środa, 5 czerwca 2013

„Samochód” (1977)

Recenzja na życzenie (Jarek KG)
W małym pustynnym miasteczku, Santa Ynaz, pojawia się niecodzienny morderca – pozbawiony kierowcy demoniczny samochód, zabijający każdego, kto stanie mu na drodze. Policja, dowodzona przez szeryfa Wade’a Parenta próbuje wszystkiego, aby powstrzymać terror niewinnych mieszkańców miasteczka, ale po stronie ich przeciwnika stoją nadprzyrodzone moce w zestawieniu, z którymi człowiek wydaje się być bezradny.
Horror Elliota Silversteina, zrealizowany za 5 mln dolarów, co w przypadku horrorów lat 70-tych stanowiło całkiem niebagatelny budżet. Dla współczesnego odbiorcy ten fakt może okazać się całkiem istotny, ponieważ w przeciwieństwie do ówczesnych niskobudżetowych obrazów klasy B, „Samochód” prawie wcale się nie zestarzał (przynajmniej pod kątem realizacyjnym). Czytając wszelkiego rodzaju rozprawy, poświęcone klasycznym filmom grozy często natykam się na niniejszy tytuł, bo choć w kręgu współczesnych widzów odszedł już w zapomnienie to wśród wielbicieli horrorów nadal cieszy się umiarkowanym zainteresowaniem. Ponadto dzieło Silversteina określane jest, jako jeden z dwóch znaczących filmów grozy o zabójczym samochodzie – wespół z „Christine” Johna Carpentera, ekranizacją książki Stephena Kinga, która wydaje mi się być odrobinę zainspirowana „Samochodem”.
Choć o niniejszym filmie krąży wiele negatywnych opinii to niemalże wszyscy widzowie zdają się podzielać zachwyt nad jego scenerią. Małomiasteczkowe klimaty w horrorze zawsze dogłębnie mnie urzekały - odcięcie od wielkich metropolii, zaściankowe myślenie mieszkańców i ich tendencja do wtrącania się w życie swoich sąsiadów. To coś, co w moim mniemaniu zawsze sprawdza się w kinie grozy. I nawet, jeśli twórcy „Samochodu” postawili na solidarność mieszkańców Santa Ynaz, ich uzależnienie od siebie nawzajem i daleko posuniętą sympatię, tym samym pomijając minusy egzystencji w małym miasteczku, objawiające się przede wszystkim brakiem prywatności to w zestawieniu z osią fabularną takie rozwiązanie mocno się sprawdziło. Małe, senne miasteczko w otoczeniu pięknych, acz jakże melancholijnych pejzaży pustynnych, dających widzom złudzenie całkowitego odcięcia od świata prostych, ale jakże solidarnych względem siebie mieszkańców, skutecznie buduje klimat całkowitego wyalienowania i śmiertelnego niebezpieczeństwa, uosabianego przez czarny, szkaradny samochód. To samo można powiedzieć o hałaśliwej ścieżce dźwiękowej, będącej kompilacją trzeszcząco-świszczących tonów, drażniących uszy i napinających nerwy widza w trakcie ataków zabójczego samochodu. Podczas seansu odniosłam wrażenie, że twórcy starali się największy suspens osiągnąć głównie dzięki dialogom protagonistów, co jedynie w połowie im się udało – w niektórych scenach powinny być znacznie ograniczone, ponieważ głównie dzięki kilku mało konstruktywnym rozmowom w fabułę wkradła się odrobina nudy. Natomiast, jeśli chodzi momenty „materializowania się” blaszanego antagonisty to o jakiejkolwiek nudzie nie może być mowy. Nasz samochód z uporem maniaka eliminuje każdego, kto stoi mu na drodze w jakże spektakularnych, ale niestety pozbawionych krwi scenach (tematyka filmu, aż prosiła się o minimum gore, z czego twórcy ku mojemu niezadowoleniu nie skorzystali). Podobnie, jak widzieliśmy to u „Christine” demoniczny wóz Silversteina nie ima się żadnym zniszczeniom – cokolwiek by zrobił, czy to wjechał w skałę, czy w środek domu, na jego masce nie pozostanie ani jedna rysa, co jest związane z jego rzeczywistym pochodzeniem.
Widzowie będą mieli okazję przewidzieć naturę samochodu już w trakcie pierwszej połowy filmu, podczas pamiętnej sceny na cmentarzu, gdzie schronią się przed niebezpieczeństwem uczestnicy parady. Również w tej scenie wielu pewnie zapała sympatią do jednej z głównych bohaterek filmu, pyskatej Lauren, odegranej przez Kathleen Lloyd – jak na ówczesne standardy aktorskie całkiem znośną, aczkolwiek współczesnych odbiorców może odrobinę zrazić jej daleko posunięta egzaltacja, czego nie można już powiedzieć o dzielnym szeryfie, niezapomnianym Jamesie Brolinie, który całkowicie odnalazł się w swojej roli. Oczywiście, naszym policjantom przyjdzie poczekać do końcówki filmu, aby domyślić się pochodzenia samochodu, w czym wcześniej przeszkodzi im racjonalność myślenia – widzom będzie łatwiej dojść do oczywistych z ich punktu widzenia wniosków już podczas wydarzeń na małym cmentarzu.
„Samochód” to pełen pościgów, tragedii ludzkich (tak, tutaj w przeciwieństwie do teen-slasherów zgony pobocznych postaci mają znaczenie dla bohaterów pierwszoplanowych, nie są jedynie pożywką dla antagonisty, ale impulsem dla ich zrozpaczonych znajomych, zachęcającym do zdecydowanego działania) i przede wszystkim gęstego klimatu grozy horror, który choć nie zostaje na długo w pamięci całkiem mocno angażuje odbiorcę w trakcie seansu. Oczywiście, twórcom nie udało się uniknąć kilku nużących momentów, ale można je przecierpieć, choćby dla tych magicznych widoczków i… blaszanego zabójcy.

4 komentarze:

  1. To Krystynka była nakręcona po Samochodzie... swoją drogą niezwykle mroczny tytuł... samochód... aż kipi śmiercią :D. Myślałem, że "Christine" jest znacznie starszym filmem ;P. No, ale nic... zanim zabiorę się za jakąkolwiek z tych produkcji to najpierw zamierzam przeczytać pierwowzór Kinga :).

    Miłego wieczoru!
    Melon

    PS: Dzisiaj odebrałem z empiku Kobitę w czerni ;). Już nie mogę się doczekać aż ją przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje za kolejną recenzję na moje życzenie ;)
    Co do porównania "The Car" vs "Christine" to "Samochód" stawiam minimalnie wyżej od 'Christine", bo jest więcej akcji i ciekawszych scen niż w ekranizacji Carpentera.No i oczywiście ten klimat, podobnie jak Buffy uwielbiam horrory których akcja toczy się w "odciętych", odseparowanych od świata miejsc.

    Jarek KG

    OdpowiedzUsuń
  3. jakiej marki jest ten samochód?

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie ma takiej marki, został specjalnie zmajstrowany na potrzeby filmu - pewno hybryda kilku modeli.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...