegera, jego wielbiciele kolekcjonowali gadżety z jego podobizną – figurki, koszulki, kubki itp. Amerykanie zyskali nowego idola, nie pierwszy raz w osobie seryjnego mordercy.”Koszmar z ulicy Wiązów” nawet dziś zachwyca duszącą atmosferą grozy oraz całkowitą minimalizacją efektów komputerowych i nawet teraz może pochwalić się licznym gronem fanów poparzonego mordercy z nożami zamiast palców. Film stał się przepustką dla Wesa Cravena do światka horroru - dzięki niemu miał możliwość nakręcenie swoich późniejszych dzieł, z których niejeden na stałe wpisał się do kanonu klasyki kina grozy.

Nagroda: 40 miejsce na liście największych bohaterów i złoczyńców wszech czasów Robert Englund – Freddy Krueger.
Nominacje: Saturn (kategorie: najlepszy horror, najlepsza kreacja młodego aktora lub aktorki Jsu Garcia, najlepsze wydanie DVD klasyków kina).
Powiązane: „Koszmar z ulicy Wiązów 2: Zemsta Freddy’ego” (1985), „Koszmar z ulicy Wiązów 3: Wojownicy snów” (1987), „Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów” (1988), „Koszmar z ulicy Wiązów 5: Dziecko snów” (1989), „Freddy nie żyje: Koniec koszmaru” (1991), „Nowy koszmar Wesa Cravena” (1994), „Freddy kontra Jason” (2003), „Koszmar z ulicy Wiązów” (2010), zaplanowany „Koszmar z ulicy Wiązów 2” na 2012 rok.


2. „The Blair Witch Project” (1999)
Podgatunek: horror verite
Liczba głosów: 5

Popularność filmu „The Blair Witch Project” wynika przede wszystkim z jego innowacyjności oraz rzecz jasna kampanii reklamowej. Choć tzw. „kręcenie z ręki” w 1999 roku nie było niczym nowym w kinie grozy (wystarczy sobie choćby przypomnieć niesławny „Cannibal Holocaust”) to widzowie i tak nieprzyzwyczajeni do tego rodzaju realizacji, podczas seansów czuli się nadzwyczaj niekomfortowo. Ponadto aktorzy, którzy wystąpili w filmie nie działali według scenariusza – ich role opierały się na zasadzie improwizacji, a że wierzyli w kampanię reklamową ich przerażenie widoczne na ekranie w żadnym razie udawane nie było. Promocja filmu również była swego rodzaju innowacją – twórcy sprzedawali potencjalnym odbiorcom kłamstwa, jakoby legenda o wiedźmie z Blair była prawdziwa, a ich film jest autentycznym zapisem wydarzeń, utrwalonym na taśmach przez grupę młodych ludzi, którzy zginęli w starciu z wiedźmą. Oryginalna w tamtych czasach realizacja w formie paradokumentu, umiejętnie sprzedana fikcyjna historia oraz autentyczne reakcje aktorów widoczne podczas seansu okazały się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.

Nagrody: Złota Malina (kategoria: najgorsza aktorka Heather Donahue), Nagroda Młodych (kategoria: najlepszy film zagraniczny), Złoty Laur (kategoria: najbardziej obiecujący nowy producent kinowy Gregg Hale, Robin Cowie), Independent Spirit (kategoria: najlepszy film debiutancki i budżecie mniejszym niż 500 tysięcy dolarów).
Nominacje: Złota Malina (kategoria: najgorszy film), BIFA (kategoria: najlepszy film zagraniczny – anglojęzyczny), Złoty Popcorn (kategoria: najlepsza scena akcji – końcowa sekwencja filmu), IHG (kategoria: najlepszy film), Saturn (kategoria: najlepszy horror).
Powiązane: „Księga Cieni: Blair Witch 2” (2000), zaplanowany „The Blair Witch Project 3”.


2. „Lśnienie” (1980)
Podgatunek: ghost story
Liczba głosów: 5

Kultowy obraz Stanley’a Kubricka, z którego początkowo Stephen King nie był zadowolony. Zarzucając Kubrickowi brak wierności książkowemu pierwowzorowi King odkupił od niego prawa do ekranizacji i wraz z Mickiem Garrisem przeniósł „Lśnienie” na ekran w formie mini serialu. Widzowie podzielili się na dwa obozy – wielbicieli dzieła Kubricka oraz entuzjastów mini serialu Garrisa. Natomiast większość krytyków murem stanęła za kinową wersją filmu, co znacznie przyczyniło się do niesłabnącej popularności produkcji Kubricka, którą nieustannie określa się, jako ponadczasową ghost story – według wielu najlepszy horror w historii kina.
Nagrody: Saturn (kategoria: najlepszy aktor drugoplanowy Scatman Crothers), 68 miejsce na liście najlepszych kwestii filmowych („Here’s Johnny!”), 25 miejsce wśród złoczyńców filmowych Jack Nicholson - Jack Torrance, 29 miejsce na liście najlepszych amerykańskich thrillerów.
Nominacje: Złota Malina (kategorie: najgorsza aktorka Shelley Duvall, najgorszy reżyser Stanley Kubrick), Saturn (kategorie: najlepszy horror, najlepsza reżyseria Stanley Kubrick, najlepsza muzyka Bela Bartók.
Powiązane: „Lśnienie” (1997).


3. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (1974)
Podgatunek: slasher
Liczba głosów: 3

Najważniejsze dzieło filmowe znanego amerykańskiego reżysera Tobe’a Hoopera, w pewnym sensie będące dowodem na omylność krytyków. Film, który w czasach swojej premiery został wręcz zmiażdżony przez tzw. znawców filmowych, ku ich zaskoczeniu zyskał sobie ogromne rzesze fanów, nie tylko wśród wielbicieli horroru. Zniesmaczeni amerykańscy widzowie doszukiwali się w tym obrazie podtekstów do wojny wietnamskiej, oblegali kina mimo niepochlebnych recenzji, a w trakcie seansów ledwo wytrzymywali nagromadzenie okropieństw, które zaserwowali im twórcy. Choć, współczesnemu widzowi ciężko będzie znaleźć w tym obrazie jakieś mocne sceny gore to w latach 70-tych nawet to minimum krwi było w stanie zaszokować odbiorców. Sukces filmu Hooper zawdzięcza przede wszystkim atmosferze brudu i degeneracji, którą cały obraz jest wręcz przesiąknięty i nawet na dzisiejszym widzu może zrobić spore wrażenie. Ponadto Hooper zrobił coś, co w owych czasach rzadko zdarzało się czynić twórcom – całkowicie zbezcześcił stereotyp szczęśliwej amerykańskiej rodziny. Wykreowana przez niego familia to grupa odrażających, zdegenerowanych antropofagów, a to już kłóciło się z wyobrażeniami widzów w latach 70-tych, którzy przyzwyczaili się do przedstawiania na ekranie rodzin w samych superlatywach. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” była zakazana w Brazylii, Australii, Irlandii, Islandii, Finlandii, Chile, RFN, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Singapurze, a krytycy dopiero po latach docenili tę produkcję, przyznając jej status kultowej.

Powiązane: „Teksańska masakra piłą mechaniczną 2” (1986), „Teksańska masakra piłą mechaniczną 3” (1990), „Teksańska masakra piłą mechaniczną: Następne pokolenie” (1994), „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (2003), „Teksańska masakra piłą mechaniczną: Początek” (2006), zaplanowana „Teksańska masakra piłą mechaniczną 3D” na rok 2013.


3. „Koszmar minionego lata” (1997)
Podgatunek: teen-slasher
Liczba głosów: 3
Recenzja: tutaj

Po wielkim sukcesie „Krzyku” reżyser Jim Gillespie, idąc za ciosem nakręcił typowy teen-slasher trzymający się konwencji dzieła Wesa Cravena i wykorzystujący motyw tzw. urban legend o bezwzględnym mordercy z hakiem. Jak słusznie podejrzewali twórcy „Koszmar minionego lata” odniósł spory sukces kasowy, stając się kolejną cegiełką do formowania się nowego nurtu w horrorze. Mimo upływu lat film nadal cieszy się niesłabnącą popularnością, przede wszystkim w gronie młodych odbiorców, a dla młodych wówczas aktorów wchodzących w skład obsady tego obrazu stał się on przepustką do wielkiego świata Hollywoodu.

Nominacje: Saturn (kategoria: najlepszy horror), Złoty Popcorn (kategoria: przełomowa rola Sarah Michelle Gellar), IHG (kategoria: najlepszy film).
Powiązane: „Koszmar następnego lata” (1998), „Koszmar kolejnego lata” (2006).


3. “Coś” (1982)
Podgatunek: horror science-fiction
Liczba głosów: 3
Recenzja: tutaj

Druga ekranizacja opowiadania “Who Goes There?” Johna Campbella Jr. Reżyser filmu John Carpenter w dzieciństwie obejrzał produkcję Howarda Hawksa z 1951 roku, a parę lat później postanowił nakręcić własną wersję z uwspółcześnionymi efektami specjalnymi i podtekstami, które ówczesnej publice bez problemu nasuwały się na myśl w trakcie seansu. Podczas gdy wersja Hawksa nawiązywała do nastrojów politycznych, adaptacja Carpentera opiera się na strachu ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa przed AIDS, która to choroba w 1982 roku dopiero zaczynała zbierać swoje żniwo wśród zarażonych nią ludzi. Współcześni widzowie prawdopodobnie nie będą w stanie dostrzec owych podtekstów, ale to nie przeszkodzi im w podziwianiu oślizgłego, odstręczającego Obcego w iście klaustrofobicznej scenerii odciętej od świata Antarktydy. Ksenofobiczna atmosfera paranoi, podkreślona nastrojową ścieżką dźwiękową (Złota Malina – kolejny dowód rozbieżność odczuć widzów ze zdaniem krytyki) zapewniła twórcom wielki sukces kasowy i sprawiła, że ich film, mimo upływu lat, nadal cieszy się niesłabnącą popularnością wśród widzów.

Nominacje: Złota Malina (kategoria: najgorsza muzyka Ennio Morricone), Saturn (kategorie: najlepszy horror, najlepsze efekty specjalne).
Powiązane: „Istota z innego świata” (1951), „Coś” (2011).


2 głosy:


1 głos:


piątek, 20 kwietnia 2012

„Underworld: Przebudzenie” (2012)

Rasa ludzka dowiaduje się o istnieniu wampirów i lykanów i przystępuje do systematycznej eksterminacji obu ras. Chodząca za dnia wampirzyca Selena zostaje porwana przez pracowników laboratorium i wprowadzona w stan kilkunastoletniej hibernacji. Gdy po latach budzi się odkrywa, że ma nastoletnią córkę, Eve – pierwszą w historii małoletnią hybrydę. Dowiaduje się również, że ojciec dziewczynki, Michael Corvin, został zgładzony. Teraz Selena będzie musiała ochronić córkę przed pragnącymi ją porwać wilkołakami oraz stanąć do walki z ludźmi, pragnącymi ją zgładzić.
Po dwóch znakomitych częściach „Underworld” Kate Beckinsale nie wyraziła zgody na udział w kolejnej kontynuacji, więc aby wybrnąć z tego impasu twórcy zdecydowali się na prequel, prezentujący losy wampirów i lykanów przed pojawieniem się Seleny. Kate Beckinsale w końcu zdecydowała się wrócić do wampirycznej sagi w zrealizowanej w technologii 3D odsłonie czwartej, będącej bezpośrednią kontynuacją części drugiej. Tym razem reżyserię powierzono Mans’owi Marlind’owi oraz Bjorn’owi Stein’owi, a twórca owej sagi, Len Wiseman został współscenarzystą.
„Underworld: Przebudzenie”, podobnie jak poprzednie części, plasuje się w modnym ostatnio gatunku horrorów akcji, w których znajdziemy więcej charakterystycznych elementów tego drugiego, aniżeli grozy. Odsłona czwarta proponuje widzom jeszcze więcej dynamicznej akcji – strzelanki i akrobatyczne sceny walki w tym przypadku stoją na miejscu pierwszym, natomiast fabuła schodzi na plan dalszy, choć trzeba przyznać, że wprowadza nowe wątki do znanej wielbicielom serii historii. Najwięcej kontrowersji wzbudza brak postaci Michaela Corvina, do której publiczność zdążyła już zapałać sympatią. Jeśli o mnie chodzi byłam zadowolona brakiem tego bohatera, którego jakoś nie udało mi się polubić, tym bardziej, że puste miejsce męskiego pierwiastka zapełnił przystojny wampir:) Natomiast wprowadzenie postaci córki Seleny, Eve, odrobinę skomplikowało fabułę, przy okazji znacznie ją rozbudowując. W końcu właśnie jej obecność rozkręca całą oś fabularną – dziewczynka staje się celem lykanów. W ten sposób wracamy do stałego wątku odwiecznej wojny wampirów z wilkołakami, jednakże pojawia się również nowy wróg obu ras w postaci gatunku ludzkiego, pragnącego odzyskać miano przodującej rasy na Ziemi, a aby tego dokonać to rzecz jasna musi wytępić każdego zainfekowanego nadnaturalnym wirusem.
W serii „Underworld” zawsze najbardziej podobała mi się kolorystyka obrazu – akcja każdej odsłony praktycznie w całości rozgrywała się nocą, co dawało twórcom okazję na zaprezentowanie iście mrocznej scenerii, z przeważającą ilością szarych, metalicznych barw. W finale „Underworld: Evolution” Selena zyskała zdolność egzystencji w świetle dziennym, co oczywiście wykorzystano w czwórce umiejscawiając końcowe wydarzenia w trakcie dnia, ale jednocześnie pamiętając o osobliwie mrocznej kolorystyce. Co oczywiście również chwali się twórcom – obawiałam się, że przez wzgląd na nowe zdolności Seleny większość wydarzeń będzie rozgrywać się przy pełnym świetle słonecznym, a tak charakterystyczna dla całej serii sceneria, gdzieś po drodze zwyczajnie się zatraci.
Wielbicieli serii nie muszę informować, czego należy spodziewać się po tym konkretnym obrazie. Natomiast osoby, które jeszcze nie miały okazji zapoznać się z żadną odsłoną przygód wampirów i lykanów rzecz jasna nie powinni zaczynać od czwórki, ponieważ w żadnym razie nie nadążą za osią fabularną. Jednakże, jeśli ktoś dopiero teraz ma ochotę zapoznać się z którymkolwiek filmem zatytułowanym „Underworld” nie powinien nastawiać się na horror, raczej należy spodziewać się pełnego widowiskowych efektów specjalnych, dynamicznego kina akcji. Cała seria odznacza się profesjonalną, wysokobudżetową realizacją i choć przewijają się tutaj postacie charakterystyczne dla horroru to raczej nie mają one za zadanie straszyć odbiorców tylko wprowadzić ich w nowoczesny wymiar rozrywki.
Choć wielbiciele serii mogą być zawiedzeni szczątkową fabułą części czwartej to na pewno nie będę narzekać na niedobór akcji oraz efektów specjalnych. Choć zapoznałam się z wieloma negatywnymi opiniami widzów wymierzonymi w tę produkcję, mnie osobiście bardziej przypadła do gustu niż prequel, jednak przyznaję, że moją ocenę znacznie zawyżył powrót Seleny, bez której „Underworld” dużo traci na swej wymowie. Do dwóch pierwszych odsłon trochę temu filmowi brakuje, aczkolwiek i tak bawiłam się wyśmienicie w trakcie seansu, dostałam to czego się spodziewałam, a to już sukces, jak na poziom współczesnych amerykańskich produkcji. Przy okazji twórcy zostawili sobie w finale furtkę na kolejną kontynuację, której jako fanka tej sagi już z niecierpliwością wyczekuję.

czwartek, 19 kwietnia 2012

„Nieproszeni goście” (2009)

Anna zostaje wypisana ze szpitala psychiatrycznego, w którym znalazła się przez próbę samobójczą spowodowaną tragiczną śmiercią matki. Dziewczyna nadal nie może przypomnieć sobie wszystkich okoliczności towarzyszących temu wydarzeniu. Po powrocie do domu odkrywa, że jej ojciec jest w poważnym związku z byłą pielęgniarką jej chorej matki Rachel, co denerwuje zarówno ją, jak i jej starszą siostrę Alex. Po jakimś czasie Anna zaczyna widzieć widmowe postacie, które dają jej do zrozumienia, że za śmierć jej matki odpowiada nowa dziewczyna ojca. Wraz z siostrą postanawia zrobić wszystko, aby udowodnić winę Rachel.
Remake koreańskiego obrazu Jee-woon Kima z 2003 roku pt. „Opowieść o dwóch siostrach”. Film Charlesa i Thomasa Guardów w swoim czasie zyskał spore uznanie wśród wielbicieli horrorów nastrojowych, co wcale nie dziwi, jeśli przyjrzeć się bliżej jego specyficznej narracji, która mimo bazowania na ogranych schematach tego typu produkcji wprowadza w fabułę elementy, które siłą rzeczy podsycają ciekawość widza, który z minuty na minutę coraz intensywniej zastanawia się nad zakończeniem, o którym krążą już niemal legendy.
Abstrahując od zakończenia, które nota bene zmienia wszystko fabuła wydaje się prosta jak konstrukcja cepa. Mamy młodą dziewczynę, która widzi duchy oraz jej straszą wygadaną siostrę. Pragnąc wyjaśnić tajemniczą śmierć ich schorowanej matki obie dziewczyny postanawiają bliżej przyjrzeć się nowej dziewczynie ojca, byłej opiekunce ich rodzicielki. Wszystkie tropy, na które natrafiają zdają się coraz dobitniej potwierdzać ich tezę, że za tragicznym zgonem ich matki stoi nie kto inny, jak właśnie Rachel, która od samego początku wzbudza również antypatię u widza. Wszystko, co kobieta mówi do Anny zdaje się mieć dwuznaczne znaczenie, zawoalowaną groźbę pod jej adresem. Odbiorca stosunkowo szybko dojdzie do wniosku, że ma do czynienia z modelowym czarnym charakterem, który bez problemu omotał ojca Anny i Alex. Fabuła pozornie toczy się w bardzo powolnym tempie. Widz ma okazję popodziwiać piękne widoczki, zapoznać się z relacjami łączącymi poszczególnych bohaterów i ustosunkować się do przedstawionej intrygi kryminalnej. Ale równocześnie twórcy, pragnąc zapobiec znużeniu odbiorcy, co jakiś czas wprowadzają na scenę znakomicie ucharakteryzowane postacie duchów, które przez wzgląd na swój wizualny aspekt oraz pojawianie się w najmniej spodziewanych momentach skutecznie przyśpieszają tętno widza. Na uwagę zasługuje również nastrojowa, delikatna ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Christophera Younga, która co jakiś czas przewija się w tle przedstawianych wydarzeń, a przez wzgląd na jej cichą subtelność znacznie potęguje atmosferę, nie drażniąc uszu odbiorcy.
W drugiej połowie akcja diametralnie przyśpiesza, intryga się zagęszcza, zjawy pojawiają się coraz częściej, klimat znacznie się potęguje, pytania mnożą się w zastraszającym tempie, dezorientując widza, wprowadzając go w błąd, ale równocześnie podsuwając mu drobne, trudno zauważalne tropy sugerujące zakończenie filmu. Uważny widz ma szansę rozwiązać zagadkę przed finałem, ale w przypadku tego obrazu okaże się to niebywale trudną sztuką, ponieważ naprawdę niełatwo jest wyłapać owe subtelne niuanse podsuwane nam przez twórców filmu. Tak dochodzimy do maksymalnie zaskakującego finału, jednego z najlepszych jakie miałam okazję zobaczyć w horrorze.
UWAGA SPOILERY   UWAGA SPOILERY
Winną śmierci matki okazuje się Anna, która chcąc zemścić się na ojcu zdradzającym żonę z jej pielęgniarką przez przypadek zabiła rodzicielkę oraz… swoją siostrę. No właśnie, dowiadujemy się, że wszystkie domniemane duchy widziane przez Annę to w rzeczywistości twory jej chorego umysłu, łącznie z postacią Alex. Anna zabija Rachel, która okazuje się nie taka zła, jak wcześniej myśleliśmy, po czym zostaje na powrót umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, gdzie na widzów czeka ostateczne wyjaśnienie intrygi kryminalnej, którą śledziliśmy wcześniej – tam ostatecznie dowiadujemy się skąd też wzięło się u Anny większość urojeń zaprezentowanych wcześniej.
KONIEC SPOILERÓW   KONIEC SPOILERÓW
Finał do tego stopnia zmienia spojrzenie widza na oś fabularną, że przy ponownym seansie tej produkcji widz nie będzie już w stanie w pełni przeżyć wszystkich wydarzeń rozgrywających się na ekranie. Powtórne projekcje zawsze będą stawiać odbiorcę po innej stronie barykady. „Nieproszeni goście” to jeden z tych obrazów, które chciałoby się całkowicie zapomnieć przed odświeżeniem.

Obok wciągającej, znakomicie zrealizowanej fabuły, tajemniczego klimatu grozy oraz sugestywnej ścieżki dźwiękowej produkcja braci Guardów może pochwalić się również profesjonalną obsadą aktorską. Młoda Emily Browning, Arielle Kebbel, Elizabeth Banks oraz David Strathairn to odtwórcy głównych postaci, na których właściwie opiera się cała oś fabularna. Przed aktorami obok wiarygodnej kreacji ich bohaterów postawiono dodatkowe utrudnienie w postaci wprowadzenia w błąd widza, aby odwrócić jego uwagę od wstrząsającego finału, jednocześnie zachowując spójność fabularną. Widząc tak wielu zaskoczonych widzów można chyba śmiało powiedzieć, że obsada spisała się znakomicie, okazała się swego rodzaju przepustką do sukcesu.

Jeśli o mnie chodzi zawsze będę upierać się przy stwierdzeniu, że „Nieproszeni goście” jest jednym z najlepszych nastrojowych obrazów XXI wieku. Posiada wszystkie integralne, precyzyjnie wyważone elementy tego typu kina grozy. Aż do ostatniej minuty trzyma w napięciu, oferuje nam kilka przerażających smaczków i co najważniejsze na długo pozostawia w pamięci miażdżący finał, którego wręcz nie sposób domyślić się przed czasem.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Scott Smith „Ruiny”

Czwórka przyjaciół – Jeff, Amy, Eric i Stacy – odpoczywają na wakacjach w Meksyku, gdzie poznają trójkę Greków oraz Niemca, Mathiasa, który martwi się o swojego brata, gdyż ten wyruszył w głąb meksykańskiej dżungli, aby pomóc przy wykopaliskach archeologicznych swojej dziewczynie i jeszcze nie wrócił. Amerykanie postanawiają pójść wraz z Mathiasem i jednym z Greków na miejsce wykopalisk i odnaleźć brata Niemca. Gdy docierają na wzgórze gęsto obrośnięte dziwnymi roślinami zaskakuje ich grupa Majów, która zmusza ich do pozostania na wzgórzu, bez możliwości powrotu do domu. Zrozpaczona grupa podróżników zdaje sobie sprawę, że znaleźli się w prawdziwej pułapce – bez jedzenia, bez wody. Na domiar złego odkrywają, że wszyscy archeolodzy nie żyją, a ich kości rozrzucone są po całym wzgórzu oplątane dziwnymi roślinami. Próbując jak najdłużej utrzymać się przy życiu w ekstremalnej sytuacji, przyjaciele odkrywają, że prawdziwe niebezpieczeństwo grozi im ze strony nietypowych roślin, które zdają się być obdarzone morderczą świadomością.
Druga, po „Prostym planie”, książka amerykańskiego pisarza Scotta Smitha, która w 2006 roku zyskała status bestsellera. Rekomendowana przez samego Stephena Kinga, który twierdzi, że jest to najlepszy horror literacki ostatniego dziesięciolecia. Czy najlepszy, nie wiem, to już raczej zostaje w gestii indywidualnych odczuć czytelników, ale na pewno jeden z najbardziej oryginalnych. Już sam pomysł, aby obdarzyć roślinę świadomością i zrobić z niej żądnego krwi psychopatę w horrorze musi zdać egzamin, ale jeśli dodamy do tego znakomity warsztat pisarski Smitha oraz prawdziwie survivalowy klimat to istotnie dostaniemy jedną z najlepszych książek grozy ostatnich lat.
Główni bohaterowie to czwórka Amerykanów. Smith przedstawia wszystkie wydarzenia z ich punktu widzenia, przy okazji z niezwykłą skrupulatnością obrazując czytelnikom ich osobowości oraz reakcje na trudną sytuację, w której się znaleźli. Na gruncie psychologii postaci autor spisuje się wręcz znakomicie, a znając upodobanie Kinga do wiarygodnie nakreślonych protagonistów podejrzewam, że chyba przede wszystkim dlatego tak gorąco rekomenduje tę powieść. Ale skrupulatna charakteryzacja postaci nie jest jedynym atutem tej powieści. W moim mniemaniu na pierwszy plan nieustannie wybija się ekstremalna atmosfera – walka z pragnieniem i głodem, walka z żywiołami – a to wszystko po to, aby przetrwać jeszcze jeden dzień, przeczekać to beznadziejne położenie, w nadziei na ratunek, mimo wszelkich przesłanek, że pomoc nigdy nie nadejdzie. A to wszystko utrudniają mordercze rośliny, które niczym sępy rzucają się na każdy ochłap ciała, obierając go do kości, wypatrują ran w ciałach naszych bohaterów i niepostrzeżenie wślizgują się do wewnątrz ich organizmów. Ponadto posiadają zdolność naśladowania różnych głosów i wykorzystują ją w celu skłócenia przyjaciół, aby sami doprowadzili do swojego upadku. Kolejność eliminacji postaci również zaskakuje, co w pewnym momencie zauważa Eric, dochodząc do wniosku, że w filmie umieraliby w określonym, schematycznym porządku, natomiast tutaj trudno jest przewidzieć, kto będzie następny (co ciekawe w ekranizacji książki proces eliminacji bohaterów rzeczywiście jest tak schematyczny, jak przewidywał to Eric w książce). Każdy z protagonistów umiera w różny, makabryczny sposób. Smith nie boi się szczegółowych opisów krwawych momentów – pełen odrazy czytelnik będzie miał okazje dokładnie zapoznać się z „operacją” amputowania nóg oraz samookaleczaniem w celu wydobycia z ciała morderczych pędów rośliny. Równocześnie, pomimo zaskakującego procesu eliminacji naszych postaci, każdy bez problemu domyśli się, do czego to wszystko prowadzi, jak będzie wyglądał wstrząsający finał, który mimo swojej przewidywalności zdaje się być jedynym właściwym zakończeniem owej makabrycznej historii.
W 2008 roku na ekrany kin trafiła wyreżyserowana przez samego Smitha ekranizacja książki, która choć zachowuje, co ważniejsze wydarzenia z powieści nie może równać się z nią pod kątem survivalowego klimatu oraz psychologii poszczególnych postaci. Film trzyma się utartych w kinie grozy schematów, których wersja literacka w żadnym aspekcie nie przestrzega. „Ruiny” to powieść dla osób poszukujących w prozie czegoś oryginalnego, znakomicie napisanego, a często wręcz mrożącego krew w żyłach.

niedziela, 15 kwietnia 2012

„Roznosiciel” (2011)

Psycholog, Sonny Blake, przeprowadza się po śmierci ojca do jego domu i podejmuje pracę w rozgłośni radiowej, gdzie wieczorami udziela porad swoim słuchaczom. Wkrótce poznaje miejscowego gazeciarza, młodego chłopaka, który już przy pierwszym spotkaniu z panią psycholog wzbudza w niej złe przeczucia. Niedługo potem chłopak zaczyna wydzwaniać do radia, recytując złowieszcze wierszyki oraz włamywać się do domu Sonny. Prześladowana kobieta zwraca się po pomoc do policji, która jednak nic nie może zrobić w jej sprawie. Wkrótce gazeciarz pokaże Sonny, czym jest prawdziwe prześladowanie, a w swoim szaleństwie posunie się do rzeczy niewyobrażalnych.
Thriller wyreżyserowany przez samego Victora Salvę (twórcę „Smakosza”), według jego scenariusza. Ostatnimi czasy Amerykanie zaniedbali wiele gatunków filmowych, nie tylko opuścili się w horrorze, serwując widzom porażającą ilość remake’ów i sequelów, zamiast czegoś oryginalnego, ale również zapomnieli o wielbicielach psychologicznych thrillerów o psychopatach. Między innymi z tego powodu, pełna nadziei na elektryzujący seans, sięgnęłam po „Roznosiciela”, ufając, że to pierwszy krok do wskrzeszenia tego zaniedbanego gatunku filmowego. A po skończonym seansie pozostałam z ambiwalentnymi odczuciami – nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy film zasługuje na uwagę widza, czy jest po prostu kolejnym schematycznym obrazem o żądnym krwi psychopacie.
Victor Salva, na szczęście, postanowił całkowicie skupić się na fabule filmu i psychologii głównych bohaterów, pozbawiając swój obraz niepotrzebnego efekciarstwa i zawrotnych zwrotów akcji. Fabuła krystalizuje się bardzo powoli. Mamy okazję dokładnie poznać główną bohaterkę i jej wroga w osobie młodego gazeciarza. Sylwetkę psychopaty znamy niemalże od początku seansu, więc w tym aspekcie nie będzie typowych dla tego rodzaju filmów zgadywanek, odnośnie tożsamości prześladowcy-mordercy. Ale z pewnością widzowie będą głowić się nad motywami jego postępowania. Reżyser będzie podrzucał nam drobne tropy, w celu wcześniejszego rozwiązania zagadki i przede wszystkim dzięki tym zabiegom ma szansę przykuć uwagę widza. Fabuła oferuje nam minimum porywających scen akcji, jej konstrukcja opiera się raczej na dialogach i ciągłym napięciu, które wzbudza w odbiorcach główna bohaterka – bezsilna ofiara, która zostaje zmuszona pozbyć się natręta na własną rękę. Niecierpliwych widzów, przyzwyczajonych do ciągłych zwrotów akcji i widowiskowych efektów specjalnych taka oś fabularna może mocno znużyć, sama niejednokrotnie odczułam lekkie zniecierpliwienie niekończącymi się dialogami bohaterów, które w moim odczuciu i tak do niczego konstruktywnego nie prowadziły, więc w tym aspekcie pierwsza podpiszę się pod stwierdzeniem, że owe mało interesujące wstawki niepotrzebnie rozwleczono do tak niebotycznych rozmiarów – z pewnością obraz znacznie zyskałby na wartości, gdyby odrobinę je skrócono.
Finał filmu również wywołał we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony nie można odmówić mu elementu zaskoczenia, ale z drugiej przez wzgląd na kilka niedopowiedzeń mocno mnie zirytował. Reżyser z pewnością pozostawił furtkę widzowi do samodzielnych poszukiwań odpowiedzi na klika pytań odnośnie wydarzeń przedstawionych wcześniej, ale myślę, że w tym przypadku taki zabieg nie zdał egzaminu. UWAGA SPOILER Podczas seansu, manipulowana przez reżysera, początkowo jak większość widzów podejrzewałam główną bohaterkę o chorobę psychiczną, natomiast w chwili wyjawienia tajemnicy jej trudnego dzieciństwa, podczas którego borykała się ze zboczonymi zapędami ojca zaczęłam nabierać pewności, że gazeciarz, który najprawdopodobniej zabił jej ojca, a teraz prześladuje ją jest ich synem, poczętym w kazirodczym związku. Myślę, że takie zakończenie, choć dla mnie byłoby całkowicie przewidywalne lepiej zdałoby egzamin, z pewnością mocniej zszokowałoby widzów, aniżeli rewelacja o trzech braciach bliźniakach, obdarzonych socjopatycznymi skłonnościami KONIEC SPOILERA.
W roli głównej zobaczymy jedną z gwiazdek „Krzyku” Wesa Cravena, Rose McGowan, która od tamtego czasu dosyć mocno się postarzała, ale to nie zmienia faktu, że w roli Sonny Blake wypadła bardzo przekonująco – co nie było łatwe biorąc pod uwagę fakt, iż sama jedna musiała zadbać o atmosferę ciągłego napięcia wywołanego bezustannym zagrożeniem jej życia. Rola psychopaty przypadła w udziale Danielowi Ross’owi Owensowi, który szczerze mówiąc mocno zaintrygował mnie swoją aurą szaleńczej tajemniczości, że już nie wspomnę o jego niemałych walorach wizualnych:)
„Roznosiciel” jest typowym obrazem, przeznaczonym dla cierpliwych widzów, lubujących się w zagadkach kryminalnych, choć do jakiś nadzwyczaj oryginalnych obrazów mu daleko. Taka psychologiczna rozrywka na jeden raz, której entuzjaści efekciarskich produkcji z pewnością powinni unikać.

czwartek, 12 kwietnia 2012

John Wyndham „Kukułcze jaja z Midwich”

Anglik John Wyndham w latach 50-tych był najbardziej cenionym pisarzem science-fiction w Wielkiej Brytanii i Australii. Dzisiaj jego książki należą już do kanonu klasyki i nadal cieszą się ogromnym zainteresowaniem wśród entuzjastów fantastyki literackiej.
„Kukułcze jaja z Midwich” wydane po raz pierwszy w 1957 roku to historia pewnego małego miasteczka w Anglii, które pewnego dnia zasypia. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta znajdujący się w Midwich przez pewien czas znajdują się w pewnego rodzaju śpiączce, aby wkrótce jakby nigdy nic po prostu się obudzić. Podczas gdy armia Stanów Zjednoczonych bacznie obserwuje mieszkańców, którzy wedle wszelkich prawdopodobieństw zostali uśpieni przez przybyszów z kosmosu, społeczeństwo Midwich powoli przechodzi nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Jednak niedługo potem wszystkie kobiety w wieku rozrodczym zachodzą w ciążę. Postanawiając urodzić kosmiczne dzieci, jeszcze nie wiedzą, że stają do walki dwóch gatunków o przetrwanie na Ziemi.
Tytuł książki nawiązuje do osobliwego zwyczaju kukułek, które podrzucają swoje jaja do cudzych gniazd, pod opiekę innych ptaków. Tutaj takimi kukułczymi jajami są niepokojące blondwłose dzieci ze świecącymi, złotymi oczami. Zapłodnione przez pozaziemską siłę mieszkanki Midwich nosząc ich pod sercem są jedynie żywicielkami, okrutnie wykorzystanymi kobietami, które służą jedynie za naczynie niezbędne do przyjścia na świat demonicznych istot. A owe istoty, z zewnątrz sprawiające tak niewinne wrażenie, wkrótce dzięki swoim nadzwyczajnym zdolnościom kontroli umysłów ludzkich oraz zbiorowej świadomości postarają się przejąć kontrolę nie tylko nad Midwich, ale również całą ludzkością. Starcie, pomiędzy dwoma gatunkami zdaje się być nieuniknione, gdyż jak słusznie zauważa autor obie rasy pragną dominować na Ziemi, żadna przez wzgląd na swoją władczą naturę nie jest w stanie usunąć się w cień. Wyndham zawarł w tej powieści kluczowe prawdy dotyczące naszego gatunku, które choć okrutne w swej wymowie zdają się sięgać w samo setno problemu.
Pod kątem socjologii i psychologii autor wypadł wręcz idealnie, to samo można z pewnością powiedzieć o oryginalnej fabule powieści, która siłą rzeczy wzbudza niesłabnące zainteresowanie czytelnika, a nawet daje mu odczuć odrobinę grozy, poprzez koszmarne wydarzenia, których jest świadkiem. Jednak autor nie ustrzegł się również kilku słabszych aspektów, które w latach 50-tych pewnie zdawały egzamin, ale współczesnego odbiorę mogą nico zirytować. Zacznijmy od bohaterów, których niestety praktycznie nie jesteśmy w stanie lepiej poznać. Wyndham zdaje się nie interesować ich psychologią, nie tłumaczy nam motywów ich postępowania. Nawet narrator, jeden z bohaterów powieści, niejednokrotnie sprawia wrażenie, aż nazbyt papierowego. Takie pobieżne przedstawienie postaci w tego rodzaju literaturze odrobinę irytuje, w końcu przyzwyczailiśmy się już do drobiazgowych opisów małomiasteczkowego społeczeństwa autorstwa Stephena Kinga. Wyndham zaproponował nam króciutką powieść (choć jej tematyka, aż prosiła się o znaczne rozbudowanie) pełną akcji i dialogów, pozbawioną sugestywnych opisów sytuacyjnych i szczegółowej charakterystyki zarówno protagonistów, jak i antagonistów. Wielbiciele dynamicznej akcji na pewno będą zadowoleni, ale czytelnicy poszukujący czegoś sugestywniejszego mogą czasem odczuć lekki niedosyt.
„Kukułcze jaja z Midwich” to bez wątpienia klasyka literatury science-fiction, z którą każdy wielbiciel tego gatunku powinien być za pan brat. Szkoda tylko, że w Polsce wydawnictwa tak rzadko wznawiają nakłady klasycznych dzieł – dlatego też ta pozycja, jak i całe mnóstwo innych wspaniałych lektur sprzed lat na naszym rynku jest praktycznie nie do zdobycia. W 1960 roku Wolf Rilla zaproponował filmową wersję historii Wyndhama, a w 1995 roku światło dzienne ujrzała jej uwspółcześniona wersja wyreżyserowana przez samego Johna Carpentera.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

„Blady strach” (2003)

Recenzja na życzenie
Marie i Alex przyjeżdżają do rodzinnego domu tej drugiej, aby wspólnie się pouczyć. Już pierwszej nocy ich pobytu na położonej na odludziu farmie zaskakuje ich tajemniczy gość – potężnie zbudowany mężczyzna, który bez żadnego wyjaśnienia bestialsko morduje rodziców i młodszego brata Alex, a ją samą porywa. Alex rusza w pościg za mordercą, chcąc za wszelką cenę uratować przyjaciółkę.
Pierwszy horror francuskiego reżysera Alexandre Aja, w przeciwieństwie do jego późniejszych filmów nakręcony w jego ojczystym kraju, który ostatnimi czasy zasłynął brutalnymi, epatującymi przemocą obrazami torture porn. „Blady strach” jest jednak podręcznikowym przykładem slashera, choć Aja upiera się, że to typowy survival. Francuzi, jak zwykle w tego rodzaju filmach, nie ustrzegli się tutaj dosłowności pod kątem makabry, więc „Blady strach” powinien przypaść do gustu wielbicielom krwawych jatek na ekranie.
Zaczyna się dosyć typowo. Widzimy dwie młode przyjaciółki, przemierzające samochodem trasę na odludziu. Konwersują na, zdawać by się mogło, banalne tematy, ale tylko pozornie, ponieważ biorąc pod uwagę kontrowersyjne zakończenie filmu ich rozmowa ma ogromne znaczenie dla późniejszych wydarzeń - między innymi na początku pada jedno ze zdań będących kluczem do rozszyfrowania finału. Kiedy Marie i Alex docierają wreszcie do domu na farmie i wszystkim powitaniom staje się zadość, zapada noc, podczas której rozegra się większość akcji filmu - akcji, która rozkręca się w iście błyskawicznym tempie. Od momentu wejścia do domu podejrzanego typa twórcy całkowicie rezygnują z wszelkiego rodzaju subtelności i choć atmosfera grozy wciąż będzie łatwo wyczuwalna to jednak na pierwszy plan wysunie się krwawy wymiar filmu w iście sensacyjnej otoczce. Po wejściu do domu Alex, mężczyzna wykańcza rodzinę dziewczyny w tak okrutny sposób, że widzowie nieprzyzwyczajeni do rozlewu krwi na ekranie mogą poczuć niemałe mdłości. A to, rzecz jasna, nie wszystko. Po dokonaniu rzezi morderca odjeżdża wraz z Alex, a Marie rusza jej na ratunek – zresztą nie ma w tym nic dziwnego, w końcu reżyser od początku daje nam sygnały, że dziewczyna nie traktuje Alex jak przyjaciółki, że jest ona dla niej kimś więcej… W tym momencie na plan pierwszy wysuwa się sensacyjny aspekt filmu - przez jakiś czas widzowie będą świadkami pełnego napięcia pościgu za psychopatą, podczas którego dzięki znakomitej sylwetce Marie, wykreowanej przez Cecile De France całkowicie utożsamimy się z tą postacią, podczas przeładowanych elektryzującym napięciem chwil z całego serca będziemy jej dopingować. A pod koniec, po kolejnej makabrycznej rzezi dostaniemy owe kontrowersyjne zakończenie, które w oczach wielu widzów całkowicie przekreśliło ten film.
UWAGA SPOILER „Blady strach” jest tego rodzaju filmem, którego w żadnym razie nie można brać dosłownie, wszystko co widzimy do momentu zakończenia na pewnym gruncie rozgrywa się tylko i wyłącznie w chorym umyśle Marie KONIEC SPOILERA. Aby całkowicie zrozumieć intencje reżysera, nie przekreślając logiki fabularnej jego produkcji po skończonym seansie wypada obejrzeć film powtórnie z zupełnie odmiennej perspektywy. Jestem pewna, że widzowie lubiący trochę pogłówkować szybko dojdą do wniosku, że wbrew początkowemu wrażeniu nielogiczności fabularnej wszystko układa się w całkiem spójną całość.
Na uwagę, obok realistycznych scen gore i dynamicznej akcji, zasługuje również ciężki klimat ciągłego zagrożenia, który bezustannie przebija się do mentalności widza, nawet w momentach całkowicie sensacyjnych, które na pierwszy rzut oka nie mają wiele wspólnego z horrorem (jak na przykład szaleńczy pościg za furgonetką mordercy, pośród leśnej głuszy). Na potęgowanie klimatu znacznie wpływa odludna sceneria, ale myślę, że największym jego katalizatorem jest przemyślane udźwiękowienie, z jednym z moich ulubionych, nastrojowych kawałków grupy Muse pod tytułem „New Born” na czele. Wszystkie te elementy, w tak wyważony sposób, połączone w całość, w moim mniemaniu świadczą o wyjątkowości „Bladego strachu” na tle innych XXI-wiecznych slasherów, a już na pewno stanowiły przepustkę dla pana Aji do wielkiego świata filmowej grozy.
„Blady strach” to film przeznaczony przede wszystkim dla wielbicieli krwawych horrorów, slasherów pozbawionych rzucającej się w oczy nielogiczności w zachowaniu bohaterów oraz osób otwartych na różne interpretacje i dążących do całkowitego zrozumienia zamysłu reżysera, bez pochopnego przekreślania sensowności wydarzeń przedstawionych na ekranie, niebojących się główkowania, nawet kosztem ponownego seansu.

sobota, 7 kwietnia 2012

„Madman” (1982)

Podczas obozowego ogniska grupka młodych ludzi zabawia się przerażającymi opowieściami. Po zapoznaniu się z rzekomą legendą o szaleńcu grasującym w lesie, w którym aktualnie przebywają, jeden z chłopców wypowiada jego imię, co wedle legendy ma moc przywołać żądnego krwi mordercę. Wkrótce obozowicze będę mieli okazję na własnej skórze przekonać się, że w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy.
W latach 80-tych panował rozkwit zarówno kina gore, jak i filmowych slasherów. Największa popularność tego ostatniego zaczęła się od niskobudżetowego obrazu Johna Carpentera z 1978 roku pt. „Halloween”. Natomiast w roku 1980 Sean Cunningham zaproponował widzom, jak się później okazało, pierwszą część serii „Piątku trzynastego”, która zapoczątkowała modę na tzw. camp slashery, których akcja, jak sama nazwa wskazuje osadzona była w realiach obozowych. „Madman” Joe’go Giannone’a utrzymany jest właśnie w konwencji „Piątku trzynastego”, ale jak dla mnie odrobinę przebił swojego prekursora.
„Madman” na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym oryginalnym na tle niezliczonej liczby innych klasycznych slasherów. Mamy grupkę młodych ludzi, przebywających na obozie, mamy tajemniczego mordercę, dzierżącego w ręku siekierę i systematycznie wykańczającego swoje ofiary. I rzeczywiście, poza zakończeniem, film twardo trzyma się utartych schematów tego nurtu horroru – jednak czymś ciekawym okazuje się realizacja, która ze względu na niski budżet produkcji nie grzeszy wiarygodnością, aczkolwiek, biorąc pod uwagę ten fakt zaskakuje swoim nowatorskim podejściem do tematu. Przede wszystkim akcja w całości rozgrywa się podczas jednej nocy, ani przez chwilę nie ujrzymy światła dziennego. Twórcy zastosowali bardzo ciekawy zabieg oświetleniowy – podczas samotnych wędrówek naszych bohaterów po lesie pada na nich fluoryzujące błękitne światło, co sprawia iście demoniczne wrażenie. Nie wiem, czy był to celowy zabieg, czy po prostu nieumiejętne operowanie światłem, ale efekt okazał się wprost piorunujący. Dzięki temu kolorystyka obrazu znacznie zyskała na wartości. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Stephena Horelick’a idealnie współgra z wydarzeniami rozgrywającymi się na ekranie, a co chyba najważniejsze skutecznie potęguje i tak już duszną atmosferę grozy. Klasyczne slashery miały to do siebie, że skrupulatnie dbały o mroczny klimat, którego próżno szukać we współczesnych „rąbankach” i w tym aspekcie „Madman” nie jest żadnym wyjątkiem. Skąpane w mroku lasy, świecący błękit, dziwne szelesty, sugestywna muzyczka i skradający się za swoimi ofiarami maniak z siekierą to recepta na niemalże idealny slasher, ale jeśli dodamy do tego kilka naprawdę krwawych scen (porażających sztucznością, ale zawsze) to chyba nie potrzeba dalszej zachęty dla wielbicieli tego rodzaju rozrywki. Reżyser zadbał również o tempo akcji, które nie pozwoli odbiorcom, ani przez chwilę odczuć znużenia, mimo schematyczności fabularnej. Jedyne, do czego naprawdę, można się przyczepić to obsada, która przekonała mnie jedynie swoim zwyczajnym wyglądem – nie zobaczymy tutaj wymalowanych gwiazdek Hollywoodu, które w każdej sytuacji prezentują się zjawiskowo pięknie. Nie, w tym przypadku będziemy mieć do czynienia z wizualnie przeciętnymi ludźmi, ale niestety zdają oni egzamin tylko od strony wyglądu, ponieważ zdolności aktorskich nie mają absolutnie żadnych.
Wielbiciele „Piątku trzynastego”, którym umknęła ta pozycja powinni, jak najszybciej nadrobić zaległości – to samo tyczy się koneserów klasycznych slasherów. Natomiast widzowi współczesnych, wysokobudżetowych horrorów raczej nie znajdą tutaj niczego dla siebie.

czwartek, 5 kwietnia 2012

„Droga bez powrotu” (2003)

Chris podąża samochodem na ważne spotkanie w sprawach zawodowych. Niestety, na autostradzie natyka się na korek, spowodowany wyciekiem chemikaliów. Pragnąc, jak najszybciej znaleźć się na miejscu, młody lekarz decyduje się na objazd przez drogę poprowadzoną przez lasy Zachodniej Wirginii. W środku lasu Chris uderza w samochód ustawiony w poprzek drogi. Szybko odkrywa, że należy on do grupy młodych ludzi, którzy podobnie jak on utknęli w sercu głuszy z zepsutym transportem. Wszyscy postanawiają wyruszyć na poszukiwanie pomocy pieszo. Kiedy docierają do drewnianej chatki w środku lasu, zamieszkiwanej przez zdeformowanych kanibali zaczyna się prawdziwa walka o przeżycie.
Reżyserska przygoda Roba Schmidta z horrorem pełnometrażowym, jak dotąd zaczęła się i skończyła na „Drodze bez powrotu”, bowiem ostatnimi czasy postawił raczej na tworzenie godzinnych odcinków w serialach „Mistrzowie horroru” oraz „Oblicza strachu”. A szkoda, bo patrząc na to, co pokazał wielbicielom filmowej grozy w „Drodze bez powrotu” można śmiało wysnuć hipotezę, iż Schmidt, jak mało kto rozumie mechanizmy działania nurtu nazywanego przez fanów gatunku survivalem.
Film zaczyna się, aż nazbyt typowo. Grupa ludzi w wyniku nieszczęśliwego wypadku ląduje w środku lasu, gdzie oczywiście zasięg telefonii komórkowej nie dociera (oklepany zabieg twórców nowoczesnych horrorów. W końcu jakoś musieli wybrnąć ze starcia z nowoczesną technologią), co jakimś cudem zmusza naszych bohaterów do wejścia w głąb lasu w poszukiwaniu pomocy. W tym momencie zawsze zastanawiałam się, dlaczego protagoniści nie zdecydowali się na drogę powrotną w stronę autostrady – w końcu mieli większą szansę znalezienia działającego telefonu u ludzi sterczących w korku ulicznym, aniżeli w środku rozległych lasów Zachodniej Wirginii. Wydaje mi się, że w tym momencie twórcy na chwilę zapomnieli o logice, ale na szczęście dzięki późniejszym wydarzeniom udało mi się przymknąć oko na tę drobną nieścisłość fabularną. Wprowadzenie do właściwej akcji przebiega w iście błyskawicznym tempie – Schmidt zadbał o maksymalne skrócenie mało interesujących momentów, w których pozwolił widzom przede wszystkim na zapoznanie się z pozytywnymi bohaterami, po czym niemalże od razu przeszedł do pełnych napięcia scen. Widzowie, spragnieni mocnych wrażeń podczas seansu będą mieli okazję zobaczyć kilka średnio krwawych momentów w iście sensacyjnej oprawie. Myślę, że właśnie to osobliwe połączenie scen mordów z pełną napięcia atmosferą walki o przetrwanie w starciu z kanibalami, pośród bezkresu natury zapewniło tej produkcji tak wielkie zainteresowanie nie tylko w gronie wielbicieli kina grozy, ale również wśród przypadkowych widzów. Mimo wielu głosów, oskarżających „Drogę bez powrotu” o nadmierną brutalność ciężko jest tutaj doszukać się zbyt wielkiego rozlewu krwi. Z pewnością najmocniejsza jest scena mordu za pomocą drutu kolczastego, widziana dosłownie w formie szybkiej migawki oraz późniejsza masakra w chatce kanibali, kiedy to bezlitośnie rozczłonkowują swoją ofiarę – oczywiście, domyślamy się, że ma ona posłużyć, jako pokarm dla zdeformowanych dzikusów, jednak twórcy rezygnują z dosłowności w prezentowaniu antropofagii. Wielbiciele mocnego gore mogą być odrobinę zawiedzeni, ale myślę, że dzięki umiarkowaniu w rozlewie krwi, filmowcom udało się uniknąć groteski, która przez wzgląd na tematykę produkcji wydawała się być nieunikniona.
Choć w „Drodze bez powrotu” próżno szukać grozy w klasycznym rozumieniu tego słowa, na pewno możemy liczyć na napięcie. Wydaje mi się nawet, że twórcom bardziej zależało na ukazaniu pełnej akcji walki o przeżycie, aniżeli wszechobecnych mordów. Wytrawny widz survivalu od razu to zauważy, a dzięki nieustannemu dramatowi sytuacyjnemu na pewno również doceni. Schmidt postarał się, żebyśmy polubili protagonistów, a co za tym idzie znacznie wzmógł nasze napięcie podczas seansu. Już pomijając leśną scenerię, która nota bene mocno przyczyniła się do wzbudzenia uczucia alienacji u odbiorców twórcy równie skrupulatnie zadbali o antagonistów. Grupa zdeformowanych kanibali, która bez żadnych skrupułów urządza sobie polowanie na ludzi, w celu zdobycia pożywienia wywołuje ciarki na placach widzów nie tylko przez wzgląd na ich bezlitosne zachowanie, akcentowane dzikimi okrzykami, ale również dzięki znakomitej charakteryzacji ich szkaradnych twarzy. To prawda, że niejednokrotnie wywołają oni śmiech u odbiorcy, ale z pewnością jest to śmiech histeryczny.
Na obsadę „Drogi bez powrotu” składają się znane gwiazdki Hollywoodu. Desmond Harrington, Eliza Dushku, Emmanuelle Chriqui, Lindy Booth, Kevin Zegers I Jeremy Sisto w pozytywnych rolach spisują się naprawdę znakomicie – udaje im się zyskać sympatię widzów, a to najważniejsza I najtrudniejsza sztuka w tego rodzaju horrorach. Z plejady antagonistów na uwagę zasługuje przede wszystkim Julian Richings – szczupły oszołom, który chyba najczęściej wywołuje rozbawienie u odbiorców, ale równocześnie wzbudza najwięcej negatywnych emocji – wariat doskonały, chciałoby się rzec:)
Jak dotąd „Droga bez powrotu” doczekała się trzech sequeli, ale żaden nawet odrobinę nie zbliżył się do spektakularnego widowiska, jakim bez wątpienia jest pierwowzór. Schmidtowi udało się bez szczególnego trudu tchnąć życie w oklepany już schemat amerykańskiego survivalu. Ten film to dowód na to, że nawet najbardziej schematyczna oś fabularna ma jeszcze szansę zainteresować widzów, o ile znajduje się w dobrych reżyserskich rękach.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Głosowanie

Skoro najlepsze horrory pierwszej dekady XXI wieku mamy już za sobą, czas zająć się o wiele lepszym okresem dla filmowego horroru. Zapraszam wszystkich do głosowania na horrory mające swoją premierę w latach 1960-2000 (włącznie). Każdego chętnego do wzięcia udziału w zabawie bardzo proszę o oddanie głosu na trzy swoje ulubione filmy grozy z podanego przedziału wiekowego. Głosy proszę oddawać w komentarzach lub przesyłać na maila buffy1977@wp.pl. Głosowanie trwa do 20 kwietnia. Wszystkie Wasze głosy zostaną zsumowane i powstanie kolejne zestawienie Waszym zdaniem najlepszych klasyków filmowego horroru – jak zwykle całkowicie obiektywne. Zapraszam gorąco do udziału we wspólnej zabawie!

niedziela, 1 kwietnia 2012

„Nekromantik” (1987)

Recenzja na życzenie (ICHI)
OSOBY NIEPEŁNOLETNIE BARDZO PROSZĘ O OPUSZCZENIE TEGO TEKSTU
Robert Schmadtke pracuje w agencji zajmującej się usuwaniem zwłok z ulic, co daje mu możliwość oddawania się największym perwersjom – narządy wewnętrzne, wyjęte ze zwłok przynosi do mieszkania i umieszcza w słoikach. Wraz ze swoją dziewczyną, Betty, która dzieli z nim zainteresowania ludzkim zwłokami oddaje się coraz większym zboczeniom, w których centralną rolę odgrywa przyniesione do domu ciało człowieka. Gdy Robert zostaje zwolniony z pracy Betty zrywa z nim, co doprowadza mężczyznę do całkowitego szaleństwa.
Niskobudżetowy film niemieckiego twórcy Jorga Buttgereita. W latach 80-tych w trakcie rozkwitu nurtu gore w filmie, twórcy prześcigali się w tworzeniu kontrowersyjnych obrazów, które miały za zadanie zniesmaczyć i zaszokować odbiorcę, prezentowanymi na ekranie bestialstwami, w trakcie których ciało człowieka traktowano całkowicie przedmiotowo – było jedynie materiałem, służącym nieludzkim eksperymentom. Filmy gore nie bały się poruszać tematów tabu – gwałt, kazirodztwo, tortury, czy właśnie nekrofilia traktowane w nich były, jak coś całkowicie zwyczajnego, w rzeczywistości spotykanego niemalże na każdym kroku. „Nekromantik” Buttgereita zdaje się być kwintesencją nurtu gore, swoistym miszmaszem wszystkiego, co może szokować cywilizowanego widza i gdyby oceniać tego rodzaju produkcje jedynie przez pryzmat obrzydliwości to „Nekromantik” bez wątpienia nie miałby sobie równych. Jednakże dla mnie, nawet w tego rodzaju obrazach ważną rolę odgrywają również inne elementy, które w przypadku tej produkcji nie spełniły moich oczekiwań.
Już pierwsza scena daje nam przedsmak tego, czego będziemy świadkami w dalszej części seansu. Widzimy oddającą mocz kobietę, która po załatwieniu potrzeby wraca do samochodu, prowadzonego przez mężczyznę. W trakcie przejażdżki parka ulega wypadkowi – kamera z bolesną wręcz precyzją filmuje bezwładne ciało mężczyzny pozbawionego oka, a następnie przeskakuje na przeciętą na pół kobietę, z której wypływają wnętrzności. Już ta scena powinna ostrzec wrażliwych widzów przed dalszą projekcją, a gdyby ktoś nadal nie miał dość twórcy w kolejnych minutach prezentują nam jeszcze więcej obrzydliwości. Obserwujemy królika obdzieranego ze skóry i patroszonego oraz towarzyszymy Robertowi przy autopsji. Reżyser w dość szybkim tempie prezentuje nam zlepek odrażających obrazów, których poziom okrucieństwa wzrasta symetrycznie z biegiem trwania filmu. Aż do jednej z najbardziej kontrowersyjnych scen w historii kina gore. Kiedy Robert przynosi do mieszkania zwłoki na wpół zgniłego człowieka i wraz z Betty przystępuje do wyuzdanego seksu, w którym centralną rolę odgrywa wspomniany trup nawet doświadczony widz tego rodzaju horrorów może poczuć się nieswojo. To, co Robert i Betty wyprawiają z odrażającym wizualnie ciałem z pewnością u niejednego widza wywoła niekontrolowane mdłości i przez długi czas nie pozbędzie się tego obrazu z pamięci. Ale rzecz jasna to jeszcze nie koniec – dalej będzie jeszcze gorzej, aż do niebywale odstręczającego zakończenia.
Bohaterowie filmu podobnie jak trupy, poddawane perwersyjnym eksperymentom, zostali tutaj potraktowani całkowicie przedmiotowo. Poza Robertem i Betty twórcy w ogóle nie skupiają się na pozostałych postaciach, a dwójka naszych antagonistów jest jedynie narzędziem, mającym za zadanie zniesmaczyć odbiorców. Zdegenerowana parka, która nie widzi nic złego w nekrofilii oraz obsesyjnym zainteresowaniu krwią i ludzkimi narządami wewnętrznymi. Po odejściu Betty reżyser całkowicie skupia się na Robercie, który w swoim szaleństwie posuwa się coraz dalej, aż do ostatecznej granicy szaleństwa, której nie może już przekroczyć. UWAGA SPOILER Końcowa scena stanowi kwintesencję wszystkich okropieństw, których byliśmy świadkami podczas seansu. Szukając coraz większym wrażeń seksualnych Robert decyduje się na wypatroszenie samego siebie, co bez wątpienia zapewnia mu spełnienie – wiemy to z całą pewnością, dzięki drobiazgowości twórców, którzy nie zapomnieli o tym, żeby pokazać widzom nasienie tryskające z penisa Roberta podczas jego bolesnej agonii KONIEC SPOILERA.
W „Nekromantiku” miłość do śmierci pokazana jest w tak odrażający sposób, że dziwię się, iż wytrzymałam to do końca. Tym bardziej, że poza szokującymi obrazami ten film nie ma sobą absolutnie nic do zaoferowania. Niedbale nakreślona oś fabularna, która jest jedynie przyczynkiem do prezentowania coraz to ohydniejszych scen, pozbawiona jest choćby odrobinę intrygującego momentu, choćby minimalnego elementu zaskoczenia. Mamy jedynie zlepek szokujących zdjęć, które niejednokrotnie przechodzą w zwyczajną groteskę. Natomiast lekka muzyka przewijająca się tle, do tego stopnia niekompatybilna z rozgrywającymi się na ekranie wydarzeniami dodatkowo dezorientuje widza, raczej go irytując, aniżeli intrygując. Na dokładkę seans bez wątpienia psuje amatorska realizacja - podczas seansu nie mogłam pozbyć się wrażenia, że oto obcuję z produkcją nagraną za pomocą telefonu komórkowego. Istnieją wiarygodniej zmontowane niskobudżetowe filmy, więc mały nakład finansowy, niestety, nie jest w tym przypadku żadną wymówką.
Przez wzgląd na tematykę tabu oraz nagromadzenie drastycznych scen odradzam seans ludziom obdarzonym delikatną psychiką, a już na pewno osobom niepełnoletnim. „Nekromantik” to niemalże 70-minutowe pranie mózgu, które nawet dla entuzjastów nurtu gore może być trudne do wytrzymania.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...