piątek, 31 sierpnia 2012

„Cassadaga” (2011)

Głucha nauczycielka plastyki, Lily, po tragicznej śmierci młodszej siostry wyjeżdża na Uniwersytet Cassadaga i wprowadza się do domu, zamieszkiwanego przez pewną staruszkę i jej tajemniczego wnuczka. Z początku Lily jakoś radzi sobie ze wspomnieniami o siostrze, jednak wszystko zmienia się po poznaniu kilku osób, którzy zabierają ją na seans spirytystyczny, na którym kobieta nawiązuje kontakt ze swoją siostrą. Wkrótce potem Lily zaczynają nękać niepokojące wizje, z których wnioskuje, że w jakiś sposób porozumiała się z zamordowaną dziewczyną, której morderca nigdy nie został złapany. Lily postanawia na własną rękę odnaleźć sprawcę tej zbrodni.
Horror twórcy „Dread” (2009), Anthony’ego DiBlasi’ego. Do seansu zachęcił mnie okrutny plakat, który obiecuje istną rzeź, ale równocześnie ze względu na rok produkcji nie pozbyłam się pewnej dozy sceptycyzmu, wszak byłam przekonana, że oto będę miała do czynienia z kolejnym efekciarskim pseudo horrorem, bez jakiegokolwiek klimatu grozy. Ale już pierwsze minuty projekcji zmusiły mnie do całkowitej zmiany nastawiania. Realizacja, pomimo ewidentnie niskiego budżetu, stoi na naprawdę wysokim poziomie, a to dlatego, że reżyser zdaje się doskonale wyczuwać ten gatunek, wie, czego oczekują jego wielbiciele. „Cassadaga” jest swoistym miszmaszem podgatunkowym – klasyczna ghost story umiejętnie przeplata się z odstręczającymi momentami gore, dając widzom mieszankę znanych schematów polaną niesamowicie intrygującym sosem. DiBlasi opiera całą konstrukcję fabularną na oklepanych szablonach, ale robi to z tak wielkim wyczuciem, że odbiorca niejednokrotnie ma wrażenie, że oto ma do czynienia z czymś nowym, na wskroś oryginalnym.
Pierwsza połowa filmu pokrótce przedstawia nam postać Lily i tragedię, która wymusiła na niej wyjazd z miasta. Głucha kobieta pragnie pogodzić się ze śmiercią swojej młodszej siostry, nad którą sprawowała opiekę. Po zatrzymaniu się w nowym miejscu i zapisaniu na Uniwersytecie Cassadaga, poznaje mężczyznę, który z kolei przedstawia jej swoich znajomych. Wszyscy biorą udział w seansie spirytystycznym, co rzecz jasna stanie się przyczyną koszmarnych wydarzeń, które w dalszej części seansu nieodmiennie będą towarzyszyć naszej protagonistce. Na początku twórcy całkowicie skupiają się na duszącym klimacie. Widz będzie świadkiem przerażających halucynacji Lily, z których na szczególną uwagę zasługują niepokojące migawki – kompilacje koszmarnych obrazów, akcentowane piszczącą ścieżką dźwiękową. W pierwszej połowie uświadczymy tylko ułamka średnio makabrycznych scen, jak na przykład białe robaki wyżerające skórę na ręce Lily (nawiązanie do „Boogeymana 2”, 2007), ale są one umiejętnie równoważone przez nastrojowe zjawiska paranormalne, które z pewnością przyprawią niejednego odbiorcę o szybsze bicie serca.
W drugiej połowie filmu na prowadzenie wysuwa się wątek kryminalny. Lily stara się odnaleźć mordercę dziewczyny, która objawia się w jej wizjach (znakomita charakteryzacja zjawy!). W tym momencie widz zostanie skonfrontowany z iście odstręczającymi scenami gore, ale duszący klimat nadal będzie doskonale wyczuwalny. Modus operandi zabójcy, zwanego Gepetto, który przekształca swoje ofiary w karykaturalne marionetki jest najoryginalniejszym pomysłem w tym miszmaszowym obrazie. Kiedy kamera skupia się na działalności mordercy obraz zostaje nasycony pastelowymi kolorami, szczególnie żółcią i pomarańczem, co w połączeniu z makabrą dodatkowo wzmaga surrealizm sytuacyjny. Duszący klimat, hipnotyzujące obrazy, przerażająca charakteryzacja ducha kobiety… A to wszystko bez ingerencji komputera, bez sztucznych efektów. Twórcą zauważalnie zależało na realizmie, więc postanowili zrobić film w starym stylu, wykorzystując fizycznie obecne na planie rekwizyty zamiast najnowszych zdobyczy techniki. W ten sposób nakręcili iście intrygujący obraz dla wielbicieli klasycznych horrorów - schematyczny, ale jakże niepokojący. Takiej atmosfery grozy i tak znakomicie zrealizowanych scen mordów próżno szukać w innych współczesnych horrorowych tworach.
Cała oś fabularna skupia się na postaci Lily, wykreowanej przez mało znaną Kelen Coleman, która bez większego wysiłku zdobyła moją sympatię – dostałam przekonującą, pozytywną postać, której mogłam dopingować przez cały czas trwania filmu.
Jeśli zmęczyły już was sztuczne efekty komputerowe w horrorach, jeśli lubicie stare, klasyczne horrory, które stawiają przede wszystkim na gęsty klimat grozy i kilka jakże realistycznych scen gore to „Cassadaga” jest właśnie dla was. Tutaj każdy integralny dla tego gatunku element z nawiązką spełnia swoje zadanie, każdy moment tej produkcji nacechowany jest tym, co entuzjaści horrorów kochają najbardziej – czystą grozą!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Edward Lee „Golem”

Seth, wraz ze swoją dziewczyną Judy, wprowadza się do starego domu na odludziu, nieopodal miasteczka Lowensport. Choć oboje borykają się ze wspomnieniami z ich traumatycznej przeszłości, teraz kiedy Seth został okrzyknięty twórcą najlepiej sprzedającej się gry komputerowej w Stanach Zjednoczonych, niczego im nie brakuje. Mają nadzieję, że życie na prowincji pozwoli im odpocząć od ciągłego zgiełku dużego miasta. Jednak już wkrótce odkryją, że mieszkańcy Lowensport skrywają mroczną tajemnicę, że demony z przeszłości jeszcze nie powiedziały swojego ostatniego słowa. Wkrótce w okrutny sposób zaczną ginąć ludzie, a Seth i Judy, wbrew sobie, znajdą się w centrum tego koszmaru.
Jak dotąd na polskim rynku ukazały się jedynie trzy książki Edwarda Lee. Pierwsza, „Sukkub”, wydana dopiero w 2011 roku zabrała czytelników w krwawą podróż, okraszoną perwersyjnym seksem. Powieść „Ludzie z bagien”, choć mniej makabryczna od swojej poprzedniczki, przez wzgląd na łamanie odrażającego dla mnie tematu tabu, najbardziej mniej zniesmaczyła, najdłużej utkwiła mi w pamięci. Podobnie, jak w przypadku każdej nowej książki Stephena Kinga i Jacka Ketchuma, tak i na kolejnego Edwarda Lee czekałam z prawdziwym utęsknieniem. „Sukkub” i „Ludzie z bagien” tak wysoko podnieśli poprzeczkę, że raczej niemożliwością było ją przeskoczyć, tym bardziej, że stały czytelnik Lee doskonale wiedział, czego może się spodziewać. „Golem” jest stosunkowo nową pozycją w dorobku Lee, gdyż pierwsze wydanie powieści miało miejsce w 2009 roku. Jak to u tego autora możemy spodziewać się ustalonego schematu fabularnego – protagoniści kontra niewyobrażalne zło, które szczególnie umiłowało sobie krwawe rzezie. Dwutorowość akcji (wydarzenia z 1880 roku i te współczesne) pozwala czytelnikowi równomiernie zapoznawać się z koszmarnymi zdarzeniami, które postawiły naszych protagonistów w bardzo niewygodnym położeniu. Jak sam tytuł wskazuje kluczowym antagonistą jest Golem, odrażająca postać pokryta gliną, sprowadzoną z Czech, które to państwo, a ściślej jego folklor zainspirował Lee do napisania niniejszej książki.
Jeśli ktoś liczy na nieustanny rozlew krwi to mocno się zawiedzie, bo choć w drugiej połowie powieści elementy gore wysuwają się na pierwszy plan, początkowo autor stawia raczej na dokładną charakterystykę bohaterów. Seth i Judy poznali się na odwyku, on wychodził z alkoholizmu, w który wpędziła go tragiczna śmierć żony, a ona borykała się z poważnym uzależnieniem od twardych narkotyków. Teraz starają się rozpocząć nowe życie, ale na nieszczęście dla nich wybrali sobie do tego celu niewłaściwe miasteczko, z czego czytelnik doskonale zda sobie sprawę już po zapoznaniu się z niepokojącym prologiem. Lee poświęca też sporo miejsca małej szajce narkotykowej, w której działają zarówno zwykłe oprychy, jak i miejscowa policja. Ich odrażające czyny na ludziach z „konkurencyjnej firmy” powinny zadowolić spragnionych makabry odbiorców, w tej pierwszej, poznawczej połowie powieści. Ponadto, co jakiś czas będziemy cofać się w przeszłość, do roku 1880, gdzie Lee pokusi się o przybliżenie nam genezy Golema oraz sporu zabarwionego, sporą dawką antysemityzmu, który to stał się główną, ale nie jedyną przyczyną tragedii w przeszłości, która teraz, po latach znacząco wpływa na egzystencję współczesnych mieszkańców Lowensport i okolic.
Bardzo proszę osoby niepełnoletnie o opuszczenie dalszej części tekstu!
Druga połowa powieści to już prawdziwa „jazda bez trzymanki”. Nekrofilia; domy pełne rozczłonkowanych ćpunów, których części ciała znajdują się nie tam, gdzie pierwotnie powinny (stopa w ustach, czerep w odbycie itp.). Kobiety gwałcone przez monstrum z gliny, mężczyźni pozbawiani genitaliów za pomocą zębów kobiet. To z pewnością nie jest lektura dla wrażliwych czytelników, aczkolwiek podejrzewam, że odbiorcy zaznajomieni już z prozą Lee, wielbiciele gore, raczej nie powinni być zanadto zszokowani, wszak we wcześniejszych jego powieściach było jeszcze gorzej, prawda? Paradoksalnie (mówię „paradoksalnie”, ponieważ uwielbiam taką gorszącą tematykę, zarówno w literaturze, jak i filmie) w drugiej połowie książki najbardziej podobał mi się wątek, w pewnym stopniu, psychologiczny. UWAGA SPOILER Za pomocą postaci Judy Lee pokazał nam, jak łatwo wrócić do wyniszczającego nałogu, jak łatwo zniszczyć człowieka, który przez długi czas starał się na powrót odzyskać godność. Powolny moralny upadek Judy, którego w żadnym razie nie pragnie, aczkolwiek nie ma śmiałości z nim walczyć najdobitniej obrazuje kruchość natury ludzkiej, kruchość umysłu, który nie jest w stanie wydostać się z kleszczy uzależnienia. Jestem przekonana, że tragedia tej postaci, oddającej się zapuszczonym oprychom, za działkę cracku, zmusi do myślenia niejednego, zaprawionego w bojach czytelnika KONIEC SPOILERA. Jak na możliwości Edwarda Lee finał raczej nie zaskakuje, choć należy oddać autorowi sprawiedliwość, że lepiej już nie dało się zakończyć tej historii.
Czeska legenda, antysemityzm, sprzedajni gliniarze, odrażające stwory, walające się kończyny, wynaturzony seks - wszystko to, i jeszcze więcej znajdziecie w „Golemie” Edwarda Lee. Choć autor ewidentnie nie przeskoczył poprzeczki poprzednich, wydanych w Polsce, swoich pozycji to niewątpliwie nie zawiódł. Lektura „Golema” dostarczyła mi niemalże wszystkich emocji, które targały mną, podczas obcowania z „Sukkubem” i „Ludźmi z bagien”. Jak najbardziej polecam, szczególnie wielbicielom nurtu gore!
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 29 sierpnia 2012

Konkurs „Coś na progu”

Dzięki współpracy z wydawnictwem Dobre Historie mam przyjemność ogłosić kolejny konkurs, w którym do wygrania jest trzeci numer magazynu „Coś na progu”. Aby wziąć udział w konkursie należy przesłać na adres buffy1977@wp.pl odpowiedź na pytanie konkursowe, podane poniżej do 9 września, kiedy to nastąpi losowanie szczęśliwca, do którego 10 września powędruje trzeci numer tego znakomitego magazynu dla fanów szeroko pojętej grozy.
Pytanie konkursowe: Podaj nazwisko jednego reżysera, który pokusił się o zekranizowanie najsłynniejszego dzieła Brama Stokera pt. „Dracula”.
Zapraszam wszystkich zainteresowanych do udziału w konkursie i życzę powodzenia!
Bardzo dziękuję sponsorowi konkursu, wydawnictwu

„Sauna” (2008)

Recenzja na życzenie (angusa)
Rok 1595. Bracia Knut i Erik wraz z trzema innymi żołnierzami zajmują się wyznaczaniem powojennych granic między Finlandią i Rosją. Obaj bracia zmagają się z demonami przeszłości, starając się uwolnić od wyrzutów sumienia wywołanych pozostawieniem pewnej dziewczynki na pewną śmierć. O wiele gorzej ma się wrażliwy Knut, którego zaczynają dręczyć halucynacje. Kiedy docierają do pewnej osady mężczyzna dostrzega możliwość odkupienia swoich win, bowiem nieopodal znajduje się budowla zwana Sauną, która podobno zamieszkana jest przez duchy.
Reżyserem filmu jest Antti-Jussi Annila, a fabuła w całości nawiązuje do historii i kultury Finlandii. I to jest główny problem (przynajmniej dla mnie), ponieważ nie wiedząc absolutnie nic o tym kraju nie udało mi się w pełni zrozumieć, bądź, co bądź, „poszarpanej” fabuły. Subtelne elementy horroru pewnie zachwycą niejednego widza. Mroczna kolorystyka obrazu i surowa sceneria wespół z umiejętnym stopniowaniem atmosfery i rzadkimi pojawieniami się zjaw (szczególnie widzianymi oczami Knuta) znakomicie wpływają na duszący klimat filmu. Widz doskonale zdaje sobie sprawę, że oto jest świadkiem czegoś nadprzyrodzonego, ale ma niewiele okazji, żeby podziwiać ten koszmar w całej okazałości. Takie pełne grozy niedopowiedzenia, oddarte z dosłowności intrygują, a miejscami nawet mocno niepokoją. I gdyby oceniać „Saunę” tylko przez pryzmat klimatu należałoby rozpływać się w samych zachwytach. Ale dla mnie w filmie najważniejsza jest fabuła. Oczywiście, cieszyła mnie ta osobliwa, sugestywna atmosfera wszechobecnej grozy, ale tylko na początku, z czasem monotonia fabularna zwyczajnie zaczęła mnie nużyć, tym bardziej, że jako ignorantka historyczna niewiele z niej zrozumiałam.
Fińsko-czeska produkcja Annila jest typowym horrorem historycznym, który przede wszystkim oddziałuje na świadomość widza, rezygnując z niepotrzebnych, efekciarskich ozdobników, skłaniając do myślenia zaznajomionych z fińskim folklorem odbiorców. Jednak widzowie, tacy jak ja, którzy jeszcze nie mieli okazji zetknąć się z zawiłą historią i kulturą Finlandii mogą jedynie podziwiać znakomity klimat „Sauny”, ponieważ obawiam się, że dla nich fabuła okaże się mocno niezrozumiała.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Sebastian Fitzek „Odłamek”

Marc Lucas nie może pogodzić się z tragiczną śmiercią swojej ciężarnej żony w wypadku samochodowym, z którego on wyszedł jedynie z odłamkiem w karku. Zrozpaczonemu mężczyźnie wpada w oko reklama pewnej kliniki, która rzekomo potrafi wymazać z pamięci człowieka jedynie złe wspomnienia. Marc zgłasza się do tego eksperymentu, ale już po wstępnych badaniach ma zamiar się z niego wycofać. Jednak, kiedy wraca wieczorem do domu odkrywa, że zamieszkuje go inna osoba. Ktoś, kogo nie spodziewał się już nigdy zobaczyć. Od tego momentu Lucas zostanie wciągnięty w splot tak dziwnych wydarzeń, że zacznie wątpić w swoje zdrowie psychiczne.
„Czy mogło być coś bardziej przerażającego niż chwila, kiedy kurtyna iluzji się podnosiła i otwierał się widok na czającą się za nią okrutną rzeczywistość. Chwila, w której człowiek nie pragnął niczego więcej niż powrotu do zwykłego świata. Nawet jeśli ten świat w ogóle nie istniał.”
Sebastian Fitzek, niemiecki autor bestsellerowych thrillerów, w „Odłamku” prezentuje swoim czytelnikom coś więcej niż psychologiczny dreszczowiec – konfrontuje ich z prawdziwym obłędem. Na początku dostaniemy zwykłą obyczajówkę, w trakcie której pobieżnie zapoznamy się z osobistą tragedią Marca Lucasa oraz jego rozpaczliwymi próbami powrotu do stanu sprzed wypadku. Akcja nabierze rozpędu dopiero po pierwszej wizycie mężczyzny w klinice badań nad pamięcią – mniej więcej od setnej strony fabuła zacznie gnać do przodu w zawrotnym tempie, przeskakując z jednego punktu kulminacyjnego do drugiego, a czytelnik stosunkowo szybko odkryje, że mówiąc kolokwialnie, zwyczajnie zgłupiał. Kiedy Lucas odkrywa, że nie jest sobą, dochodzi do oczywistego wniosku, z którym odbiorca ochoczo się z nim zgodzi – zwariował i tyle. Jednak z czasem zaczniemy wątpić w taką ewentualność, bowiem akcja miejscami zacznie skłaniać się ku szeroko zakrojonej teorii spiskowej, w którą również, z biegiem trwania lektury, trudno nam będzie uwierzyć. Wierzcie mi, te dwie ewentualne interpretacje fabuły „Odłamka” nie są jedynymi, które systematycznie podrzuca nam autor, a każda kolejna coraz bardziej nas dezorientuje, coraz mocniej pcha w prawdziwe szaleństwo. I mimo, że Fitzek rezygnuje z duszącej atmosfery postępującej paranoi na rzecz dynamicznej akcji w ogóle nie przeszkodzi to czytelnikowi wpaść w jego psychologiczne sidła. Z czasem zaczniemy podejrzewać dosłownie wszystkich o spiskowanie, ale równocześnie poddamy w wątpliwość zdrowie psychiczne głównego bohatera. Interesujący paradoks, prawda?
„Czuję się jak człowiek, który połknął magnes, ale ten magnes nie przyciąga metalu, lecz obłęd. I bardzo się boję, że jego działanie z sekundy na sekundę jest coraz silniejsze.”
Nie po raz pierwszy spotkałam się z książką, podczas czytania której nie wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi, którą za wszelką cenę pragnęłam skończyć, bynajmniej nie dlatego, ze byłam mało interesująca (wręcz przeciwnie!), ale najzwyczajniej w świecie chciałam poznać zakończenie, bo w trakcie lektury nie było najmniejszej możliwości, abym przewidziała intrygę przygotowaną przez Fitzka. Autor, oczywiście, daje nam sygnały, odnośnie finału, ale wspomina o nich mimochodem, a spośród tego całego szaleństwa nie sposób odsiać prawdy od ułudy. „Odłamek” przypomina nieco misterną układankę, której poszczególne elementy pozornie do siebie nie pasują, a każdy kolejny puzzel podrzucany przez autora coraz mocniej zaskakuje czytelnika, coraz bardziej odwraca bieg fabularny, a tym samym możliwą interpretację fabuły. Określenie „psychothriller” chyba znakomicie oddaje gatunek, do którego śmiało można zaszufladkować tę powieść – to tego rodzaju lektura, w trakcie której nie tylko główny bohater wariuje, ale również osoba zapoznająca się z jego surrealistycznym położeniem. Znacznie pomaga w tym sugestywna kreacja Marca Lucasa. Fitzkowi udało się przekonać mnie do realności wymyślonej przez siebie postaci, która ze swoimi wadami, zaletami i przede wszystkim lękami sprawia wrażenie osoby, którą z powodzeniem moglibyśmy spotkać na ulicy, której daleko do jakichkolwiek nieprzekonujących cech. A reszta bohaterów? Hmm, to wszystko spiskowcy, prawda? Całe miasto knuje przeciwko Lucasowi, dosłownie wszyscy z sobie tylko znanych powodów pragną go zniszczyć – właśnie w taki sposób będziecie myśleć o pozostałych bohaterach tej książki, aż do końca, aż do wstrząsającego, na wskroś zaskakującego finału, podczas którego dojdziecie do nieuniknionego wniosku, że oto Fitzek zrobił z was paranoików:)
Podobała wam się lektura „Dziecka Rosemary”? Czy Ira Levin wciągnął was w prawdziwe szaleństwo? Jeśli tak to teraz zamieńcie duszący klimat tego kultowego horroru na pełną zwrotów akcji historię, w której nic nie jest tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka i sięgnijcie po „Odłamek” Sebastiana Fitzka, a na pewno skończycie w „domu bez klamek”:)
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 26 sierpnia 2012

Mark Billingham „Naśladowca”

Nieuchwytny morderca w brutalny sposób pozbawia życia niewinne osoby. Sprawę prowadzi detektyw inspektor Tom Thorne, który szybko odkrywa, że ofiary łączy jedno – ich matki przed piętnastu laty zabił inny seryjny zabójca, Raymond Garvey. Thorne stara się odnaleźć i ochronić pozostałe dzieci ofiar sprzed lat i równocześnie schwytać oprawcę. Jednak zadanie okazuje się ponad jego siły, wszak zabójca jest do tego stopnia błyskotliwy, że zawsze podąża krok przed organami ścigania.
„To nie samych zabójców tak naprawdę się obawiamy. Raczej tego, że nie wiemy, co ich do tego popchnęło, dlaczego to zrobili i gdzie może się pojawić następny. To nas przeraża najbardziej.”
Kolejna część serii kryminałów o przygodach Toma Thorna, autorstwa angielskiego pisarza, Marka Billinghama. Do lektury skusiła mnie, rzecz jasna, tematyka powieści, wszak uwielbiam pozycje, traktujące o seryjnych mordercach i policjantach, którzy starają się ich schwytać. Schemat „Naśladowcy” jest dokładnie taki sam, jak w niezliczonej liczbie innych, tego typu kryminałów. Najpierw mamy ciało kobiety, która zapoczątkowuje nową sprawę. Później żmudne śledztwo, podczas którego, co jakiś czas pojawiają się nowe, czasem przydatne, czasem nie, tropy. Takie szablonowe poprowadzenie akcji może zirytować wielbicieli tego rodzaju powieści, przyznaję, że ja miejscami również czułam się nieco znużona, ale na szczęście Billingham urozmaicił mi lekturę ciekawą postacią mordercy, ściśle związanego z człowiekiem, który przed piętnastu laty dopuścił się własnej krucjaty na niewinnych kobietach. Zabójca, w sobie tylko znany sposób, jak gdyby nigdy nic wchodzi do domów swoich ofiar, ogłusza je, po czym dusi za pomocą plastikowej torby. Po morderstwie spokojnie wychodzi i przystępuje do morderczej gry z organami ścigania, w której dzięki swojej nieprzeciętnej inteligencji i skrupulatnemu planowaniu, zawsze jest górą. Ale choć osoba mordercy zaintrygowała mnie, jego główny wróg, detektyw inspektor Tom Thorne, pomimo wielu pochwał, których naczytałam się na jego temat, nie zaskoczył mnie niczym szczególnym. Ot, typowy twardy, cyniczny glina, który w swoim życiu widział już tyle okropieństw, że bezpowrotnie utracił wiarę w ludzkie dobro. Jedyną cechą, która odróżnia go od całej plejady innych literackich śledczych jest poczucie humoru, którym nieustannie stara się rozładowywać napiętą sytuację w zespole. Autor, obok życia zawodowego Thorna, przybliża nam również jego prywatną tragedię, z którą mężczyzna stara się jakoś uporać. Być może znajdą się czytelnicy, którzy zapałają wielką sympatią do Toma – jak dla mnie do Maggie O’Dell (Alex Kava) oraz Lincolna Rhyma i Amelii Sachs (Jeffery Deaver) wiele mu brakuje.
Warsztat pisarski Billinghama pod kątem konstrukcji jest bardzo dojrzały. Za pomocą krótkich opisów miejsc, zdarzeń i psychologii bohaterów przybliża czytelnikowi wykreowany przez niego świat, przy okazji nie nudząc go nagromadzeniem zbędnych słów. Na początku zauważyłam dwie wpadki logiczne, które nie miały żadnego wpływu na przebieg fabuły, aczkolwiek sprawiły, że na chwilę zwątpiłam w zdolności autora – wyglądało to tak, jakby Billingham zapomniał, o czym pisał parę stron wcześniej. Na szczęście w dalszej części lektury nie zauważyłam już takowych potknięć.
„Naśladowca” tak naprawdę opowiada historie dwóch seryjnych morderców – Raymonda Garveya i jego współczesną wersję, która staje się utrapieniem angielskich śledczych. Tak, więc wielbiciele tego rodzaju antagonistów powinni być zadowoleni, o ile oczywiście nie przeszkadza im schematyczna oś fabularna. Ja mam ambiwalentny stosunek do tej pozycji – znalazłam tyle samo plusów, co mankamentów, więc żeby być maksymalnie szczerym powiem tylko, że czytałam już lepsze i gorsze powieści. „Naśladowca” to taki średniak na nudny, deszczowy wieczór.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 24 sierpnia 2012

„Inwazja” (2007)

Wracający z kosmosu wahadłowiec rozbija się na Ziemi i rozprzestrzenia zarodki obcej cywilizacji, która w niedługim czasie zaczyna przejmować kontrolę nad umysłami ludzi. Psychiatra, Carol Bennell, początkowo sceptycznie nastawiona do ogarniającej społeczeństwo psychozy na tle wrogich Obcych zostaje zmuszona zweryfikować swoje poglądy, będąc świadkiem kilku niecodziennych wydarzeń. Wraz z przyjaciółmi stara się uniknąć losu „zarażonych” oraz odzyskać swojego synka, który przebywa w towarzystwie opanowanego przez pozaziemskie zarodniki ojca.
Kultowa powieść Jacka Finney’a pt. „Inwazja porywaczy ciał”, jak dotąd doczekała się wielu, mniej lub bardziej wiernych oryginałowi, ekranizacji, z których najbardziej znane są „Inwazja łowców ciał” (1978) i „Porywacze ciał” (1993). Oliver Hirschbiegel i James McTeigue pokusili się o kolejną wariację wersji Finney’a rezygnując z tematyki małomiasteczkowej paranoi na rzecz wielkomiejskiej. Takich zmian jest oczywiście o wiele więcej, aczkolwiek główna problematyka „Inwazji” pozostała taka sama. Początkowo twórcy całkowicie oddają się zobrazowaniu spanikowanych Amerykanów, których niepokojące zachowanie władze tłumaczą tajemniczą epidemią grypy. Większość niezarażonych początkowo wierzy w tę bajeczkę, traktując ludzi wrzeszczących o inwazji Obcych w kategoriach szaleńców. Najlepiej obrazuje to sesja Bennell z jej pacjentką, która uparcie twierdzi, iż jej mąż już nie jest jej mężem, że jego ciało opanowała jakaś inna, mroczna świadomość, która pragnie zawładnąć również jej umysłem. Rzecz jasna pani doktor reaguje na te rewelacje w łatwy do przewidzenia sposób – wypisuje pacjentce kolejną receptę. Po mieście biegają spanikowani ludzie, próbując zatrzymać jadące samochody, prosząc innych o pomoc, której nikt nie chce im udzielić. Jednym słowem: całe miasto ogarnia postępująca psychoza. Klimat wielkomiejskiej paranoi jest chyba najmocniejszym elementem tego obrazu, choć przyznaję, że przydałoby się odrobinę więcej duszącej atmosfery – jednak, jak na wysokobudżetowy hollywoodzki thriller science fiction i tak jest w miarę przyzwoicie.
Reszty fabuły dosyć łatwo jest się domyślić. Doktor Bennell w końcu „otworzy oczy” na okropieństwa, mające miejsce w jej otoczeniu, w czym ostatecznie utwierdzi ją przemiana jej znajomego w Obcego. Moim zdaniem najmocniejsza, znakomicie zrealizowana scena, o dziwo, nieepatująca efektami komputerowymi. Otóż, okazuje się, że ciało zarażonego osobnika w trakcie snu okrywa się przezroczystą błoną, która całkowicie zmienia jego osobowość, oddziera go ze wszystkich emocji i obdarza zbiorowym umysłem, dzięki któremu na pewnym poziomie umysłowym współegzystuje z resztą obcej cywilizacji. Bennell, nie bacząc na niebezpieczeństwo, rusza na ratunek synowi, którego więzi bogaty, zarażony ojciec, pragnący aby jego pociecha dołączyła do szacownego grona kosmitów. W dalszej części seansu będziemy mieć do czynienia przede wszystkim z pełnymi akcji pościgami oraz próbami manipulacji Obcymi, wszak aby ich oszukać wystarczy jedynie udawać brak jakichkolwiek uczuć. Na uwagę widzów zasługuje również pełna dramatyzmu końcowa scena w supermarkecie, jednak sam finał mocno rozczarowuje. Osoby skłonne do moralizowania mogą spodziewać się kilku trafnych tez na temat natury ludzkości, które podsumowuje jeden cytat „Świat bez wojen nie byłby już światem ludzi”. Twórcy próbują dać widzom do zrozumienia, iż w naszej naturze zawsze tkwiła żądza krwi, że jak długo będziemy istnieć, tak długo będziemy mieć do czynienia z niekończącymi się, bezsensownymi wojnami, podczas których zginą miliony niewinnych ludzi. To główny argument Obcych, którzy wedle ich słów, chcą jedynie zamienić naszą planetę w kolebkę pokoju, w miejsce bez okrutnej przemocy, wszak rasę ludzką prędzej, czy później i tak czeka samounicestwienie. Muszę przyznać, że taka filozofia całkowicie mnie przekonała, zgadzam się z przesłaniem filmu w całej rozciągłości, pytanie tylko: czy wyrzekłabym się własnego „ja” na rzecz globalnego pokoju? Przed takim wyborem stanie główna protagonistka, z tą różnicą, że aby dołączyć do pozaziemskiej cywilizacji będzie musiała wyrzec się nie tylko własnej świadomości, ale również najważniejszej osoby w jej życiu.
W roli głównej zobaczymy samą Nicole Kidman, której partneruje Daniel Craig. Oboje rzecz jasna spisali się brawurowo, aczkolwiek większa pochwała zdecydowanie należy się Kidman, w końcu jej rola była o wiele trudniejsza do odegrania. Podobał mi się również mały Jackson Bond, jak na młodocianego aktora spisał się, aż nader przekonująco.
Myślę, że „Inwazja” jest całkiem zgrabną adaptacją książki Finney’a, a liczne zmiany pierwotnej historii wprowadzone przez twórców bardziej pomogły, aniżeli zaszkodziły tej produkcji. W końcu osoby zaznajomione z pozostałymi adaptacjami powieści nie będą zmuszone oglądać scena w scenę tego samego, choć oczywiście problematyka pozostała taka sama. Dla fanów nieefekciarskich thrillerów science fiction chyba będzie w sam raz.

środa, 22 sierpnia 2012

Stephen King „Wielki Marsz”

Recenzja na życzenie
Stu chłopców bierze udział w corocznym marszu po wielką sławę i wymarzoną nagrodę. Zwycięzca może być tylko jeden, a meta znajduje się tam, gdzie umrze przedostatni z nich.
Książka Stephena Kinga, po raz pierwszy wydana w 1979 roku, pod pseudonimem Richard Bachman, co jest aż nazbyt widoczne w pozbawionym gawędziarstwa i szczegółowych opisów stylu autora „Wielkiego Marszu”. Przyznaję, że po przeczytaniu opisu fabuły byłam sceptycznie nastawiona do tej pozycji – nie wyobrażałam sobie, żeby było coś bardziej interesującego w długiej wędrówce bohaterów. I jak zwykle, nie miałam racji. Sam pomysł na fabułę odznacza się sporą oryginalnością. Zawody, do których z sobie tylko znanych powodów, co roku zgłasza się mnóstwo chłopców. Ich motywy, gdy pomyśli się o stawce tej konkurencji, wydają się być zwyczajnie abstrakcyjne, a skoro King (przepraszam, Bachman) niewiele w tym kontekście nam wyjaśnia można śmiało orzec, że oto albo mamy do czynienia z grupą sfrustrowanych nastolatków, albo plejadą samobójców. Chociaż niejeden zawodnik, wbrew wysokiemu stopniu nieprawdopodobieństwa, zdaje się być pewny wygranej. Za naszymi bohaterami krok w krok podążają żołnierze, gotowi każdy przejaw niesubordynacji „nagrodzić” strzałem z karabinu, a w każdym mijanym miasteczku czekają na nich spragnieni mocnych wrażeń i rozlewu krwi kibice. Już po tym krótkim opisie każdy powinien się domyślić, o co tak naprawdę chodziło autorowi.
„Chyba rozumiem, co to znaczy umrzeć […] Przynajmniej teraz. Nie samą śmierć, jej wciąż nie mogę pojąć. Ale umieranie. Jeśli przestanę iść, dojdę do końca.”
Fabuła „Wielkiego Marszu” to metafora, co łatwo dostrzec już na początku powieści. Surrealistyczne zawody i spragnieni widoku krwi kibice to wizja naszej przyszłości, tym bardziej przerażająca, że aż nie do zniesienia prawdopodobna. Kiedy już to dostrzegłam starałam się, jak najszybciej o tym zapomnieć – wolałam traktować tę powieść, jako zwykłą abstrakcyjną rozrywkę, ponieważ jej podteksty wprawiły mnie w iście depresyjny nastrój. Problem w tym, że King nie pozwolił mi o nich zapomnieć – bez przerwy wtrącał, jakiś cytat, który coraz bardziej mnie dołował. Jego koncepcja była prosta i właściwie streściła się w tym jednym zdaniu: „Nawet groza powszednieje. Nawet śmierć bywa płytka.” Dawniej (na przykład w starożytnym Rzymie) ludzie potrzebowali takich mocnych wrażeń, aby zaspokoić swoje najniższe instynkty. Uwielbiali patrzeć, jak człowiek umiera, najlepiej w jak najkrwawszy sposób. Z biegiem lat trochę się ucywilizowaliśmy – naszą żądzę krwi w dużym stopniu zaspokoiły filmy, pozwalając nam w bezpieczny, kontrolowany sposób rozładować negatywne emocje, dostarczyć pożywki naszym najniższym instynktom. Ale to prędzej, czy później przestanie nam wystarczać – znieczulimy się na fikcyjne mordy, i co wtedy? Czy cofniemy się do czasów walk gladiatorów, czy może wymyślimy swego rodzaju teleturniej, w którym uczestnicy będą umierać naprawdę? Jeśli ta przerażająca wizja nie jest wielce prawdopodobna to już nie wiem, co jest. Wystarczy, choćby o tym pomyśleć, żeby nabawić się depresji i właśnie z tego powodu „Wielki Marsz” dostarczył mi tylu emocji, które jestem pewna, będą mnie prześladować jeszcze przez długi czas.
Richard Bachman w przeciwieństwie do Kinga nie wchodzi całkowicie w głąb umysłów swoich bohaterów. Poświęca trochę miejsca ich charakterystyce i uczuciom, ale zdecydowanie mniej niż ma to w zwyczaju jego alter ego. Relacje łączące uczestników Wielkiego Marszu są dosyć skomplikowane. Choć szybko się zaprzyjaźniają, w trakcie tej długiej, wielokilometrowej wędrówki, muszą pamiętać, że tak naprawdę są rywalami – jak długo żyją ich towarzysze, tak długo będzie trwał ten morderczy spacer. Ale mimo tej świadomości, przynajmniej na początku, udaje im się wykrzesać w sobie altruistyczne cechy, pomagają sobie nawzajem, wiedząc, że równocześnie skazują siebie na większą mękę. Tymczasem kibice przypominają osoby, które „przyciągani jakąś chorą fascynacją” tłumnie zalegają na miejscach wypadków, co dostrzegamy już we współczesnych czasach, a co również może nam niejako zarysować obraz przyszłego świata.
„Wielki Marsz’” polecam każdemu wielbicielowi śmiałych, przerażających wizji przyszłości, który nie cofa się przed głębokimi przemyśleniami na temat postępującej demoralizacji społeczeństwa. Powieść jak najbardziej godna uwagi – dołująca, okrutna, przerażająco prawdopodobna!

wtorek, 21 sierpnia 2012

„Adwokat diabła” (1997)

Wzięty prawnik, Kevin Lomax, dostaje propozycję pracy w dużej kancelarii adwokackiej w Nowym Jorku. Z uwagi na doskonałe warunki, które pozwoliłby mu się wzbogacić w stosunkowo krótkim czasie mężczyzna przyjmuje ją i wraz z żoną, Mary Ann, przeprowadza się do apartamentu, opłacanego przez firmę. Wkrótce Lomax zaprzyjaźnia się ze swoim szefem, Johnem Miltonem i dostaje dużą sprawę, która zwraca na niego uwagę opinii publicznej. Tę idyllę zakłóca jedynie niepokojące zachowanie Mary Ann, która jest przekonana, że oboje znaleźli się w wielkim niebezpieczeństwie.
Głośny, hollywoodzki obraz Taylora Hackforda, którego nie sposób zaklasyfikować do jednego konkretnego gatunku filmowego, bowiem znajdziemy w nim zarówno cechy horroru i thrillera, jak i dramatu psychologicznego i sądowego. Nie ukrywam, że „Adwokat diabła” jest jedną z moich ulubionych produkcji religijnych, przede wszystkim dzięki mistrzowskiej kreacji Szatana – lepszej jeszcze nie widziałam. Oczywiście, jak na Hollywood przystało twórcy nie rezygnują z efektów komputerowych, aczkolwiek tutaj wyjątkowo przypadły mi one do gustu – ich ilość nie była przesadzona, a w kilku scenach stanowiły nawet całkiem przyjemną pożywkę dla oczu. Akcja posuwa się dosyć wolno, a większość uwagi twórców skierowana jest na bohaterów, co powinno zadowolić widzów, poszukujących w filmach przenikliwej psychologii postaci.
„Tkwię tu od samego początku. Inspirowałem każdy skandal i sensację. Zaspokajałem żądzę człowieka i nigdy go nie sądziłem. Nigdy go nie odrzuciłem, mimo wyraźnych niedoskonałości. Jestem jego fanem! I być może ostatnim humanistą. Kto przy zdrowych zmysłach mógłby zaprzeczyć, że wiek XX należał całkowicie do mnie? Całkowicie! Do mnie!”

Główny bohater, Kevin Lomax, wykreowany przez Keanu Reevesa, to próżny karierowicz, prawnik, który wygrywa jedną sprawę po drugiej i jest przekonany o swojej wyższości nad kolegami z branży. Choć kocha swoją żonę, maksimum energii poświęca swojej dynamicznie rozwijającej się karierze. Skłaniając się ku materializmowi całkowicie odsunął się od wiary w Boga, którą od dziecka starała się wpoić mu jego głęboko wierząca matka.
Mary Ann, czyli Charlize Theron we własnej osobie, początkowo przebojowa kobieta, po przeprowadzce przeżywa swego rodzaju kryzys. Z dala od zapracowanego męża, otoczona zblazowanymi żonami innych prawników, marząca o dziecku, stosunkowo szybko traci poczucie rzeczywistości. Jej zachowanie po przeprowadzce do Nowego Jorku przypominało mi paranoję Rosemary z „Dziecka Rosemary”. Co ciekawe, histeria Mary Ann, podobnie, jak w kultowym obrazie Romana Polańskiego zaczęła się po ścięciu włosów:) Późniejszy obłęd kobiety na punkcie niemożności zajścia w ciężę, który doskonale akcentuje scena snu, gdzie niemowlę ściska w rączkach jej jajniki, również widocznie nawiązuje do histerii Rosemary. Swoją drogą zauważyłam, że Charlize Theron lubi przyjmować role, wzorowane na Rosemary Woodhouse („Żona astronauty”), więc gdyby zdecydowano się na remake tego arcydzieła horroru (nie daj Boże) to chyba byłaby najlepszą kandydatką do kreacji głównej postaci.
I na deser, John Milton, wykreowany przez znakomitego Ala Pacino. Przebojowy, wygadany, charyzmatyczny… Szatan. Być może narażę się teraz ortodoksyjnym katolikom, ale ta postać zdecydowanie zaskarbiła sobie moją sympatię. Od ekspresyjnej gry Pacino wprost nie sposób oderwać oczu – jest tak niewyobrażalnie przekonujący, że z czasem odkryłam, iż bezkrytycznie wierzę w każde jego słowo, również te przeciwko Bogu (ja, ateistka!), więc to chyba dobitnie świadczy o hipnotyzującej brawurze Pacino oraz intrygującym aspekcie charakterologicznym jego postaci.

„Adwokat diabła” jest swego rodzaju kompilacją psychozy, rozpraw sądowych i problemów wiary. Choć fabuła jest dosyć monotonna twórcy zadbali o nieustające napięcie i kilka naprawdę porażających scen. Do moich ulubionych poza dzieckiem ściskającym jajniki Mary Ann, należą przemiany żon prawników w demony, palec zanurzony przez Miltona w wodzie święconej, „striptiz” Mary Ann w kościele i oczywiście pełne teologizowania, plastycznych efektów komputerowych oraz ekspresyjnych, mistrzowskich wystąpień Szatana, zaskakujące zakończenie. Osobiście nie dostrzegam w tej produkcji żadnych mankamentów, ale mogę być nieco nieobiektywna, gdyż zakochałam się w tym obrazie już od pierwszych minut, a jak wiadomo miłość jest ślepa:) W każdym razie gorąco polecam wielbicielom filmów satanistycznych ze szczególnym wskazaniem na psychologię postaci. Jeśli, rzecz jasna, istnieją jeszcze widzowie, którym jakimś cudem umknęła ta pozycja.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

„The Tall Man” (2012)

W małym, wymierającym miasteczku, Cold Rock, mają miejsce niewyjaśnione zaginięcia dzieci. Mieszkańcy, nie mogąc racjonalnie wyjaśnić tego stanu rzeczy, karmią się nawzajem legendą o tajemniczym mężczyźnie, zwanym The Tall Man, który porywa ich pociechy. Lekarka, Julia Denning, pewnej nocy zostaje wciągnięta w sam środek koszmaru - gdy ktoś porywa jej małego synka kobieta postanawia za wszelką cenę go odzyskać.
Thriller Pascala Laugiera, twórcy głośnego francuskiego torture porn „Martyrs” (2008). Do seansu, oprócz reżysera, zachęciła mnie obsada – Jessica Biel i Jodelle Ferland, obie doskonale obeznane ze światkiem filmowej grozy. I chociaż sceptycznie podchodzę do tegorocznych produkcji jestem bardzo zadowolona, że zdecydowałam się sięgnąć po tę pozycję. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jak dotąd jest to najlepszy film 2012 roku, jaki miałam okazję obejrzeć. Po początkowym wprowadzeniu widza w sytuację mieszkańców podupadającego Cold Rock oraz pobieżnemu przybliżeniu postaci głównej bohaterki, twórcy przechodzą do właściwej problematyki filmu – tajemniczych porwań dzieci oraz zabobonnych teorii o porywaczu, krążących po miasteczku. Widz dostanie iście intrygującą tajemnicę, którą znacznie podsyci pewna dziewczynka, która całe dnie spędza na tworzeniu mrocznych rysunków z tytułowym The Tall Manem w roli głównej. Akcja nabierze rozpędu po porwaniu synka Julii Denning – po karkołomnej próbie odzyskania dziecka na wyludnionej szosie, kobieta w ciężkim stanie wraca do miasteczka. Następnie, twórcy podobnie, jak to miało miejsce w „Domie snów” (2011) decydują się na zwrot akcji, który całkowicie zmieni spojrzenie widza na całą oś fabularną. W porównaniu do zaskakującego motywu, mniej więcej w połowie seansu, finał wypada dosyć blado – uważnemu odbiorcy raczej nie trudno będzie go przewidzieć.
Co sprawia, że „The Tall Man” wyróżnia się na tle innych thrillerów? Moim zdaniem na szczególną uwagę zasługuje osobliwy klimat nieustannie podsycanej tajemnicy. Przez pierwszą połowę filmu odbiorca będzie zapewne miał wrażenie, iż wszystko doskonale rozumie – choć tożsamość The Tall Mana pozostanie dla niego tajemnicą, pozostałe elementy fabularne raczej nie powinny go zdezorientować. Tyle, że po przebrnięciu przez połowę projekcji twórcy do tego stopnia zagmatwają problematykę tego obrazu, podsycając ciekawość widza, ale praktycznie do samego finału niczego konkretnego nie wyjaśniając, że siłą rzeczy zaintrygują dociekliwego odbiorcę na tyle, aby utrzymać go w ciągłym napięciu i zmusić do wzmożonego wysiłku umysłowego. Ponadto, skoro mamy do czynienia z dziełem Laugiera, możemy liczyć na sporą dosłowność w prezentowaniu krwawych scen. Rany widniejące na ciele Julii, po pojedynku z porywaczem są do tego stopnia realistyczne, że chwilami wręcz odstręczające. I na koniec warto wspomnieć o wielowymiarowych bohaterach, których niełatwo zaszufladkować w kontekście „protagonistów” i „antagonistów”.
Obsada nawet w najmniejszym stopniu mnie nie zawiodła. Zarówno Jessica Biel, jak i Jodelle Ferland dostały na tyle interesujące, niełatwe role, aby w pełni pochwalić się swoimi niemałymi zdolnościami aktorskimi. Obie są największą ozdobą tego obrazu, ale bardzo zaintrygowała mnie również postać kreowana przez Stephena McHattie’ego, który być może miejscami pozostawał nieco w tyle za paniami, ale nie można odmówić mu sporego zaangażowania w odgrywaną przez siebie postać.
„The Tall Man” wydaje się być idealną pozycją dla widzów gustujących w tajemniczych, zmuszających do myślenia thrillerach, w których nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Finał tej produkcji być może nie należy do zanadto oryginalnych, ale wszystkie wydarzenia ukazane nieco wcześniej z pewnością w dużym stopniu unikają ogranych w kinie grozy schematów. Jeśli ktoś szuka, czegoś trzymającego w napięciu niemalże przez cały seans to jak najbardziej polecam.

sobota, 18 sierpnia 2012

Konkurs halloweenowy u Konrada

Na The Dark Zone Project pojawił się znakomity konkurs z atrakcyjnymi nagrodami, organizowany przez autora bloga Konrada. Chyba warto wziąć udział, prawda? Sprawdźcie sami – zapraszam tutaj.

Ira Levin „Dziecko Rosemary”

Recenzja na życzenie (Nukie)
Małżeństwo, Rosemary i Guy Woodhouse, wprowadza się do nowego mieszkania w wielkiej, prestiżowej i owianej złą sławą kamienicy. Po zadomowianiu się poznają parę miłych staruszków, mieszkających obok. Wkrótce Rosemary zachodzi w ciążę, a splot dziwnych wydarzeń każe jej podejrzewać sąsiadów o czarnoksięstwo. Obawiając się o siebie i swoje nienarodzone jeszcze dziecko postanawia poszukać pomocy u ludzi, którzy jej zdaniem nie należą do spisku.
Wydana po raz pierwszy w 1967 roku najsłynniejsza powieść amerykańskiego pisarza, Iry Levina. W 1968 roku Roman Polański nakręcił jej głośną ekranizację, która przez wielu uważana jest za najwierniejsze przeniesienie prozy na ekran w historii kina, co wcale nie znaczy, że Polański nie pominął kilku wątków z książki (wyjazd Rosemary do chaty Hutcha, odwiedziny Hutcha w szpitalu i spotkanie z jego córką), jednak są one tak mało znaczące, że w żadnym razie nie wpływają na ogólną wymowę filmu. Pod kątem fabularnym Levin dopracował swoje dzieło w najdrobniejszych szczegółach, co najmocniej rzuca się w oczy w chwili klarowania się podejrzeń Rosemary, co do złych zamiarów jej męża i sąsiadów, kiedy to z pozoru nic nieznaczące wątki zaczynają łączyć się w jedną wielką teorię spiskową. Ale po kolei. Na początku Rosemary i Guy będą urządzać się w nowym mieszkaniu - pomimo problemów mężczyzny z dostaniem dobrej roli, która pomogłaby w jego karierze aktorskiej, parka wydaje się pędzić szczęśliwy żywot. Levin szczególnie dobrze pozwala nam poznać Rosemary, która pomimo ewidentnej infantylności oraz pewnej dozy dziewczęcej naiwności zdaje się być całkowicie pozytywną postacią. Jej mąż-karierowicz natomiast już na pierwszych stronach daje czytelnikom jasno do zrozumienia, że najważniejsza jest dla niego praca, natomiast żona musi zadowolić się jedynie drugim miejscem.
Fabuła nabiera rozpędu z chwilą samobójstwa młodej dziewczyny, mieszkającej z parą staruszków obok Woodhouse’ów i spotkania dwóch małżeństw na wspólnej kolacji. Czytelnik będzie miał ambiwalentny stosunek do Minnie i Romana Castevetów (podobnie, jak Rosemary) – z jednej strony wydają się być uczynnymi, miłymi staruszkami, ale ich obsesyjna wręcz ciekawość chwilami budzi wręcz niechęć, a z czasem i podejrzenia, odnośnie ich mrocznych praktyk. Guy w przeciwieństwie do Rosemary całkowicie ufa swoim sąsiadom – często ich odwiedza, zwierza im się ze wszystkich problemów i broni ich dobrego imienia przed coraz zapalczywszymi oskarżeniami Rosemary (które zaczynają się po osobliwym, mistrzowsko opisanym seksie kobiety z kimś lub czymś, w którym jawa miesza się ze snem). Owe oskarżenia osiągną stan paranoi dopiero pod koniec ciąży kobiety, ale czytelnik już dużo wcześniej da się wciągnąć w tę przerażającą atmosferę wielkomiejskiego obłędu, tak skrupulatnie budowaną przez autora. Dzięki wglądowi w umysł Rosemary oraz nad wyraz podejrzanym zachowaniom pozostałych bohaterów z czasem będziemy podejrzewać dosłownie wszystkich o spiskowanie, oddawanie się praktykom czarnoksięskim, czczenie Szatana i wreszcie pragnienie odebrania dziecka przyszłej matce. To jest właśnie najmocniejszy, integralny element tej powieści – takiego przytłaczająco paranoicznego klimatu nie da się stworzyć, operując miernym warsztatem pisarskim, więc chyba mamy decydujący dowód na to, że Ira Levin może poszczycić się rzadko spotykanym geniuszem oraz wielką, wręcz manipulacyjną siłą przekazu.
Gdybym z nożem na gardle miała wybierać pomiędzy powieścią i jej ekranizacją to chyba raczej postawiłabym na film, ale tylko nieznacznie i tylko przez wzgląd na zakończenie, które moim zdaniem w wersji Polańskiego było zwyczajnie lepsze. UWAGA SPOILER Polański nie pozwolił nam ostatecznie rozwiać wątpliwości. Jego finalne niedopowiedzenie tak naprawdę nic nie wyjaśnia, widz zostaje z pytaniem: czy Rosemary rzeczywiście powiła Antychrysta, czy zwyczajnie zwariowała, a my rzecz jasna razem z nią? Tymczasem Levin na kilku ostatnich stronach jednoznacznie wskazuje na tę pierwszą możliwość – w dość śmieszny sposób opisuje szkaradny wygląd niedawno, co urodzonego maleństwa. Można oczywiście sprzeczać się, że zarówno Rosemary, jak i cała sekta czcicieli Szatana ulegli zbiorowej halucynacji, ale myślę, że to byłaby już spora nadinterpretacja KONIEC SPOILERA.
Na okładce wydania Phantom Press z 1992 roku widnieje zdanie „Legendarne arcydzieło horroru!” i chyba całkowicie podsumowuje ono tę powieść. Kamień milowy amerykańskiej literatury grozy, pozycja obowiązkowa dla wielbicieli gatunku – nic dodać, nic ująć.

piątek, 17 sierpnia 2012

„Dom w głębi lasu” (2012)

Recenzja na życzenie (Lasegir, Nukie)
Grupa przyjaciół wybiera się do chatki w lesie. Po dotarciu do obskurnego, brudnego lokum, z dala od cywilizacji i zasięgu telefonii komórkowej z miejsca przystępują do beztroskich zabaw. Tę idyllę zakończy odkrycie pradawnego Zła w piwnicy - gdy odczytają tajemniczą inkantację spod ziemi wypełznie prawdziwy koszmar, z którym młodzi ludzie będą musieli stanąć do nierównej walki.
Szeroko komentowany horror Drew Goddarda, którego współscenarzystą jest Joss Whedon. Choć doceniony w Stanach Zjednoczonych, polscy widzowie podzielili się na dwie grupy – fanów i zdecydowanych przeciwników obrazu Goddarda (więc nie ważne, co się powie o tym filmie, bo i tak się oberwie). To było do przewidzenia, zważywszy na zaściankowe podejście współczesnych widzów do filmowego horroru (jak nie straszy to nie horror) oraz niechęć do swego rodzaju łączenia gatunków. Tak, więc największym błędem polskich dystrybutorów było dopuszczenie tej produkcji do kin i paradoksalnie zakrojona na szeroką skalę reklama. Dlaczego? Otóż, Goddard wzorem Wesa Cravena i jego „Krzyku” zdecydował się na zabawę schematami, doskonale znanymi wielbicielom gatunku, ale nie przeciętnemu odbiorcy. Już sam fakt niezrozumienia przez współczesnych widzów konwencji „Krzyku” powinien dać polskim dystrybutorom do myślenia. „Dom w głębi lasu” to kino niszowe, skierowane przede wszystkim do zaznajomionych z klasyką kina grozy fanów horrorów, którym nie przeszkadza wyśmiewanie schematów oraz wiedzą, czym w istocie jest pastisz z lekko komediową wymową. To nie jest czysty, poważny horror – to swoiste połączenie grozy z humorem, ze szczególnym naciskiem na to pierwsze.
O ile Craven w „Krzyku” bezlitośnie kopiował znane slasherowe schematy, o tyle Goddard zdecydował się pójść o krok dalej - zamiast jedynie je powtarzać w kilku miejscach najzwyczajniej w świecie całkowicie je odwrócił, dzięki czemu nawet najzagorzalszy entuzjasta kina grozy może mocno się zaskoczyć. Dla przykładu, przytoczmy pierwsze sceny filmu. Mamy grupkę młodych ludzi, którzy wybierają się na wycieczkę w głąb lasu. Poznajemy farbowaną blondynkę i jej przystojnego chłopaka. Poznajemy cnotliwą dziewczynę i jej przyzwoitego adoratora, a na deser dostajemy kawalarza-narkomana. Podróżują kamperem, a z uwagi na niedostatek benzyny zatrzymują się na zapuszczonej stacji, której właścicielem jest osobnik o zdecydowanie podejrzanej aparycji. W tym momencie wielbicielowi kina grozy powinno zapalić się światełko alarmowe – w końcu, w ilu horrorach widział już ten sam schemat, takiego samego dziwacznego staruszka, który zdaje się wiedzieć więcej o koszmarnej przyszłości naszych protagonistów od nich samych? Kiedy bohaterowie docierają wreszcie do chatki w środku lasu koneser klasyki z miejsca dostrzeże podobieństwo tego osobliwego lokum do walącej się chaty z „Martwego zła”. I dokładnie w tym momencie wyrobi już sobie opinię na temat dalszego przebiegu osi fabularnej filmu. Zanadto się nie pomyli, ponieważ „Dom w głębi lasu” garściami czerpie z kultowego obrazu Sama Raimi’ego, ale jak już wspomniałam wyżej Goddard oprócz kopiowania znanego szablonu decyduje się go nieco zmodyfikować, w efekcie tak dalece wzbogacając fabułę iście zaskakującymi zwrotami akcji, że nie może tutaj być mowy o bezkrytycznym żerowaniu na oklepanej konwencji.
Gdybym miała wymienić integralne elementy tego obrazu to najprościej byłoby mi rzec, że znajdziemy tutaj absolutnie wszystko, czego można spodziewać się (i nie spodziewać) po klasycznym horrorze: odrobinę klimatu grozy, trochę sprawnie zrealizowanych scen gore, pradawne Zło, zombie, a nawet azjatycką zjawę z długimi czarnymi włosami. Ponadto zobaczymy kilka denerwujących, niestety, efektów komputerowych, które szczególnie pod koniec seansu negatywnie wpływają na atmosferę wszechobecnej grozy. No i rzecz jasna mamy kilka wstawek komediowych, które powinny rozbawić nawet największego ponuraka. Obsada pod kątem profesjonalizmu oscyluje pomiędzy całkowitą amatorką (Kristen Connolly, Amy Acker) a przyjemną dla oka brawurą (Anna Hutchison, Fran Kranz), a w finale zobaczymy nawet samą Sigourney Weaver we własnej osobie.
Niezwykle łatwo jest wyodrębnić docelowych odbiorców tej produkcji – wystarczy być wielbicielem kina grozy, znać „Martwe zło”, rozumieć i doceniać konwencję „Krzyku” i przede wszystkim nie nastawiać się na poważny, pełnej przerażających scen horror. Kto wie, może „Dom w głębi lasu” wzorem „Krzyku” stanie się prekursorem jakiegoś nowego nurtu horroru. Patrząc na pozytywne reakcje Amerykanów można przecież mieć taką nadzieję, prawda? W każdym razie, bardzo się cieszę, że Hollywood na tle tych wszystkich efekciarskich horrorów dla mas nie zapomniało o długoletnich wielbicielach gatunku, a przy okazji oddało hołd takim klasycznym, ponadczasowym dziełom, jak na przykład „Martwe zło”, czy „Martwica mózgu”.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Głosowanie

Z uwagi na fakt, że tzw. otwarte głosowania sprawiają sporo kłopotu, głównie przez wzgląd na niewłaściwe w kontekście tematyki głosowań tytuły, które padają pozwoliłam sobie zrobić małą listę remake’ów powstałych w latach 2001-2012. Pominęłam całkowicie ponowne ekranizacje książek Stephena Kinga. Być może coś przegapiłam, więc jeśli ktoś będzie chciał zagłosować na remake, którego nie ma na poniższej liście to proszę wpisać to w komentarzach, a ja dodam ów tytuł do listy. Pozostałych zainteresowanych udziałem w głosowaniu proszę o wymienianie w komentarzach bądź drogą mailową (buffy1977@wp.pl) swoich dwóch ulubionych reamke’ów z poniższej listy. Czas nieograniczony. Gdy spłynie należyta liczba głosów pojawi się kolejne obiektywne zestawienie. Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy!

The Ring (2002)
Wzgórza mają oczy (2006)
Amityville (2005)
Dom woskowych ciał (2005)
Teksańska masakra piłą mechaniczną (2003)
Oko (2008)
The Grudge – Klątwa (2004)
Wilkołak (2010)
Koszmar z ulicy Wiązów (2010)
Kobieta w czerni (2012)
Pozwól mi wejść (2010)
Świt żywych trupów (2004)
Pirania 3D (2010)
Omen (2006)
Piątek 13-go (2009)
Mgła (2005)
Opętani (2010)
Postrach nocy (2011)
Halloween (2007)
Bez litości (2010)
Nieodebrane połączenie (2008)
Dark Water – Fatum (2005)
Krwawe walentynki (2009)
Shutter – Widmo (2008)
Kwarantanna (2008)
Bal maturalny (2008)
Noc żywych trupów 3D (2006)
Dzień żywych trupów (2008)
Krwawe święta (2006)
Trzynaście duchów (2001)
Kult (2006)
Prima Aprilis (2008)
Nieproszeni goście (2009)
Ostatni dom po lewej (2009)
Long weekend (2008)
Night of the Demons (2009)

środa, 15 sierpnia 2012

Stephen King „Mroczna połowa”

MOŻLIWE SPOILERY
Jasna połowa: Thad Beaumont. Pisarz, szczęśliwy mąż i ojciec dwójki dzieci. Mroczna połowa: George Stark. Pisarz, nieuchwytny morderca i… pseudonim literacki Thada. Z chwilą zdekonspirowania przed opinią publiczną swojego długoletniego sekretnego drugiego „ja” Thad nieświadomie podpisał na siebie i swoich bliskich wyrok śmierci. Bowiem Stark nie ma zamiaru potulnie „usunąć się w cień”, a żeby zmusić swoją drugą połowę do dalszego pisania pod pseudonimem jest gotowy zabić każdego, kto brał udział w jego unicestwieniu, z najbliższą rodziną Beaumonta włącznie.
Wydana po raz pierwszy w 1989 roku powieść Stephena Kinga napisana wspólnie z jego pseudonimem literackim Richardem Bachmanem:) Nietrudno zauważyć, że tematyka „Mrocznej połowy” ewidentnie nawiązuje do kultowego dzieła Roberta Louisa Stevensona pt. „Doktor Jekyll i pan Hyde”, ale tylko nieznacznie, gdyż King, choć początkowo czytelnik może odnieść takie wrażenie, nie decyduje się na znany motyw rozszczepienia jaźni. George Stark nie jest po prostu ciemną stroną osobowości Thada – jest jego pseudonimem literackim, ale zarówno jego bratem bliźniakiem, wchłoniętym przez Thada jeszcze w łonie matki i całkowicie usuniętym chirurgicznie z jego głowy, gdy Beaumont miał lat jedenaście. Jakimś cudem Starkowi udało się powrócić do życia w odrębnym ciele, które niestety ulega powolnej degeneracji, a jego jedyną szansą na przetrwanie jest ponowne pisanie powieści, czego może nauczyć się jedynie od swojej jasnej połowy. Problem polega na tym, że tylko jeden z nich może egzystować na tym świecie, więc jeśli Thad zgodzi się pomóc Starkowi siłą rzeczy sam przestanie istnieć. Impas, w jakim znalazł się Beaumont znacznie komplikuje zachowanie George’a, który niczym bezduszna maszyna do zabijania szybko i metodycznie wykańcza znajomych Thada, o których zamordowanie ten zaczyna być podejrzewany przez policję.
„Mroczna połowa” w zgrabny sposób łączy nieodzowne u Kinga elementy horroru z kryminałem, który jest bardziej domeną Bachmana. Choć psychologia bohaterów i kreacja pełnych akcji i miejscami niepokoju zdarzeń jak zwykle u Kinga są bez zarzutu książka nie jest niestety pozbawiona kilku znaczących wad. Po pierwsze bardzo lubię u tego autora drobiazgową dbałość o małomiasteczkowy klimat. Tutaj akcja rozgrywa się zarówno w Ludlow („Cmętarz zwieżąt”), jak i Castle Rock („Cujo”, „Sklepik z marzeniami”), ale żadnemu z tych dwóch sennych miasteczek King nie poświęca zbyt dużo uwagi. Czytelnicy zmęczeni gawędziarstwem tego autora pewnie będę zadowoleni – ja podczas obcowania z tą powieścią czułam, jakby zabrano mi integralny element pisarstwa Stephena. Po drugie zakończenie całkowicie mnie zawiodło. Fabularna specyfika „Mrocznej połowy” dała Kingowi rzadko spotykaną możliwość na iście miażdżący finał (nawet wymyśliłam sobie, jak powinien wyglądać), której niestety nawet w części nie wykorzystał. Dla równowagi bardzo podobała mi się kreacja antagonisty, sam pomysł na pomieszanie wymyślonej przez pisarza fikcji z rzeczywistością jest niezwykle intrygujący, ale sama postać Starka również przyciąga uwagę czytelnika. Z początku zdaje się być zepsutym do szpiku kości złoczyńcą, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć to, co sobie zamyślił. Bestialskie mordy na niewinnych ludziach nic dla niego nie znaczą – zabójstwo jest dla niego tak naturalne, jak dla przeciętnego człowieka oddychanie. Ale z czasem King decyduje się na częściowe usprawiedliwienie jego czynów, wszak Stark walczy jedynie o swój byt. Wygląd zewnętrzny George’a z początku niczym szczególnym się nie odznacza, ale z czasem, gdy jego tkanka ulega coraz większej degradacji King przechodzi samego siebie w sugestywnych opisach jego odrażającego wyglądu. Przy Starku Thad wydaje się nudną, niewyróżniającą się niczym szczególnym postacią, ale to oczywiście tylko pozory, o czym przekonamy się podczas ostatecznej konfrontacji pomiędzy tymi niecodziennymi bliźniętami.
Lektura „Mrocznej połowy” całkiem przyjemnie zapełniła mi wolny czas. Nie jest to jakieś wybitne dzieło Kinga na, miarę „Lśnienia”, ale nie można odmówić mu walorów rozrywkowych. Jeśli ktoś lubi takie połączenie kryminału z horrorem powinien być jak najbardziej zadowolony z dzieła „duetu” King/Bachman. W 1993 roku książka została zekranizowana przez samego George’a A. Romero.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Konkurs!

Wraz z końcem wakacji skończy się konkurs blogowy, który organizuję we współpracy z wydawnictwem Książnica i Zysk i S-ka. Jak dotąd spłynęło tylko 8 tekstów, a co za tym idzie szansa na wygraną, któregoś z zestawów nagród nadal jest całkiem spora. Tak więc gorąco zachęcam do "skrobnięcia", jakiegoś ciekawego tekstu. Regulamin tutaj.

„Zniknięcie na 7. ulicy” (2010)

Po przebudzeniu Luke odkrywa, że wszyscy w jego najbliższym otoczeniu po prostu zniknęli, pozostawiając po sobie jedynie ubrania. Spanikowany mężczyzna dociera do pewnego baru, w którym odkrywa, że nie pozostał sam na Ziemi, że są inni, którzy podobnie jak on nie mają pojęcia, co przytrafiło się pozostałym ludziom. Wkrótce dochodzą do wniosku, że prawdziwym zagrożeniem dla ich życia jest gęsta Ciemność, a jedynym ratunkiem sztuczne oświetlanie, którego powoli zaczyna brakować.
Apokaliptyczna wizja Brada Andersona. Początek, choć ewidentnie przypomina „Jestem legendą” (2007) jest na tyle intrygujący, aby wzbudzić w wymagającym widzu nadzieję na pełen napięcia i apokaliptycznego klimatu horror. Moment, kiedy Luke opuszcza swój apartamentowiec i wychodzi na wyludnioną ulicę w Detroit, gdzie odkrywa, że w całym gwarnym mieście, oprócz niego, nie ma ani jednej żywej istoty, że po ludziach pozostały tylko ich ubrania, tak wysoko podnosi poprzeczkę pod kątem napięcia i mrocznej atmosfery wszechobecnej tajemnicy, że widz szybko zda sobie sprawę, iż dalej będzie obserwował jedynie tendencję spadkową. I nie pomyli się. Po intrygującym początku odbiorca zostanie zmuszony do obserwowania, z góry skazanych na niepowodzenie, ucieczek protagonistów przed opanowującą miasto Ciemnością – motyw stary, jak świat; wystarczy choćby przypomnieć książkę Jamesa Herberta pt. „Ciemność”, albo „Dom na przeklętym wzgórzu” (1999). Z każdą kolejną minutą seansu napięcie i mroczny, apokaliptyczny klimat, gdzieś wyparowują, a ich miejsce zajmuje zwyczajna monotonia – w dodatku tak daleko posunięta, że nawet najmniej wymagający widz nie ma żadnych szans na uniknięcie znudzenia. Oczywiście, twórcy zdają się dostrzegać swój ewidentny brak pomysłu na poprowadzenie osi fabularnej, więc w usta jednego z bohaterów filmu wkładają opowieść o kolonii Roanoke, która przed laty po prostu zniknęła z powierzchni Ziemi i do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę się z nimi stało. No i mamy jakieś wyjaśnienie obecności Ciemności w Detroit – może i jest nieco mgliste, ale jak na film bez jakiegokolwiek sensowniejszego pomysłu, dobre i takie.
W roli głównej zobaczymy Haydena Christensena, aktora mającego spore trudności z mimiką, aczkolwiek żeńska część widowni powinna być zadowolona przynajmniej z jego aspektów wizualnych.
Nie będę polecać tego obrazu nikomu, ponieważ dosłownie „go przecierpiałam”. Takiej nudy nie odczuwałam już dawno, podczas obcowania z filmem grozy. Oprócz intrygującego początku nie jestem w stanie doszukać się w tej produkcji jakichkolwiek pozytywów. Oklepana, nużąca fabuła ze znaną gwiazdą Hollywoodu w roli głównej – tyle na temat tego, nazwijmy go, horroru.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...