czwartek, 30 maja 2013

„Come Out and Play” (2012)

Recenzja na życzenie
Ciężarna Beth wraz z mężem Francisem wybierają się na egzotyczną wyspę, która wydaje się być wymarła – oprócz kilku dzieciaków na pomoście nie dostrzegają żadnej żywej duszy. Tłumacząc sobie nieobecność dorosłych karnawałem, który zapewne ma miejsce niedaleko ich miejsca pobytu małżeństwo udaje się do hotelu, gdzie spotyka przerażonego mężczyznę oraz odkrywa, do czego zdolne są tutejsze dzieciaki…
Reżyser „Come Out and Play”, Makinov, bardzo by chciał, aby jego obraz traktowano w kategoriach readaptacji prozy Juana Jose Plansa, co szumnie obwieszcza w trakcie napisów początkowych. Problem w tym, że readaptacje charakteryzują się całkowicie odmiennym od adaptacji spojrzeniem na literacką problematykę. Pierwszym filmem na motywach twórczości Plansa było kultowe już dzieło Narciso Ibaneza Serradora z 1976 roku, pt. „Czy zabiłbyś dziecko?” – brutalny horror, który w swoich czasach szokował swoją bulwersującą tematyką. Obecnie po tych wszystkich częściach „Dzieci kukurydzy i „Eden Lake” uczynienie z dzieci bezwzględnych morderców oraz roztrząsanie przez protagonistów problemu ich ewentualnej eliminacji, aby ocalić własne życie nie ma już takiej siły rażenia, jak w latach 70-tych, w czasie premiery produkcji Serradora. Makinov być może starał się oszukać widza, sugerując mu całkowite odcięcie od „Czy zabiłbyś dziecko?” i inspirację samą prozą Plansa, ale równocześnie najważniejsze dla przebiegu akcji sceny nakręcił identycznie, jak Serrador, łącznie z kątem nachylenia kamery i dialogami. W takim przypadku o jakiejkolwiek readaptacji nie może być mowy – „Come Out and Play” jest modelowym remake’iem i to dosyć wiernym.
Oglądając „Czy zabiłbyś dziecko?” byłam wręcz zachwycona osiągnięciem tak duszącego klimatu, osnutego mrożącą krew w żyłach ścieżką dźwiękową, nakładem tak groszowego budżetu. Po seansie pomyślałam, że gdyby obciąć nudnawą pierwszą połowę filmu (poza miażdżącym prologiem, obrazującym koszmary różnych wojen ludzkości) to miałabym do czynienia z arcydziełem horroru – zadowolenie, oczywiście, pozostało, ale przez wzgląd na nieudany wstęp nie mogłam przyznać mu najwyższej możliwej noty. Jak się okazuje Makinov również dostrzegł te nużące aspekty pierwszej połowy oryginału i choć bardzo żałuję, iż zdecydował się opuścić również prolog należy mu się pochwała z powodu niemalże natychmiastowego umieszczenia Beth i Francisa na „przeklętej wyspie”. „Czy zabiłbyś dziecko?” w podtekście sugerował nam prologiem pochodzenie tajemniczej zarazy, zamieniającej dzieci z wyspy w krwiożercze, spragnione okrutnych zabaw potwory. Można było domniemywać, że chorobę zesłała jakaś wyższa siła (Bóg? Natura?), aby wyrównać rachunki z dorosłymi wszczynającymi wojny, na których ginie mnóstwo niewinnych nieletnich. W „Come Out and Play” nie ma żadnego, nawet podtekstowego wyjaśnienia obecności tajemniczej zarazy – ona po prostu jest i rozprzestrzenia się za pomocą kontaktu wzrokowego chorego dziecka ze zdrowym (lub, jak w jednym przypadku za pomocą dotyku). Kiedy Beth, wykreowana przez przyzwoitą aktorsko, znaną m.in. z remake’u „Wzgórza mają oczy” i Francis, średnio zaprezentowany przez Ebona Mossa-Bachracha docierają na niemalże wymarłą wyspę twórcom udaje się osiągnąć całkiem smaczny klimat całkowitego wyalienowania i zewsząd czającego się niebezpieczeństwa. Malownicze widoczki w pełnym słońcu Meksyku w ogóle nie przeszkadzają (a chwilami nawet pomagają) wczuć się w tę osobliwą atmosferę grozy. Ścieżka dźwiękowa wypada o wiele gorzej niż w filmowym pierwowzorze, aczkolwiek jak na współczesne standardy całkiem przyzwoicie wywiązuje się ze swojej roli: potęgowania klimatu. I o ile wejście i pierwsze minuty pobytu małżeństwa na wyspie obiecują widzom rozrywkę na najwyższym nastrojowo-krwawym poziomie, o tyle wszystko zaczyna się sypać z chwilą rozmowy Beth z tajemniczą dziewczynką, dotykającą jej ciężarnego brzucha. Z jakiego powodu?  Otóż, odbiorcy, którzy widzieli oryginał Serradora z miejsca wyczują, iż dokładnie wszystko potoczy się tak, jak uprzednio, żadna brutalna scena, łącznie z finałem nie dostarczy im ani odrobiny zaskoczenia, ponieważ wszystko to już widzieli w „Czy zabiłbyś dziecko?”. Dla przykładu weźmy moment zatłuczenia staruszka, kiedy to Makinov identycznie, jak Serrador nie pokazuje chwil zetknięcia laski z ciałem ofiary, skupiając się na widoku samego narzędzia zbrodni zza ściany i silnych zamachów dziewczynki, dzierżącej je w ręku. To samo tyczy się rozmowy z napotkanym, ocalałym dorosłym mieszkańcem wyspy, który w dialogu łudząco podobnym do tego z pierwowzoru zadaje kluczowe dla filmu pytanie, które równocześnie niejako (choć mało przekonująco) wyjaśnia wątpliwości odnośnie możliwości zabicia tak wielkiej rzeszy dorosłych przez małe dzieci. W końcu, kto mógłby zabić dziecko? Hmm, może osoba, w której instynkt przetrwania jest silniejszy od moralności? No, ale widocznie na tej konkretnej wyspie takich ludzi nie było.
Nie jestem pewna, jak ten obraz odbiorą osoby niezaznajomione z filmowym oryginałem, bo klimat, realizacja i krwawe sceny są całkiem przyzwoite, jak na standardy dzisiejszego kina grozy. Ja miałam ten problem, że widziałam „Czy zabiłbyś dziecko?”, w którym wszystkie brutalne sceny były niemalże identyczne, co sprawiło, iż bez zainteresowania oczekiwałam finału, bo już na początku projekcji wiedziałam, jak to wszystko się skończy dla Beth i Francisa. UWAGA SPOILER W finale zauważyłam kolejną wręcz żałosną rzecz. Otóż, po zastrzeleniu dziecka przez Francisa jego krew spływa po ścianie we wręcz takich samych strumykach, jak w oryginale – nawet ruchy kamery, skupiającej się na posoce są identyczne, jak u Serradora. Co się zaś tyczy zamordowania Beth przez jej nienarodzone jeszcze dziecko to powiem tak: to powinno zaszokować widzów nieznających pierwowzoru, bo przed laty Serrador postarał się o maksimum oryginalności w przypadku tej konkretnej sceny, a teraz Makinov tylko wszystko przekalkował, więc mnie po raz kolejny znudził, zamiast zaskakiwać KONIEC SPOILERA.
Nie lubię tzw. remake’ów całkowitych, które zamiast dodać coś od siebie bezlitośnie, scena w scenę kopiują swojego poprzednika, ponieważ taki zabieg zwyczajnie mnie nudzi – oglądanie tego samego tyle, że z inną obsadą i nowoczesną realizacją dla mnie jest zwykłym pójściem na łatwiznę, w dodatku posiadającym wszelkie właściwości tabletek nasennych. Oczywiście, Makinov zaproponował kilka nowych, nieistotnych dla przebiegu fabuły, krótkich ujęć oraz skrócił pierwszą połowę, ale faktem jest, że wszystkie integralne dla akcji filmu sceny bezlitośnie przekalkował, tym samym proponując średniej jakości horror jedynie osobom niezaznajomionym z dziełem Serradora i mając w głębokim poważaniu fanów „Czy zabiłbyś dziecko?”.

środa, 29 maja 2013

„Jack Reacher: Jednym strzałem” (2012)

Tajemniczy snajper zabija pięć osób. Wszystkie ślady prowadzą do Jamesa Barra, weterana, który zostaje postawiony w stan oskarżenia. Podczas przesłuchania sugeruje śledczemu i prokuratorowi, aby odnaleźli Jacka Reachera, tak zwanego Ducha, który izoluje się od społeczeństwa, starannie zacierając wszelkie ślady, mogące do niego prowadzić. Po obejrzeniu wiadomości o schwytaniu Barra, Jack postanawia połączyć siły z jego obrończynią i znaleźć dowody na niewinność jego kolegi z wojska.
Ostatnimi czasy dosyć głośno było o najnowszym filmie Christophera McQuarrie i bynajmniej jego kinowa dystrybucja nie była najważniejszym czynnikiem popularności „Jacka Reachera”. Niniejszego obrazu najbardziej oczekiwali wielbiciele cyklu książek Lee Childa o weteranie żandarmerii (w filmie piechoty morskiej), który prowadząc wędrowny tryb życia wielokrotnie nagina prawo, aby sprawiedliwości stała się zadość. Jak się okazało wybór Toma Cruise’a do tej roli jeszcze przed premierą spotkał się z ogólnym niezadowoleniem wśród widzów, przede wszystkim przez wzgląd na jego posturę nieodpowiadającą potężnej, wysokiej sylwetce powieściowego Reachera. Jeśli o mnie chodzi to nie jestem zagorzałą fanką twórczości Childa – styl ma całkiem smaczny, aczkolwiek zawsze traktowałam jego książki wyłącznie przez pryzmat czystej rozrywki, bez nadmiernych ekscytacji. Z tego względu, mimo, że w pełni rozumiem niezadowolenie czytelników, sympatyzujących z książkowym Reacherem w ogóle nie przeszkadzał mi Cruise w tej roli. Powiem nawet więcej: jest to aktor, którego zawsze darzyłam daleko posuniętym zamiłowaniem, bowiem nie zwykłam przedkładać życia osobistego sław (które w najmniejszym stopniu mnie nie interesuje) ponad zawodowe, a aktorstwu Cruise’a naprawdę nie ma, czego zarzucić. W przypadku kreacji Reachera nie miał się zanadto czym popisać, ponieważ specyfika tej postaci nie dopuszcza przesadnej mimiki – opiera się na stateczności i powadze, co wcale nie oznacza, że nie posiada poczucia humoru, które niejednokrotnie podczas seansu wywoływało uśmiech na mojej twarzy i było jednym z kluczowych elementów, rozbudzających we mnie głęboką sympatię do tej postaci.
„Jack Reacher: Jednym strzałem” to mieszanka thrillera z filmem akcji, z przewagą, na szczęście, tego pierwszego. Po filmie hollywoodzkim spodziewałam się ciągłych pościgów, strzelanek i walk wręcz z maksymalnym wykorzystaniem efektów specjalnych. Oczywiście, te integralne dla sensacji elementy również się pojawiają, aczkolwiek bardziej skupiają się na nasyceniu fabuły umiarkowanym dynamizmem, aniżeli popisywaniu się nowoczesną technologią. Świetnym przykładem może być tutaj scena walki przed barem, kiedy to Reacher w swój zwykły, jakże sympatyczny, luzacki sposób rozprawia się z pięcioma napastnikami – uprzednio lojalnie ich ostrzegając, co nacechowano sporą dozą idealnie współgrającego z akcją komizmu. Właściwie cała oś fabularna skupia się tylko i wyłącznie na Reacherze, który za pomocą zwykłej dedukcji, opartej na dowodach, potrafi rozwikłać najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne. Partnerująca mu w śledztwie młoda prawniczka, córka prokuratora nieodmiennie usuwa się na drugi plan, mając być jedynie ozdobą dla głównego bohatera, w czym zawinił nie tyle scenariusz, ale beznamiętna kreacja Rosamund Pike, która nie potrafiła wykrzesać z siebie większych, przekonujących widza emocji.
Sama intryga kryminalna, choć skomplikowana nie odznacza się jakimiś większymi zaskakującymi fajerwerkami. Ot, mamy pięć zastrzelonych ofiar, a zadaniem Reachera jest udowodnić niewinność oskarżonego, odnaleźć prawdziwego sprawcę i ukarać go. Rezultaty jego śledztwa, tak pełnego dynamizmu, dowcipu i porażającej dedukcji z pewnością nie pozostawią widzów w stanie oszołomienia, aczkolwiek należy oddać twórcom sprawiedliwość, że udało im się tak mało spektakularne śledztwo przedstawić w tak wciągający sposób, w czym szczególne zasługi miała charakterystyka cwanego Jacka Reachera.
Szczerze mówiąc nie spodziewałam się po tym filmie niczego nadzwyczajnego i w gruncie rzeczy niczego takiego nie dostałam, aczkolwiek nie podejrzewałam, że seans tak mocno mnie zaangażuje i nawet, jeśli szybko o nim zapomnę to nie mogę powiedzieć, aby w jakimkolwiek stopniu mnie znużył. Jedno jest pewne: tej kreacji Cruise’a nigdy nie puszczę w niepamięć – znakomita postać, której nie można nie polubić.
Za płytę DVD bardzo dziękuję sklepowi internetowemu FilmFreak
Płyta DVD zawiera reportaż poświęcony walkom i broni z filmu oraz kod, dający dwutygodniowy darmowy dostęp do bazy ponad 2 tys. ebooków – promocja ważna tylko do 31 grudnia tego roku.

wtorek, 28 maja 2013

Max Brooks „World War Z”

W Chinach pojawia się dziwna choroba, zamieniająca ludzi w zombie i rozprzestrzeniająca się poprzez ugryzienie. Mimo błyskawicznego wydostania się wirusa poza granice Chin i systematycznego zarażania coraz większej rzeszy niczego niespodziewających się obywateli całego świata, władze niektórych państw zwlekają z ostrzeżeniem ludzi, w obawie przed paniką. Wcześniej czy później ludzie dostrzegą zagrożenie, ale wówczas obrona przed żywymi trupami będzie znacznie utrudniona ich milionową liczebnością.
„Po raz pierwszy w historii ludzkość walczyła z przeciwnikiem prowadzącym wojnę totalną. Oni nie mieli limitu wytrzymałości. Oni nigdy nie negocjowali, nigdy nie kapitulowali. Walczyli do końca, bo w odróżnieniu od nas, każdy z nich, w każdej sekundzie miał tylko jeden cel: zniszczyć życie na Ziemi.”
Znacie filmy Mela Brooksa, tego znanego reżysera, producenta i aktora? Jego syn, Max, jak widać również zajął się sztuką, choć ma nieco inne zainteresowania od swojego ojca. Pierwszą książką Brooksa była „Zombie Survival”, po raz pierwszy wydana w 2003 roku i będąca śmiertelnie poważnie napisanym poradnikiem dla ludzi, pragnących przeżyć atak zombie. Trzy lata później autor postanowił nieco rozbudować swój pomysł i w ten sposób powstała głośna powieść zatytułowana „World War Z”, stanowiąca relację osób (zarówno wojskowych, jak i cywili), którzy przeżyli największą i najbardziej tragiczną dla ludzkości wojnę z żywymi trupami, oblegającymi cały świat. W lipcu tego roku na ekrany polskich kin trafi wysokobudżetowa hollywoodzka adaptacja dzieła Brooksa z Bradem Pittem w roli głównej, aczkolwiek rozmach, z jakim została zrealizowana każe mi podejrzewać, że zamysł Brooksa gdzieś się zatraci pośród tych wszystkich widowiskowych efektów specjalnych. Mam nadzieję, że się mylę, bo niniejsza książka zasługuje na godną swego geniuszu ekranizację.
„Powiadają, że wielkie czasy rodzą wielkich ludzi. Ja w to nie wierzę. Widziałem zbyt wiele podłości i słabości. Ludzi, którzy powinni byli stanąć na wysokości zadania, a nie stanęli, bo albo nie umieli, albo nie chcieli. Chciwość, strach, głupotę i nienawiść.”
Użyłam słowa „geniusz”, więc wypadałoby się z tego wytłumaczyć. Otóż, w czasach kiedy nurt zombie, zarówno w literaturze, jak i filmie może pochwalić się niemalże jedynie daleko idącą schematycznością, Max Brooks pisze książkę, która w zamyśle ma być przestrogą dla ludzkości, w razie wybuchu epidemii zombizmu w przyszłości, co zważywszy na śmiertelnie poważny ton niniejszej powieści dla autora jest ewentualnością szalenie prawdopodobną. W tym celu wymyśla scenariusz wojny totalnej z żywymi trupami i przyjmując rolę mężczyzny zbierającego materiały do książki w kilka lat po odzyskaniu przez ludzkość Ziemi wyrusza dookoła świata, aby przeprowadzić wywiady z osobami, mającymi coś interesującego do powiedzenia o swoich niedawnych przeżyciach, o swojej walce z zombie i sposobami przerwania. A to wszystko po to, żebyśmy w przypadku wybuchu takiej zarazy wiedzieli, jak się bronić, jak przeżyć lub przynajmniej zginąć, zabierając ze sobą jak największą liczbę wrogów. Brooks garściami czerpie z klasycznych zombie movies George’a Romero w przypadku kreacji antagonistów – jego Zaki (bo tak zwie je pokolenie wojny totalnej) to masy rozkładającego się ciała, poruszające się wolnym, posuwistym krokiem, a zabić ich można jedynie strzałem w głowę. Pewną nowością w ich charakterystyce jest ograniczony czas działania, bowiem pozbawione funkcji życiowych zwłoki nie mogą powstrzymywać degeneracji ciała w nieskończoność oraz brak odporności na mróz – zimą zamarzają, aby w czasie odwilży odtajać i na powrót rozpocząć poszukiwanie pożywienia. Choć każdy zombie jest autonomicznym bytem, niedbającym o własne życie, kierowanym jedynie instynktem to każdy opanował zdolność nawoływania „kolegów” za pomocą wysokiego pisku do miejsc, obfitujących w ludzkie mięso. Pomimo wrodzonej powolności Zaków ludzkość, niejako „wzięta z zaskoczenia”, nieprzygotowana na tego rodzaju wojnę z dnia na dzień traci na liczebności, bo każdy człowiek, który wpadnie z ręce wroga automatycznie przejdzie na jego stronę. Ludzie mają broń i najnowocześniejsze sprzęty technologiczne, ale przez długi czas przeszkadzają im integralne dla człowieczeństwa cechy – zarówno wady, jak i zalety, które powoli, lecz nieubłaganie przechylają szalę zwycięstwa na korzyść Zaków.
„Prawda była taka, że cokolwiek by się robiło, istniała szansa na to, że już nigdy nie będzie żadnej przyszłości. Prawdą było to, że staliśmy na skraju zagłady gatunku ludzkiego.”
„World War Z” nie jest stricte horrorem, bowiem pomimo obecności odrażających żywych trupów i kilku jakże zniesmaczających wątków, Brooks szczególny nacisk położył na aspekty polityczne, psychologiczne i socjologiczne życia w apokaliptycznych realiach. Chcąc być maksymalnie obiektywnym postarał się wspomnieć o zarówno pozytywnych, jak i negatywnych zachowaniach ludzkości, postawionej w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Tak, więc czytelnik będzie miał okazję poznać reakcje różnych społeczeństw wychowanych w całkowicie odmiennych kulturach (od materialistycznych Stanów Zjednoczonych, przez biedną Kubę po czczącą swojego ukochanego przywódcę Koreę Północną), których zachowanie przez długi okres wojny kształtuje wychowanie. Dla przykładu na Ukrainie na rozkaz dowódców żołnierze zaczną praktykować „dziesiątkowanie”, czyli zabijanie, co dziesiątego kompana, a stęsknione za dostępem do wszystkich udogodnień współczesnego życia Stany Zjednoczone nie zawahają się przed spożywanie mięsa swoich zmarłych kolegów. Natomiast wszystkie kraje świata zostaną zmuszeni, nie z wyboru, ale z konieczności, wykorzystać pomysł pewnego uczonego do zatrzymania hordy żywych trupów. Sposób tak prosty, że aż przerażający: wykorzystywanie cywilów do odwrócenia ich uwagi. Oczywiście zapatrzona w swój własny gatunek ludzkość wkrótce poczyni spory krok naprzód – zacznie współpracować (a nie jak na początku wojny wykorzystywać) ze zwierzętami, szczególnie psami, które notabene bardzo przyczynią się do ostatecznego zwycięstwa ludzkości. Po wielu trudach i znojach ludzkość znów będzie przodującym gatunkiem na Ziemi, powróci również kapitalizm, a pieniądz odzyska swoją wartość – dla jednych krajów będzie to zbawiennie, ale należy pamiętać, że niektóre społeczeństwa pomimo nieustannie czyhającego niebezpieczeństwa nauczyły się godnie egzystować w tych nieludzkich warunkach – jeśli tylko przed wojną nie wykazywali obsesyjnej miłości do materializmu.
O książce Brooksa mogłabym pisać w nieskończoność, ponieważ posiada taki ogrom pouczających, wręcz moralizatorskich (ale niezwykle trafnych w swej wymowie) wątków, że chyba każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Jeśli o mnie chodzi najmocniej ukontentowały mnie ustępy polityczne, socjologiczne i psychologiczne (najbardziej przygnębiające w swej wymowie), a szczególnie zmęczyły rozwlekłe opisy nowoczesnych sprzętów, taktyki wojennej i broni, co wcale nie znaczy, że ktoś inny nie odnajdzie się akurat w tych wątkach. Jeśli gustujecie w dojrzałej prozie, pełnej drobiazgowych, ale rzadko nużących opisów na temat jakże prawdopodobnej hipotetycznej wojny z żywymi trupami to zapraszam do lektury. Nie żałuję czasu poświęconego na przeczytanie ani jednej stronicy „World War Z”, a wręcz przeciwnie – jestem wniebowzięta, że przyszło mi zapoznać się ze znakomitym piórem Maxa Brooksa.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 27 maja 2013

„Dark Skies” (2013)

Recenzja na życzenie
Lacy i Daniel Barrett mieszkają wraz z synami, Jessem i Samem, na spokojnym przedmieściu. Mimo problemów finansowych wiodą raczej szczęśliwe życie, do czasu, aż w ich monotonną egzystencję wkroczą nadnaturalne siły. Początkowo Lacy i Daniel podejrzewają swojego młodszego syna o przestawianie mebli w kuchni, myśląc, że chłopak lunatykuje. Jednak późniejsze, przerażające wydarzenia każą Lacy, jako pierwszej uwierzyć, że nie jesteśmy sami we wszechświecie.
Twórca efekciarskiego kina („Legion”, „Ksiądz 3D”), Scott Charles Stewart, tym razem postanowił nakręcić subtelny, nastrojowy horror science fiction, garściami czerpiący z klasyki gatunku, ale równocześnie eksplorujący swój własny pomysł. Aż do teraz byłam przekonana, że „Mama” osiągnęła szczyt budowania grozy, na jaki stać tegorocznych twórców horrorów, że lepiej już na pewno nie będzie. I nawet w najśmielszych snach nie marzyłam, że rok 2013 dostarczy mi niepokojącej rozrywki, która wręcz przyspawa mnie do ekranu.
Po takich zachwytach wypadałoby przejść do plusów tej produkcji, jednakże ja przekornie zacznę od jedynego mankamentu. Otóż, cytat zamieszczony na początku seansu zdradza widzom, o czym będzie traktował „Dark Skies”, co tym bardziej trudno twórcom wybaczyć, biorąc pod uwagę tak znany wielbicielom horrorów, klasyczny motyw, wykorzystywany w ghost stories. Mamy czteroosobową rodzinę (z której aktorsko najlepiej prezentuje się Keri Russell), będącą świadkiem coraz dziwaczniejszych wydarzeń, rozgrywających się w ich domu – nocne przestawianie przedmiotów w kuchni, włączający się alarm i zniknięcie zdjęć z salonu. Standardowy scenariusz nadnaturalnych wydarzeń, które z niewinnej, acz jakże przerażającej zabawy z dnia na dzień przekształcają się w coraz bardziej zagrażające bezpieczeństwu naszych bohaterów incydenty. Kilkaset ptaków rozbija się o ich domostwo, najmłodszy syn, niczym bohaterki „Ducha” i remake’u „Amityville”, prowadzi długie, nocne rozmowy z niewidocznym bytem, a „głowa rodziny” na własnoręcznie zamontowanym monitoringu dostrzega dziwne zakłócenia obrazu. Z czasem robi się jeszcze bardziej niepokojąco i gdyby nie początkowy cytat widz byłby przekonany, że oto ma do czynienia z klasyczną ghost story, co zaowocowałoby prawdziwą niespodzianką w drugiej części seansu. Niestety, zaskoczenia na wieść o tym, że antagonistami tym razem są kosmici, a ściślej Szaraki, nie będzie, co wcale nie znaczy, że „Dark Skies” dużo na tym straci. Stewart nie tylko postarał się o maksymalnie profesjonalną realizację, ale również zadbał o drobne, acz jakże ważne w horrorze szczegóły, tym bardziej potęgujące i tak już mroczną, trzymającą w ciągłym napięciu fabułę. Wielkie brawa należą się kompozytorowi, Josephowi Bishara, który samym tylko piszcząco-szumiącym dźwiękiem potrafił zjeżyć włosy na mojej głowie, a jeśli dodać do tego przemyślnie zwizualizowane jump sceny to pod kątem budowania atmosfery wszechobecnej grozy „Dark Skies” wpisuje się do ścisłej czołówki współczesnych nastrojówek.
Stewart zrezygnował z przewidywalnych scen, bazujących bardziej na zaskoczeniu, aniżeli przerażeniu odbiorcy (czyt. jump sceny), które na ogół pełną napięcia sekwencję nagradzają trywialnym wydarzeniem, jak na przykład trzaśnięcie drzwi. Oczywiście tutaj, pod koniec, również mamy taki moment, ale przez resztę projekcji będziemy świadkować naprawdę niepokojącym kulminacjom – owszem, bazującym przede wszystkim na zaskoczeniu, aczkolwiek chyba nikt nie powie, że w niektórych momentach, nie poczuł lekkiego niepokoju i przewidział, w której dokładnie sekundzie coś dziwnego wskoczy w kadr, jak na przykład w trakcie „objawienia” Sama z wyłupionymi oczami, albo w czasie mojej ulubionej sceny, tj. walenia głową w szybę przez Lacy – zapoczątkowaną, jakże smacznymi wizualnie mechanicznymi ruchami, będącymi odpowiedzią na słyszalne tylko dla niej sygnały od kosmitów. Mogłabym tak bez końca przytaczać przykłady czysto horrorowych scen, w które obfituje „Dark Skies”, ale chyba szybciej będzie, jeśli po prostu powiem, że absolutnie każda tego rodzaju sekwencja wprawiła mnie w daleko posunięty zachwyt swoim dopracowaniem, wyczuciem gatunku i przede wszystkim całą tą mroczną otoczką. Oczywiście, główny motyw fabularny do oryginalnych na pewno nie należy, ale mnie w ogóle to nie przeszkadza, jeśli tylko twórcy mają swój własny pomysł na umiejętne poprowadzenie akcji, co bez wątpienia ma miejsce w tym przypadku. Weźmy dla przykładu postać znawcy kosmitów, do którego zwracają się zrozpaczeni Barrettowie, który przecież jest swoistą analogią do tych wszystkich poszukiwaczy duchów z klasycznych ghost stories – pozornie dziwak, ale z czasem jego teorie spiskowe przekonują nie tylko protagonistów filmu, ale również nas, widzów i mimo, że ów mężczyzna jest tylko kolejną inspiracją, zaczerpniętą z innych nastrojówek to zamiast irytować idealnie wpasowuje się w oś fabularną, przy okazji znacznie ją uatrakcyjniając.
Dopiero w finale przyjdzie nam zobaczyć Szaraków w prawie całej okazałości, bowiem, i tutaj kolejna miła niespodzianka, specjalista od efekciarstwa Stewart zrezygnował z nadmiernej ingerencji komputera, nakazując antagonistom stać w cieniu, który zarysuje jedynie ich niepokojące, powykręcane sylwetki. Samo zakończenie jest mocno przewidywalne, ale po zastanowieniu muszę przyznać, że nie było innej alternatywy na dołujące i przede wszystkim spójne z poprzednimi wydarzeniami rozwiązanie akcji, więc wybór twórców jak najbardziej trafny.
Nie przepadasz za horrorami science fiction? Wolisz niepokojące ghost stories? To znakomicie się składa, bo mimo specyfiki antagonistów „Dark Skies” garściami czerpie z integralnych motywów filmów o duchach, a dynamiczna fabuła, pełna znakomicie zrealizowanych jump scenek i oszczędnej ingerencji efektów komputerowych to prawdziwa uczta dla największych wyjadaczy nastrojówek. Jak dla mnie to jeden z najlepszych klimatycznych horrorów XXI wieku – naprawdę ciężko będzie współczesnym twórcom coś takiego przebić.

niedziela, 26 maja 2013

Autorzy „Zombiefilii” już znani!

Twórcy pierwszej w Polsce antologii o zombie „Zombiefilia” ujawniają listę autorów, którzy znajdą się w zapowiadanym niedawno zbiorze.
Są to:
Carlton Mellick III
Dawid Kain
Krzysztof T. Dąbrowski
Magdalena M. Kałużyńska
Aleksandra Zielińska
Grzegorz Gajek
Marcin Rojek
Łukasz Radecki
Michał Stonawski
Marcin Podlewski
Paweł Waśkiewicz
Rafał Christ
Karol Mitka
Maciej Kaźmierczak
Sylwia Błach
Artur Kuchta
Paulina Kuchta
Do antologii dołączą jeszcze autorzy wyłonieni z konkursu na opowiadanie organizowanego przez twórców zbioru. Zombiefilia będzie dostępna jako darmowy ebook na platformie wydaje.pl w pierwszej połowie lipca. Informacje o dokładnej dacie premiery i laureatach konkursu będzie można znaleźć na fanpage’u, gdzie pojawiają się na bieżąco aktualizowane newsy o Zombiefilii.

Zapraszamy na stronę: tutaj

sobota, 25 maja 2013

„Elektroniczna ruletka” (1994)

Szesnastoletni Michael jest zagorzałym fanem gier komputerowych i filmów grozy. Kiedy jego przyjaciel znajduje reklamę interaktywnej gry pt. „Brainscan” w „Fangorii”, spragniony mocnych wrażeń Michael bez chwili zwłoki zamawia jeden egzemplarz. Pierwszy kontakt z niezwykle realistycznym wirtualnym światem „Brainscan”, w którym chłopak wciela się w postać mordercy i bestialsko zabija śpiącego mężczyznę jest dla niego zupełnie nowym intensywnym doznaniem, które wprawia go w głęboką euforię. Do czasu, aż odkryje, że w jego sąsiedztwie zamordowano mężczyznę w dokładnie taki sam sposób, jak to miało miejsce w grze – na dowód czego Michael znajduje odciętą stopę w swojej lodówce.
Mam słabość do Edwarda Furlonga z lat 90-tych, głównie za sprawą kultowego „Terminatora 2”, więc gdy tylko dowiedziałam się, że w „Elektronicznej ruletce” przypadła mu główna rola bez chwili zwłoki przystąpiłam do seansu. Reżyser, John Flynn, świadomie nacechował swój horror science fiction elementami typowo młodzieżowymi, mając raczej ambicję stworzyć lekki, odprężający film grozy, aniżeli poważne dzieło, które mogłoby przerazić odbiorców. I jako taka niewymagająca myślenia produkcja „Elektroniczna ruletka” okazuje się być całkiem smaczna zarówno fabularnie, jak i warsztatowo.
Lata 90-te były dla Edwarda Furlonga zarówno okresem debiutów, jak i pełnego rozkwitu aktorskiego – chyba każda jego postać kreowana w tej dekadzie miała w sobie to coś, co skutecznie wzbudzało sympatię widza do jego osoby. Tak jest i tutaj, choć należy oddać twórcom sprawiedliwość, że wiarygodnej grze Furlonga znacznie pomógł zgrabny scenariusz, skupiający się na postaci nastoletniego Michaela, przypadkiem uwikłanego w serię okrutnych mordów, mających miejsce na spokojnych przedmieściach, w jego bliskim sąsiedztwie. A wszystkiemu winna jest interaktywna gra, „Brainscan”, która dostając się do podświadomości gracza, wyzwala jego najgorsze instynkty, popychając go do zbrodni. Pierwszego mordu Michael dokonuje całkowicie nieświadomie, przekonany, że czyn, którego się dopuszcza jest tylko i wyłącznie częścią wirtualnego świata, co szybko zweryfikuje po obejrzeniu wiadomości i otworzeniu lodówki, w której spoczywa odcięta stopa ofiary. Przerażony chłopiec będzie miał jeszcze więcej kłopotów po wizycie osobliwego człowieka, podsiadającego nadnaturalne zdolności, który jak się wkrótce okaże jest częścią gry. Muszę przyznać, że ta komiczna postać cwanego manipulanta, która szybko uwikła Michaela w kolejne zabójstwa odrobinę mnie irytowała – chyba przede wszystkim przez swoją do bólu sztuczną, kiczowatą wymowę, w końcu większość miernych efektów komputerowych pojawia się z jej powodu (szczególnie w trakcie finalnej walki z Michaelem). Za to wszystkie wydarzenia skupiające się tylko na osobie głównego bohatera (łącznie z jego romansem z dziewczyną z sąsiedztwa) spowija umiejętnie potęgowany, głównie za sprawą nastrojowej ścieżki dźwiękowej, gęsty klimat grozy, który wespół z oszczędnie krwawymi morderstwami, których chłopak się dopuszcza przebywając w wirtualnym świecie, skutecznie przyciągają uwagę widza na tyle, aby jeśli nie w całkowitym to przynajmniej w średnim zainteresowaniu śledził bieg dalszej historii. A ta z minuty na minutę nabiera coraz większego tempa, w podtekście sugerując nam niebezpieczeństwo obcowania z brutalną fikcją, która z czasem może doprowadzić do poszukiwania coraz mocniejszych wrażeń. W końcu właśnie z tego powodu Michael sięgnął po „Brainscan” – chciał przeżyć coś, co nim wstrząśnie, bowiem zdążył już uodpornić się na wirtualną przemoc. Pytanie tylko, czy i tak zdecydowałby się zagrać, gdyby wiedział, że to nie fikcja tylko rzeczywistość, czy jego ciekawość byłaby na tyle duża, aby na własnej skórze doświadczyć prawdziwej zbrodni? Na to pytanie każdy widz będzie musiał odpowiedzieć sobie sam, w czym być może pomoże mu dalsze zachowanie Michaela, który kierowany strachem wikła się w kolejne brutalne zabójstwa, aby odwrócić uwagę śledczych od własnej osoby – tym samym stając się seryjnym mordercą, przed którym drżą wszyscy mieszkańcy na pozór spokojnego przedmieścia.
Zakończenie, niestety, można bez problemu przewidzieć, a co jeszcze gorsze w ogóle nie pasuje do tak dobrze znanych współczesnym widzom nieszczęśliwych finałów, mnożących się w obecnych produkcjach grozy. Przyzwyczailiśmy się już, że happy endy w horrorach są niewskazane, stąd moje rozczarowanie końcówką „Elektronicznej ruletki”, mimo, że wcześniejsza fabuła dosyć mocno zaangażowała mnie emocjonalnie – ciekawy główny bohater, intrygujący pomysł na film i przede wszystkim przyzwoity klimat grozy, jakiego nie uświadczymy we współczesnych horrorach. Na kiczowate efekty specjalne naprawdę można przymknąć oko - kilka nawet mnie zadowoliło, bowiem ten nieśmiertelny kicz w starych produkcjach, jeśli tylko nie pojawia się w nadmiarze, co niestety miało miejsce w późniejszej części tej produkcji, pozwala mi choć na chwilę przenieść się do tych przeszłych, tak dobrych dla filmowego horroru czasów. Słowem: całkiem znośna, lekka, nastrojowa produkcja wprost idealna na nudny wieczór.

czwartek, 23 maja 2013

Głosowanie – zombie movies

Czas na następne głosowanie. Tym razem na tapetę weźmiemy zombie movies, jeden z najbardziej rozpoznawalnych nurtów horroru. W komentarzach bądź mailowo (buffy1977@wp.pl) proszę podawać tytuły dwóch swoich ulubionych horrorów o żywych trupach. Kraj produkcji i data premiery nie ma znaczenia – ważne, aby w filmie pojawiały się zombie. W przypadku filmów, które doczekały się remake'ów proszę podawać datę produkcji - brak daty będzie poczytywany, jako głos oddany na oryginał. Czas głosowania nieokreślony – kiedy spłynie wystarczająca ilość głosów na blogu pojawi się kolejne zestawienie top, stworzone przez Was. Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy.

środa, 22 maja 2013

Stephen King „Martwa strefa”

Młody nauczyciel, John Smith, bierze udział w wypadku samochodowym, na skutek którego zapada w śpiączkę. Lata mijają, jego ojciec i dziewczyna tracą już nadzieję, że kiedykolwiek się obudzi. Jedynie fanatycznie religijna matka Johnny’ego nie ma wątpliwości, że jej syn wkrótce „wróci pośród żywych”, aby wypełnić zadanie wyznaczone mu przez Boga. I rzeczywiście, Smith budzi się po pięćdziesięciu pięciu miesiącach i odkrywa, że nie tylko stracił duży kawałek życia, ale również prawie wszystko, na czym mu zależało. Na domiar złego posiadł zdolność jasnowidzenia, która znacznie utrudnia mu egzystencję wśród ludzi, a niedługo po wyjściu ze szpitala staje się głównym powodem narażania się Johnny’ego na śmiertelne niebezpieczeństwa.
„Pamiętaj, są rzeczy, których lepiej nie oglądać, i rzeczy, które lepiej zgubić niż znaleźć.”
Po raz pierwszy wydana w 1979 roku ulubiona książka Stephena Kinga ze wszystkich, które napisał. Choć bardzo sobie cenię „Martwą strefę”, na pewno nie nazwałabym jej najlepszym dziełem tego autora, aczkolwiek przyznaję, że główny bohater zajmuje w moim sercu poczesne drugie miejsce (po Johnny’m Marinvillu) z plejady wszystkich protagonistów przewijających się przez twórczość Kinga. „Martwą strefę” ciężko jest nazwać horrorem w ścisłym znaczeniu tego słowa, bo choć jasnowidzenie Johnny’ego można przypisać do tego gatunku to już reszta wydarzeń rozgrywających się w powieści posiada wszelkie znamiona thrillera – czasem kryminalnego (wątek z „Dusicielem z Castle Rock”), a kiedy indziej politycznego. A to wszystko spowija melancholijny klimat niesprawiedliwej straty, przekleństwa i beznadziei egzystencjalnej, które to uczucia bez przerwy atakują Johnny’ego.
„Czy nie zasługuje na choćby odrobinę dyskrecji? Czy nie ma prawa do tego, o czym myślał zaledwie kilka chwil temu – do normalnego życia? Człowieku, przecież coś takiego nie istnieje.”
W „Martwej strefie” King zrezygnował z tak typowego dla swej prozy gawędziarstwa – postawił na prostotę przekazu i o dziwo w moim mniemaniu jest to jedyna książka tego autora, której brak wodolejstwa wyszedł na dobre. Powieść wyraźnie dzieli się na cztery części, rozgraniczone przede wszystkim miejscem akcji. Na początku będziemy świadkować randce Johna z jego dziewczyną Sarą, z której zapamiętamy przede wszystkim rekordową wygraną mężczyzny na kole fortuny (jeszcze przed wypadkiem miewał przebłyski jasnowidzenia). Po kraksie samochodowej, kiedy Johnny zapadnie w śpiączkę King najmocniej skupi się na jego opętanej manią religijną matce – jej postać miała być swego rodzaju przestrogą dla czytelnika, mówiącą, że cienka granica dzieli głęboką wiarę od niebezpiecznego fanatyzmu. Kiedy nasz bohater w końcu wyjdzie ze śpiączki odkryjemy, że nie sposób nie zapałać do niego głęboką sympatią. Współczucie na skutek jego tragedii osobistej (bolesna rekonwalescencja, utrata niemalże pięciu lat życia, śmierć matki, jasnowidzenie i strata dziewczyny) będzie się mieszało w naszych sercach ze zwykłym podziwem dla jego wytrwałości w dążeniu do lepszego jutra i niezachwianego kręgosłupa moralnego. Kiedy Johnny opuści szpital i nastąpi preludium do drugiej części powieści odwiedzi go dziennikarz, Richard Dees, znany z opowiadania Kinga, zamieszczonego w zbiorze „Marzenia i koszmary” pt. „Nocny latawiec” (tak typowa dla Kinga intertekstualność) i to właśnie wtedy będziemy świadkami najmocniej podkreślonej dobroci naszego protagonisty, która objawia się przede wszystkim dbałością o dobro innych, a nie swoje własne. Ponadto druga część powieści skupi się na śledztwie w sprawie tzw. „Dusiciela z Castle Rock”, które podobnie jak wszystkie widowiskowe objawy jasnowidzenia Johnny’ego podkreśli denerwującą tendencję ludzkości do poszukiwania tanich sensacji i tłamszenia talentu innych w zarodku. Smith dokonuje rzeczy wspaniałych, nie tylko pomagając personelowi szpitala i szeryfowi poszukującemu mordercy, ale również w części trzeciej powieści ratując niewinnych ludzi z katastrofy. I co dostaje w zamian? Nieustanne ataki dziennikarzy, listy z pogróżkami i ostracyzm społeczny, który dobija go najmocniej – w końcu ludzie boją się go dotknąć, patrzą na niego, jak na jakąś atrakcje w cyrku, nie rozumiejąc, że jego talent może znacznie przysłużyć się ludzkości.
„Gdybyś mógł wskoczyć w maszynę czasu i przenieść się w 1932 rok, czy zabiłbyś Hitlera?”
Najważniejszym wątkiem „Martwej strefy” są wybory i postać Grega Stillsona, niezależnego kandydata, którego King pokrótce pozwoli nam poznać już na początku powieści. Greg to psychopata, który na skutek przemyślanej kampanii wyborczej szybko pokonuje kolejne szczeble drabiny, prowadzącej do największej władzy w państwie – prezydentury. Johnny dzięki swoim zdolnościom wie, że Greg w końcu zamieszka w Białym Domu i doprowadzi do globalnej tragedii. Pytanie tylko, co z tą wiedzą pocznie? Czy zaryzykuje własne życie, aby go powstrzymać, czy raczej pozostawi wszystko własnemu biegowi? UWAGA SPOILER Zakończenie dobitnie udowadnia czystość serca Johnny’ego, który postanawia poświęcić absolutnie wszystko dla dobra ogółu – dla dobra ludzkości, która w trakcie jego krótkiego życia tak bardzo go skrzywdziła. Od początku do końca kieruje się godną pochwały (i zazdrości) moralnością… aż do jakże wzruszającej śmierci KONIEC SPOILERA.
„Jeśli jego talent był darem bożym, to Bóg jest niebezpiecznym szaleńcem, którego należy natychmiast powstrzymać.”
„Martwa strefa” to powieść wielowątkowa, poruszająca przede wszystkim problemy niezwyczajnego człowieka, pragnącego jedynie żyć normalnie, co niestety jest niemożliwe w przypadku posiadania mocy jasnowidzenia. To opowieść o stracie i beznadziei egzystencjalnej, skupionych na iście tragicznej i wręcz nierealnie moralnej postaci, która cokolwiek zrobi i tak nie osiągnie niczego zwyczajnego: akceptacji społecznej, posady nauczycielskiej, miłości dziewczyny itd. Jej przeznaczeniem są rzeczy wielkie – owszem, mocno przerażające i skazujące na wieczną nienawiść społeczeństwa, ale jednak wielkie.

wtorek, 21 maja 2013

„Nieznajomi” (2008)

Recenzja na życzenie (Paulina)
Zaraz po weselu znajomych Kristen i James docierają do letniego domku rodziców mężczyzny, gdzie zgodnie z jego planem mieli spędzić romantyczną noc. Niestety, kiedy Kristen odmówiła przyjęcia zaręczynowego pierścionka atmosfera między nimi uległa znacznemu pogorszeniu. Oboje pragnęli tylko jednego – dotrwać do rana i przerwać tę niezręczną sytuację. Niestety, ich plany zakłóciła grupa zamaskowanych „dowcipnisiów”, którzy z sobie tylko znanych powodów postanowili wciągnąć Kristen i Jamesa w okrutne gierki, w których stawką jest ich życie.
Amerykanie mają to do siebie, że ilekroć jakiś film innej narodowości odniesie komercyjny sukces, bez większej zwłoki kręcą swoją, lekko zmodyfikowaną wersję. Tak też jest w przypadku „Nieznajomych” Bryan’a Bertino – remake’u francusko-rumuńskiego obrazu z 2006 roku zatytułowanego „Oni”. Jak szumnie zapowiada wstępny komunikat do filmu jest on inspirowany faktami, z zaznaczeniem, że brutalnych wydarzeń tamtej nocy do dzisiaj nie zdołano wyjaśnić. Stąd można domniemywać, że oprawców nigdy nie złapano, a film jest jedynie luźną interpretacją losu, jaki spotkał Kristen i Jamesa. Z drugiej strony jednak sam Bertino twierdził, że „Nieznajomych” (oprócz filmu „Oni”) zainspirowała niechlubna działalność tzw. „Rodziny Charlesa Mansona”, którzy również swego czasu prowadzili okrutne gierki ze swoimi ofiarami, napadanymi w ich domach. Jaką wersję by nie przyjąć faktem jest, że fabuła „Nieznajomych” tak mocno skłania się ku schematyczności, że bez problemu można ją zestawiać z różnymi głośnymi zbrodniami, mającymi miejsce w przeszłości.
Seans „Nieznajomych” nasunął mi na myśl „Funny Games” Michaela Haneke, w którym o wiele lepiej wypadły wyrafinowane gierki oprawców z ofiarami, które bawiły tylko tych pierwszych. Klimat natomiast nie miał nic wspólnego z duszącą aurą pierwowzoru – prędzej skojarzył mi się z powstałym rok wcześniej „Motelem”, który również stawiał na systematyczne potęgowanie napięcia, wywołanego uwięzieniem małżeństwa na terenie wroga, tyle, że w zestawieniu z „Nieznajomymi” prezentował się o wiele smaczniej. Bertino w swoim thrillerze (tak, to jest thriller, choć wielu widzów z sobie tylko znanych powodów woli nazywać go horrorem) postawił na prostą, chwilami wręcz nudnawą konstrukcję fabularną typu: uwięziona na odludziu parka i trójka zamaskowanych oprawców-„dowcipnisiów”, prowadzących z nimi okrutne gierki, owocujące uciekaniem naszych protagonistów z przysłowiowego kąta w kąt. Właściwa akcja rozpoczyna się z chwilą dobijania się do drzwi blondwłosej dziewczyny, pytającej o Tamarę – jak się z czasem okaże informacja udzielona jej przez Jamesa, że nikt taki tu nie mieszka nie powstrzyma jej przed kolejnymi natarczywymi wizytami „w poszukiwaniu” Tamary. Oczywiście, widz z miejsca wyczuje, że oto rozpoczęła się mordercza gra, w której Kristen i James odegrają rolę zamkniętych w potrzasku królików. Kiedy nieświadomy niczego mężczyzna wybierze się na nocną przejażdżkę, a jego dziewczyna w tym czasie skonfrontuje się z zamaskowanymi oprawcami reżyser da nam przedsmak tego, czemu będziemy świadkować w dalszej części seansu – moment, w którym zabarykadowana w pokoju Kristen „w pełnej napięcia” ciszy nasłuchuje zbliżających się w jej stronę odgłosów kroków wbrew zamiarom twórców w ogóle nie przyprawia odbiorcy o szybsze bicie serce, bowiem doskonale zdaje on sobie sprawę, że do pokoju nie wkroczy psychopata tylko jej chłopak. Właśnie w takim tonie utrzymano wszystkie mające trzymać w napięciu sceny – schematyczność pozwala bez problemu przewidzieć, kiedy i z której strony nastąpi atak, co niestety owocuje coraz mocniej nasilającą się nudą.
Duet Liv Tyler i Scotta Speedmana prezentuje się całkiem przekonująco, aczkolwiek charakterologicznie lepiej skonstruowano postać mężczyzny, z którym łatwiej było mi sympatyzować, co nie znaczy, że udało mi się z nim utożsamić – niestety, z czasem nudne, pozbawione jakichkolwiek elementów zaskoczenia chaotyczne ucieczki protagonistów sprawiły, że było mi wszystko jedno, czy przeżyją, czy też nie (zresztą, czemu miałoby być inaczej? W końcu już pierwsze dwadzieścia minut seansu pozwoliło mi domyślić się, jak ta historia się skończy). Jeśli zaś chodzi o oprawców to w moim mniemaniu w tych fantazyjnych maskach prezentowali się całkiem niepokojąco – dodatkowy dyskomfort widza wywoływał też całkowity brak motywów psychopatów. James powiedział o jednej z nich, że wygląda jak duch, a jak się z czasem okaże cała ta „wesoła” trzyosobowa grupka miała również tak charakterystyczną dla duchów tendencję do znikania, co odebrałam, jako rozpaczliwą próbę potęgowania podupadającego napięcia. Przecież, kiedy psychol nagle wyjdzie z kadru (i z zasięgu wzroku protagonistów) powinno się odczuć większy niepokój, na myśl o tym, że może nagle (w jakże oklepanej jump scenie) wyskoczyć z najmniej spodziewanego miejsca. Niestety, te nagłe „objawienia się” oprawców, ani o milimetr nie podniosły mojego poziomu adrenaliny we krwi, bo zwyczajnie żerowały na maksymalnie przewidywalnej powtarzalności. Ale choć cała monotematyczna fabuła prawie mnie uspała nie byłabym sprawiedliwa, gdybym nie nadmieniła, że finał odrobinę zrekompensował mi ten nudnawy seans – twórcy po raz kolejny postawili na przewidywalny motyw, aczkolwiek żaden inny nie miałby sensu i pewnie nie porażałby tak mocno nieumotywowaną brutalnością.
Pewnie znajdą się widzowie, którzy wprost przepadają za tego rodzaju, opartymi na ciągłych beznadziejnych ucieczkach fabułami. Osobiście odrobinkę mocniej przypadł mi do gustu pierwowzór, bo choć pod kątem scenariusza również prezentuje się nadzwyczaj nużąco to przynajmniej może się poszczycić gęstszym klimatem i mniejszą przewidywalnością. „Nieznajomych” odradzam, aczkolwiek pojedynczy widzowie, których zaintryguje opis fabuły mogą zaryzykować, bo nie wykluczam, że znajdą się jacyś odbiorcy potrafiący ten obraz docenić.

niedziela, 19 maja 2013

Najlepsza literatura grozy

Głosowanie na według Was najlepsze powieści grozy właśnie dobiegło końca, poniżej prezentuję wyniki.
1. Stephen King „Lśnienie” (recenzja), 7 głosów – jedna z najlepszych książek Stephena Kinga, przez wielu uważana za kluczową pozycję o nawiedzonym budynku w historii światowej literatury. Opowieść o małym chłopcu i jego rodzicach, zamkniętych w odciętym od świata, zasypanym śniegiem wielkim hotelu i świadkujących przerażającym, nadnaturalnym wydarzeniom, mającym miejsce w środku ich feralnego lokum. „Lśnienie” to również historia o trudnym zrywaniu z nałogiem, miłością do rodziny, której przeszkadza ingerencja sił nadprzyrodzonych oraz wewnętrznej przemianie mężczyzny, którego marzenia i dążenia do lepszego „ja” zostały zniweczone przez bezwzględny hotel Panorama (Overlook). Jak się okazuje „Lśnienie” wywołało troszkę kontrowersji przy okazji adaptacji Stanley’a Kubricka z 1980 roku, która to nie spodobała się Kingowi na tyle, aby nakręcić własną ekranizację wraz ze znajomym reżyserem, Mickiem Garrisem (po scysjach z Kubrickiem, który ponoć długo nie chciał na powrót odsprzedać pisarzowi praw do sfilmowania jego własnej książki). Z czasem Stephen King zaczął dosyć ciepło wypowiadać się o wersji Kubricka (m.in. w swojej książce „Danse Macabre”), a obecnie to właśnie adaptacja nie ekranizacja święci triumfy wśród wielbicieli kina grozy.
2. Bram Stoker „Dracula”, 6 głosów – kamień milowy światowej literatury grozy! Wielokrotnie zekranizowana (raz nawet splagiatowana) opowieść o arystokratycznym wampirze, który przeszedł do historii, jako jedna z najbardziej znanych postaci horroru. „Dracula” to powieść epistolarna, pisana za pomocą m.in. listów i zapisków w dziennikach naszych protagonistów, którzy z czasem przekształcą się w nieustraszonych pogromców wampirów. Po raz pierwszy wydana w 1897 roku i przez te wszystkie dziesięciolecia, aż do czasów obecnych w ogóle nie straciła na swej wymowie, osiągając status najlepszej powieści gotyckiej wszechczasów. Do dziś trwają również spory, czy tytułowy antybohater Stokera nie był, aby inspirowany prawdziwą postacią władcy Wołoszczyzny, Włada Palownika, panującego w XV wieku, kiedy to uprawiał swoje zwyrodniałe praktyki nabijania wrogów na pale. Choć istnieje wiele powiązań pomiędzy Draculą i Władem nigdy nie rozstrzygnięto ostatecznie, czy Stoker rzeczywiście czerpał inspirację z życia tego drugiego.
2. Jack Ketchum „Dziewczyna z sąsiedztwa” (recenzja), 6 głosów – przerażająca, bulwersująca, szokująca i… inspirowana prawdziwymi wydarzeniami najsłynniejsza powieść autora prozy ekstremalnej. W Polsce tak wielu czytelników pokusiło się o zrecenzowanie tej pozycji, aby między innymi przelać na klawiaturę swój głęboki dyskomfort wywołany jej treścią, że gdyby skleić wszystkie te opinie z pewnością odkrylibyśmy, że mają większą objętość niż sama książka. Nic dziwnego, że „Dziewczyna z sąsiedztwa” tak bardzo szokuje nawet czołowych wyjadaczy makabry, bowiem tortury praktykowane na niewinnej dziewczynie przez bezwzględną kobietę i grupkę zwyrodniałych dzieciaków oparte na faktach mają za zadanie powiedzieć jedno: spójrz w lustro i zobacz, że najgorszym potworem jest człowiek – dostrzeż, że człowieczeństwa należy się wstydzić, a nie wynosić je na ołtarze. To przerzucenie odpowiedzialności z psychopatów na czytelnika istotnie może odebrać mu wiarę we własne niewinne „ja” i głównie ten fakt sprawia, że książka tak bardzo poraża swoją bezkompromisowością i posuniętym do granic wytrzymałości zwyrodnialstwem.
3. Stephen King „Cmętarz zwieżąt” (recenzja), 5 głosów – książka, która ponoć nigdy nie miała zostać wydana. Kiedy King skończył ją pisać był tak bardzo zniesmaczony jej bezkompromisową tematyką, że postanowił schować ją do szuflady i pozwolić „umrzeć” w zapomnieniu. Jednak terminy go goniły i na moje szczęście zaryzykował, tym samym dając światu najlepszą w moim mniemaniu powieść jego autorstwa. Pozornie jest to kolejna opowiastka o nietypowych zombie, powracających do życia po ówczesnym zakopaniu ich na przeklętym cmentarzysku Micmaców, ale po dokładnym wejrzeniu w jej fabułę odkrywamy drugie, dołujące dno – widzimy historię miłości nieograniczonej barierą śmiertelności i wraz z Kingiem dochodzimy do wniosku, że są rzeczy gorsze od śmierci, czego człowiek znajdujący się w szponach złudnej nadziei nigdy nie potrafi dostrzec. W 1989 roku Mary Lambert zekranizowała „Cmętarz zwieżąt” (pod tytułem „Smętarz dla zwierzaków”) na podstawie scenariusza samego Stephena, co pozwoliło dosyć wiernie przenieść tę historię na ekran i co najważniejsze zachowując jej przygnębiający klimat.
4. Stephen King „Miasteczko Salem”, 3 głosy – powieść świadomie upodobniona przez Kinga do kultowego dzieła Brama Stokera pt. „Drakula”, w zamyśle mająca być swoistym, uwspółcześnionym hołdem oddanym temu genialnemu, ale nieżyjącemu już pisarzowi. Jak dotąd ta klimatyczna wampiryczna opowieść doczekała się dwóch ekranizacji – Toba’e Hoopera z 1979 roku oraz z 2004 roku w formie miniserialu. Sam Stephen King w „Danse Macabre” pisze, że jego zamysłem było opowiedzieć historię, która nie skupia się jedynie na krwiopijcach, ale również archetypie Złego Miejsca, co dokładniej zobrazował w „Lśnieniu” – tutaj natomiast owiany złą sławą Dom Marstenów miał jedynie symbolizować lęki małego społeczeństwa Jerusalem oraz być niejakim katalizatorem dla przerażających wydarzeń mających miejsce w miasteczku po osiedleniu się w nim tajemniczej parki biznesmenów.
4. Graham Masterton „Wyklęty”, 3 głosy – według wielu czytelników to jedna z najlepszych powieści Mastertona z gatunku horroru, po raz pierwszy wydana w 1983 roku. Powieść jak to często u tego autora bywa zręcznie łączy wątki azteckich wierzeń, z bogiem Mictantecutlim na czele z wydarzeniami typowymi dla klasycznej ghost story. Mimo, że autor dosyć mocno trzyma się tutaj swojego ulubionego schematu (uwikłania przeciętnego faceta w pełną niebezpieczeństwa, paranormalną „przygodę”) udaje mu się wykrzesać maksimum klimatu grozy i napięcia z tej jakże wciągającej opowieści.
2 głosy: Stephen King „To”, Stephen King „Misery”, Edward Lee „Ludzie z bagien”
1 głos: Scott Smith “Ruiny”, Ira Levin “Dziecko Rosemary”, Brian Lumley “Nekroskop”, John Everson “Igły i grzechy”

sobota, 18 maja 2013

„ZOMBIEFILIA”

Pierwsza Polska Antologia o Zombie – w darmowym e-booku!
Chcecie przeżyć noc, świt i dzień żywych trupów skumulowane w jednej książce? Przedstawiamy Wam "Zombiefilię" - pierwszą w Polsce antologię o zombie. Od mrocznych i śmiertelnie poważnych opowieści z nieumarłymi w roli głównej, aż po absurdalne twory z pogranicza bizarro.
Staramy się sprezentować czytelnikom coś, czego jeszcze dotąd w naszym kraju nie było - zbiór opowiadań o żywych trupach, który czasem przeraża, czasem smuci, czasem bawi, a czasami zwyczajnie zapiera dech w piersiach. I to w formie całkowicie darmowego e-booka!
Już w tej chwili dołączyli do nas tacy pisarze jak Dawid Kain, Magdalena Kałużyńska, Krzysztof T. Dąbrowski, Grzegorz Gajek, czy Sylwia Błach. Możemy także zdradzić, że wkrótce ujawnione zostanie nazwisko naszego GOŚCIA SPECJALNEGO - pochodzącego zza oceanu mistrza niezwykłych opowieści, który postanowił wesprzeć nasz zbiór swoim wyjątkowym tekstem.
Więcej informacji już niebawem, a zainteresowanych zachęcamy do polubienia naszej strony facebookowej, gdzie będziemy na bieżąco publikować aktualne newsy o nadchodzącej publikacji.
Nasz Facebook tutaj
Zapraszamy!
Organizatorzy antologii „Zombiefilia”.

piątek, 17 maja 2013

„Dog Soldiers” (2002)

Oddział brytyjskich żołnierzy wyrusza na ćwiczenia w szkockie góry. Na miejscu, dysponując ślepakami, muszą przechytrzyć drugi, specjalny zespół żołnierzy, ale ku swojemu przerażeniu w ich obozie zastają tylko rannego kapitana – reszta jego oddziału padła ofiarą wilkołaków. Z pomocą miejscowej kobiety mężczyznom udaje się schronić w odludnej chatce, w której będą zmuszeni przeczekać noc, broniąc się przed nacierającymi zewsząd wściekłymi wilkołakami.
 

Koprodukcja Wielkiej Brytanii, Luksemburga i Stanów Zjednoczonych, wyreżyserowana przez twórcę m.in. "Zejścia" i „Doomsday”, Neila Marshalla, garściami czerpiąca z klasycznych filmów grozy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. W czasach, kiedy tematyka wilkołaków została niemalże całkowicie wyeksploatowana Marshall zdecydował się na swoiste połączenie „Predatora” z „Nocą żywych trupów”, równocześnie rezygnując z efektów komputerowych na rzecz nie do końca realistycznych kostiumów, ale za to wywołujących miłe wspomnienia u widzów, którzy pasjami obcują ze starszymi horrorami.
 

Klimat „Dog Soldiers” oprócz „Predatora”, co jest całkowicie zrozumiałe w przypadku uczynienia z bohaterów grupy żołnierzy, przypominał mi również późniejszą „Wściekłość”, w której z kolei więźniowie zostali wysłani w odludne tereny, gdzie przyszło im zmierzyć się z hordą bestii. 6-osobowy oddział brytyjskich żołnierzy, dysponując jedynie ślepakami (co zmieni się z chwilą dotarcia do obozu kolegów) musi zmierzyć się z watahą wilkołaków, na odludnych górzysto-leśnych terenach Szkocji. Marshall, decydując się na skoczną, w ogóle nieprzystającą do obrazowanych wydarzeń ścieżkę dźwiękową, być może nieświadomie, sprawił, iż muzyka, ani przez chwilę nie przyczynia się do potęgowania atmosfery całkowitego wyalienowania i wszechobecnego zagrożenia, wręcz przeciwnie – chwilami mocno przeszkadza we właściwym odbiorze filmu. Jednakże, z drugiej strony barykady mamy ciemne, przyprószone zdjęcia, które ciągną klimat w przeciwną, bardziej niepokojącą stronę. To „przeciąganie liny” chwilami mocno dezorientuje, ale biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia w drewnianej chatce można chyba śmiało powiedzieć, że obraz ostatecznie wygrywa z nietrafioną ścieżką dźwiękową. Niczym w „Nocy żywych trupów” nasi protagoniści „okopują się” w lichym domostwie, atakowanym przez znakomicie ucharakteryzowanych wilkołaków (do momentu finalnych walk wręcz, kiedy to wyraźnie widać, że to tylko kostiumy), wyłaniających się z gęstej, spowijającej chatę mgły w takt przenikliwego wycia.
 

Oprócz antagonistów bardzo istotną rolę odgrywają również interakcje pomiędzy naszymi żołnierzami i ich nową koleżanką a uratowanym z opresji kapitanem rozszarpanego na strzępy elitarnego oddziału. Z oczywistych powodów nie pałają sympatią do siebie, ale jak się wkrótce okaże przemądrzały kapitan ukrywa przed resztą coś bardzo istotnego, coś co powinno odebrać im wiarę w istotę brytyjskiej armii. Ale to nie jedyne zaskoczenie, przewidziane dla odbiorców w scenariuszu, o czym przekonamy się w finale. Połączenie horroru z akcją na ogół ukierunkowuje klimat w stronę tego drugiego gatunku, czego nie uświadczymy we wprawnych rękach Marshalla, który owszem zaserwuje nam multum strzelanek (zawsze w tego typu filmach zastanawiam się, jakim cudem używanie broni palnej w zamkniętym pomieszczeniu nikogo nie ogłusza – kuloodporny słuch?), wybuchów i walk wręcz, ale w całej tej dynamiczności nie przysłaniają one atmosfery wyalienowania – cały czas (no może, za wyjątkiem chwil, w których słyszymy skoczną muzykę) pamiętamy, że nasi protagoniści znajdują się z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, na terenie należącym do wilkołaków, którym niestraszne ołowiane kule. Oprócz akcji i klimatu Marshallowi udała się jeszcze jedna, diablo trudna sztuka – wplecenie w scenariusz kilku humorystycznych dialogów, które wywołują krótkotrwały uśmiech widza, ale równocześnie nie niszczą mrocznej aury tej produkcji. Dla przykładu można tutaj przytoczyć krótką wymianę zdań pomiędzy jednym z żołnierzy, a jego nową znajomą:
„- Ktoś musiał słyszeć strzały.
- Kto? Najbliższy dom jest mój, a mnie tam nie ma.”

Albo tekst jednego z bohaterów, tuż przed zjedzeniem go przez dorodnego wilkołaka: „- Obyś dostał sraki, pojebie” – jak się okazuje niektórych nawet chwilę przed śmiercią trzymają się żarty:) Z kolei, jeśli miałabym wybrać najbardziej charakterystyczną, wbijającą się w pamięć scenę to zdecydowanie postawiłabym na wypływające jelita dowódcy oddziału oraz sklejanie ich butaprenem na wzór „operacji wietnamskich”. Wyłączając to wydarzenie uświadczymy jeszcze kilka scen gore, które również mają w sobie sporo tego wrodzonego wyczucia Marshalla – zero nadmiernego epatowania makabrą, sceny mordów są jedynie kolejnym środkiem wyrazu, a nie jedyną ambicją reżysera.

Myślę, że „Dog Soldiers” powinien przypaść do gustu wielbicielom horrorów wilkołaczych i żołnierskich motywów, bo choć fabuła nie ustrzegła się kilku nielogicznych wpadek to oferuje coś znacznie ważniejszego w tym gatunku filmowym – klimat oraz brak efektów komputerowych, które aż nazbyt często psują wszelką atmosferę grozy we współczesnych horrorach. Film dobry, miejscami mocno zajmujący, ale niezbyt nowatorski – więc maniacy wyszukiwania w produkcjach grozy wszelkich objawów oryginalności, niech lepiej „grzebią” gdzie indziej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...