sobota, 29 września 2012

„Dziewiąte wrota” (1999)

Dean Corso zajmuje się poszukiwaniem starych, cennych książek oraz ich kupnem i sprzedażą. Z uwagi na swoją rozległą wiedzę bibliofilską zostaje najęty przez bogatego kolekcjonera ksiąg. Mężczyzna posiada egzemplarz tzw. „Dziewięcioro wrót”, mający jakoby moc przywołać Lucyfera. Twierdzi on, że na świecie istnieją jeszcze dwa, rzekomo autentyczne tomy. W tym celu Corso ma udać się do Europy, odszukać pozostałe egzemplarze tego niezwykle cennego tytułu i porównać je z tomem swojego zleceniodawcy, co pozwoli ostatecznie ustalić, która księga jest autentyczna. Skuszony wysoką gażą Corso przyjmuje zlecenie, nie wiedząc jeszcze, że tym samym znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie.
W światku horroru Roman Polański zasłynął w 1968 roku swoją ekranizacją kultowej powieści Iry Levina pt. „Dziecko Rosemary”. Wysoko ceniony tak przez krytykę, jak i wielbicieli kina grozy obraz satanistyczny na stałe już wpisał się w poczet legendarnych dzieł horroru. Jednak nie była to jedyna produkcja tego typu w reżyserskim dorobku Polańskiego. Tematyki diabła dotknął również wiele lat później, przenosząc na ekran powieść Arturo Pereza-Reverte. „Dziewiąte wrota” zawiodły krytykę, która spodziewała się kolejnego ambitnego widowiska na miarę „Dziecka Rosemary”, a w rzeczywistości dostała dosyć prosty interpretacyjnie miszmasz gatunkowy (kryminał i horror). Fabuła niezmiennie utrzymana jest w konwencji kryminału. Praca kamery, ze wszystkimi do bólu sztucznymi scenami bójek przywodzi na myśl stare, dobre kino kryminalne. Zabieg bez wątpienia przykuwający oko widza, tym bardziej, jeśli nie spodziewa się takowej realizacji po filmie z lat 90-tych. Samo śledztwo Corso tak naprawdę nie zachwyca niczym szczególnym. Mężczyzna przemierza Europę w poszukiwaniu cennych ksiąg, a kiedy już trafiają one w jego ręce przystępuje do mozolnego porównywania zamieszczonych w nich drzeworytów z tymi, znajdującymi się w egzemplarzu jego tajemniczego zleceniodawcy, który nota bene z miejsca wzbudzi podejrzliwość widza. Za Corso podąża również groźny bandyta oraz seksowna blondynka, która zdaje się mieć jakiś interes w udzielaniu mu niezbędnej pomocy. No i rzecz jasna, śledztwo mężczyzny usłane jest kilkoma trupami, wszak komuś bardzo zależy, żeby zdobyć wszystkie egzemplarze „Dziewięcioro wrót”. Uważny widz powinien stosunkowo szybko przejrzeć tę całą intrygę, w końcu Polański nie skupia się prawie w ogóle na zmyleniu odbiorcy. O wiele więcej uwagi poświęca budowaniu sugestywnego klimatu grozy, w którym obecność Lucyfera jest aż nazbyt wyczuwalna. Atmosferę mocno potęguje oszczędna, charakterystyczna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Wojciecha Kilara, aczkolwiek z czasem zaczęła mnie ona mocno drażnić.
Największą tajemnicą fabularną jest postać zielonookiej blondynki, która co jakiś czas ratuje Corso z największych opresji, praktycznie nie mówiąc mu niczego o sobie. Oczywiście, uważny widz ma szansę stosunkowo szybko odkryć jej prawdziwą tożsamość, jednak sceptyczny, słabo wierzący w aspekty religijne Corso raczej bez zastrzeżeń pozwoli jej kontynuować swoje sekretne gierki. Jak to u Polańskiego zakończenie nie wyjaśni nam wprost, kim tak naprawdę jest zielonooka blondynka, aczkolwiek odbiorca powinien łatwo się tego domyślić.
Polański zaserwował widzom iście monotonną fabułę, co prawda przerywaną, co jakiś czas odrobinę dynamiczniejszymi wątkami, aczkolwiek szczególny nacisk położył jednak na spokojne poprowadzenie historii, skupiającej się na mało interesujących szczegółach oraz sugestywnym klimacie grozy, niźli widowiskowych scenach. Co ciekawe, taka specyfika fabularna przyciąga uwagę odbiorcy na tyle, że praktycznie przez cały seans w skupieniu śledzi przygody Corso. Bez wątpienia w dużym stopniu przyczyniła się do tego obsada. Johnny Depp, znany przede wszystkim z bogatej mimiki tutaj musiał zmierzyć się z rolą bardziej stateczną – nie uświadczymy tutaj tak znakomitej pracy twarzą, jak widzieliśmy to na przykład w „Piratach z Karaibów” lub licznych produkcjach Tima Burtona, aczkolwiek Depp chyba udowodnił, ze mimika nie jest jego jedynym atutem. Cała oś fabularna „Dziewiątych wrót” skupia się na odgrywanej przez niego postaci, a już sam fakt, że jest w stanie zaintrygować widza świadczy na korzyść Johnny’ego. Partneruje mu Emmanuelle Seigner, która choć miała troszkę łatwiejsze zadanie od Deppa również praktycznie bez żadnych problemów przekonująco wykreowała swoją jakże tajemniczą postać.
„Dziewiąte wrota” nie mają szans choćby zbliżyć się do wysokiego poziomu „Dziecka Rosemary”, aczkolwiek nie zmienia to faktu, że na tle innych produkcji satanistycznych wypada całkiem przyzwoicie. Cierpliwym widzom, gustującym w powolnej, pozbawionej jakiegokolwiek efekciarstwa fabule jak najbardziej polecam. Entuzjastom wysokobudżetowych produkcji hollywoodzkich radzę trzymać się od tej pozycji z daleka.

piątek, 28 września 2012

Graham Masterton „Geniusz”

Micky Frasier jest świadkiem porwania starszego mężczyzny przez dwóch uzbrojonych oprychów. Bez namysłu chłopak rusza w pościg za porywaczami i tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności udaje mu się uratować staruszka, który okazuje się być prawdziwym geniuszem we wszystkich znanych światu dziedzinach nauki. Mężczyzna ofiarowuje Frasierowi specyfik, dzięki któremu zyskał tak ogromną wiedzę. Po zażyciu go chłopak całkowicie się zmienia, jednak nie ma czasu nacieszyć się swoimi nowymi zdolnościami, ponieważ okazuje się, że znajomość z tajemniczym staruszkiem przysporzyła mu groźnych wrogów, którzy czyhają na życie jego i jego znajomych.
Przy okazji recenzji „Niewinnej krwi” Grahama Mastertona wspomniałam, że o wiele bardziej cenię jego thrillery od horrorów. Po przeczytaniu „Geniusza”, kolejnego pełnego akcji thrillera, tylko umocniłam się w tym przekonaniu. Już sam pomysł na fabułę książki jest niezmiernie intrygujący. Początkowo głównym bohaterem jest Micky Frasier. Chłopak mimo niedostatków finansowych zdaje się być osobą całkowicie beztroską – ma dziewczynę, którą kocha; przyjaciela, z którym komponuje podrzędną muzykę; psa oraz stałą pracę w restauracji na zmywaku.  Jak można się tego spodziewać z chwilą wyrwania obcego staruszka z rąk brutalnych porywaczy życie Micky’ego całkowicie się zmieni. On będzie przekonany, że na lepsze, wszak mimo zagrażającej jego życiu afery, w którą nieopatrznie się wplątał, w jego mniemaniu znajomość z ekscentrycznym geniuszem dała mu coś, o czym tylko mógł marzyć – nieprzeciętną inteligencję, możliwość zmiany świata, dzięki swojemu umysłowi. Czytelnik szybko zapała niechęcią do chłopaka. W końcu początkowo, był całkiem interesującą postacią, ale z czasem, pod wpływem „mocy”, jaką posiadł, jego osobowość uległa diametralnej zmianie – przestał rozumieć swoich przyjaciół, a zaczął dumać nad skomplikowanymi teoriami naukowymi. Jednym słowem: stał się niezmiernie nudny, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy. Masterton za pomocą jego postaci znakomicie zobrazował mentalność ludzką, jej uporczywe dążenie do doskonałości, mimo bolesnych konsekwencji.
Z czasem Micky zejdzie na drugi plan, a jego miejsce zajmie John Huntley, prywatny detektyw, najęty przez dużą firmę do odnalezienia starego geniusza. Modelowy „twardy facet” z mroczną przeszłością, za wszelką cenę pragnący odkupić swoje winy. Jak można się tego spodziewać, on również uwikła się w skomplikowaną aferę, w której centrum znajduje się tajemniczy, nieprzeciętnie inteligentny staruszek i u boku Frasiera postara się dotrzeć do korzeni całej intrygi. Choć John jest zdecydowanie ciekawszą postacią od Micky’ego, czytelnikowi łatwiej jest się z nim utożsamić, to i tak w moim mniemaniu wszystkich przyćmiła Sara. Graham Masterton częstokroć zaskakiwał mnie intrygującymi, drugoplanowymi bohaterkami – tajemniczymi, pięknymi femme fatale, które przez swoje tragiczne życiowe wybory znalazły się w punkcie bez wyjścia, w matni, która powoli acz konsekwentnie coraz bardziej pogrążała ich w bagnie. Taka właśnie jest Sara, moim zdaniem najlepsza postać „Geniusza”, szkoda tylko, ze autor nie zechciał bliżej się nią zainteresować.
„Geniusz” to taka mieszanka wątków czysto psychologicznych, ze szczególnym wskazaniem na destrukcyjne zapędy ludzkości oraz delikatną manipulację niczego niepodejrzewającą opinią publiczną z sensacyjnymi pościgami samochodowymi, wybuchami, itp. Masterton trafił w sedno, wplatając w fabułę jedną z największych bestialstw w historii świata, skróconą historię tzw. Jednostki 731 (pełnoletnie, niezaznajomione z tym tematem osoby zapraszam do lektury wstrząsającego artykułu Cat). Tak naprawdę spragniony mocnych, pełnych napięcia wrażeń czytelnik powinien znaleźć tutaj wszystko, czego potrzebuje. To prawda, że niektóre szczeble wielkiej afery, skonstruowanej na kartach tej powieści przez Mastertona grzeszą odrobiną przewidywalności, ale jest to chyba jedyny mankament, na który zwróciłam uwagę, podczas obcowania z „Geniuszem”. Pomysłowa fabuła i wyraziści bohaterowie z pewnością zapewnią nie lada rozrywkę nie tylko wielbicielom Grahama, ale również thrillerom w ogóle.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 26 września 2012

Rok 2013 ze Stephenem Kingiem

W przyszłym roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka na polskim rynku ukażą się dwie powieści mistrza literackiego horroru Stephena Kinga. Pierwsza pt. „Joyland” będzie opowiadała o studencie, który podejmie pracę w wesołym miasteczku, gdzie stanie się świadkiem zbrodni. Druga pt. „Doctor Sleep” to UWAGA kontynuacja kultowego „Lśnienia”. Głównym bohaterem sequela będzie znany czytelnikom prozy Kinga Danny Torrance, a akcja będzie mała miejsce 30 lat po wydarzeniach przedstawionych w „Lśnieniu”.
Osobiście już nie mogę się doczekać – dwie wspaniale się zapowiadające książki Kinga wydane w jednym roku! Miejmy tylko nadzieję, że 21 grudnia jeszcze nie będzie końca świata:)

wtorek, 25 września 2012

„Szkolna jatka” (2011)

Recenzja na życzenie
W pewnym amerykańskim liceum uczniowie są bestialsko mordowani przez postać z serii horrorów, zwaną Cinderhella. Aby powstrzymać morderczynię młodzi ludzie muszą przenieść się w czasie i… nie dać się zabić.
Film twórcy „Torque: Jazda na krawędzi”, Josepha Kahna, o czym reżyser nie omieszka w nim wspomnieć w formie prześmiewczej. „Szkolna jatka” zauważalnie pragnie być pastiszem, którym nie jest – już bliżej jej do parodii, która wyśmiewa… no właśnie co? Na pewno w jakimś tam stopniu czerpie inspirację z „Krzyku” Wesa Cravena, kpiąc z oklepanego schematu slasherów oraz bezsensowności sequeli, które stosują zasadę „zabili go i powrócił”, co twórcy pokazują nam za pomocą serii horrorów o przerażającej Cinderhelli, która „wychodzi z ekranu” (?), aby zabijać tępych uczniów amerykańskiego liceum. Jednak radzę się nie sugerować polskim tłumaczeniem tytułu – krwawych scen mamy tutaj jak na lekarstwo, a jak już w końcu pokaże się nam, jakąś średnio brutalną sekwencję to jest ona tak przerysowana, tak mało realistyczna, jak cała produkcja Kahna. Jedynym plusem, jak dla mnie jest ciekawa postać morderczyni z twarzą owiniętą bandażem, odzianą w róż, z koroną na głowie – taka szkaradna księżniczka szkolnego balu:)
Rozumiem konwencję filmu – miało być śmiesznie, a nie strasznie tylko, że moje poczucie humoru w ogóle się tutaj nie odnalazło. Powodem takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim owszem oryginalna, ale jakże denerwująca realizacja, pełna szybkich przejść, jaskrawych kolorów, bzdurnych podpisów sytuacyjnych i form wywiadów z bohaterami filmu. Dodatkowym utrudnieniem, przynajmniej dla mnie, były męczące wstawki rodem z wysokobudżetowych amerykańskich teledysków. A jeśli dodamy do tego więcej parodii modnych ostatnimi czasy komedii dla nastolatków, aniżeli horrorów to dostaniemy chaotyczny obraz, pełen bezsensownych dialogów i przerysowanych do granic możliwości mało zabawnych sytuacji z irytującymi protagonistami na czele, jak na przykład tępa do granic możliwości szkolna blond gwiazdka, napakowany równie głupi mięśniak, frajerka i luzak. Niby miało to wyśmiewać szablonowość postaci, widzianych w wielu slasherach tyle, że jak dla mnie taka przerysowana, mało realistyczna charakterystyka była zwyczajnym pójściem na łatwiznę.
Fabuła nie przedstawia sobą absolutnie żadnej większej wartości. Jak to w parodiach kompletny brak logiki, wspomagany podpadającymi pod animację efektami komputerowymi oraz ewidentnie przesadzonym nagromadzeniem nudnawych wątków już po pierwszych 10 minutach seansu skutecznie mnie odrzuciło. Miałam nadzieję na powtórkę ze „Strasznego filmu”, a dostałam twór, który zauważalnie chciał być wszystkim na raz (pastiszem, parodią, komedią i horrorem), a w rzeczywistości okazał się niczym szczególnym. Jak już wspomniałam oprócz ciekawej postaci morderczyni nie zauważyłam tutaj niczego godnego uwagi – taki humor i taka realizacja w najmniejszym stopniu do mnie nie przemawia. Może młodym ludziom się spodoba, ale wielbicielom horrorów, nawet ich parodii, zdecydowanie odradzam, bo naprawdę szkoda na to czasu.

poniedziałek, 24 września 2012

Zapowiedź wydawnicza

Za kilka dni (najprawdopodobniej 26 września) nakładem wydawnictwa Papierowy Księżyc ukaże się kolejna powieść Jacka Ketchuma pt. „Rudy”, która została zekranizowana w 2008 roku. Bonusowo w tomie znajduje się również minipowieść Ketchuma pt. „Prawo do życia”. Więcej informacji wraz z szokującym fragmentem tutaj.

niedziela, 23 września 2012

R.J. Ellory „Cicha wiara w anioły”

Czasy drugiej wojny światowej, małe miasteczko w stanie Georgia. Joseph Vaughan traci ojca w wieku jedenastu lat i od tego czasu mieszka tylko z matką. Kiedy zostaje znalezione ciało jego koleżanki z klasy – zgwałcone i okrutnie zmasakrowane – Joseph nawet nie podejrzewa, że ofiar będzie o wiele więcej, a jego życie już zawsze będzie naznaczone piętnem zmarnowanego dzieciństwa.
Po przeczytaniu „Śmiertelnie prostego rozwiązania” postanowiłam jak najszybciej zapoznać się z drugą (i jak na razie ostatnią) wydaną w Polsce powieścią angielskiego autora R.J. Ellory’ego. Przede wszystkim miałam nadzieję, że „Cicha wiara w anioły” również napisana jest tak pięknym stylem, jak poprzednia książka Ellory’ego, z którą miałam przyjemność się zapoznać. Moja nadzieja okazała się płonna, bowiem znakomity język, jakim popisuje się autor w „Śmiertelnie prostym rozwiązaniu” nawet w części nie może równać się ze stylem tej powieści. Nigdy nie czytałam tak emocjonująco napisanego thrillera i podejrzewam, że już nie przeczytam, ponieważ „Cicha wiara w anioły” jest książką jedyną w swoim rodzaju, jest lekturą, obok której nie sposób przejść obojętnie, której nie da się tak po prostu bez emocji przeczytać. Głęboka empatia autora, aż wylewa się z absolutnie każdej strony powieści, a liczne powtórzenia, akcentujące większe tragedie wbijają się w pamięć czytelnika tak mocno, że jeszcze długo po skończonej lekturze nie będzie w stanie szczęśliwie egzystować.
„W miarę jak stajemy się coraz starsi, obrastając cynizmem i zgorzknieniem, tracimy dziecięcą niewinność. Wraz z tym zyskujemy wgląd w serca innych. Patrzymy w ich oczy i widzimy, kim naprawdę są. Oczy są oknami duszy; przyjrzysz się bliżej i zobaczysz odbite jej ciemniejsze aspekty.”
Pierwsza połowa książki opowiada o dzieciństwie Josepha Vaughana – dzieciństwie naznaczonym śmiercią niewinnych dziewczynek bestialsko gwałconych, mordowanych i ćwiartowanych. Jeśli ktoś myśli, że oto ma do czynienia z kolejnym thrillerem o seryjnym mordercy to srogo się zawiedzie. Owszem, wątek okrutnych mordów jest jednym z kluczowych, ale autor nie traktuje swoich fikcyjnych ofiar w kategoriach mięsa wystawionego na rzeź – opisuje ich tragedię tak wzruszająco, że niejednokrotnie łezka zakręciła mi się w oku. Ellory nie epatuje bezsensowną przemocą, nie podchodzi do problematyki swojej powieści beznamiętnie, niczym jakiś wyzuty z uczuć kronikarz – on naprawdę przeżywa ten koszmar całym sobą, a swoje emocje przelewa na bezbronnego czytelnika. To w połączeniu z melancholijnym dzieciństwem oraz z jakże trafnymi konkluzjami na temat drugiej wojny światowej dostarcza odbiorcy tak wiele negatywnych emocji, że chyba tylko osoba całkowicie pozbawiona empatii mogłaby czytać tę powieść bez przerwy – ja musiałam często odkładać tę lekturę, ponieważ czułam, że większego nagromadzenia cierpień, które dotknęły niewinne, małe dziewczynki oraz narratora Josepha zwyczajnie nie jestem w stanie pomieścić.
„Przywiózł swoje szaleństwo aż z Georgii i tym szaleństwem zniszczył wszystko, co miałem. Ogołocił moje dzieciństwo z niewinności, pokazał mi mroczny i zdeprawowany świat, gdzie koszmary stawały się rzeczywistością, gdzie dzieci odbierano rodzicom, bito, gwałcono i zabijano.”
W głębokim przeżywaniu lektury „Cichej wiary w anioły” znacznie pomaga narrator, którego wręcz nie da się nie kochać. Już w okresie jego dzieciństwa widzimy, że jest inteligentnym, współczującym chłopcem, który całym sercem pragnie pomagać potrzebującym, który jak chyba nikt inny chce chronić bezbronne dziewczynki ze swojego miasteczka. Bezustannie zadaje sobie pytania o naturę ludzkiego zła, nurtuje go, co też może zmusić człowieka do tak bestialskich czynów – i jak wielu przed nim, nie otrzymuje na nie odpowiedzi. Ale stara się coś zmienić, stara się ochronić niewinne istoty – plan z góry skazany na niepowodzenie, jednak Joseph się nie zraża. Od tego momentu będziemy świadkami ciągłych klęsk życiowych naszego narratora, który każdą minutę absolutnego szczęścia będzie musiał okupić latami cierpienia. Każdy, do kogo się zbliży zostanie mu odebrany, wszystkie próby polepszenia swojej marnej, samotnej egzystencji spełzną na niczym. Tragedie, które nieustannie towarzyszą Josephowi wkrótce zmuszą czytelnika do podejrzeń, że nie może on zrobić absolutnie nic, żeby wyrwać się z tej matni, a każda osoba, którą pozna wkrótce i tak odejdzie. Tak sympatycznego, naznaczonego piętnem cierpienia bohatera próżno szukać w innych literackich thrillerach – to w połączeniu z obyczajowo-kryminalną fabułą i pięknym stylem autora sprawiło, że zwyczajnie zakochałam się w tej powieści i na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę.
Jeśli ktoś nie czytał „Cichej wiary w anioły” powinien w trybie natychmiastowym to nadrobić, w przeciwnym razie straci niepowtarzalną okazję obcowania z naprawdę przejmującą powieścią, nietypowym thrillerem, który na długo pozostanie w jego pamięci. Jak dla mnie to jedna z najlepszych książek, z którą dotychczas miałam do czynienia, prawdziwa perełka, jakich mało we współczesnej literaturze. Mam tylko nadzieję, że polskie wydawnictwa również dostrzegą wielki potencjał, drzemiący w Ellory’u i zdecydują się na przetłumaczenie innych jego powieści – nie robiąc tego, odbiorą polskim czytelnikom niepowtarzalną szansę obcowania z naprawdę dojrzałą, pełną emocji literaturą.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 22 września 2012

Głosowanie

W kolejnym głosowaniu bardzo proszę podawać w komentarzach lub drogą mailową (buffy1977@wp.pl) tytuły dwóch ulubionych horrorów/thrillerów, w których występuje postać ducha (remake’i, prequel’e, sequel’e azjatyckie horrory wykluczone), czyli tzw. ghost story. Jak zwykle termin nieokreślony – gdy spłynie odpowiednia liczba głosów pojawi się na blogu kolejne zestawienie. Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy!

Najlepsze remake’i horrorów (XXI wiek)

Remake – pojęcie, które już na dobre zadomowiło się w amerykańskiej kinematografii. Brak interesujących pomysłów oraz niepewność, czy coś nowego się sprzeda sprawiły, że hollywoodzcy twórcy coraz częściej sięgają po znane, często kultowe horrory, uwspółcześniają je, czasem dodając coś od siebie, a czasem jedynie kopiując scena po scenie najpopularniejsze produkcje sprzed lat. Podobny fenomen ma miejsce w przypadku horrorów nakręconych w innych państwach – jeśli, jakiś film czy to europejski, czy azjatycki zyska szczególną popularność Hollywood niezwłocznie kręci jego własną wersję. Mimo ewidentnego braku poszanowania widza – w końcu sprzedaje nam się coś, co już widzieliśmy, twórcy remake’ów nie dają od siebie najważniejszej rzeczy, a mianowicie pomysłu – remake’i cieszą się niesłabnącą popularnością wśród odbiorców. W końcu dostają oni uwspółcześnione wersje swoich ulubionych horrorów sprzed lat lub zwyczajnie nie gustują w starym kinie, które w ich oczach mocno się zestarzało, co sprawia, że nie ma najmniejszej szansy trafić do współczesnego widza. Wielu odbiorców, niezaznajomionych ze światem filmowego horroru, częstokroć właśnie dzięki remake’om dowiaduje się, że kiedyś nakręcono taki film, że kiedyś cieszył się ogromną popularnością, a obecnie odszedł w zapomnienie. To jeden z największych pożytków, płynących z kręcenie remake’ów – wielu młodych widzów po ich obejrzeniu sięga również po oryginał, o którym w przeciwnym razie prawdopodobnie nawet by nie słyszeli.
Krzywdzące byłoby stwierdzenie, że absolutnie każdy remake okazuje się gorszy od oryginału, że żaden nie ma najmniejszych szans choćby mu dorównać. Obiektywnie rzecz biorąc takich filmów jest bardzo mało, aczkolwiek biorąc pod uwagę również indywidualną kwestię gustu wielu współczesnym widzom, mimo wszystko, udało się znaleźć remake'i, które w ich mniemaniu, jeśli nie przerastają pierwowzorów to chociaż oddają mu należyty szacunek, a co za tym idzie cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem odbiorców. Wyniki głosowania, przeprowadzonego na blogu były łatwe do przewidzenia, wszak jeśli ktoś orientuje się w świecie horroru doskonale wie, które remake’i zyskały uznanie i szacunek współczesnych widzów i dokładnie te obrazy znalazły się na czołowych miejscach poniższego zestawienia.
„Teksańska masakra piłą mechaniczną” (1974) vs. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (2003)
Liczba głosów: 17
Fenomenem kultowego obrazu Tobe’a Hoopera, wbrew tytułowi, nie był rozlew krwi, ale trudny wręcz do zniesienia klimat wszechobecnego brudu i zepsucia. To w połączeniu z brutalnym zdeptaniem amerykańskiego mitu szczęśliwych, kochających rodzin zaowocowało zbiorowym szokiem ówczesnej publiczności. Dysponując rażąco niskim budżetem Hooperowi udało się wstrząsnąć widzem, co było wręcz niemożliwością dla Marcusa Nispela, który w 2003 roku, mając do dyspozycji o wiele większy budżet od Hoopera nakręcił swoją własną, hollywoodzką wersję tego kultowego obrazu gore. Biorąc pod uwagę mentalność współczesnych odbiorców, przyzwyczajonych do krwawych i niemoralnych horrorów Nispel nie mógł zrobić nic, żeby podobnie, jak przed laty Hooper zaszokować widza. Zdecydował się na lżejszy, aczkolwiek również bardzo sugestywny klimat, duszącej grozy oraz znacznie rozbudował familię psychopatycznych kanibali. W porównaniu do oryginału jego obraz mógł pochwalić się całkiem sporą liczbą krwawych scen, aczkolwiek bez nadmiernego epatowania bezsensowną przemocą. Reakcja odbiorców była łatwa do przewidzenia – podzielili się na dwa obozy: entuzjastów oryginału oraz wielbicieli remake’u. Obiektywnie rzecz biorąc pierwowzór o wiele mocniej oddziaływał na odbiorców, a co za tym idzie obiektywnie należy mu się większe uznanie, aczkolwiek Nispel jak na współczesne czasy poradził sobie bardzo przyzwoicie, oddał należyty szacunek produkcji Hoopera oraz urozmaicił fabułę nowymi wątkami, które uatrakcyjniły seans osobom zaznajomionym z oryginałem sprzed lat.
„Wzgórza mają oczy” (1977) vs. „Wzgórza mają oczy” (2006)
Liczba głosów: 12
Jeden z remake’ów, który według wielu wielbicieli horrorów okazał się lepszy od pierwowzoru.  Odpowiedź Wesa Cravena na „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Tobe’a Hoopera w oczach ówczesnych odbiorców przegrała na wszystkich polach, co wcale nie oznacza, że Craven nakręcił obiektywnie zły film. Mimo niskiego budżetu, jego „Wzgórza…” mogły pochwalić się duszącym klimatem grozy, który w remake’u Alexandre Aja został zastąpiony przez atmosferę wyalienowania oraz wszechobecnego zagrożenia ze strony odrażających kanibali. Wysoki budżet pozwolił Aja na przyzwoitą realizację, profesjonalną obsadę oraz staranniejszą niż w pierwowzorze charakteryzację antagonistów. Do tego dochodzi, oczywiście, dokładniejsza charakterystyka protagonistów oraz o wiele większe niż u Cravena nagromadzenie scen gore. Fabularnie obie wersje filmu są do siebie bardzo podobne, co oczywiście działa na rzecz Cravena – Aja, choć odrobinę wzbogacił problematykę swojej produkcji tak naprawdę oparł wszystko na pomyśle Cravena, co wcale nie umniejszyło popularności, jaką do dziś cieszy się jego obraz wśród współczesnych widzów.
„The Ring” (1998) vs. „The Ring” (2002)
Liczba głosów: 8
Jeden z najpopularniejszych azjatyckich ghost story. Nic więc dziwnego, że w stosunkowo krótkim czasie doczekał się swojego amerykańskiego klona. Moda na azjatyckie ghost story jest niemalże tak duża jak moda na ich remake’i. Przez lata azjatycka groza doczekała się bardzo pokaźnej rzeszy fanów, co wcale nie oznacza, że nie istnieją widzowie, gustujący bardziej w jej amerykańskich kopiach. Powodem takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim nieznajomość ludzi niebędących rodowitymi Azjatami ich złożonej kultury, wierzeń, na których przede wszystkim opierają się ich horrory. Obiektywnie pierwowzór „The Ring” Hideo Nakaty wygrywa z amerykańskim remake'iem na wszystkich płaszczyznach – więcej grozy, więcej aury wszechobecnej tajemnicy, więcej mrożących krew w żyłach scen. Aczkolwiek amerykańska wersja Gore Verbinski’ego na gruncie fabularnym mocniej trafia do współczesnych odbiorców – reżyser nie dezorientuje widza zaburzoną chronologią w tak dużym stopniu, jak to miało miejsce w przypadku pierwowzoru, co pozwala mu w pełni zrozumieć historię morderczej kasety wideo oraz dziewczynki ze studni. Oczywiście odbiorcy zaznajomieni z kulturą azjatycką nie będą mieć problemów z całkowitym zrozumieniem osi fabularnej Nakaty, ale niestety nie dotyczy to pozostałych, przeciętnych, widzów, których nie bawi nieustanne skupienie podczas seansu. Jeśli chodzi o azjatyckie remake’i „The Ring” na pewno znajduje się w czołówce, a według przeważającej liczby wielbicieli horrorów można śmiało określić go mianem najlepszego obrazu, wzorowanego na azjatyckiej grozie.
W ostatnich czasach coraz większą popularnością cieszą się tak zwane rebooty, które choć podobnie, jak remake’i kopiują pomysły znanych twórców sprzed lat nie są remake’ami w dosłownym znaczeniu tego słowa, a raczej prekursorami nowej serii, których punktem wspólnym są znane ze starych produkcji postacie lub wątki. Czołowym przedstawicielem współczesnego reboota jest „Piątek trzynastego” (2 głosy) Marcusa Nispela, którego z oryginalną serią łączy praktycznie jedynie postać mordercy. Można domniemywać, że z kolejnymi częściami nowego „Halloween” (4 głosy) i „Koszmaru z ulicy Wiązów” (1 głos) stanie się to samo – jakoś nieprawdopodobny wydaje się fakt, że twórcy będą kopiować poszczególne sceny z każdej kolejnej części, jak to miało miejsce w remake’ach pierwszych części tych znanych serii.
Nie tylko kultowe slashery i azjatyckie ghost story mogą pochwalić się swoimi współczesnymi wersjami – remake ma się dobrze również w światku zombie movies, w którym znajdziemy między innymi „Świt żywych trupów” (4 głosy), nowe spojrzenie na kultowy obraz George’a A. Romero. To samo można powiedzieć o filmach wampirycznych i przypomnieć takie dziełka, jak „Postrach nocy” (3 głosy) oraz „Pozwól mi wejść” (4 głosy), czy znanych amerykańskich ghost story, jak na przykład „Amityville” (2 głosy), a nawet modelowych rape and revenge, jak „Bez litości” (3 głosy), czy „Ostatni dom po lewej” (2 głosy). Remake’i panoszą się dosłownie wszędzie, nawet w filmach traktujących o tajemniczej zarazie, zamieniającej ludzi w klasyczne żywe trupy, jak widzimy na przykładzie ”Opętanych” (1 głos) oraz w klasycznych obrazach satanistycznych, jak znany chyba wszystkim „Omen” (1 głos). Jednak, jakby na to nie patrzeć, jak na razie rekordzistami są amerykańskie wersje azjatyckich ghost story – zdawać by się mogło, że amerykańscy twórcy postawili sobie za punkt honoru przerabiać na swoją modłę każde dzieło Azjatów. Pomijając „The Ring”, jak dotychczas do najpopularniejszych remake’ów azjatyckiej grozy należą „Nieproszeni goście” (6 głosów), „Klątwa” (1 głos) i „Shutter – Widmo” (3 głosy), ale zważywszy na nieustanny zalew tego rodzaju „odgrzewanych kotletów”, wywołanych niesłabnącą popularnością tego szczególnego nurtu horroru możemy spodziewać się jeszcze wielu zamerykanizowanych tworów, opartych na azjatyckich pomysłach.
Do czego to wszystko zmierza? Raczej nietrudno jest przewidzieć przyszłość amerykańskiego horroru, opartą przede wszystkim na remake’ach, sequel’ach i prequel’ach. Dopóki odbiorcy będą znajdować przyjemność w tego typu fenomenach dopóty twórcy będą je kręcić. Tylko czkać, aż ktoś wpadnie na pomysł uwspółcześnienia „Dziecka Rosemary”, „Egzorcysty” i innych przełomowych dla kina grozy produkcji. A kiedy twórcy uwspółcześnią w końcu każdy znany horror sprzed lat z pewnością rozpoczną drugi etap, czyli remake’i remake’ów – na przyszły rok zaplanowano już jeden z takich tworów („Carrie”), jak zda egzamin z pewnością zobaczymy kolejne remake’i filmów przedstawionych powyżej:)

piątek, 21 września 2012

„Uśpiony obóz” (1983)

Ricky spędza lato wraz ze swoją nieśmiałą kuzynką Angelą na obozie Arawak. W przeszłości dziewczyna straciła rodzinę podczas wypadku na łodzi i od tego czasu nie może dopasować się do swoich rówieśników, co naraża ją na nieustanne kpiny z ich strony. Wkrótce w obozie Arawak zaczynają ginąć ludzie. Opiekunowie z początku są przekonani, że to nieszczęśliwe wypadki, ale coraz większa liczba trupów jednoznacznie wskazuje na celowe morderstwa z ręki niezidentyfikowanego sprawcy.
Po komercyjnym sukcesie „Piątku trzynastego” w latach 80-tych amerykańscy twórcy horrorów zauważyli spory potencjał drzemiący w tzw. camp slasherach – niskobudżetowych, umiarkowanie krwawych obrazach, których akcję umiejscowiono w realiach obozowych. Do najsłynniejszych obrazów powstałych na fali popularności „Piątku trzynastego” z pewnością należy „Uśpiony obóz” – pierwsza część długiej serii camp slasherów, wyreżyserowana przez mało znanego w światku horroru Roberta Hiltzika.
Fabuła z pewnością niczym oryginalnym się nie wyróżnia – ot, mamy obozowiczów spędzających lato na beztroskich zabawach w zacisznym Arawak, gdzie wkrótce zaczynają ginąć. Twórcy szczególnie skrupulatnie przybliżają nam sylwetkę Angeli – nieśmiałej dziewczynki, która początkowo nie odzywa się słowem do nikogo, nawet własnego kuzyna. Z czasem dowiadujemy się o tragedii, która pozbawiła życia jej rodzinę i zmusiła Angelę do zamieszkania z ekscentryczną ciotką (znakomita, na wskroś przesadzona, groteskowa kreacja Desiree Gould) i jej synem Rickim. Oczywiście alienacja Angeli stosunkowo szybko narazi ją na niewybredne żarty ze strony innych obozowiczów, co zbiegnie się w czasie z brutalnymi zgonami, mającymi miejsce w Arawak. Do najbardziej spektakularnych scen mordów z pewnością można zaliczyć kąpiel we wrzątku, gniazdo os podrzucone kolesiowi siedzącemu akurat na „tronie” oraz ewidentnie nawiązujące do kultowej „Psychozy” zabójstwo pod prysznicem. Jednakże fabuła nie skupia się tylko i wyłącznie na „widowiskowych” scenach mordów. Twórcy przede wszystkim stawiają na obozowe życie – gry i zabawy, młodzieńcze miłości oraz niewinne, ale również okrutne żarty na kolegach. Myślę, że głównie na tym skupia się fabuła „Uśpionego obozu”, a wyszukane sposoby eliminacji poszczególnych ofiar są jedynie swego rodzaju dodatkiem. Zdawać by się mogło, że taki zabieg nie ma szans zainteresować wielbicieli brutalnych slasherów, ale jeśli o mnie chodzi rezygnacja z nadmiernego epatowania przemocą na rzecz, może mało oryginalnej, ale za to jakże wciągającej fabuły, całkowicie zdała egzamin. Znacznie przyczynia się do tego niezwykła dbałość twórców o klimat wszechobecnego zagrożenia, który jest znakomicie wyczuwalny nawet w trakcie beztroskich młodzieńczych zabaw. Najmocniej potęguje go szarpiąca nerwy ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Edwarda Bilousa oraz jak na niskobudżetowy obraz umiejętna praca kamery.
Większość widzów pewnie już na początku seansu domyśli się, kto stoi za brutalnymi mordami, mającymi miejsce w obozie Arawak. Ich reakcja pewnie będzie zbliżona do mojej lekceważącej postawy – byłam przekonana, że finał niczym szczególnym mnie nie zaskoczy, że twórcy postawią na oczywiste, na wskroś przewidywalne zakończenie, które ja w swoim mniemaniu rozszyfrowałam już podczas pierwszych minut projekcji. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie odmienna od moich wyobrażeń – jeśli ktoś nie słyszał wcześniej o kultowym finale „Uśpionego obozu” z pewnością będzie wręcz wstrząśnięty tak zaskakująco spektakularnym końcowym motywem.
Myślę, że „Uśpiony obóz” może okazać się doskonałą rozrywką dla wielbicieli klasycznych slasherów, nieepatujących zanadto przemocą, ale za to dbających o sugestywny klimat grozy, potęgowany charakterystyczną ścieżką dźwiękową. Jak dla mnie to znakomity przykład doskonale zrealizowanego camp slashera – mówcie, co chcecie, ale osobiście cenię go bardziej od kultowego „Piątku trzynastego”.

czwartek, 20 września 2012

Trzeci numer „Coś na Progu” dostępny w EMPIKU

Wydanie specjalne czasopisma "Coś na Progu" trafiło do dystrybucji w salonach EMPIK w całej Polsce. Zachęcamy do zapoznania się z numerem, w którym na ponad stu stronach, znajdziecie znakomite opowiadania mistrzów Weird Fiction: Roberta E. Howarda, Fritza Leibera, Dashiella Hammetta, Artura Conan Doyla, Franka Herberta, Roberta Sheckleya, Augusta Derletha, Brama Stokera i innych... Zbiór opowiadań w cenie czasopisma, uzupełniony esejem Ann i Jeffa VanderMeerów, wywiadem z twórcą Sherlocka Holmesa i komiksem Chrisa Chalika.

środa, 19 września 2012

„The Orphan Killer” (2011)

W dzieciństwie Marcus i Audrey byli świadkami brutalnego morderstwa swoich rodziców. Po tym wydarzeniu trafili do sierocińca, w którym chłopiec zaczął niepokojąco się zachowywać, co owocowało okrutnymi karami ze strony opiekujących się nim zakonnic. Tymczasem Audrey szybko adoptowano. Przez pół życia, najpierw w sierocińcu, a następnie zakładzie zamkniętym Marcus planował krwawą zemstę na ludziach, którzy w dzieciństwie przysporzyli mu tyle krzywd. Po wyjściu na wolność postanowił wprowadzić swoje plany w życie.
Niskobudżetowy slasher Matta Farnswortha, zauważalnie wyznający zasadę: jeśli chcesz nakręcić horror, ale nie posiadasz znaczącego budżetu i żadnego pomysłu na fabułę nakręć slasher, a na pewno się sprzeda. Slasher, owszem wyszedł, ale czy ma szansę się sprzedać, to już inna sprawa. Fabuła właściwie streszcza się w jednym zdaniu: mamy grupkę niewinnych ludzi z Audrey na czele oraz zamaskowanego mordercę, który po kolei pozbawia ich życia. Za sprawą retrospekcji z dzieciństwa Audrey i Marcusa widz stosunkowo szybko odkryje jakże banalne motywy sprawcy. Jednakże, pragnę zaznaczyć, że owe „powroty do przeszłości” następują bez żadnego ostrzeżenia, co chwilami dezorientuje. Ponadto wpływają negatywnie na stopień zaskoczenia – widz stosunkowo szybko rozszyfruje całą, nazwijmy ją na wyrost, intrygę fabularną. Tak dalece przewidywalna historia, rzecz jasna, szybko znudzi wymagającego odbiorcę, który z czasem będzie wręcz z utęsknieniem wypatrywał kolejnych scen mordów – tylko po to, aby otrzymać, choćby minimalną dawkę rozrywki po nużących dialogach, które przedwcześnie zdradzają wszystko, co w finale mogłoby wprawić widza choćby w szczątkowe zdumienie.
Sceny mordów bardziej nasuwają na myśl obraz gore, aniżeli slasher. I mimo ewidentnego braku wiarygodności (ilość krwi jest nieproporcjonalnie wielka w stosunku do zadanych ofiarom obrażeń) epatowanie przemocą, jak dla mnie, jest jedynym plusem tego filmu. Głównie ze względu na pomysłowość twórców odnośnie eliminacji poszczególnych ofiar. Nasz zamaskowany morderca rezygnuje z ustalonego modus operandi na rzecz różnorodności. Narzędzia zbrodni również zmienia, jak przysłowiowe rękawiczki. Przykładowe „popisy” zabójcy: duszenie drutem kolczastym, wbicie widelca w tętnicę szyjną, ucięcie głowy nożem, szatkowanie siekierą, śmiertelne okaleczenie twarzy maczetą, dźganie śrubokrętem i tak dalej, i tak dalej. Jednak w zalewie tych wszystkich narzędzi zbrodni zauważyłam, że nasz antagonista szczególnie upodobał sobie drut kolczasty, co zmusiło mnie do zastanowienia, czy aby reżyser nie jest wielbicielem „Drogi bez powrotu”:) W każdym razie nie można zarzucić twórcom oszczędności w rozlewie sztucznej krwi, bo jak na slasher można chyba śmiało powiedzieć, że posoka leje się tutaj strumieniami.
Nie chciałabym, żeby ktoś po tym, co napisałam odniósł wrażenie, ze „The Orphan Killer” jest jakimś wielce interesującym obrazem. Pomimo tak wielkiego nagromadzenia krwawych scen, obawiam się, że nawet grupa docelowa produkcji Farnswortha, czyli wielbiciele gore nie znajdą tutaj zbyt wiele dla siebie. Obok przewidywalnej, szczątkowo nakreślonej osi fabularnej denerwuje również nietrafiona ścieżka dźwiękowa – piosenki słyszalne w trakcie scen mordów są tak dalece niedopasowane do aspektu wizualnego, że aż niezmiernie irytujące. Już pomijam fakt, że „The Orphan Killer” jest produkcją całkowicie pozbawioną niepokojącego klimatu (choć twórcy zauważalnie się o niego starają), ale jak na film gore zaskakuje również stopień obrzydliwości. Skoro kręci się obraz, który w zamiarze ma zniesmaczyć odbiorcę to dobrze byłoby, gdyby choć jedna brutalna scena to osiągnęła. Niestety, brak jakiegokolwiek realizmu oraz przesadzona groteskowość mordów sprawiają, że cały ten niewyobrażalny rozlew krwi przeżywamy wręcz bezboleśnie – przynajmniej ja nie czułam absolutnie nic, podczas kolejnych, coraz to bardziej ekstremalnych zabójstw niewinnych ofiar. Nie nudziły mnie, a to już coś, ale byłabym troszkę bardziej zadowolona, gdyby choć na chwilę podniosły mi poziom adrenaliny w organizmie.
Skoro to kino niszowe to nie ma, co liczyć na profesjonalną obsadę. Diane Foster, w roli głównej, była tak samo sztuczna, jak bohaterowie drugoplanowi, o których nawet nie warto wspominać. Podobała mi się za to postać mordercy w fantazyjnej masce na twarzy – no, przynajmniej do chwili, gdy się odezwał. Jako tajemnicza „niemowa” w stylu Michaela Myersa, Walter Masterson wypadł o wiele lepiej.
Chcecie do bólu sztucznego rozlewu krwi ze szczątkową, niemalże zerową fabułą, rażąco słabą realizacją i irytującą ścieżką dźwiękową? Jeśli tak zapraszam na seans „The Orphan Killer”. Natomiast widzom poszukującym w kinie grozy czegoś więcej stanowczo odradzam.

poniedziałek, 17 września 2012

Virginia C. Andrews „A jeśli ciernie”

Trzecia część sagi o rodzinie Dollangangerów/Foxworth’ów. Z czwórki rodzeństwa, więzionego w dzieciństwie przez matkę i babkę na strychu została tylko dwójka najstarszych, Cathy i Chris, którzy mimo bolesnych wspomnień, próbują ułożyć sobie życie, pozostając w kazirodczym związku i wychowując dwóch synów Cathy – Jory’ego i Barta. Ich idylliczna egzystencja zostanie zakłócona przez pewną staruszkę i jej lokaja, którzy pewnego dnia wprowadzą się do sąsiadującej z ich domem willi.
Kolejna część znanej serii Virginii C. Andrews, po raz pierwszy wydana w 1981 roku. Trudna problematyka powieści „A jeśli ciernie” sprawia, że po pełnych romantyzmu „Płatkach na wietrze” autorce udaje się powrócić do koncepcji, poruszonej w „Kwiatach na poddaszu”. Oczywiście nie szokuje tak dalece, jak pierwsza część sagi, ale z całą pewnością dotyka problemów tabu, czego prawie nie uświadczyliśmy, obcując z „Płatkami na wietrze”. Tym razem narratorów mamy dwóch – czternastoletniego Jory’ego i dziesięcioletniego Barta. Poznajemy wydarzenia z ich perspektywy, a nie jak poprzednio z punktu widzenia Cathy. Przyznaję, że początkowo odrobinę mnie to zawiodło, wszak przyzwyczaiłam się już do narracji Cathy, aczkolwiek szybko odkryłam, że tylko w ten sposób autorka mogła zobrazować ogrom szaleństwa, tkwiący w Barcie, o czym przede wszystkim traktuje niniejsza powieść. Czytelnik zaznajomiony z poprzednimi częściami serii (do czego zachęcam, ponieważ nieznajomość dwóch poprzednich książek Andrews negatywnie wpłynie na całkowite zrozumienie problematyki trzeciej części) szybko odkryje, że mimo z pozoru idyllicznej egzystencji rodziny Dollangangerów (teraz Sheffieldów) zostali oni naznaczeni piętnem rodu Foxworth’ów, ich krew została skażona, zmuszając ich do powtarzania błędów swoich przodków. Już na początku powieści widzimy, że Cathy, mimo całej nienawiści, jaką żywi w stosunku do matki, coraz bardziej się do niej upodabnia – nie tylko zewnętrznie, ale również, ku jej własnemu przerażeniu, również charakterologicznie. Podświadomie pragnie, podobnie jak jej rodzicielka, więzić swoje pociechy na strychu i gdyby nie Chris z pewnością pofolgowałaby owym szokującym zachciankom. Ponadto Cathy zauważalnie faworyzuje starszego syna, Jory’ego – łączą ją z nim takie same stosunki, jak niegdyś jej matkę z Chrisem. Takich analogii jest, oczywiście, całe mnóstwo, aczkolwiek to nie na niej przede wszystkim skupia się fabuła powieści.
Jak już wspomniałam mamy dwóch narratorów. Młodszy, stroniący od rówieśników, zakompleksiony, żyjący we własnym wyimaginowanym świecie Bart wkrótce stanie przed szansą całkowitej zmiany swojej osobowości. Dzięki nowym sąsiadom pozna swojego okrutnego przodka, do którego będzie starał się upodobnić, tym samym powoli, acz konsekwentnie wkraczając na drogę czystego szaleństwa. Równowagą dla jego paranoi jest Jory, niezwykle podobny do Chrisa, zrównoważony nastolatek, pragnący odkryć tajemnicę przeszłości swoich rodziców. Chłopcy nie zdają sobie sprawy, że Chris jest w rzeczywistości ich wujkiem, że wraz z ich matką nieustannie dopuszczają się nieakceptowanych społecznie występków. Natomiast czytelnik już całkowicie przyzwyczaił się do niemoralnego związku Cathy i Chrisa – autorce na tyle udało się ich usprawiedliwić, że z czasem przestało to szokować odbiorcę. Ale nie tylko ich Andrews ochoczo usprawiedliwia. Powieść „A jeśli ciernie” oferuje nam całą plejadę bohaterów, których nie sposób jednoznacznie podzielić na antagonistów i protagonistów – może z wyjątkiem całkowicie pozytywnego Jory’ego i całkowicie negatywnego lokaja starszej pani, która wprowadziła się do starej willi. Cathy, usilnie stara się zwalczyć demony przeszłości, robi wszystko, aby nie powtarzać błędów swojej matki, ale podświadomie tego pragnie. Ponadto pozostaje w związku ze swoim rodzonym bratem, którym nieustannie manipuluje. Bart, mimo ewidentnie psychopatycznych zapędów, mimo dręczenia zwierząt, rodziców i adoptowanej siostry, pragnie jedynie miłości, której nie daje mu matka – faworyzując Jory’ego, Cathy pośrednio potęguje szaleństwo Barta. Natomiast matka Chrisa i Cathy, która w przeszłości przysporzyła im tylu cierpień, która w pewnym sensie zamordowała swoje najmłodsze dzieci teraz, po latach, próbuje odkupić swoje winy, pragnie zrozumienia i przebaczenia dla swoich ohydnych czynów.
Specyfika rodu Foxworth’ów nie pozwala czytelnikowi jednoznacznie ocenić postępowania bohaterów sagi. Autorka zmusza nas do zaakceptowania zachowań potępianych przez cywilizowane społeczeństwo. Szokuje sam fakt, że bez zastrzeżeń pochwalamy związek rodzeństwa. „A jeśli ciernie” to powieść nie tylko o zakazanej miłości, ale również wyniszczającej potędze skażonej krwi oraz zwyczajnym szaleństwie. To historia o bezowocnej ucieczce przed demonami przeszłości, przed bolesnymi wspomnieniami ze zmarnowanego dzieciństwa oraz o wpływie, jaki wywierają na teraźniejszość. Moim zdaniem to znakomity powrót do szokującej problematyki „Kwiatów na poddaszu”, powieść obowiązkowa dla wielbicieli ponadczasowej sagi Andrews.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 15 września 2012

„Oszukać przeznaczenie 3” (2006)

Recenzja na życzenie (sumsonye)
Młodzi ludzie świętują zakończenie roku szkolnego w wesołym miasteczku. Kiedy przychodzi pora na przejażdżkę kolejką górską Wendy ma silne przeczucie, o nadchodzącej tragedii. Wpada w panikę i wraz z kilkoma znajomymi opuszcza rollercoastera. Tak, jak podejrzewała Wendy kolejka spada, zabierając ze sobą poszukujących mocnych wrażeń młodych ludzi. Wkrótce śmierć zaczyna dopominać się o niedoszłych pasażerów rollercoastera.
Trzecia odsłona znanej serii horrorów młodzieżowych, podobnie, jak część pierwsza wyreżyserowana przez Jamesa Wonga. Opowieść o nieustępliwym Przeznaczeniu, które po kolei eliminuje nastolatków, którym cudem udało się uniknąć śmierci była czymś nadzwyczaj oryginalnym w 2000 roku, kiedy na ekrany kin, trafiła pierwsza odsłona serii. O dziwo, w moim mniemaniu, sequel okazał się jeszcze lepszy, natomiast trójka, fabularnie już nieco słabsza mimo wszystko nadal utrzymuje wysoki poziom realizacyjny swoich poprzedniczek. Znając czwórkę i piątkę mogę śmiało powiedzieć, że „Oszukać przeznaczenie 3” jest, jak na razie, ostatnim godnym uwagi filmem z serii. Ostatnim obrazem pozbawionym bzdurnych efektów komputerowych, które nie tylko wpływają negatywnie na klimat grozy, ale również są swoistym fortelem, mającym zamaskować ewidentny brak pomysłu na oryginalną fabułę. Część trzecia również podąża znanym nam ze wcześniejszych odsłon schematem. Najpierw przeczucie, które ratuje życie kilku osobom, potem tragedia na kolejce górskie, a na końcu systematyczna eliminacja „szczęśliwców”, którym udało się umknąć Przeznaczeniu. Jedynym nowym elementem są zdjęcia, za pośrednictwem których nasi bohaterowie dowiadują się, jaka śmierć czeka ich w niedalekiej przyszłości. Jak można się tego spodziewać Wendy, wraz z przyjacielem, będzie starała się poinformować wszystkich ocalałych, o czyhającej na nich śmierci. Kto nie uwierzy, ten zginie i to w jak najbardziej spektakularny sposób. Ze wszystkich scen mordów najbardziej podobał mi się zgon Erin, która miała nieszczęście natknąć się na pistolet na gwoździe. Na uwagę zasługuje również scena na siłowni, oraz w solarium. Pod kątem realizacyjnym wszystkie krwawe momenty wypadają nadzwyczaj przekonująco, a to dlatego, że twórcy woleli fizycznie obecną na planie sztuczną posokę od tej pikselowej.
Aktorstwo, podobnie jak realizacja, stoi na wysokim poziomie. Popularna gwiazdka Mary Elizabeth Winstead i Ryan Merriman w rolach głównych radzą sobie całkiem nieźle, aczkolwiek w moim mniemaniu nie dorastają do pięt najciekawszym postaciom w filmie, wykreowanym przez Krisa Lemche i Alexz Johnson.
Chociaż „Oszukać przeznaczenie 3” konsekwentnie podąża utartym schematem serii, praktycznie nie dodając niczego od siebie mnie ten brak oryginalności w ogóle nie przeszkadzał, ponieważ twórcy zadbali o inne elementy, które skutecznie przykuły moją uwagę – spora ilość akcji, z przyzwoicie potęgowanym klimatem wszechobecnego zagrożenia oraz rzecz jasna postacie, szczególnie te drugoplanowe, jak Erin i Ian oraz dwie tępe dziewuchy, które niechcący spaliły się w solarium:) Na pochwałę zasługują również pomysłowe sceny eliminacji naszych protagonistów, które szczególnie zyskują na wiarygodność, dzięki rezygnacji z efektów komputerowych, które tak rażą w kolejnych częściach serii. Film mogę z czystym sumieniem polecić wielbicielom dwóch poprzednich odsłon, ale widzów niegustujących w tzw. „odgrzewanych kotletach” zdecydowanie przestrzegam – o nowatorskich rozwiązaniach fabularnych możecie zapomnieć.

czwartek, 13 września 2012

Nowa strona

Dodałam nową stronę. Tym razem coś specjalnie dla wielbicieli prozy Stephena Kinga. Zainteresowanych serdecznie zapraszam tutaj.

środa, 12 września 2012

„Moje superkrwawe urodziny 3” (2012)

Skye i Sienna są w drodze na studia. Ich podróż przerywa telefon od siostry Skye, która pragnie, aby ta ją odwiedziła. Dziewczyny docierają do wielkiego domu na odludziu, gdzie dowiadują się, że siostra Skye właśnie wyprawia przyjęcie z okazji swoich szesnastych urodzin. Impreza przybiera nieoczekiwany obrót, gdy pojawia się niezaproszony gość – psychopatyczny morderca.
Trzecia, i jak na razie ostatnia część, serii teen-slasherów Jacoba Gentry’ego. Z dwiema poprzednimi odsłonami, jak na razie nie miałam do czynienia, aczkolwiek w ogóle nie przeszkodziło mi to w dokładnym zrozumieniu osi fabularnej trójki – bo też nie było zbyt wiele do rozumienia. Od teen-slasherów widz wręcz nie ma prawa oczekiwać niczego ambitnego – może jedynie liczyć na niewymagającą myślenia rozrywkę, ze sztampową fabułą i średnio rozgarniętymi nastolatkami w rolach głównych. „Moje superkrwawe urodziny 3” dokładnie to oferują odbiorcy, a jedyne, co zaskakuje w tej produkcji to profesjonalna realizacja (jak na horror telewizyjny) i wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa – rock i rap. Ponadto osoby znajdujące przyjemność w obcowaniu ze znanym schematem slasherów w ogólnym rozrachunku powinni być zadowoleni, aczkolwiek jeszcze raz przypominam, żeby nie spodziewać się niczego nadzwyczajnego.
Po tytule miałam wszelkie prawo spodziewać się czegoś nadzwyczaj krwawego, jednak stosunkowo szybko doszłam do wniosku, że padłam ofiarą najzwyklejszego chwytu marketingowego. Kilka krwawych, jakże oryginalnych scen mordów oczywiście znalazłam, aczkolwiek ich brutalność jest adekwatna do typowych slasherów – umiarkowany rozlew krwi, brak nadmiernego epatowania przemocą, praktycznie zerowe próby zniesmaczenia odbiorcy. I to się chwali, jeśli weźmie się pod uwagę dbałość twórców o klimat wszechobecnego zagrożenia, z umiejętnym stopniowaniem atmosfery.  Na początku seansu poznajemy Skye, a z jej dialogów z przyjaciółmi wnioskujemy, iż w przeszłości (w poprzednich częściach serii) przeżyła prawdziwy koszmar, z którym teraz próbuje się, jakoś pogodzić. Modelowa final girl. Kiedy dociera do domu siostry poznajemy resztę protagonistów – grupkę rozrywkowych nastolatków. Początkowo twórcy za pomocą zgrabnych, często dowcipnych dialogów starają się przybliżyć nam nieco sylwetki pozytywnych postaci. Ale na szczęście niezbyt długo, co nie pozwala nam na niepotrzebną nudę. Kiedy już znamy protagonistów na scenę wkracza antagonista. Szkoda tylko, że twórcy niemalże od razu zdradzają nam tożsamość mordercy – co wcale nie znaczy, że nie przygotowali dla nas żadnej zaskakującej niespodzianki w drugiej połowie seansu.
Ze wszystkich umiarkowanie krwawych scen mordów najbardziej przypadło mi do gustu pierwsze. Zabójca biegnie z nożem za blondynką, potyka się i niedoszłe narzędzie zbrodni wpada do studzienki kanalizacyjnej. Jednak naszego przedsiębiorczego mordercy w ogóle to nie zniechęca – sięga po małą latarnię, oświetlającą ogród, po czym wbija ją w głowę swojej ofiary. Bez wątpienia bardzo pomysłowe zabójstwo, aczkolwiek nieudolność oprawcy ma odrobinę humorystyczną wymowę. To z pewnością nie jest niezniszczalny Michael Myers tylko zwykły, średnio zorganizowany szaleniec. Późniejsze sceny mordów również są aż nadto interesujące. W końcu nasz antagonista wyraźnie gustuje w niecodziennych narzędziach zbrodni, jak na przykład pistolet na gwoździe. Pod koniec w ruch pójdzie nawet kosa - w końcu idealnie nadaje się do patroszenia niewinnych ofiar:)  A propos zakończenia radzę zwrócić baczniejszą uwagę na scenę urodzinowej kolacji z trupami usadzonymi przy stole – nawiązanie do „Upiornych urodzin” jest aż nadto oczywiste.
Myślę, że film „Moje superkrwawe urodziny 3” pomimo ewidentnie średniej obsady i swojej do bólu wręcz sztampowej fabuły zasługuje jednak na uwagę entuzjastów slasherów – choćby przez wzgląd na przyzwoitą realizację i kilka jakże oryginalnych scen mordów. Nie jest to jakieś ambitne dzieło, aczkolwiek w swoim podgatunku (teen-slasher) wypada całkiem przekonująco.

poniedziałek, 10 września 2012

Andreas Franz „Ósma ofiara”

Frankfurtem wstrząsa seria okrutnych morderstw wysoko postawionych osób. Sprawca podaje im cyjanek potasu, podcina gardło, obcina genitalia i wydłubuje oczy, a na ich czołach, ich własną krwią wypisuje liczbę 666. Zabójca wysyła liściki do nadkomisarz Julii Durant z cytatami z Biblii, w których znajduje się podpowiedź na temat następnego morderstwa. Julia wraz z kolegami z wydziału zabójstw stara się jak najszybciej schwytać mordercę, a w tym celu będzie zmuszona wniknąć w świat korupcji i odrażających zbrodni.
Druga część niemieckiej serii kryminałów z nadkomisarz Julią Durant. Po opisie można sądzić, że to kolejna sztampowa powieść o podążaniu tropem seryjnego mordercy. Początkowo nawet w to wierzyłam, ale teraz, po skończonej lekturze, odnoszę wrażenie, że autor pretendował do czegoś nieco bardziej skomplikowanego. Już sam niezwykle krwawy modus operandi zabójcy z pewnością zaintryguje czytelników, poszukujących w literaturze daleko posuniętej dosłowności. Jednak w moim mniemaniu Franz szczególnie zadbał o charakterystykę sprawcy. Stosunkowo szybko dowiadujemy się o osobistej tragedii zabójcy – tragicznej śmierci dwójki dzieci i poniekąd również stracie żony, która całkowicie odcięła się od świata zewnętrznego. I choć, aż do końca lektury nie poznamy personaliów sprawcy (ale łatwo możemy się ich domyślić) wszystkie inne aspekty jego życia będą nam doskonale znane, na tyle, aby całkowicie opowiedzieć się po jego stronie. Wiem, jak to brzmi – dopingowanie seryjnemu mordercy?  A tak, i powiem nawet więcej. Autor wręcz zmusi czytelnika do całkowitej zmiany poglądów, pokaże że czasem zło można zwalczać jedynie złem, pokaże, że czasem pozory mogą mylić, a okrutny morderca miast więzienia zasługuje na medal.
„Ósma ofiara” opowiada przede wszystkim o władzy i bogactwie, które pozwalają na bezkarne łamanie prawa. Handel narkotykami, żywym towarem i bronią, ale przede wszystkim i gwarantuję, że niezwykle ciężko jest przebrnąć przez tę tematykę – pedofilia. Autor nie decyduje się na jakiekolwiek niedopowiedzenia, dobitnie tłumaczy nam, co obleśny, bogaty staruch może zrobić niewinnemu dziecku i tylko dlatego, że jest wysoko postawioną osobistością może czuć się całkowicie bezpieczny w obliczu prawa. Problematyka „Ósmej ofiary” z pewnością poruszy każdego, nawet najbardziej doświadczonego czytelnika kryminałów, zmusi do myślenia, a wnioski, które wyciągnie przerażą go do głębi. Jedyne, z czym Franz sobie nie radzi to pełne niepotrzebnej egzaltacji dialogi; przewidywalność nie tylko w kwestii tożsamości zabójcy, ale również jego ofiar oraz przesłodzona relacja pomiędzy policjantem z wydziału zabójstw, Hellmerem i żoną jednego z zamordowanych, Nadine. Główna bohaterka, Julia Durant, również nie wypada zbyt przekonująco, a przy postaci mordercy niemalże całkowicie blednie. Skłamałabym, gdybym twierdziła, że łatwo przymknąć oko na te niedoróbki warsztatowe, ponieważ znacznie utrudniają one lekturę, aż do jej ostatniej strony, jednakże myślę, że warto jednak sięgnąć po „Ósmą ofiarę”, choćby dla jej wstrząsającej problematyki, której jeszcze przez długi czas nie będę w stanie wyrzucić z pamięci.
Druga część kryminalnej serii Andreasa Franza to klasyczny przykład odwrócenia ról – tutaj antagonista zyskuje aprobatę czytelnika, a osoby, które na pierwszy rzut oka wydawały się być niewinnymi ofiarami zasługują jedynie na całkowite potępienie. Franz pomiędzy słowami pyta nas, czy doszliśmy już do tego etapu degeneracji człowieczeństwa, że aby liczyć na choćby minimalne bezpieczeństwo musimy zwalczać „zakażone jednostki” metodami potępianymi przez wymiar sprawiedliwości. Pyta nas, czy w tak zdeprawowanym świecie istnieje dla nas choćby cień nadziei na lepszą przyszłość. I odpowiada: oczywiście, że nie. Niezwykle pesymistyczna, acz jakże trafna konkluzja. Jeśli ktoś potrafi przymknąć oko na niedoróbki warsztatowe i nie boi się zagłębić w trudną, żeby nie rzec chorą tematykę to „Ósma ofiara” jest powieścią właśnie dla niego.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 9 września 2012

Wyniki konkursu „Coś na progu”

Konkurs, w którym do wygrania był trzeci numer magazynu „Coś na progu” dobiegł końca. Z 29 prawidłowych odpowiedzi (czyli wszystkich) wylosowałam jedną osobę, do której jutro powędruje nagroda. Bardzo wszystkim dziękuję za udział w konkursie i gratuluję zwyciężczyni!
Pytanie konkursowe: Podaj nazwisko jednego reżysera, który pokusił się o zekranizowanie najsłynniejszego dzieła Brama Stokera pt. „Dracula”.
Najpopularniejsze prawidłowe odpowiedzi: Murnau (bez praw), Browning i Freund, Melford i Avalos, Fisher, Badham, Herzog, Young, Eagles, Coppola.

A nagroda wędruje do Weroniki Dziok. Gratuluję!

sobota, 8 września 2012

Gadżety dla horrormaniaków

Mam przyjemność zaprezentować horrorowe gadżety dla pań, lubiących podkreślać swoje zainteresowania za pomocą ubioru. Taka właśnie jest Ciotka Ostra, która swoim fantazyjnym rękodziełem przyciąga uwagę coraz większej rzeszy wielbicieli szeroko pojętej grozy. Chcecie wiedzieć więcej? Zapraszam na oficjalny profil FB Ciotki Ostrej oraz bloga, gdzie dowiecie się, w jaki sposób nabyć owe cudeńka.

„The Fields” (2011)

Recenzja na życzenie
Rodzice małego Stevena nie mogąc dojść ze sobą do porozumienia, wysyłają syna do dziadków, na farmę, aby uchronić go od świadkowania ciągłym kłótniom. Na miejscu Steven jest świadkiem niewytłumaczalnych wydarzeń.
Thriller Toma Mattera i Davida Mazzoni’ego. Jeśli wierzyć twórcom film oparto na faktach, aczkolwiek nie jestem w stanie tego zweryfikować, ponieważ pierwszy raz miałam do czynienia z tą historią. Niskobudżetowa produkcja, ale całkiem przyzwoicie zrealizowana i gdybym miała patrzeć tylko i wyłącznie na zdjęcia to z pewnością film przypadłby mi do gustu. Już pierwsza scena, podczas której obserwujemy kamerę mozolnie przedzierającą się przez wysokie łany kukurydzy jest zapowiedzią iście klimatycznej rozrywki. I początkowo twórcy całkiem umiejętnie budują atmosferę wszechobecnego zagrożenia. W czym z pewnością pomagają wzmianki o Charlesie Mansonie. Ale kiedy Steven zadomawia się już na farmie dziadków wszystko drastycznie się rozpada. Obserwujemy beztroskie zabawy chłopca na polach kukurydzy i jego rozmowy z dziadkami, ale również ciało kobiety na polu kukurydzy; tajemnicze odgłosy, rozlegające się w domu oraz zdeformowaną rodzinkę, zamieszkującą piwnicę. Klimat gdzieś wyparowuje, twórcy rozpaczliwie podrzucają nam coraz to nowe „niepokojące” elementy, mające zapewne uatrakcyjnić nam jakoś seans, ale niestety działające na niekorzyść filmu.  Po tym, co napisałam zdawać by się mogło, że film ma nam do pokazania całe mnóstwo, jeśli nie przerażających to przynajmniej dynamicznych scen – nic bardziej mylnego! Wszystkie elementy, które w zamiarze miały trzymać w napięciu zwyczajnie nudzą – twórcy wpadają w kleszcze tak daleko posuniętej monotonii fabularnej, że nawet najmniej wymagający widz będzie musiał walczyć z ogarniającą go sennością.
Oprócz ewidentnego braku pomysłu scenarzysty przeszkadza również obsada. Cała konstrukcja fabularna opiera się na małym Stevenie, jednak Joshua Ormond chyba już w tak młodym wieku zdawał sobie sprawę, że gra w zwyczajnym gniocie i nie poświęcił zbyt wiele uwagi na przekonującą kreację swojej postaci. Zaskakuje również Tara Reid, która nie pojawia się zbyt często, ale jak już się pokazuje to niestety wpasowuje się w mierny poziom swoich kolegów.
Jak już wspomniałam zdjęcia są całkiem miłe dla oka (szczególnie ostatnie ujęcie pól kukurydzy), ale to chyba za mało, żeby ryzykować seans. Myślę, że „The Fields” może spodobać się jedynie osobom zakochanym w niskobudżetowych produkcjach oraz uzbrojonym w żelazną cierpliwość, która nie zostanie nagrodzona, nawet w trakcie banalnego finału. Gorąco namawiam widzów poszukujących ciekawego scenariusza, klimatu grozy i przede wszystkim dobrze przemyślanej osi fabularnej do omijania tej pozycji przysłowiowym szerokim łukiem.

piątek, 7 września 2012

„Coś na progu” numer 3

Wydanie specjalne popularnego ostatnio magazynu dla wielbicieli szeroko pojętej grozy, science fiction i zagadek kryminalnych. Wydawca zapowiedział, że przynajmniej raz do roku na naszym rynku będzie się pojawiał numer z kilkoma opowiadaniami z gatunku Weird Fiction. Dzięki esejowi, autorstwa Ann i Jeffa VanderMeer’ów, średnio zapoznany z tematem czytelnik pokrótce zorientuje się w historii owego gatunku literackiego oraz pozna kilka znanych nazwisk, które przyczyniły się do rozkwitu Weird Fiction. Kolejne strony numeru poświęcono praktycznemu zobrazowaniu tego niszowego gatunku – opowiadaniom, znanych wielbicielom niesamowitości, autorów.
Strefę horroru otwiera opowieść Roberta E. Howarda z jego ulubionym bohaterem w roli głównej – Solomonem Kane’a. Opowieść o wędrówce znanego łowcy potworów do Torkertown, który pomimo ostrzeżeń okolicznych mieszkańców decyduje się na spacer ścieżką, prowadzącą przez wrzosowiska. Jak można się tego spodziewać, jego felerny wybór zaowocuje konfrontacją z prawdziwym koszmarem. Jak wszystkie opowiadania w zbiorze, również „Czaszki wśród gwiazd” napisano bardzo przystępnym, ale równocześnie jakże wciągającym stylem. I choć, fabuła tej konkretnej opowieści raczej nie zaskoczy „zaprawionego w bojach” horrormaniaka przynajmniej nie nudzi. Jednym z moich ulubionych opowiadań numeru jest historia autorstwa Brama Stokera pt. „Gość Draculi”. Patrząc na nazwisko pisarza i tytuł chyba nie muszę zdradzać, o czym będzie traktowało niniejsze opowiadanie, aczkolwiek muszę nadmienić, że Stoker postarał się o iście niepokojący, działający na zmysły klimat wszechobecnej grozy. Szkoda tylko, że wyzbył się tego podniosłego, pełnego archaizmów stylu, z którym mieliśmy do czynienia, podczas lektury „Draculi”, ale mimo to, jak najbardziej polecam tę pozycję. Ostatnie opowiadanie w strefie horroru raczej ciężko mi zaklasyfikować do tego gatunku literackiego (bardziej wpasowuje się do opowieści niesamowitych). „Gwiazda McIlvane’a” opowiada o pewnym mężczyźnie, który odkrywa nową gwiazdę, zamieszkaną przez obcą rasę, z którą za pomocą skonstruowanej przez siebie maszyny nawiązuje kontakt telepatyczny. Moim zdaniem, świetna historia – nie tylko fabularnie August Derleth popisał się swoimi niebywałymi wręcz zdolnościami pisarskimi, ale również warsztatowo. Na plus można też zapisać melancholijne, zmuszające do myślenia zakończenie.
Kącik opowieści niesamowitych należy do Artura Conana Doyle’a i jego „Maszyny dezintegrującej”, która fabularnie podąża utartym, ale jakże uwielbianym przez wielbicieli grozy schematem – szalony naukowiec, którego żądza pieniądza może doprowadzić do zagłady świata. Natomiast Fritz Leiber, w kolejnej perełce numeru postarał się odmalować nam przerażającą, jakże prawdopodobną wizję naszej przyszłości. Pouczająca wymowa jego historii oraz postapokaliptyczny klimat sprawiają, że nawet największy sceptyk będzie zmuszony zastanowić się nad wątpliwą moralnością ludzkości.
Strefa science fiction należy do Franka Herberta i Roberta Sheckley i o ile ten pierwszy nie zainteresował mnie praktycznie niczym to drugiemu autorowi udało się skłonić mnie do głębokich przemyśleń. „Koszt życia” to kolejna niepokojąca wizja przyszłości świata, która sugeruje, że ludzkość opęta niemożliwy do przezwyciężenia materializm, który popchnie nas do zadłużania kilku kolejnych pokoleń.
I na koniec strefa kryminału. Dwie zagadki kryminalne – jedno autorstwa Samuela Dashiella Hammetta, a drugie naszego rodaka Pawła Orłowca. Myślę, że mimo wykorzystania przez Orłowca w swojej opowieści dwóch znanych nazwisk, Sherlocka Holmesa i Nata Pinkertona, Hammett jednak zaoferował czytelnikom bardziej intrygującą fabułę, lepiej przemyślaną zagadkę kryminalną, ze względnie zaskakującym zakończeniem.
Numer zamyka wywiad z Arturem Conanem Doyle’em, autorem kryminałów, twórcą kultowego detektywa Sherlocka Holmesa oraz komiks Krzysztofa Chalika, który wręcz mnie zmiażdżył – sposób, w jaki rysownik miesza czystą grozę z akcentami komediowymi dobitnie udowadnia, że oba te gatunki mogą umiejętnie się uzupełniać. Ponadto wydawcy jeszcze raz zamieszczają, znaną nam z drugiego numeru „Cosia” opowieść „Perfekcjonista” autorstwa Pawła Pollaka, tym razem na prośbę pisarza, bez poprawek redaktorskich.
Jak dla mnie BOMBA! Każde z wyżej wymienionych opowiadań przyjemnie zapełniło mój wolny czas, każde dostarczyło mi różnego rodzaju emocji, a o niektórych pozycjach z pewnością będę pamiętać jeszcze przez chwilę:)
Za magazyn bardzo dziękuję wydawnictwu

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...