czwartek, 31 maja 2012

Jožo Nižnánsky "Pani na Czachticach”

Zbeletryzowana historia okrutnej Elżbiety Batory, węgierskiej księżnej, sprawującej rządy w czachtickim zamku.  Książka przedstawia ostatni rok panowania Krwawej Hrabiny w oparciu o zeznania prawdziwych świadków niewyobrażalnych rzeczy, mających miejsce na jej zamku.
Ostatnimi czasy wydawnictwo Książnica wypuściło na polski rynek dwie książki, traktujące o najsłynniejszych „wampirach” w dziejach świata. „Wład Palownik. Prawdziwa historia Drakuli” była jedną z najlepszych pozycji, jakie dane mi było przeczytać w ostatnich latach, nic więc dziwnego, że postanowiłam poznać również zbeletryzowaną wersję historii o Elżbiecie Batory. Dla mnie największym plusem powieści jest jej staroświecki język, który dla współczesnego czytelnika miejscami może okazać się nieco trudny, ale na pewno nie można mu odmówić bogatych walorów estetycznych. Prowadzenie akcji natomiast, w moim odczuciu jest jedynym irytującym aspektem niniejszej pozycji. Autor zbyt szybko kończy zaczęte wątki, po czym w pośpiechu zaczyna następne. Z jednej strony taki zabieg daje czytelnikowi rzadką możliwość zatopienia się w dynamiczne wydarzenia, które zmieniają się, jak w kalejdoskopie, dzięki czemu każdy dostanie coś, czego poszukuje w tego typu lekturach. Mamy tutaj krwawe tortury na niewinnych dziewczętach, których dopuszcza się okrutna Elżbieta, wespół ze swoją służbą, będąc przekonana, że kąpiel w ich krwi zapewni jej wieczną młodość. Mamy liczne wątki miłosne w obozie przeciwników Batorówny – zbójników walczących o wolność Czachtic, buntujących się bezprawnym bestialstwom, których dopuszcza się ich Krwawa Hrabina. Mamy liczne intrygi zarówno po stronie dobra, jak i zła – tak, jak Elżbieta stara się podstępem schwytać rebeliantów, tak i zbójnicy wysyłają do zamku na przeszpiegi swoich ludzi. Ponadto prześledzimy również wątek macierzyńskiej miłości Batorównej do swojej nieślubnej córki, zakochanej w herszcie zbójników. Autor niejednokrotnie przeniesie nas na pole walki, pełne przepychu bale wyprawiane przez szlachtę oraz przybliży nam nieco realia ciężkiej egzystencji ówczesnego chłopstwa. Tak więc na akcję na pewno nie możemy narzekać, z tym, że taki zabieg obok plusów ma również swoją słabszą stronę. Przez wzgląd na zbyt szybkie zamykanie poszczególnych wątków czytelnik nie ma możliwości całkowitego wczucia się w poszczególne wydarzenia – ledwo autor zacznie spisywać coś intrygującego, za chwilę to kończy, aby przejść do czegoś innego. Najwięcej traci na tym postać głównej bohaterki – jej bestialstwa zarysowano tak oględnie, że nie mamy możliwość odczuć całego ogromu jej okrutnej natury. Tortury, których poddaje niewinne dziewczęta są tak wyszukane, tak nieludzkie, ale zarazem tak pobieżnie zarysowane, że ciężko jest zapałać współczuciem do jej ofiar
Bohaterów wyraźnie przedstawiono w kategoriach tych złych i tych dobrych. W obozie zbójników mamy mężczyzn i ich kobiety, którzy nie bacząc na własne bezpieczeństwo stają w obronie niewinnych i uciśnionych. Ich wrogiem jest zdawać by się mogło wszechmocna grafka, która oddając się czarnoksięskim praktykom robi wszystko, aby zachować wieczną młodość, tępiąc każdego, kto ma odwagę jej się przeciwstawić. W jej krwawych rządach pomagają jej służebne i żołnierze, wśród których wielu również odnajduje niemałą przyjemność w zadawaniu cierpienia niewinnym.
Myślę, że historia Elżbiety Batory jest sama w sobie rak intrygująca, że nie muszę zanadto zachęcać czytelników do sięgnięcia po tę pozycję. Choć pod względem stylu wiele można jej zarzucić należy oddać autorowi sprawiedliwość w kwestii zachowania realiów historycznych oraz zebrania w jedną spójną całość wielu, często przeczących sobie wzajemnie, podań przedstawiających okrutne rządy Krwawej Hrabiny. Choć nie dowiemy się, ile osób ma na sumieniu Elżbieta Batory, za co winę ponoszą tylko i wyłącznie nie do końca sprecyzowane dokumenty oraz zeznania świadków autor zrobił wszystko, aby z tego miszmaszu historycznego odsiać, jak najwięcej faktów, maskując niejasności innymi wątkami pobocznymi. Książkę, mimo jej sporych gabarytów, czyta się w zawrotnym tempie i jak już wspomniałam mnogość przedstawionych wydarzeń oraz spora liczba bohaterów sprawi, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, wedle własnego gustu.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 30 maja 2012

„Wiem kto mnie zabił" (2007)

Recenzja na życzenie (Bluesh)
W małym miasteczku grasuje niebezpieczny morderca, który porywa swoje ofiary, torturuje je, po czym zabija. Jego ofiarą pada wzorowa, spokojna uczennica Aubrey Fleming, która po kilku dniach od uprowadzenia zostaje odnaleziona bez ręki i nogi, jednak upiera się, że nie nazywa się Aubrey Fleming tylko Dakota Moss i jest striptizerką. Policja jest przekonana, że dziewczyna na skutek doznanego szoku wymyśliła sobie inną osobowość. Tymczasem Dakota dochodzi do wniosku, że posiada siostrę bliźniaczkę, o której dotychczas nie wiedziała, co więcej przeczuwa, że Aubrey nadal żyje. Nie mogąc przekonać policji do swojej teorii postanawia na własną rękę odnaleźć groźnego psychopatę i ocalić siostrę.
Thriller Chrisa Sivertsona nominowany w dziewięciu kategoriach do Złotej Maliny - zdobył, aż siedem statuetek. Co więcej obraz zajął pierwsze miejsce w podsumowaniu najgorszych filmów 2007 roku serwisu Dark Horizons. Już na wstępie muszę nadmienić, że owa antypatia krytyków, odnośnie tej produkcji jest dla mnie całkowicie niezrozumiała (mogłabym wskazać im mnóstwo innych filmów grozy z roku 2007, które o wiele bardziej zasługują na niepochlebne recenzje). Zdanie tzw. znawców kinematografii na temat tej produkcji tylko upewniło mnie w przekonaniu, że nie należę do widzów skłonnych do kopiowania ich przekonań. Widzowie, oczywiście podzielili się na dwa odrębne obozy – jedni wychwalają oryginalny scenariusz i realizację tego obrazu, natomiast zdecydowana większość podziela zdanie krytyki nie szczędząc krytycznych słów produkcji Sivertsona.
„Zawsze czułam się, jak połowa osoby. Połowa osoby z połową serca.”
Największe kontrowersje wzbudza osoba Lindsay Lohan, bardziej skandalistki, aniżeli aktorki, która dotychczas pojawiała się przede wszystkim w komediach skierowanych do nastoletnich odbiorców. Za rolę w „Wiem kto mnie zabił” otrzymała Złotą Malinę, aczkolwiek w moim mniemaniu o wiele lepiej poradziła sobie tutaj, aniżeli we wcześniejszych młodzieżowych produkcjach. Tym bardziej, że nie miała łatwego zadania. Scenariusz dał jej możliwość wykreowania dwóch, choć wizualnie identycznych, charakterologicznie całkowicie odmiennych postaci. Jako Aubrey była spokojną, uczynną, ułożoną i ambitną dziewczyną, która ciężko pracuje nad samodoskonaleniem. Natomiast, jako Dakota pokazała nam całkowicie zepsutą, zdemoralizowaną osobę, traktującą sprawy seksualne nad wyraz przedmiotowo, zmagającą się z życiem w ubóstwie i ciężką profesją w branży striptizerskiej. Obok ciekawej podwójnej kreacji Lohan na uwagę zasługuje również osobliwa realizacja tego obrazu. Twórcy szczególnie akcentują dwa kolory: niebieski i czerwony. Oczywiście, można doszukiwać się w tym drugiego dna, jednakże symbolika obu tych barw jest tak rozległa, że ciężko jest dopasować ich cechy adekwatne do fabuły, a już niemożliwe jest rozszyfrowanie, o jaką konkretnie wymowę czerwieni i błękitu chodziło twórcom. Można się jedynie tego domyślać – zarówno tutaj, jak i w przypadku fabuły reżyser pozostawia nam furtkę do dowolnej interpretacji wedle naszych indywidualnych upodobań. Jednakże, abstrahując od symboliki, owa zabawa kolorami nadaje temu obrazowi nowego wymiaru wizualnego – zdjęcia przyciągają uwagę widza, spragnionego nowatorskich rozwiązań realizacyjnych.
Widzowie prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych teorii interpretacyjnych, co chyba najmocniej przemawia za obejrzeniem tej produkcji. W końcu film, który zmusza do tylu zażartych dyskusji nie może być, aż tak zły, jak chcieliby tego krytycy.
UWAGA MOŻLIWE SPOILERY
Tak naprawdę istnieją tylko dwie główne osie interpretacyjne. Możemy przyjąć teorię, że Aubrey, po wydostaniu się z rąk psychopaty, wykreowała samą siebie na kogoś innego – własną siostrę bliźniaczkę. Opowiadanie o życiu striptizerki Dakoty, które pisze Aubrey najmocniej przemawiałoby za tą teorią – można odnieść wrażenie, że na skutek traumatycznych przeżyć w katowni mordercy umysł dziewczyny przejął fikcyjną egzystencję wymyślonej przez nią bohaterki literackiej. Dla równowagi istnieją również szczegóły, które mogłyby obalić tę interpretację – przede wszystkim rozmowa Dakoty z ojcem, który przyznaje, że miała siostrę bliźniaczkę, ale rozdzielono je po urodzeniu oraz finalna scena, kiedy odnajduje pół żywą Aubrey. Jednakże z drugiej strony, jeśli w fabułę wkrada się wątek psychologiczny wszystkie niejasności zawsze można zrzucić na wyobraźnię głównej bohaterki – można domniemać, że albo rzeczywiście miała siostrę, którą odnalazła martwą, ale jej chory umysł zwizualizował ją, jako osobę jeszcze utrzymującą się przy życiu, albo jej zwichrowana psychika ingerowała w rzekomą rozmowę z ojcem o jej siostrze bliźniaczce, która w rzeczywistości w ogóle się nie odbyła. Jeśli wszystkie niejasności przypiszemy nadwerężonemu umysłowi Aubrey to niniejsza oś interpretacyjna może okazać się całkiem logiczna, aczkolwiek mocno naciągana.
Drugą możliwością jest przyjęcie istnienia siostry bliźniaczki za pewnik. Bliźniaczki jednojajowej, która odczuwa ból wespół z torturowaną przez psychopatę dziewczyną, gdy tymczasem druga dodatkowo wie, jaką egzystencję prowadzi jej siostra, co rzecz jasna skrupulatnie spisuje w formie opowiadania. W takim wypadku zakończenie wskazywałoby na rzeczywiste ocalenie życia Aubrey i spotkanie, po latach, obu bliźniaczek, ale równocześnie nacechowałoby finał pewną dozą banalności.
Jeśli o mnie chodzi, podczas oglądania filmów, lubię jeśli to tylko możliwe, przyjmować tzw. zasadę Brzytwy Ockhama, nie chcąc nadmiernie kombinować, aby wystrzec się niepotrzebnej nadinterpretacji. Dlatego mocniej przemawia do mnie druga teoria, aczkolwiek nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest ona tą jedyną prawidłową – podobnie, jak w „Piątym wymiarze” Christophera Smitha, tak i tutaj twórcy pozostawiają nam możliwość indywidualnego rozszyfrowania fabuły - po skończonym seansie pozostawiają nas z wieloma pytaniami bez odpowiedzi, a więc automatycznie nie narzucają nikomu swojej wizji, sprawiając, że wszystko, co sobie wymyślimy pozornie może być prawdą. KONIEC SPOILERÓW

„-Wiem, kto mnie zabił.
- Przecież żyjesz.”

Twórcy, obok psychologii przygotowali również coś dla wielbicieli krwawych jatek. Realistyczne wizualnie, odstręczające sceny prezentowane w dużych zbliżeniach, tak aby odbiorcy nie umknęła nawet najmniejsza kropla krwi. Tutaj na szczególną uwagę zasługują przede wszystkim sceny tortur, rozczłonkowywania ofiar przez psychopatę oraz jakże szokująca scena, w której Dakota przyszywa sobie własny palec. Pewnie przez wzgląd na te konkretne sekwencje dystrybucji filmu zakazano w Malezji.

Jeśli ktoś lubi zmuszające do myślenia, często krwawe thrillery, ale również nie sugeruje się opiniami krytyków i nie odstrasza go postać Lindsay Lohan to seans tej produkcji może stanowić dla niego całkiem przyjemną rozrywkę. Ja nie widzę w tym obrazie żadnych znaczących mankamentów, ale raczej nie radziłabym sugerować się moim zdaniem, gdyż znajduję się w zdecydowanej mniejszości.

wtorek, 29 maja 2012

„Coś na progu” numer 1

Najnowszy magazyn w całości poświęcony kryminałom, horrorom oraz opowieściom niesamowitym. Wzorowany na innym magazynie wydawnictwa Dobre Historie zatytułowanym „Lśnienie”, pod redakcją Łukasza Śmigla „Coś na progu” przede wszystkim zwraca uwagę kolorową okładką oraz czarno-białym wnętrzem. Z uwagi na szeroko zakrojoną reklamę marcowo-kwietniowego pierwszego numeru, do której dołożyli się również blogerzy nie ma chyba internauty, któremu nie obiłby się o uszy ten ambitny projekt wydawnictwa Dobre Historie.
Pierwsze strony magazynu poświęcono kultowemu autorowi grozy H.P. Lovecraftowi. Wnikliwy artykuł, autorstwa S.T. Joshi przybliża nam nieco istotę takich dzieł pisarza, jak „Wzgórza” i „W górach szaleństwa”. Następnie do głosu dochodzi Mateusz Kopacz z kilkoma słowami na temat listów i esejów Lovecrafta, które nota bene były równie, jeśli nie bardziej interesujące, co jego fikcyjne wizje. Joanna Kułakowska w swoim artykule stara się wyjaśnić niesłabnącą popularność tego autora, próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego pomimo upływu tylu lat, jego dzieła nadal znajdują wiernych czytelników, których de facto jest całkiem sporo. Jan Wieczorek wprowadzi nas w świat komiksów inspirowanych twórczością Lovecrafta, a Kamil Pawłowski poszuka śladów tego autora w muzyce. Na deser dostaniemy krótki wiersz Lovecrafta zatytułowany „Prastary szlak”.
Po przybliżeniu nam nieco twórczości H.P. Lovecrafta redakcja zaskoczy nas nie lada niespodzianką, prezentując opowiadanie popularnego ostatnio w Polsce Edwarda Lee, zatytułowane „Makak”. Oczywiście po tym autorze możemy spodziewać się maksimum obrzydliwości, pełnego szoku i wstrząsającego zakończenia – nawet obcując z tak krótkim opowiadaniem uświadczymy całej tej gamy emocji. Stefan Grabiński z kolei zaprezentuje nam swoją nowelę, nawiązującą tematycznie do stworzonego przez niego cyklu pt. „Demon ruchu”. Monika Samsel-Chojnacka wespół z Rafałem Chojnackim w swoim artykule przybliżą nam nieco popularną ostatnio w Polsce serię kryminałów o komisarze Wallanderze, napisaną przez Szweda Henninga Mankella. Dla wielbicieli zagadek kryminalnych przygotowano również obszerne relacje z polskimi specjalistami medycyny sądowej, którzy burzą ogólnie przyjęty mit, że zagadki niewyjaśnionych mordów rozwiązywane są tak, jak to widzimy na filmach. Marcin Kiszel z kolei doda kilka słów od siebie na temat powieści bizarro fiction, które dopiero nieśmiało wkraczają do naszego kraju. Łukasz Buchalski w swoim artykule przybliży nam jakże oryginalną sylwetkę lesbijskiej wampirzycy, a Jacek Stankiewicz powie, co nieco o japońskiej modzie, która szturmem zdobyła również serca Polaków – mowa, oczywiście o tzw. mandze. Na koniec znowu wrócimy do Lovecrafta – dzięki artykułom Michała Żółcińskiego i Mateusza Pitulskiego poznamy również gry planszowe inspirowane twórczością tego kultowego autora grozy. Marcin Wroński i Bartosz Czartoryski zakończą naszą przygodę z pierwszym numerem magazynu „Coś na progu” swoimi felietonami, a na deser dostaniemy zabawny komiks Krzysztofa Chalika.
Od siebie mogę tylko powiedzieć jedno: jak najszybciej zakupcie pierwszy numer tego magazynu – jeśli jesteście wielbicielami szeroko pojętej grozy oraz kryminału na pewno nie pożałujecie. Tym bardziej, że cena w wysokości 8.90 zł naprawdę nie jest zbyt wygórowana, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę przygodę, jaką zapewne przeżyje wiele czytelników, obcując z tą pozycją.
Za magazyn bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 28 maja 2012

„Zaginiona” (2012)

Jill, dziewczyna, która przed rokiem cudem uniknęła śmierci z rąk psychopaty, pewnego dnia odkrywa, że jej siostra, Molly, zniknęła. Dziewczyna udaje się na posterunek policji, aby bezzwłocznie zgłosić zaginięcie wraz ze swoją teorią, że winnym porwania jej siostry jest ten sam człowiek, który przed laty skrzywdził również ją. Policjanci jednak nie dają wiary słowom Jill – są przekonani, że Molly zrobiła sobie krótkie wakacje, a jej siostra, biorąc pod uwagę jej niedawne problemy psychiczne, wszystko sobie wymyśliła. Zdesperowana dziewczyna postanawia sama odnaleźć Molly.
Głośny thriller Heitora Dhalia, który przy okazji wyświetlania w polskich kinach mógł poszczycić się niemałą reklamą, zarówno za pośrednictwem telewizji, jak i Internetu. Z zasady nie przepadam za rozreklamowanymi obrazami, jednak w tym przypadku muszę przyznać, że w kategoriach trzymającego w napięciu thrillera „Zaginiona” wypada całkiem przyzwoicie. Fabuła, choć naznaczona pewną dozą schematyczności przyciąga uwagę widza, zmuszając do myślenia i choć pozbawiona jest wartkiej akcji i efektów specjalnych (co może zrazić niejednego współczesnego widza) intryguje dobrze przemyślaną zagadką kryminalną, śledztwem, które krok po kroku prowadzi naszą bohaterkę nie tylko w stronę zaginionej siostry, ale również w głąb niej samej – konfrontuje Jill z jej własnymi lękami, wynikłymi z traumatycznej przeszłości.
Żmudne, choć równocześnie intrygujące śledztwo jest integralnym elementem tego obrazu. Jill wykonuje prawdziwie detektywistyczną robotę. Najpierw rozmawia z sąsiadem, cierpiącym na bezsenność. Okłamując go, że w nocy skradziono jej rower dowiaduje się, że mężczyzna widział w nocy przed jej domem charakterystycznego busa. Rozmawiając z właścicielem tego środka lokomocji znowu kłamie, twierdząc, że jej babci ukradziono samochód, a z uwagi na fakt, że jego wóz stał przed jej domem kierowca mógł być świadkiem przestępstwa. W ten sposób wpada na kolejny trop i tak krok po kroku, niczym wykwalifikowana śledcza, w pojedynkę rozwiązuje sprawę kryminalną. Najbardziej zaimponowała mi bogata wyobraźnia Jill – w końcu każdemu napotkanemu świadkowi zdarzenia przedstawiała inną bajeczkę i była przy tym na tyle przekonująca, że wszyscy bez oporów wyjawiali jej to, na czym akurat jej zależało:) W międzyczasie w retrospekcjach dowiadujemy się, jakie piekło przeszła niegdyś Jill. Przetrzymywana pod ziemią przez psychopatę, bez możliwości ucieczki, praktycznie skazana na śmierć. Twórcy dawkują nam owe retrospekcje w małych ilościach, nie zdradzają wszystkiego od razu – w ten sposób wyrwanie się dziewczyny z rąk psychopaty widzimy dopiero pod koniec projekcji. Tymczasem policja rusza tropem Jill. Mundurowym nie bardzo podoba się fakt, że niegdyś leczona psychiatrycznie kobieta, biega sobie po mieście z bronią i przepytuje ludzi na temat, ich zdaniem, wyimaginowanego porwania.
W pewnym momencie seansu miałam wrażenie deja vu. Przed laty, oglądając film Chrisa Sivertsona zatytułowany „Wiem kto mnie zabił” byłam tak samo zdezorientowana, jak w tym przypadku. Podobnie, jak wówczas, również i tutaj zastanawiałam się, czy aby ta cała sprawa z porwaniem Molly nie wyklarowała się tylko w głowie Jill, a nawet przemknęło mi przez myśl, że jej siostra w ogóle nie istnieje. Śmiem podejrzewać, że takiej reakcji widzów na przedstawioną oś fabularną oczekiwali twórcy „Zaginionej”. Liczne insynuacje, co do zachwianej psychiki głównej bohaterki wysnuwane przez policjantów oraz leki, które zażywa na chwilę skierowały moje podejrzenia na jej osobę. Na pewno nie uświadczymy tutaj uczucia paranoi i rozbicia interpretacyjnego na miarę „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, ale możemy spodziewać się przynajmniej lekkiej dezorientacji. Z czasem obsesja Jill znacznie się pogłębia – dziewczyna nie tylko podejrzewa porwanie siostry, ale jest również przekonana, że dopuścił się go ten sam człowiek, który przed rokiem schwytał ją samą. A widz zastanawia się nad stopniem prawdopodobieństwa takiej teorii, po czym zapewne dochodzi do wniosku, że Jill całkowicie postradała rozum.
Opinie widzów na temat zakończenia są mocno zróżnicowane – balansują pomiędzy całkowitym absurdem a dokładnie przemyślanym finalnym akcentem. W moim mniemaniu twórcy poszli po najmniejszej linii oporu – nie zależało im na pozostawieniu widza z mnóstwem pytań bez odpowiedzi, czy też wbijającym się w pamięć, dającym do myślenia akcencie. Zwyczajnie zaserwowali nam coś tak schematycznego, że aż trudno w to uwierzyć.  Moim zdaniem finał oraz mało przekonująca kreacja głównej bohaterki są jedynymi minusami tego obrazu, aczkolwiek na tyle znaczącymi, że mocno zaniżają ogólny poziom tej produkcji. Cała oś fabularna oparta jest na postaci Jill, wykreowanej przez popularną ostatnio, aczkolwiek w moim mniemaniu niezbyt utalentowaną Amandę Seyfried. Tutaj niestety irytowała mnie jeszcze mocniej niż w „Zabójczym ciele” i „Przesileniu”. Nie wiem, czy kino grozy jest kierunkiem, w którym powinna podążać ta konkretna aktorka.
„Zaginiona” ma szansę przypaść do gustu osobom, którym zależy na ciekawej fabule, zamiast widowiskowych efektach specjalnych i wartkiej akcji. Jako rozrywka na przysłowiowy „jeden raz” ma szansę zaintrygować pewną grupę odbiorców, choć jak większość współczesnych obrazów wymagający widz dostanie również kilka słabszych momentów, na które warto przymknąć oko, aby nie zepsuć sobie zanadto seansu.

niedziela, 27 maja 2012

Edward Lee „Sukkub”

Zapracowana prawniczka Ann Slavik postanawia wziąć urlop i spędzić trochę czasu w Paryżu wraz z narzeczonym Martinem i nastoletnią córką Melanie. Ich plany psuje telefon od matki Ann, która informuje ją, że jej ojciec miał wylew i nie zostało mu zbyt wiele czasu. Kobieta postanawia zabrać bliskich do swojego rodzinnego miasteczka Lockwood. Tymczasem z zakładu psychiatrycznego ucieka dwóch mężczyzn – dawny mieszkaniec Lockwood Erik i wykazujący ewidentne cechy psychopatyczne Duke. Obaj zmierzają do wspomnianego miasteczka, które wkrótce stanie się centrum przerażających wydarzeń.
Wydaje wam się, że dla Clive'a Barkera i Jacka Ketchuma taki zwrot, jak „tematy tabu” nie istnieje? Wydaje wam się, że ich proza przekroczyła granicę dobrego smaku i dalej już posunąć się nie można? Jeśli tak to szybko zweryfikujecie swoje poglądy po zapoznaniu się z pierwszą na polskim rynku powieścią amerykańskiego autora ekstremalnych horrorów. „Sukkuba” po raz pierwszy wydano w 1992 roku, a nasz rynek musiał czekać, aż dziewiętnaście lat na zapoznanie się z tą pozycją. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika, które 22 maja tego roku zaprezentowało czytelnikom kolejną powieść Lee zatytułowaną „Ludzie z bagien” Polacy mieli pierwszą okazję do zapoznania się z szokującą literaturą tego autora, powieścią polecaną przez samego Jacka Ketchuma, mistrza bezkompromisowej grozy. Czy Polska jest na to gotowa? Nie wiem. Wiem natomiast, że dla wielbicieli ekstremalnego horroru otwarto kolejną furkę do mrożącej krew w żyłach przygody. Właśnie dla nich przeznaczona jest lektura „Sukkuba” – ludzie o słabych nerwach i przede wszystkim osoby niepełnoletnie nie powinny nawet brać tej książki do ręki, że już nie wspomnę o jej czytaniu. Proza Edwarda Lee przypomina ostre igły, które z każdą kolejną przeczytaną przez nas stroną niemiłosiernie wbijają się w nasz umysł, zakotwiczają się w naszej pamięci i przez długi czas, ani myślą popuścić. Sceny, których będziemy biernymi świadkami podczas obcowania z tą pozycją przejdą nasze najśmielsze wyobrażenia, ale przy okazji udowodnią, że horror wkracza na nowy poziom straszenia.
Zaczyna się od mocnego akcentu, podczas którego archeologowie rozmawiają o dziwnych zwyczajach zaginionego plemienia, gustującego w potrawach z ludzkiego mięsa. Rozległe opisy kulinarnych zamiłowań antropofagów już na początku wywołają w czytelniku odruch wymiotny – po zapoznaniu się z prologiem pewnie wielu odłoży książkę z niesmakiem i nigdy do niej nie wróci. Natomiast odważni, którzy zdecydują się zapoznać z dalszymi wydarzeniami zostaną skonfrontowani z tak niewyobrażalną dawką przemocy, kanibalizmu i wyuzdanego seksu, o jakiej nawet im się nie śniło. Pierwsze rozdziały nie przygotują nas na to, czego będziemy świadkami w drugiej połowie lektury. Akcja skupi się na borykającej się z tajemniczymi koszmarami sennymi prawniczce oraz pensjonariuszu zakładu psychiatrycznego, którego gnębią podobne sny, co Ann. Po zapoznaniu się z pozytywnymi bohaterami będziemy świadkami ucieczki Erika i Duke’a ze szpitala dla obłąkanych i równocześnie poznamy urlopowe plany Ann, które ulegną drastycznej zmianie po telefonie jej matki. Kolejne strony przygotują nas odrobinę na koszmar, który będzie miał miejsce później. Lee wprowadza we właściwą akcję motyw drogi – Erik i Duke zmierzają do Lockwood, pozostawiając za sobą kilka trupów, z których paru przed śmiercią cierpiało nieludzkie męki. Gdy Ann wraz z rodziną dociera do małego sennego miasteczko przed czytelnikiem otwiera się prawdziwie idylliczna wizja przyjemnej egzystencji z dala od przestępczości i problemów finansowych. Mieszkańcy Lockwood, wśród których dominuje płeć żeńska zdają się być pozbawiani problemów gnębiących ludzkość poza jego granicami. Tworzą zintegrowaną społeczność, pomagając sobie nawzajem, wręcz ustanawiając własne prawo, nad którym czuwa, zdawać by się mogło, najważniejsza osoba w mieście – apodyktyczna matka Ann. Już wkrótce tajemnica tak skrupulatnie budowana przez autora, już od pierwszej strony lektury, zostanie rozwiana, a czytelnik stanie się mimowolnym świadkiem tak daleko posuniętych perwersji seksualnych, tak wstrząsających scen mordów i kanibalizmu, że jego wyobraźnia zwyczajnie może tego nie wytrzymać… To co będzie miało miejsce w spokojnym na pozór miasteczku przejdzie jego najśmielsze oczekiwania – tym bardziej, że w ostrej prozie Edwarda Lee nie ma czegoś takiego, jak granica makabry, tutaj może wydarzyć się dosłownie wszystko!
Obok szokujących scen na szczególną uwagę zasługuje charakterystyka postaci. Mnie najbardziej urzekła postać Ann – jej cięty język i niezależny sposób bycia z miejsca zyskały moją sympatię, a co za tym idzie dopingowałam jej w walce z potężnymi siłami zła. Postać Erika również ma szansę zaintrygować niejednego czytelnika. Pozornie potwór w rzeczywistości bojownik, uwięziony przez mroczne moce, ale za wszelką cenę starający się im przeciwstawić. Podobnie jest z antagonistami – nie chcę zbyt wiele zdradzać, więc powiem tylko, że sam pomysł na wykreowanie negatywnych bohaterów naznaczony jest sporą dozą oryginalności. Natomiast zakończenie… No cóż, w moim mniemaniu, lepszego finału zwyczajnie nie dałoby się wymyślić. Tak mocny akcent na koniec z pewnością sprawi, że wielu odbiorców przez długi czas po odłożeniu lektury na półkę będzie zastanawiało się, jak też wyglądałaby dalsza oś fabularna, gdyby Lee zdecydował się pisać dalej. Szybko dojdzie do wniosku, że tego po prostu nie da się wyobrazić.
Lektura „Sukkuba” była dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Wiem, jak to brzmi, jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie perwersje, których byłam świadkiem, podczas obcowania z historią nakreśloną przez Edwarda Lee. Jednak tak mocnych wrażeń niedane mi było przeżyć już od dawna - uczucia, jakie wzbudziła we mnie ta pozycja niebezpiecznie oscylowały pomiędzy fascynacją a obrzydzeniem. Żaden film gore jak dotąd nie dostarczył mi tak mocnej dawki negatywnych emocji, przy okazji zamieniając mój mózg w pewnego rodzaju papkę. Właśnie przez wzgląd na tę bezkompromisową makabrę lekturę „Sukkuba” z czystym sumieniem mogę polecić jedynie wielbicielom ekstremalnej, łamiącej wszelkie tematy tabu grozy. Tylko oni mają szansę dostrzec potencjał, jaki kryje się w ostrym piórze Edwarda Lee.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 26 maja 2012

„Miasto żywej śmierci” (1980)

Podczas seansu spirytystycznego umiera dziewczyna, która doznaje niewytłumaczalnych wizji. Dziennikarz, Peter Bell, pojawia się na cmentarzu w dniu jej pochówku. Kiedy grabarze oddalają się mężczyzna słyszy krzyk wydobywający się z jej trumny. Bell wyciąga przerażoną dziewczynę z jej niedoszłego grobu, po czym, oboje kontaktują się z medium, obecną podczas feralnego seansu spirytystycznego. Kobieta informuje ich, że małe miasteczku Dunwich wybudowano na ruinach legendarnego Salem i że zostanie ono opanowane przez siły Zła. Bell wraz z niedoszłą nieboszczką wyrusza do Dunwich, aby powstrzymać armagedon.
Druga część „Trylogii śmierci” Lucio Fulci’ego, w Niemczech zakazana do dziś. W całym cyklu fabuła jest nieco bardziej skomplikowana niż we wcześniejszym zombie movie tego reżysera pt. „Zombie pożeracze mięsa”. Rozprzestrzenianie się żywych trupów ściśle wiąże się z księgą spisaną 4000 lat temu, czystym Złem oraz samym piekłem – jak widać na przyziemne eksperymenty ekscentrycznego naukowca (jak to miało miejsce we wspomnianym obrazie pt. „Zombie pożeracze mięsa”) nie ma tutaj miejsca. W „Mieście żywej śmierci” Fulci położył największy nacisk na budowanie nieznośnej wręcz atmosfery grozy, wyczuwalnej od początku do końca, w każdej minucie seansu. Budowaniu atmosfery szczególnie pomogła znakomita ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Fabio Frizzi’ego, który pracował z Fulcim również przy „Zombie pożeraczach mięsa” oraz „Siedmioma bramami piekieł”.
„Dusza, która budzi się z wieczności włączy się do kręgu śmierci, a ty staniesz się mieszkańcem mrocznej pustki.”
Przedstawianie każdego obejrzanego przeze mnie filmu Lucio Fulci’ego w samych superlatywach staje się już nudne, ale nie jestem w stanie znaleźć żadnych niedociągnięć w zdolnościach reżyserskich tego pana. Jedynym zarzutem, który można by wysnuć względem tej produkcji jest kiepski angielski dubbing, co stało się już normą w przypadku obrazów tego reżysera. W „Mieście żywej śmierci” Fulci początkowo zrezygnował z epatowania przemocą. Pierwsza połowa filmu ma za zadanie przede wszystkim wprowadzić widza w mroczny klimat opowiadanej historii, dać mu odczuć, że wydarzy się coś mrożącego krew w żyłach, ale nie „odkrywając zbyt szybko wszystkich kart”. Poznajemy głównych bohaterów, co jakiś czas przenosimy się do sennego miasteczka Dunwich, w którym najmocniej wyczuwamy grożące mieszkańcom Zło. Twórcy serwują nam kilka na pozór niezwiązanych ze sobą, niepokojących wydarzeń, ale nie epatują zanadto scenami gore. Aż do najmocniejszej, wywołującej mdłości sceny. Widzimy kobietę wpatrującą się w księdza-zombie – zbliżenie na ich oczy, jak to często bywa u Fulci’ego – po czym dziewczyna zaczyna płakać krwią. Następuje chwila nieznośnego wręcz napięcia, kobieta otwiera usta i… wymiotuje swoimi jelitami. Podobno do nakręcenia tej konkretnej sceny wykorzystano prawdziwe owcze wnętrzności, co zapewne dodatkowo wzmogło realizm sytuacyjny, wywołując w widzu nieunikniony odruch wymiotny. Następnie akcja na powrót zwalnia, znów mamy okazję bez reszty zatopić się w sugestywnym klimacie tego obrazu, ale nie na długo. Kolejna wbijająca się w pamięć sekwencja udowadnia, że Fulci do perfekcji opanował budowanie nieznośnego wręcz napięcia. Widzimy przerażonego mężczyznę schwytanego przez kolegę. Zbliżenie na jego twarz, zbliżenie na wiertło, ponowne zbliżenie na zrozpaczonego mężczyznę i znowu wiertło, tym razem bliżej. Z każdym kolejnym skierowaniem kamery na śmiercionośne narzędzie widzimy je coraz bliżej kadru. Szarpiący nerwy jazgot obracającej się śruby wespół ze świadomością odbiorcy, do jakiego finały ta konkretna scena prowadzi sprawia, że oczekiwanie na niechciane makabryczne przeżycie jest wręcz nie do wytrzymania – tym bardziej, że te zabiegi z zoomowaniem zdają się ciągnąć bez końca. Aż do nieuchronnej śmierci mężczyzny, na skutek przebicia na wylot jego głowy – i tak, tutaj też będzie zbliżenie!
W drugiej połowie seansu, choć twórcy nie rezygnują z klimatu wprowadzają o wiele więcej odrażających scen gore. Trup ściele się gęsto, ale największą uwagę widza zwraca wstrząsająca charakteryzacja żywych trupów – twarze w stanie daleko posuniętego rozkładu, ociekające żywą tkanką. I choć niektóre sekwencje noszą wszelkie znamiona kiczu dla wielbicieli włoskiego gore nie powinny być zanadto rażące wizualnie. Filmy Fulci’ego skierowane są do wąskiej grupy odbiorców i właśnie dla nich przeznaczona jest niniejsza recenzja, osoby nieprzyzwyczajone do tego rodzaju estetyki grozy mogą jedynie zirytować się nagromadzeniem brutalnej przemocy, często niejasnymi wątkami fabularnymi oraz nie do końca sprecyzowanym zakończeniem. Entuzjaści Fulci’ego natomiast znajdą w tym obrazie wszystko, czego od kina gore można oczekiwać.

piątek, 25 maja 2012

James Herbert „Mgła”

W małym angielskim miasteczku dochodzi do potężnego trzęsienia ziemi, na skutek którego powstają wielkie szczeliny w podłożu. Przebywający w tamtych rejonach John Holman pracownik Ministerstwa Ochrony Środowiska, widząc małą dziewczynkę, uwięzioną wewnątrz pęknięcia w ziemi rusza jej na ratunek. Gdy na miejsce przybywają ekipy ratunkowe mężczyzna sprawia wrażenie obłąkanego W szpitalu, dzięki transfuzji krwi, Holman wraca do zdrowia. Po wyjściu, że szpitala, wraz ze swoją dziewczyną, Casey, staje się świadkiem dziwnych wydarzeń, które każą mu podejrzewać, że trzęsienie ziemi uwolniło z głębi ziemi tajemniczą, żółtą mgłę, która po kontakcie z ludźmi i zwierzętami zamienia ich w przerażające, obłąkane bestie. Mężczyzna stara się przekonać władze do swoich niewiarygodnie brzmiących teorii – czas odgrywa dla niego kluczową rolę, gdyż Casey również padła ofiarą morderczego oddziaływania mgły.
Brytyjski autor literatury grozy, James Herbert jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy europejskich. Debiutujący w 1974 roku pierwszą częścią znanego cyklu, zatytułowaną „Szczury” szturmem zdobył uznanie sympatyków horrorów. Wydana po raz pierwszy w 1975 roku „Mgła”, gorąco polecana przez samego Stephena Kinga w jego „Danse Macabre” umiejętnie łączy sugestywną apokaliptyczną atmosferę z odrażającymi wątkami gore. Motyw morderczej mgły nie jest niczym nadzwyczajnym zarówno w literaturze, jak i kinie grozy – wystarczy, choćby przypomnieć opowiadanie Stephena Kinga oraz głośny film John Carpentera z 1980 roku. Jednakże jeszcze nie spotkałam się z tak pomysłowym wykorzystaniem mgły, jakie zaproponował nam Herbert w swojej powieści.
Choć główny wątek nacechowany jest sporą dozą oryginalności to sama akcja powieści zachowuje schemat typowych historii apokaliptycznych. Mamy zagrożenie dla ludzkości w postaci żółtej mgły, zamieniającej żywe jednostki w żądne krwi bestie. Mamy burzyciela w postaci lekkomyślnego naukowca, który za pozwoleniem rządku stworzył owe zagrożenie. I wreszcie mamy głównych winowajców, odpowiedzialnych za wypuszczenie morderczej substancji do atmosfery, w postaci brytyjskiego wojska. Po drugiej stronie barykady stoi John Holman, uodporniony na działanie mgły, całkowicie pozytywny bohater, posiadający wszelkie heroiczne cechy, który bez żadnego sprzeciwu zgadza się odegrać kluczową rolę w ratowaniu ludzkości. James Herbert prowadzi akcję swojej powieści dwoma równoległymi torami. Czytelnik będzie śledził zarówno próby zniszczenia mgły i wynalezienia szczepionki dla zarażonych, przeprowadzane przez brytyjskich uczonych, którzy najcięższe zadanie pobrania próbek mikoplazmy znajdującej się w jądrze morderczej substancji pozostawiają w gestii Holmana, który jako jedyny bez ryzyka postradania zmysłów może wkroczyć w mgłę. Z drugiej strony Herbert zaserwuje nam mrożące krew w żyłach rozdziały, obrazujące spustoszenia, jakie wyrządziła stworzona przez człowieka mykoplazma – krwawe mordy, odrażające kopulacje, zbiorowe samobójstwa, to tylko przedsmak tego, co autor przygotował dla swoich czytelników. Po kontakcie człowieka z zabójczą mgłą zaczyna się dosyć niewinnie - od bólu głowy. Przez jakiś czas dany osobnik nie wykazuje żadnych odbiegających od normy zachowań, jednak po pierwszym sygnale w postaci migreny przychodzi nieokiełznane szaleństwo, które popycha ludzi i zwierzęta do iście makabrycznych zachowań względem siebie i bliźnich. Bezrozumne istoty, opętane przymusem niszczenia zostają pozbawione wszelkich cech ludzkich i tym samym przerażają czytelnika, który nieustannie zastanawia się, gdzie jest granica ich zdemoralizowanych zachowań. Szybko odkryje, że taka granica nie istnieje…
Specyficzny, często surowy styl Jamesa Herberta, pozbawiony wyczerpujących opisów, które mogłyby znudzić odbiorcę, przyciąga uwagę – co jest pewnego rodzaju fenomenem, jeśli weźmiemy pod uwagę schematyczną oś fabularną, która na pewno nie zaskoczy finałem osób zaznajomionych z historiami apokaliptycznymi. Wystarczył dobry pomysł na zawiązanie właściwej akcji oraz klarowny język autora, aby zdobyć serca czytelników – moje na pewno zdobył na tyle, że już nie mogę się doczekać chwili, kiedy sięgnę po kolejną książkę tego brytyjskiego mistrza horroru. Jeśli szukacie w literaturze dobrze opowiedzianych historii, przepełnionych mrożącymi krew w żyłach, często na wskroś krwawymi momentami z atmosferą całkowitej zagłady w tle to gorąco zachęcam do zapoznania się z tą lekturą. Na pewno nie pożałujecie!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 24 maja 2012

„Intruzi” (2011)

7-letniego Juana, mieszkającego w Madrycie i 12-letnią Mię z Londynu nawiedzają mrożące krew w żyłach koszmary, w których widują człowieka bez twarzy, czyhającego na ich życie. Matka chłopca i rodzice dziewczynki, początkowo przypisują złe sny swoich dzieci ich bogatej wyobraźni, jednak z czasem, gdy ich domy zaczyna nawiedzać zamaskowany intruz zostają zmuszeni do zweryfikowania swoich poglądów.
Wysokobudżetowa produkcja Juana Carlosa Fresnadillo, z popularnym Clivem Owenem w roli głównej, który zapewne dla niejednego potencjalnego widza będzie wystarczającą rekomendacją, przemawiającą za seansem „Intruzów”. Horror nastrojowy z jakże oryginalną, jak na dzisiejsze czasy osią fabularną oraz znanymi już w tym nurcie kina grozy metodami straszenia, utrzymanymi przede wszystkim na zasadzie wszechobecnej tajemnicy, której największą siłą jest niewątpliwie gęsty klimat, potęgowany sugestywną ścieżką dźwiękową, okraszoną wywołującym ból głowy piskiem – tonacja dosyć powszechna we współczesnych produkcjach grozy.
Obcując z początkowymi wydarzeniami przedstawionymi w filmie, mówić kolokwialnie, odrobinę zgłupiałam. Tę dezaprobatę należy jednak przypisać plusom tego obrazu – w końcu niewiedza, co do właściwego sensu fabuły, dodatkowo potęgowana tajemniczą atmosferą, podsyciła moją ciekawość, a przez swą niewątpliwą oryginalność pozbawiła tę produkcję jakiegokolwiek stopnia przewidywalności. Podczas seansu będziemy śledzić równoległe losy dwóch rodzin – szczęśliwego małżeństwa, wychowującego dorastającą córkę oraz kobiety i jej małego synka, który znajduje się w centrum niewytłumaczalnych wydarzeń. Niewytłumaczalnych, bo nie do końca zdefiniowanych przez twórców. Początkowo jesteśmy tylko świadkami jego niepokojących snów, w których wyczuwa jakąś grożącą mu obecność, ale właściwie nie wiemy kim, lub czym ona jest – twórcy dosyć długo utrzymują to w tajemnicy, tym samym coraz bardziej wzmagając naszą ciekawość. Tymczasem Mię również zaczynają nawiedzać koszmary senne, prawie tak samo subtelne, jak u chłopca, ale jednak odrobinę bardziej zdefiniowane – na przykład dziewczynka śni o tym, że w jakiś sposób została pozbawiona wszystkich rysów twarzy. Z czasem dowiadujemy się, że łączy ją z małym chłopcem postać tak zwanej Pustej Twarzy, odzianej w czarny przeciwdeszczowy płaszcz, która stanowi główne zagrożenie w ich koszmarach. Jak można się łatwo domyślić wkrótce ich sny przenikną do świata jawy, a Pusta Twarz zacznie dybać na życie obu rodzin.
Chciałabym napisać, że w drugiej połowie seansu twórcy postawili na większą dosłowność w straszeniu, w końcu ten sugestywny klimat grozy, tak skrupulatnie budowany od pierwszych minut filmu, aż prosił się o kilka mocniejszych scen. Niestety, choć z czasem atmosfera znacznie się zagęszcza nie przekroczono cienkiej granicy, która pozwoliłaby przejść od intrygującej tajemnicy do dynamicznej siły przekazu. Nie pokazano nam nic, co mocniej wbiłoby nas w fotel, choćby na chwilę do szczętu przeraziło. Od początku do końca obraz najsilniej działa na wyobraźnię widza. Twórcy korzystając z zasady, że „najbardziej boimy się tego, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć” niemalże wszystko pozostawiają naszym domysłom. Entuzjastów tego rodzaju zabiegów w kinie grozy jest całkiem sporo, co pozwala mi przypuszczać, że film może spełnić ich oczekiwania z nawiązką. Mnie czegoś tutaj zabrakło – zamiast straszyć produkcji tej udało się jedynie delikatnie mnie zaintrygować. A szkoda, bo wystarczył tylko jeden bardziej zdecydowany krok twórców, aby wprawić mnie choćby w chwilowe przerażenie.
Choć sam finał filmu uważam za całkowicie nieudany – w horrorach takie zakończenia zwyczajnie nie mogą zdać egzaminu - to samo odkrycie prawdziwej tożsamości Pustej Twarzy niezmiernie mnie zaskoczyło. Myślę, że znajdą się odbiorcy, którzy poszukują w horrorze przede wszystkim sugestywnego klimatu oraz oryginalności fabularnej, zamiast dynamicznej, pełnej zwrotów akcji i efektów specjalnych osi fabularnej. Właśnie dla takich widzów przeznaczono tę produkcję, choć podejrzewam, że nawet oni po skończonej projekcji mogą poczuć pewnego rodzaju niedosyt.

Konkurs!

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Dobre Historie mam przyjemność ogłosić konkurs, w którym do wygrania będą dwa egzemplarze pierwszego numeru magazynu „Coś na progu”. Aby wziąć udział w trwającym do 6 czerwca konkursie wystarczy przesłać na adres buffy1977@wp.pl odpowiedź na pytanie podane poniżej, wraz z danymi adresowymi. Spośród nadesłanych prawidłowych odpowiedzi wylosuję dwóch szczęśliwców, do których powędruje pierwszy numer magazynu „Coś na progu”.
Pytanie konkursowe: Jak brzmi tytuł pierwszej wydanej w Polsce powieści Edwarda Lee?
Zapraszam wszystkich do zabawy i życzę powodzenia!

Fundator nagród:

poniedziałek, 21 maja 2012

„Martwa cisza” (2007)

Recenzja na życzenie (mimi)
Pewnego wieczora do domu nowożeńców, Jamie’ego i Lisy zostaje dostarczona tajemnicza paczka od nieznanego nadawcy z kukiełką w środku. Rozbawione małżeństwo postanawia ją zatrzymać. Jeszcze tego samego wieczora Lisa zostaje brutalnie zamordowana, a jej zrozpaczony mąż postanawia na własną rękę wyjaśnić okoliczności jej śmierci.
Głośny horror Jamesa Wana, twórcy „Piły” (2004) i „Naznaczonego” (2010). Podgatunkowo najbliżej mu do nurtu ghost story, aczkolwiek fabułę uatrakcyjniono również kilkoma widowiskowymi scenami mordów, co pozwala przypuszczać, że ta produkcja przypadnie do gustu szerokiemu gronie odbiorców. Motyw zabójczych lalek wielbicielom horrorów jest już doskonale znany – wystarczy, choćby przypomnieć tak znane pozycje, jak „Laleczka Chucky” (1988), czy „Władca lalek” (1989), jednakże krzywdzące dla „Martwej ciszy” byłoby stwierdzenie, że bezlitośnie kopiuje konwencję tamtych dzieł, ponieważ obecność kukiełek nie jest tutaj głównym czynnikiem straszenia, a twórcy w celu urozmaicenia osi fabularnej dodają również coś od siebie. „Martwa cisza” to jeden z tych obrazów, który podczas pierwszego seansu przed laty zupełnie nie przypadł mi do gustu. Natomiast teraz, po ponownym seansie, moje zdanie uległo dość znaczącej modyfikacji.
Na początek widzowie dostaną mocno klimatyczną czołówkę, pełną niepokojących obrazów, akcentowanych przez nastrojową ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Charlie’ego Clousera, która przewija się przez większą część późniejszej akcji i wespół z mroczną kolorystyką znacznie potęguje klimat grozy, nieustannie obecny podczas seansu. Właściwą akcję filmu rozpoczyna brutalne morderstwo żony głównego bohatera, którego będziemy świadkami już podczas pierwszych minut projekcji. Następnie akcja na chwilę zwalnia – Jamie przygotowuje się do pogrzebu małżonki, odwiedza ojca, do którego nie pała zbytnią sympatią i przyjmuje mnóstwo kondolencji od znajomych, zamieszkujących jego rodzinne, zabobonne miasteczko. Dopiero spotkanie z tajemniczą staruszką zmienia monotonny bieg fabuły w iście mrożącą krew w żyłach rozrywkę. Usłyszawszy od „nowej znajomej” wierszyk o Mary Shaw - kobiecie-brzuchomówczyni z tych stron, która przed laty cieszyła się wielką popularnością wśród publiczności, oglądającej jej występy na scenie z lalkami – oraz insynuacji, że jej postać ściśle wiąże się z tragedią Lisy, atmosfera znacznie się zagęszcza. Przerażająca rymowanka z dzieciństwa o Mary Shaw według Jamie’ego jakoś łączy się ze smutnym końcem jego żony oraz lalką, którą otrzymał od anonimowego nadawcy. Chłopak rozpoczyna prywatne śledztwo, celem wyjaśnienia okoliczności morderstwa Lisy i tym samym fabuła zostaje znacznie wzbogacona o intrygujący czynnik kryminalny.
Jak na horror nastrojowy przystało twórcy często uciekają się do szarpiących nerwy, przerażających scen. Szczególnie przypadł mi do gustu moment, w którym Jamie zasypia. Atmosfera momentalnie gęstnieje – słyszymy kapiącą z kranu wodę i poruszające się oko lalki. Gdy zaczyna ona wzywać chłopaka upiornym głosem, Jamie budzi się i jego oczom ukazuje się tajemnicza kukiełka, stojąca nad łóżkiem, wpatrując się wprost w niego. Słowa nie są w stanie oddać całej istoty grozy tej konkretnej sceny – to trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy, najlepiej w samotności, przy zgaszonym świetle:) Takich przerażających akcentów jest tutaj o wiele więcej. Na przykład podczas retrospekcji z opowieści znajomego Jamie’ego o czasach jego dzieciństwa będziemy świadkami miażdżącej sceny w kostnicy, podczas której zmarła niedawno Mary Shaw po prostu wstaje ze stołu sekcyjnego, w całej swojej koszmarnej okazałości (charakteryzacja nieboszczki to prawdziwe mistrzostwo świata) i zbliża się do trzęsącego się ze strachu chłopca. Konwencjonalne metody straszenia w horrorach nastrojowych, co jakiś czas dodatkowo uatrakcyjniają fabułę. Odrażające wizualnie duchy, czy kukiełki pojawiające się w najmniej spodziewanych momentach przy akompaniamencie głośnych efektów dźwiękowych sprawią, że od czasu do czasu poderwiemy się z fotela – może nie tyle ze strachu, co z zaskoczenia.
Największym osiągnięciem speców od efektów specjalnych, oprócz lalek rzecz jasna, jest postać Mary Shaw – na szczęście nie przesadzono z ingerencją komputera, co tylko dodało wiarygodności koszmarnej prezencji tej pani. Na uwagę zasługują również jej ofiary, które po spotkaniu z nią kończą z szeroko otwartymi, zakrwawionymi ustami oraz oczami, w których paraliżujące przerażenie jest aż nazbyt widoczne. Oczywiście, pod koniec dowiemy się, dlaczego niespokojna dusza kobiety bezlitośnie zabija tych wszystkich ludzi, chociaż podejrzewam, że rozwiązanie tej konkretnej zagadki kryminalnej będzie dla wielu widzów wiadome na długo przedtem. W końcu nietrudno się tego domyślić. Odtwórcą roli głównej, na której nota bene opiera się cała konstrukcja fabularna jest Ryan Kwanten, niezbyt popularny aktor, który bardzo dobrze udźwignął dość ciężkie brzemię wiarygodnej kreacji postaci Jamie’ego – wzbudza sympatię widza, a to chyba najważniejsze w tego typu produkcjach.
„Martwa cisza” może przypaść do gustu wielbicielom nastrojowych horrorów, z małą domieszką krwawych scen oraz osobom, które drżą ze strachu na myśl o drewnianych kukiełkach:) Śmiało można ryzykować seans tego obrazu, który jeśli już nie posiada wystarczającego potencjału do przerażenia odbiorcy to przynajmniej intryguje dobrze przemyślaną fabułą, w której nie ma miejsca na nudę.

sobota, 19 maja 2012

Polecam piosenkę

Szukacie w muzyce prawdy, zamiast romantycznych smętów? Jeśli tak zapraszam tutaj

„Megan Is Missing” (2011)

Popularna w szkole Megan przyjaźni się z nielubianą przez rówieśników Amy, którą stara się wciągnąć w towarzystwo lubiących dobrą zabawę, pełną alkoholu, seksu i narkotyków nastolatków. Wszystko się zmienia, gdy Megan poznaje przez Internet Josha. Zachwycona jego romantycznym podejściem postanawia się z nim spotkać. Gdy nie wraca z umówionej randki rozpoczynają się szeroko zakrojone poszukiwania zaginionej dziewczyny. Tygodnie mijają, a policja coraz bardziej traci nadzieję na odnalezienie Megan. Tylko Amy nie zamierza się jeszcze poddawać…
Oparty na faktach, utrzymany w konwencji dokumentu obraz Michaela Goi, na podstawie jego własnego scenariusza. „Megan Is Missing” nie jest, jakby tego chciały niektóre portale, horrorem, o wiele bliżej mu do mocnego dramatu, poruszającego bądź, co bądź trudną tematykę. Nie jest żadną tajemnicą, że nie przepadam za obecną modą na kręcenie pseudodokumentów, ich amatorska realizacja zamiast wzmagać realizm sytuacyjny na ogół przeszkadza mi w odbiorze. Podobnie było w tym przypadku. Rozproszona praca kamery, długie wywiady z bohaterami filmu – to wszystko tylko mnie dezorientowało, nie pozwalając w pełni skupić się na fabule.
No właśnie fabuła… Można by ją podsumować jednym zdaniem – przez niemalże cały seans nic godnego uwagi się nie dzieje i dopiero końcówka całkowicie wstrząsa widzem. Bohaterkami są 14-latki, z tytułową Megan na czele, które zachowują się, jakby już były dorosłe i cały świat należał do nich. Patrząc na nie można odnieść wrażenie, że taki termin, jak „procesy myślowe” w ich małych móżdżkach w ogóle nie ma prawa bytu. Przemądrzałe dziewczyny robią wszystko, na co akurat mają ochotę, w ogóle nie przejmując się ewentualnymi konsekwencjami swojego skandalicznego zachowania. Suto zakrapiane alkoholem, pełne narkotyków imprezy w ich życiu odgrywają nadrzędną rolę. Uprawiają seks z kim popadnie, aby następnie wyłuszczyć najdrobniejsze szczegóły tych przeżyć każdemu, kto chce posłuchać. Taka psychologia postaci może i zaszokuje niejednego widza, nieświadomego czynów niektórych współczesnych nastolatek, ale mnie tylko zirytowała – dość mam obserwowania podobnych gimnazjalistek na co dzień. Nawet traumatyczne przeżycia Megan z przeszłości nie mogą być wymówką dla jej postawy życiowej – w końcu gwałcenie przez własnego ojca kwituje lekkim wzruszeniem ramion i stwierdzenie, że faceci ją lubią. I choć wspomnienia ewidentnie są dla niej bolesne nie jest w stanie wyciągnąć właściwych wniosków ze swojej tragedii, zamiast tego woli brnąć w ten koszmar coraz głębiej i głębiej. Aż odkrywa niebezpieczną stronę Internetu, za pośrednictwem którego poznaje mężczyznę i nie bacząc na ewentualne zagrożenie postanawia się z nim spotkać. Tym razem jej beztroska kończy się dla niej tragicznie – telewizja głosi wszem i wobec, że Megan zaginęła, a odbiorca nie może pozbyć się wrażenia, że dziewczyna sama jest sobie winna. Nie wiem, jak odbiorą tę historię inni widzowie, ale ja nie potrafiłam znaleźć w sobie zbyt wiele współczucia dla Megan – może dlatego, że z zasady nie pałam sympatią do młodych dziewczyn, prezentujących taką postawę życiową, jak ona. Ale kto wie? Może znajdzie się widz, którego tragedia Megan zaszokuje.
Pod koniec seansu twórcy zdecydowali się na większą dosłowność w zobrazowaniu tragedii Megan, pokazując nam dwa szokujące zdjęcia, świadczące o brutalności, z jaką ją potraktowano. Natomiast porwanie Amy – jedynej myślącej osoby w tym lekkomyślnym gronie (co oczywiście przysparzało jej wrogów wśród rówieśników) poruszyło mnie do głębi. Gdyby nie końcowa sekwencja filmu spisałabym go na straty, a tak przynajmniej na deser dostałam coś, co porządnie mną wstrząsnęło. Niezbity dowód na to, że bohaterowie są kluczowymi elementami w tego typu produkcjach – niewinna ofiara zdobędzie większe współczucie widza, aniżeli ktoś, kto swoim karygodnym postępowaniem aż prosił się o cierpienie.
Myślę, że „Megan Is Missing” jest idealną pozycją, ku przestrodze, dla niektórych zbyt intensywnie egzystujących nastolatek. Nieco bardziej wymagający widzowie, natomiast, mogą nie odebrać tego obrazu, jak zapewne chcieliby tego twórcy. W końcu historia w nim poruszona, choć dająca do myślenia nie jest skierowana do wszystkich kręgów, a fatalna realizacja wespół z amatorskim aktorstwem dodatkowo przeszkadza w odbiorze. Cierpliwi widzowie, którzy potrafią przymknąć oko na owe niedoróbki mogą zaryzykować, choćby dla samego wstrząsającego zakończenia.

piątek, 18 maja 2012

Zapowiedź wydawnicza

Premiera powieści Pani Sylwii Błach już 13 czerwca!

„Absentia” (2011)

Daniel, mąż Tricii, zaginął przed siedmiu laty w niewyjaśnionych okolicznościach. Dręczona zagadkowymi halucynacjami kobieta wciąż jednak ma nadzieję, że jej małżonek się odnajdzie. Jej siostra, Callie, namawia ją do oficjalnego uznania Daniela za zmarłego, a kiedy formalnościom staje się zadość Daniel wraca – tyle, że nie jest już tym samym człowiekiem, co niegdyś. Callie zaczyna podejrzewać, że tajemnicze zaginięcia ludzi ściśle wiążą się z pobliskim tunelem.
Niskobudżetowy horror Mike’a Flanagana, na podstawie jego własnego scenariusza. Są takie produkcje, które zapewniają widzom niemalże fizyczny ból, a mimo półtoragodzinnego czasu projekcji wywołują złudne wrażenie nieskończoności – odbiorca, usilnie walcząc z ogarniającym go znużeniem ma nieodparte wrażenie, że seans nigdy nie dobiegnie końca. Tak właśnie się czułam, podczas obcowania z „Absentią”. Początkowo nie zapowiadało się tak tragicznie. Mimo amatorskiej realizacji i rażąco nieprofesjonalnej gry aktorskiej zaintrygowała mnie fabuła, która kazała mi przypuszczać, że oto mam do czynienia z typowym ghost story. Sny i przywidzenia Tricii, w których widziała swojego zaginionego męża, bynajmniej nienastawionego do niej przyjaźnie zapewniły mi jakąś tam minimalną dawkę grozy, która uwidaczniała się bardziej dzięki mrocznej postaci Daniela, aniżeli klimatowi, któremu twórcy niestety nie poświęcili zbyt wiele uwagi. Tutaj na uwagę zasługuje przede wszystkim pierwszy koszmar kobiety, w którym jej mąż-upiór (znakomita charakteryzacja) zbliża się do niej z dzikim wrzaskiem. Tymczasem Callie przeżywała niepokojące przygody z wyniszczonym mężczyzną, przebywającym w pobliskim tunelu. Muszę przyznać, że taka mnogość zagadkowych wydarzeń mocno zaintrygowała mnie w początkowych minutach seansu, zmusiła do prób poskładania tej układanki – jednakże obserwując dalsze losy głównych bohaterek musiałam przyznać, że nie było najmniejszej szansy, aby przewidzieć całą intrygę wcześniej, niż tego chciał reżyser i bynajmniej nie dlatego, że była tak nadzwyczajnie zaskakująca, po prostu tak daleko posuniętego, wydumanego bezsensu nie byłam sobie w stanie nawet wyobrazić. W drugiej połowie seansu twórcy całkowicie skupili się na kreśleniu nieprawdopodobnej historii, w której winę za zaginięcia ponosi tajemniczy tunel – mamy trochę odniesień do mitologii i demonologii, a w trakcie tego wszystkiego usilnie zastanawiamy się, jakim cudem scenarzysta wpadł na tak niedorzeczny pomysł. Szkoda, że Flanagan zrezygnował z koncepcji straszenia ukazanej w pierwszych minutach projekcji, zastępując motywy zaczerpnięte z nurtu ghost story tym miszmaszem ukazanym w drugiej połowie filmu. Wydaje mi się, że gdyby podążył w tym pierwszym kierunku mielibyśmy, może nie jakiś nadzwyczajny, ale przynajmniej całkiem znośny obraz, który pomijając już wszystko inne nie znużyłby aż tak bardzo, jak to miało miejsce w przypadku obrania przez twórców takiej, a nie innej koncepcji.
Większość przedstawionych wydarzeń skupia się na dwóch siostrach, wykreowanych przez Katie Parker i Courtney Bell. Obie panie prezentują zbliżony poziom aktorski – ich kwestie brzmią, jakby odczytywały je wprost z kartki iście „drewnianym” głosem. Nie wiem, czy znajdzie się widz, którego zdołają przekonać, co do prawdziwości swoich postaci. Według mnie w ich grze nie ma ani krztyny wiarygodności, a na domiar złego ta amatorszczyzna niejednokrotnie mocno mnie irytowała. Jedynym aktorem, który w moim mniemaniu całkiem przyzwoicie wywiązał się ze swojej roli (ale tylko do połowy seansu) był kreujący postać Daniela, Morgan Peter Brown. No, ale też nie miał zbyt trudnego zadania – pojawiał się gdzieś na chwilę znienacka, czasem trochę powrzeszczał, a jego dialogi ograniczały się do krótkich ogólników. Jednakże, kiedy wreszcie wrócił do domu okazało się, że podobnie, jak żeńska część obsady, Brown nie prezentuje sobą zbyt wielkiego talentu aktorskiego.
Szczerze odradzam każdemu, nawet wielbicielom niskobudżetówek, sięgania po tę pozycję. Myślę, że dla jednej, czy dwóch ciekawszych scen nie ma sensu ryzykować tak ogromnej dawki nudy. Ale przyznaję, że w tej kwestii mogę być nieco nieobiektywna, ponieważ w trakcie niektórych, momentów zwyczajnie przysypiałam – a kto wie, może kiedy akurat miałam przymknięte oczy wydarzyło się coś miażdżąco przerażającego:)

poniedziałek, 14 maja 2012

„Harry Angel” (1987)

Recenzja na życzenie (Nukie)
Prywatny detektyw, Harry Angel, dostaje zlecenie od niejakiego Louisa Cyphre, dotyczące odnalezienia zaginionego piosenkarza. Tropy prowadzą Harry’ego najpierw do dzielnicy Harlemu, a następnie w sam środek przerażających obrzędów voodoo. Co gorsza każda osoba, z którą Angel rozmawia wkrótce potem ginie w makabryczny sposób. Przerażony mężczyzna z każdym krokiem coraz bardziej zbliża się do wstrząsającej prawdy, która zaważy na całej jego rzeczywistości.
Kultowy horror satanistyczny, na podstawie powieści Williama Hjortsberga, wyreżyserowany przez Alana Parkera. Oś fabularna wyraźnie skłania się ku zagadce kryminalnej, widz przede wszystkim ma okazję towarzyszyć Harry’emu Angel’owi, podczas żmudnego śledztwa. Zjawiska nadprzyrodzone, choć miażdżące wizualnie, przewijają się na drugim planie. Takie intrygujące połączenie dwóch gatunków z pewnością znajdzie uznanie wśród wielbicieli zarówno filmowej grozy, jak i elementów kryminalnych. Śledztwo zręcznie przeplata się tutaj z klasycznym motywem cyrografu podpisanego z diabłem – nasz bohater, aż do końca nie zdaje sobie sprawy z faktu, że zaprzedał duszę księciu ciemności, choć widz już na początku seansu, podczas pierwszego spotkania Harry’ego ze swoim zleceniodawcą będzie przekonany, że dusza mężczyzny już jest zgubiona.
Louis Cyphre (uważny widz od razu zwróci uwagę, że owe personalia są anagramem) znakomicie wykreowany przez Roberta De Niro jest klasycznym typem dżentelmena. Elegancko odziany, wysławiający się w spokojnym wyważonym tonie intryguje widza już od pierwszego wejrzenia. Intryguje, ale również przez wzgląd na osobliwy sposób bycia lekko niepokoi. Odnoszę wrażenie, że Al Pacino przy swojej mistrzowskiej kreacji Szatana w późniejszym „Adwokacie diabła” odrobinę wzorował się na postaci Louisa Cyphre. Jeśli tak to wybrał sobie idealny autorytet, wszak De Niro wykorzystał maksimum potencjału, tkwiącego w jego roli, a jedyne co może zirytować widza w jego postaci to jej epizodyczne pojawienia się na ekranie – po skończonym seansie odczułam spory niedosyt tej konkretnej sylwetki. Fabuła skupia się przede wszystkim na osobie Harry’ego Angel’a, przyzwoicie wykreowanego przez Mickey’a Rourke’a, rzecz jasna ateisty, który zostaje wrzucony w wir przerażających wydarzeń, zmuszających go do zweryfikowania swoich zapatrywań w kwestiach religijnych. Prowadząc tajemnicze śledztwo, w którym pytania bez odpowiedzi mnożą się w zastraszającym tempie nasz detektyw jest również świadkiem rzeczy niewytłumaczalnych, w których na plan pierwszy nieodmiennie wysuwają się obrzędy voodoo. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj scena seksu Harry’ego z Murzynką (córką piosenkarza, którego poszukuje), podczas której z sufitu leją się strugi gęstej krwi. Widz ma okazję poobserwować kotłującą się w łóżku parkę, skąpaną w litrach posoki, równocześnie będąc świadkiem kompilacji niepokojących obrazów, z szarpiącą nerwy ścieżką dźwiękową w tle. Nie wiem, jak tę konkretną scenę odbiorą inni widzowie, ale według mnie jest ona kulminacją grozy, tak subtelnie obecnej w trakcie całego seansu. Owa sekwencja nacechowana jest równie silną dawką grozy, co wstrząsające zakończenie, którego jestem pewna nikt nie domyśli się wcześniej.
Największą siłą tej produkcji, obok znakomitej kreacji Roberta De Niro jest mroczny klimat, obecny bez przerwy, nawet w długich momentach spowolnienia akcji i skupienia się na wątkach kryminalnych. Mroczną atmosferę podkreśla ciemna kolorystyka obrazu oraz nastrojowa ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Trevora Jonesa. Dzięki takiej skrupulatności twórców przy budowaniu klimatu grozy, odbiorca ma rzadko spotykaną okazję nieustannego odczuwania niepokoju, początkowo niezdefiniowanego, wręcz irracjonalnego, jednakże z biegiem trwania seansu, podczas którego wraz z Harry’m odkryje mroczne realia prowadzonego śledztwa, w rzeczywistości całkowicie uzasadnionego.
„Harry Angel” jest produkcją, którą z czystym sumieniem można zarekomendować fanom kryminałów oraz nastrojowych horrorów satanistycznych. Film dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, skupiający się na intrygującej fabule i przekonujących postaciach, zamiast bzdurnego efekciarstwa. Idealne kino dla entuzjastów dobrze opowiedzianych historii, przeładowanych nieznośną wręcz dawką grozy!

sobota, 12 maja 2012

„Madison County” (2011)

Recenzja na życzenie
Debiutancki, niskobudżetowy obraz Erica Englanda, na podstawie jego własnego scenariusza. Fabularnie „Madison County” prezentuje zlepek innych, znanej szerokiej publiczności slasherów, na dodatek tak bardzo trzymając się schematu tego nurtu horroru, że niejeden widz z pewnością odniesie wrażenie, iż gdzieś to już widział. Już początek seansu nasuwa skojarzenia z paroma znanymi obrazami. Grupka znajomych, ze zbuntowanym bratem jednej z bohaterek na czele („Dom woskowych ciał”) wyrusza do miasteczka Madison County, aby przeprowadzić wywiad („Krwawe wzgórza”) z miejscowym pisarzem, który wydał kontrowersyjną książkę o jakoby autentycznym mordercy. Po długiej podróży zatrzymują się w barze w Madison County, gdzie zastają nieufnie do nich nastawionych mieszkańców wioski oraz właścicielkę knajpy („Teksańska masakra piłą mechaniczną” remake), która twierdzi, że pisarz, do którego zmierzają już nie mieszka w tych stronach, a książka, którą wydał jest zwykłą fikcją literacką. Oczywiście, uparci młodzi ludzie nie mają zamiaru się poddać. Zostają na miejscu, co rzecz jasna nie kończy się dla nich dobrze, wszak w pewnym momencie na scenę wkracza morderca w masce wyobrażającej świński łeb, dzierżący w ręku siekierę…
Pierwsza połowa to tzw. film drogi. Widz ma okazję odrobinę poznać protagonistów, zaznajomić się z ich wzajemnymi relacjami, poznać cel ich podróży i posłuchać kilku dialogów o niczym szczególnym. Niski budżet, rzuca się w oczy niemal natychmiast, ale praca kamery nie dezorientuje widza i choć obsada prezentuje wyjątkowo niski poziom aktorski to w ogólnym rozrachunku na rażącą amatorszczyznę realizacyjną nie można narzekać. Miejscami nawet klimat odrobinę się zagęszcza (szczególnie w momentach konfrontacji naszych bohaterów z mieszkańcami Madison County) i choć ścieżka dźwiękowa znacznie przeszkadza w budowaniu atmosfery (szczególnie w drugiej połowie seansu) to w momentach jej wyciszenia mało wymagający widz ma szansę odczuć pewnego rodzaju grozę – krótkotrwałą, ale przynajmniej obecną.
Druga połowa filmu, podobnie jak początek, również składa się z paru sprzeczności – taka sama liczba plusów, jak i mankamentów nie pozwala na jednoznaczną ocenę tego obrazu. Pozytywem z pewnością jest kolejność zgonów naszych bohaterów, która to wyłamuje się z utartego schematu slasherów, w efekcie sprawiając, że trudno przewidzieć, kto będzie następny. Ale równocześnie bez problemu można domyślić się zakończenia oraz winnego nieszczęśliwego położenia naszych młodych protagonistów. Współcześni twórcy horrorów wielokrotnie przesadzają w eksponowaniu scen gore, które szybko przechodzą w groteskę – zamiast obrzydzać bawią, a zamiast szokować porażają brakiem realizmu. „Madison County” nie podąża w tym kierunku. Krwawe momenty, tak liczne podczas drugiej połowy seansu, nie odznaczają się hektolitrami przelanej krwi – jest brutalnie, ale bez przesady. Takie rozwiązanie, oczywiście, wzmaga realizm sytuacyjny, który bardzo się przydaje w konfrontacji ze słabym wykonaniem aktorskim i bezsensownymi zachowaniami bohaterów.
„Madison County” nie ma szans zaskoczyć wielbicieli slasherów jakimiś nowatorskimi rozwiązaniami – cały seans to swego rodzaju „powtórka z rozrywki”, wszystko, co tutaj zobaczymy widzieliśmy już obcując z innymi tego typu produkcjami, ale jeśli ktoś ma ochotę na niewymagający myślenia, średnio krwawy horror, trzymający się slasherowej konwencji to ten obraz może doskonale spełnić jego oczekiwania. Jednakże powtarzam jeszcze raz: nie ma sensu nastawiać się na nic oryginalnego, bo można się gorzko rozczarować.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...