piątek, 30 sierpnia 2013

Najciekawsze premiery Monolitha 2013

PARANOJA (Paranoia)
PREMIERA: 13 WRZEŚNIA 2013
Gatunek: Thriller
Produkcja: USA 2013
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Znamy Cię lepiej niż Ty sam. Znakomity thriller odsłaniający mechanizmy wszechogarniającej inwigilacji, która sprawia, że takie pojęcia jak „tajemnica” i „prywatność” tracą rację bytu. Najnowocześniejsze technologie warte miliardy dolarów, strzeżone przez dwie wielkie korporacje. Dwaj potężni biznesmeni walczący ze sobą wszelkimi dostępnymi metodami. Młody wybitny inżynier, który staje się narzędziem w ich rękach. Błyskawiczna droga na szczyt. Wielkie pieniądze. Kobiety i zaszczyty. Ten raj staje się pułapką. Wszechobecna inwigilacja, osaczające intrygi, bezpardonowa walka, w której ludzie stają się pionkami i uderzająca świadomość: z tej matni nie ma ucieczki. Ale można podjąć walkę…

DIANA (Diana)
PREMIERA: 20 WRZEŚNIA 2013

Gatunek: biograficzny/melodramat
Produkcja: USA / Wlk. Brytania 2013
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Uwielbiana przez miliony, kochana przez jednego… Nominowana do Oscara Naomi Watts nie do rozpoznania w kolejnej znakomitej kreacji jako najsłynniejsza i najbardziej nieodgadniona kobieta końcówki XX wieku. Prawdziwa historia nieznanego romansu Księżnej Diany, który trwał aż do jej tragicznej śmierci. Była podziwiana przez miliony ludzi na świecie, po śmierci stała się legendą. Jaka naprawdę była Królowa Ludzkich Serc? Śledztwo dotyczące jej wypadku, mimo, że nie rozstrzygnęło wszystkich wątpliwości zostało oficjalnie zakończone. A przecież to nie jedyna tajemnica dotycząca życia Księżnej Diany.  Jej domniemany romans z Dodim al - Fayedem odbił się wielkim echem w mediach. Ale czy rzeczywiście to właśnie z nim planowała spędzić resztę swojego życia?  Prawdziwa historia okazuje się zupełnie inna…

LABIRYNT (Prisoners)
PREMIERA: 4 PAŹDZIERNIKA 2013
Gatunek: akcja/thriller
Produkcja: USA 2013
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Nominowany do Oscara Hugh Jackman w najbardziej dramatycznej roli w swojej karierze w debiucie hollywoodzkim reżysera oscarowych „Pogorzelisk”, już dziś porównywanym do „Milczenia owiec” i „Zodiaku” Davida Finchera. Zdesperowany mężczyzna porywa człowieka, którego podejrzewa o związek z zaginięciem jego córki i jej najlepszej przyjaciółki.

GRA ENDERA (ENDER’S GAME)
PREMIERA: 1 LISTOPADA 2013

Gatunek: science-fiction / przygodowy
Produkcja: USA 2013
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Ekranizacja książki sci-fi cieszącej się ogromną popularnością również w Polsce. Jest rok 2070. Minęło 40 lat od nieudanej inwazji obcych. Cały świat żyje w oczekiwaniu na powrót najeźdźców. Ziemskie centrum obrony realizuje tajny plan polegający na rekrutowaniu najinteligentniejszych jednostek jeszcze na etapie dzieciństwa i poddawaniu ich szkoleniu w walce z obcymi. Najlepszym spośród kadetów jest Andrew Wiggin zwany Enderem, który po wstępnym szkoleniu zostaje wysłany do orbitalnej szkoły bojowej. Tam przechodzi trening mający przygotować go na zbliżające się starcie z kosmicznym wrogiem.

WENUS W FUTRZE (Venus in Fur)

PREMIERA: 8 LISTOPADA 2013
Gatunek: komedia erotyczna
Produkcja: Francja/Polska 2013
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films


Nowa, fenomenalnie przyjęta przez krytykę i publiczność Festiwalu w Cannes w 2013 roku komedia erotyczna Romana Polańskiego. Głównym bohaterem "Wenus w futrze" jest Thomas, reżyser poszukujący do swojej nowej sztuki odtwórczyni głównej roli. Wyczerpujący casting do nowego spektaklu nie przynosi rezultatu. Żadna z kandydatek nie nadaje się do roli kobiety, która zawiera umowę z mężczyzną, by uczynić z niego niewolnika. Zrezygnowany reżyser już zbiera się do wyjścia, gdy do teatru wpada Wanda. Wydaje się bezczelna, niewychowana, zdesperowana i nieprzygotowana. Gdy Thomas niechętnie zgadza się dać jej szansę, aktorka przechodzi oszałamiającą metamorfozę. „Wenus w futrze” to adaptacja opromienionej wielkimi sukcesami na Broadwayu sztuki Davida Ivesa inspirowanej nowelą pod tym samym tytułem autorstwa Leopolda von Sacher-Masocha. Autorem zdjęć do filmu jest wybitny polski operator Paweł Edelman, który współpracował z Polańskim na planie "Pianisty", "Oliviera Twista" i "Autora widmo". W rolach głównych: Emmanuelle Seigner oraz Mathieu Amalric, francuski aktor polskiego pochodzenia, znany z filmów „Quantum of Solace” oraz  nagrodzonego już w Cannes i nominowanego do 4 Oscarów  „Motyla i skafandra”, w którym również zagrał z żoną Polańskiego. Producentem „Wenus w futrze” jest R.P. Productions, a współproducentem Monolith Films. Film powstał przy współudziale Polskiego Instytutu Filmowego.


WOLF OF WALL STREET (polski tytuł do potwierdzenia)
PREMIERA: 22 LISTOPADA 2013
Gatunek: Thriller
Produkcja: USA 2013
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films


Prawdziwa historia króla Wall Street. Jordan Belfort zarabiał tysiące dolarów na minutę. Wydawał je równie szybko zaczynając od pijackiej imprezy zakończonej zatopieniem 50m jachtu, a kończąc na rachunku hotelowym na 700 tys. dolarów oraz rozbiciu prywatnego odrzutowca. W latach 90-tych były szef firmy inwestycyjnej Stratton Oakmont został jednym z najbardziej niesławnych rekinów amerykańskiego sektora finansowego. Oszukując klientów na korzyść własnej firmy wspiął się na szczyt. Jego hedonistyczny tryb życia nie uległ zmianie nawet, gdy FBI i komisja papierów wartościowych pukały do jego drzwi. Oto biografia człowieka, który zaczynając od sprzedawania lodów na ulicznym rogu doszedł do miliardów.


OLDBOY (polski tytuł do potwierdzenia)
PREMIERA: 6 GRUDNIA 2013
Gatunek: thriller
Produkcja: USA 2013
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films


Przepełniony mroczą atmosferą tajemnicy thriller znakomitego Spike’a Lee, oparty na klasycznym thrillerze Park Chan-wooka. Pracownik agencji reklamowej z nieznanych sobie powodów zostaje porwany i uwięziony. Nie wie kto jest jego oprawcą ani jakie ma wobec niego zamiary. Po 20 latach niewoli zostaje wypuszczony i zaczyna poszukiwania swojego porywacza planując bezlitosną zemstę.


Informacje udostępnione przez

„Hunger” (2009)

Grupa nieznanych sobie ludzi budzi się w studni połączonej z podziemnymi lochami, nie pamiętając jak się tam znaleźli. Wkrótce odkrywają, że dysponują jedynie światłem, wodą i skalpelem, przygotowanymi przez niezidentyfikowanego oprawcę, pragnącego przeprowadzić na nich osobliwy eksperyment.

Niskobudżetowy horror Stevena Hentgesa, który niezmiernie zaskoczył mnie pomysłem na scenariusz. Filmów o grupce niewinnych osób zamkniętych w jednym pomieszczeniu było już całkiem sporo (dla przykładu wystarczy choćby przytoczyć „Bunkier” i „Ultimatum”), aczkolwiek nie spotkałam się jeszcze ze studnią w roli pułapki (wyjąwszy „The Ring”, ale porusza on zupełnie odmienną tematykę, więc raczej się nie liczy) oraz tak osobliwą motywacją odrażających czynów psychopaty.

Pierwsze dziesięć minut może nieco znużyć, co bardziej niecierpliwych widzów. Twórcom zachciało się odrobinę poeksperymentować z wprowadzeniem odbiorców we właściwą akcję, stąd całkowite zaciemnienie obrazu i głos kobiety wzywającej pomocy, która wdaje się w konwersację z przebywającymi w jej towarzystwie innymi osobami. Takie wyłączenie „zmysłu wzroku” widza, celem zmuszenia go do wczucia się w aktualne położenie protagonistów oraz wzbudzenia jego ciekawości działa przez jakieś trzy minuty, aby następnie wywołać jego irytację – w końcu, jak długo można wysłuchiwać nieustannie powtarzanych próśb o pomoc, z wyłączoną wizją? Po dziesięciu minutach, kiedy wzrok bohaterów zaczyna przyzwyczajać się do gęstej ciemności, przez jakiś czas będzie nam dane dojrzeć zamazane kontury ich sylwetek – i tak, aż do chwili, zapalenia światła. Wówczas, naszym oczom ukaże się pięcioro zdezorientowanych osób, tkwiących w podziemnym lochu, połączonym ze studnią, gdzie jedynym wyjściem jest zawieszona wysoko nad nimi drewniana klapa, osiągalna jedynie dla posiadacza drabiny. Aby zminimalizować negatywne skutki niskiego budżetu Hentges postanowił obrazować wszystkie wydarzenia, rozgrywane w zamkniętym pomieszczeniu za pomocą kamer, zamieszczonych przez niezidentyfikowanego psychopatę. Przyznaję, że zabieg dosyć przemyślany, bo niwelujący możliwość utyskiwania na chwilami mocno rozproszoną pracę kamer, ale niemogący usprawiedliwić niedoróbek warsztatowych obsady, z główną bohaterką kreowaną przez Lori Heuring na czele, która chyba najsilniej irytowała mnie brakiem jakiejś bardziej wyrazistej mimiki, nie wspominając już o „kwadratowej” dykcji.

Kino grozy już niejednokrotnie raczyło nas ponurą wizją zezwierzęcenia rasy ludzkiej, na skutek długotrwałego zamknięcia (ostatnią taką przychodzącą mi na myśl produkcją było „The Divide”), tak więc wizja Hentgesa o wzmagającej się agresji wśród pozbawionych pożywienia protagonistów nie grzeszy innowacyjnością i gdyby reżyser nie poszedł o krok dalej „Hunger” szybko stoczyłby się na samo dno nużącej powtarzalności. Jednakże wprowadzając postać rozpamiętującego upadek moralności psychopaty, dążącego do udowodnienia sobie, że nie zrobił niczego złego, że w rozpaczliwym położeniu, w jakim się znalazł nie miał innego wyjścia, jak wyprzeć się własnego człowieczeństwa, aby przeżyć, w czym pomóc ma mu osobliwy eksperyment na grupce ludzi, którzy w przeszłości dopuścili się już zabójstwa (co w jego mniemaniu ma im ułatwić wykonanie zadania, jakie przed nimi postawił, a co za tym idzie dowartościować jego samego z pomocą tego drobnego oszustwa – jakby tylko mordercy byli skłonni zabić, aby przetrwać…). Jak można się tego domyślić, nasi protagoniści muszą jedynie pożywić się ciałami kolegów, skonsumować ludzkie mięso w imię przetrwania. W tego rodzaju obrazach baczną uwagę zwracam na trzy integralne elementy. Po pierwsze nieodzowne jest wzbudzenie we mnie uczucia całkowitej izolacji bohaterów, co akurat w tym przypadku nie było zbyt trudnym zadaniem (i zdziwiłabym się, gdyby twórcom nie udało się osiągnąć tego klimatu wyalienowania), zważywszy na szczelną pułapkę, w jakiej się znaleźli. Po drugie, wymagam choćby minimalnej dozy realizmu w epatowaniu scenami gore – to było nieco trudniejsze przez wzgląd na niski budżet, aczkolwiek, ku mojemu zaskoczeniu, wszystkie sceny konsumpcji ludzkiego mięsa, obrazowane może nie w najmniejszych szczegółach, ale z całkiem przyzwoitą widocznością, mogły poszczycić się dosyć przekonującą barwą i konsystencją sztucznej krwi. Choć nieco zabrakło mi aktów autokanibalizmu, które biorąc pod uwagę tematykę nasuwały się same przez się. I wreszcie, po trzecie po kilkudniowym przebywaniu protagonistów w zatęchłym zamknięciu wypadałoby odpowiednio ucharakteryzować aktorów, z czym jest już nieco gorzej. O ile ich ubranie i skórę znaczy odpowiednia ilość brudu i krwi to gorzej prezentują się zęby i brak większego zarostu u mężczyzn, co niestety chwilami znacznie zaniża realizm sytuacyjny. „Hunger” posiada jeszcze jeden niezmiernie ważny aspekt, a mianowicie ciekawie poprowadzoną fabułę, która pomimo ograniczonej przestrzeni i początkowemu zawieszeniu mocniejszych wydarzeń, kiedy to cały scenariusz skupia się głównie na „wieczorku zapoznawczym” bohaterów i nieustających rozmowach o ich rozpaczliwej sytuacji oraz krótkich retrospekcjach z życia ich oprawcy jakimś cudem przykuł moją uwagę na tyle, aby z umiarkowanym zainteresowaniem śledzić ich dalsze, coraz bardziej odrażające losy. Owszem było kilka zapętleń, zbyt długo wlokących się scen, ale w obliczu drugiej połowy seansu jakoś zupełnie straciło to znaczenie – wówczas przyszło mi obcować z całkiem sporą, może niezniesmaczającą, ale przynajmniej przyzwoicie zobrazowaną dawką gore w oczekiwaniu na finał, którego byłam niezmiernie ciekawa, a które niestety mocno mnie zawiodło.

Jak na horror niskobudżetowy „Hunger”, pomimo kilku znaczących niedoróbek, prezentuje się całkiem znośnie. Myślę, że wielbiciele filmów grozy, rozgrywających się w zamkniętych pomieszczeniach, osobliwych gierek psychopatów z jego przerażonymi ofiarami oraz umiarkowanego rozlewu krwi mają szansę znaleźć tutaj coś dla siebie, podobnie jak miało to miejsce w moim przypadku.  

środa, 28 sierpnia 2013

Stephen King „Miasteczko Salem”


Pisarz, Ben Mears, po latach wraca do małego miasteczka Jerusalem w stanie Maine, aby zmierzyć się z demonami przeszłości, zogniskowanych w stojącym na wzgórzu tak zwanym Domu Marstenów, w którym przed laty doszło do tragedii. Wkrótce potem do Salem przybywa dwóch handlarzy antykami, którzy zatrzymują się we wspomnianym domostwie. Tymczasem życie w miasteczku znacznie się komplikuje – po zaginięciu dziecka liczba zgonów wśród mieszkańców mocno się podnosi. Ben wraz z kilkoma przyjaciółmi zaczyna podejrzewać, że za tymi wszystkimi dziwnymi wydarzeniami stoją wampiry i choć początkowo wydaje im się to mocno nieprawdopodobne zostają zmuszeni do odrzucenia racjonalizmu na rzecz walki o ocalenie Jerusalem.

Wydana po raz pierwszy w 1975 roku jedna z najpopularniejszych książek Stephena Kinga, która obok „Carrie” i „Lśnienia” najsilniej przyczyniła się do jego niesłabnącej popularności, utrzymującej się po dziś dzień. Jak sam autor w swoim „Danse Macabre” przyznaje „Miasteczko Salem” miało być swoistym hołdem oddanym kultowemu „Draculi” Brama Stokera, stąd niektóre wątki łudząco podobne, do tych, z którymi mieliśmy szansę obcować w trakcie lektury tamtego wiekopomnego dzieła, choć mocno uwspółcześnione, sprowadzone do realiów lat 70-tych XX wieku. Chyba wszyscy zgodzą się, że Stephen King swoje najlepsze chwile miewał na początku kariery pisarskiej, a jako, że „Miasteczko Salem” jest drugą z wydanych przez niego powieści, będącą najczystszym horrorem, podanym w najlepszym z możliwych stylu (bez żadnych domieszek science fiction i fantasy, które widzimy w jego najnowszych książkach) nie potrafię wypowiadać się o niej inaczej, niż w samych superlatywach.

„Mam wrażenie, że ten dom jest pomnikiem, jaki Hubert Marsten wystawił Złu, a jednocześnie czymś w rodzaju psychicznej płyty rezonansowej lub, jeśli wolisz, latarni rzucającej mroczne, niewidzialne światło. Stoi tam od wielu lat, przechowując w swoich butwiejących ścianach to, co stanowiło esencję zła tkwiącego w Hubercie Marstenie.”

Początek, kiedy jeszcze nie widzimy natury zagrożenia, czyhającego na małe miasteczko Salem, ale znakomicie je wyczuwamy, jest kwintesencją niebywałego talentu Stephena Kinga, który jak mało kto potrafi sugestywnie kreślić duszący klimat nieuchwytnej grozy. Po przyjeździe głównego bohatera, Bena Mearsa, do miasta autor skondensował atmosferę w stojącym na wzgórzu, górującym nad Salem Domu Marstenów (nawiązanie do kultowego „Nawiedzonego” Shirley Jackson jest oczywiste, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę niezapomniany pierwszy akapit tej kultowej powieści umieszczony w „Miasteczku Salem”), w którego murach przed laty ekscentryczny Hubert Marsten zamordował żonę, po czym popełnił samobójstwo. King w subtelny sposób sugeruje nawiedzenie tego opuszczonego domostwa, którego lękają się mieszkańcy miasteczka, ale nie przez zwyczajne duchy tylko niezdefiniowane Zło, rzutujące na egzystencję ludzi, mieszkających niżej w formie lekkiego niepokoju ogarniającego ich, ilekroć skierują wzrok na rzeczony, niszczejący dom. Ben Mears, który w dzieciństwie przekroczył jego próg i zobaczył swoistą zjawę powieszonego Huberta Marstena, teraz w dorosłym życiu pragnie ostatecznie rozliczyć się z traumatyczną przeszłością, w czym ma mu pomóc napisanie książki o okropieństwach, które rozgrywały się w murach tego przeklętego domu jeszcze za życia jego właściciela, zamieszanego w kult Szatana. Ale jego plany zostają pokrzyżowane przez nowych lokatorów Domu Marstenów, dwóch handlarzy antykami, Richarda Strakera i tajemniczego Kurta Barlowa, którego początkowo nie będzie dane nikomu ujrzeć. W tym momencie subtelna groza zostaje zastąpiona przez całkowicie zdefiniowaną dosłowność, na scenę wkraczają nawiązania do „Draculi” Brama Stokera, kierując niepokój czytelnika na szybko opanowujące miasteczko, żądne krwi jego mieszkańców klasyczne wampiry.

„Miasteczko wiedziało wszystko o ciemności. Wiedziało wszystko o ciemności, która okrywa ziemię, gdy słońce skryje się za linią horyzontu, a także o tej, która panuje w ludzkiej duszy. […] Miasto ma również swoje tajemnice i dobrze ich strzeże. O wielu z nich ludzie nie mają najmniejszego pojęcia. […] Sprawy Szatana interesują je w równie małym stopniu, co sprawy Boga. Ono wie wszystko o ciemności, a to w zupełności wystarcza.”

Stephen King przy kreśleniu archetypu wampira mocno zasugerował się koncepcją Stokera (rezygnując jedynie z możliwości poruszania się krwiopijców za dnia), tak więc możemy zapomnieć o jakże denerwującej w XXI wieku modzie na urocze wampirki, szukające prawdziwej miłości. Koncepcja „Miasteczka Salem” to powrót do korzeni, kreujący antagonistów na prawdziwe bestie, obdarzone zdolnością hipnozy i przeciskania się przez najmniejsze szpary. Dla nich liczy się jedynie żądza krwi i chęć jak najszybszego opanowania miasteczka, w imię ich Mrocznego Pana. Bardzo trafny okazał się zabieg skrótowego opisywania typowego życia mieszkańców Salem już od początku powieści, co w późniejszym relacjonowaniu ich przemiany dodało całej tej historii sporego realizmu, a przy okazji sprawiło, że ich koszmar nie był dla czytelnika obojętny – wcześniej miał okazję dobrze poznać tych ludzi, a co za tym idzie solidaryzować się z niektórymi z nich. Druga połowa książki, oprócz nieustającej akcji obfituje również w maksymalnie makabryczne (na przykład śmierć poprzez nadzianie się na noże powbijane w podłogę, która to w pierwotnej wersji miała być zgonem na skutek konsumpcji szczurów, ale wydawca Kinga stanowczo odrzucił taką koncepcję, obawiając się, że może okazać się zbyt drastyczna dla czytelników) oraz wzruszające wątki (jak na przykład odegranie sceny znanej z „Draculi”, polegającej na zamordowaniu swojej przeklętej wybranki przez jej kochanka). Nie można zapomnieć również o „nowej” formacji pogromców wampirów ze współczesnym Van Helsingiem na czele w postaci podstarzałego nauczyciela, który steruje poczynaniami pisarza, małego chłopca, młodej dziewczyny, lekarza i księdza, gotowych poświęcić wszystko w walce z wszechpotężnym władcą wampirów.

„O trzeciej nad ranem krew płynie w żyłach wolniej niż zwykle, a sen bywa wyjątkowo głęboki. Dusza jest wówczas albo pogrążona w błogosławionej nieświadomości, albo miota się rozpaczliwie, rozglądając się z przerażeniem wokół siebie. Nie istnieją żadne stany pośrednie. O trzeciej nad ranem świat, ta stara dziwka, nie ma na twarzy makijażu i wdać, że brakuje mu nosa i jednego oka. Wesołość staje się płytka i krucha, jak w zamku Poego otoczonego przez Czerwoną Śmierć. Nie ma grozy, bo zniszczyła ją nuda, a miłość jest tylko snem.”

O sukcesie „Miasteczka Salem” świadczy nie tylko nieznośne wręcz nagromadzenie grozy oraz znakomite kreacje Wiecznie Żywych, ale również fenomenalna narracja, która wręcz zmusza nas do całkowitego utożsamienia się z protagonistami i wręcz zatopienia się w ich koszmarze. Paradoksalnie atmosferę, oprócz typowych dla horroru zabiegów, znacznie potęguje czarny humor - historia nazwy miasteczka, podsumowana zdaniem: „I tak już zostało, co być może nie dowodzi niczego poza tym, że w Ameryce nawet świnia ma szansę na nieśmiertelność”, albo podczas „modlitwy” księdza-alkoholika „Święta Mario, łaskiś pełna, ześlij mi mocnego bełta”. Drugie zdanie być może dla chrześcijan wyda się mocno bluźniercze – jeśli tak, to muszę ich ostrzec, że w „Miasteczku Salem” King nie boi się swego rodzaju świętokradztwa, o czym najdobitniej świadczy zdanie władcy wampirów, skierowane do jego ofiary, tuż przed zmuszeniem jej do wypicia jego krwi: „Przyjmij moją komunię”. W całej, dosyć długiej powieści, zauważyłam tylko jedną malutką wpadkę (autora bądź tłumacza) następującą w chwili skierowania przez Bena swojej dziewczyny Susan do Matta (współczesnego Van Helsinga) w celu naprowadzenia go na ojca Callahana – w dalszej części powieści Ben zdaje się już w ogóle nie wiedzieć, kim jest ten ksiądz, jakby King (albo tłumacz) zapomniał o jego wcześniejszej konwersacji z Susan.

Moim zdaniem „Miasteczko Salem” wpisuje się do bardzo nielicznego grona całkowicie udanych książek wampirycznych, którego paradoksalnie największą siłą są wątki nawiązujące lub wręcz kopiujące kultowe momenty z „Draculi” Brama Stokera. Żaden wielbiciel prozy Stephena Kinga oraz literackiej grozy w ogóle nie ma prawa przegapić tej powieści, bo jest doskonałym przykładem naprawdę udanej, wręcz znakomitej horrorowej prozy!

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

„Drabina Jakubowa” (1990)

Weteran wojny wietnamskiej, Jacob Singer, po śmierci synka i rozwodzie z żoną próbuje ułożyć sobie życie z nową kobietą, Jezebel. Jednakże w osiągnięciu pełni szczęścia przeszkadzają mu dziwne wizje przerażających demonów, które czyhają na jego życie oraz fragmentaryczne wspomnienia z frontu. Po spotkaniu z kolegami z batalionu, którzy borykają się z tym samym problemem, mężczyzna nabiera przekonania, że za niezdrowy stan ich umysłu odpowiada wojsko. Próbując znaleźć dowody na poparcie swojej tezy Jacob będzie musiał stanąć do walki z niepokojącymi imaginacjami swojej jaźni.

„Drabina Jakubowa” Adriana Lyne’a w latach 90-tych przeszła bez większego echa, głównie za sprawą niedostosowanej do swojej epoki osi fabularnej, która mogła nieco dezorientować ówczesnych odbiorców. Spory rozgłos zyskała dzięki wyznaniu twórców serii gier, zatytułowanej „Silent Hill”, którzy przyznali, że czerpali z niej inspirację. Do dziś trwają spory na temat przynależności gatunkowej niniejszego obrazu, bowiem można w nim dostrzec zarówno elementy typowe dla thrillera, jak i horroru psychologicznego. Choć widzowie przyzwyczajeni do pełnych jump scenek i skomputeryzowanych wizualizacji straszydeł współczesnych filmów grozy mogą ostro sprzeciwiać się przed określaniem tej produkcji mianem horroru to długoletni wielbiciele gatunku, którzy przy takowej klasyfikacji kierują się bardziej integralnymi dla produkcji grozy elementami oraz narracją, aniżeli poszukiwaniem czegoś, co będzie w stanie ich zaniepokoić bez wahania przyznają, że oto mają do czynienia z rasowym horrorem psychologicznym z lekkimi naleciałościami thrillera.

Film Lyne’a od początku do końca bazuje głównie na duszącym, schizofrenicznym klimacie, który ma za zadanie poniekąd wprowadzić widza w stan umysłu Jacoba, ale nienachalnie – nie na tyle dosłownie, aby wprawić go w stan daleko idącego przerażenia. Już sama przynależność gatunkowa „Drabiny…” (horror psychologiczny) sugeruje nam, że będziemy mieć do czynienia ze swego rodzaju lekko niepokojącą łamigłówką, a nie stricte straszakiem. Tak, więc towarzyszymy naszemu głównemu bohaterowi między innymi na imprezie domowej, w której świadkuje swoistemu stosunkowi Jezebel z oślizgłą istotą z mackami w trakcie tańca, albo w czasie jego choroby, w której palony przez gorączkę nagle przenosi się do swojego poprzedniego życia z pierwszą żoną i trójką dzieci, łącznie z synem, który nadal żyje. Niniejsza scena ma za zadanie zdezorientować odbiorcę, co znakomicie jej się udaje, bowiem po słowach Jacoba, skierowanych do swojej małżonki, w której opowiada jej, że śnił o życiu z Jezebel zaczyna zastanawiać się, czy cały wstęp filmu nie był tylko i wyłącznie imaginacją jego zszarganego przez koszmar wietnamski umysłu. Z czasem, kiedy reżyser wprowadzi typowe dla thrillera wątki spiskowe, sugerujące udział wojska w przedziwnych przywidzeniach Jacoba akcja skłoni się lekko w stronę sensacji, aczkolwiek gdzieś tam pod powierzchnią groza nadal będzie doskonale wyczuwalna. Nie trudno odgadnąć, że Lyne starał się przemycić w swoim obrazie stawiające w złym świetle rząd Stanów Zjednoczonych oraz fiasko wietnamskie, dające do myślenia tezy, aczkolwiek uważny widz i tak będzie się doszukiwał w scenariuszu innego wyjaśnienia demonicznych wizji Jacoba. Jedyne, co można zarzucić „Drabinie…” to zbyt duża przewidywalność, jak na standardy współczesnego odbiorcy. W latach 90-tych widzowie z pewnością byli mocno zaskoczeni finałem, aczkolwiek w XXI wieku, kiedy mamy już za sobą multum produkcji, w których główny bohater staje w obliczu niezrozumiałej dla siebie zagadki mamy już doświadczenie w wyszukiwaniu i interpretowaniu drobnych sygnałów podrzucanych przez twórców w trakcie całego seansu, które pozwalają przedwcześnie rozszyfrować zagadkę tajemniczym przywidzeń Jacoba. Reżyser troszkę przesadził w ilości tego rodzaju wątków. UWAGA SPOILER Nieustannie zadawane przez Jacoba pytanie: „Czy ja umarłem?”, fragmentaryczne migawki z Wietnamu, na których widzimy go obficie krwawiącego i wreszcie teza jego kręgarza na temat życia po śmierci i wizji piekła. Finalna scena, w której widzimy Jacoba umierającego na łóżku polowym w Wietnamie jasno wskazuje, jakiej interpretacji swojego filmu pragnąłby Lyne – patrzenia na wszystkie wcześniejsze wydarzenia przez pryzmat czyśćca, z którego główny bohater może wydostać się i powędrować do Nieba tylko wówczas, gdy ostatecznie pogodzi się ze swoją śmiercią i odetnie od życia doczesnego. Pomóc w tym ma mu jego przewodnik, kręgarz Louis. Jednakże osobliwa konstrukcja filmu pozostawia również furtkę do drugiej, troszkę mniej wiarygodnej interpretacji, w której Jacob wcale nie umarł, a jedynie konfrontował się z kolejnymi wizjami, tym razem własnej śmierci, co naturalnie prowadzi nas do wątku z wojskiem i jego eksperymentów ze specyfikiem, zwanym „drabina”, który wydobywał z żołnierzy najniższe, zwierzęce instynkty, robiąc z nich swoiste maszyny do zabijania. W drugiej interpretacji to właśnie rząd Stanów Zjednoczonych ponosi winę za stan Jacoba KONIEC SPOILERA.

Największą siłą filmu Adriana Lyne’a są efekty specjalne, z których najsilniej zapada w pamięci podróż Jacoba przez demoniczny szpital w podziemiu, w którym widzi rzesze chorych psychicznie, nienaturalnie podrygujących pacjentów, zbryzgane krwią ściany i porozrzucane po podłodze ludzkie kończyny – w tym momencie klimat osiąga swoje apogeum, mrożąc krew w żyłach niepokojącymi obrazami. Jeśli ktoś szukałby w „Drabinie…” jakiejś kwintesencji horroru, grozy w najczystszej postaci to odnalazłby ją właśnie w tym konkretnym momencie.

Nie można zapominać o kolejnym mocnym plusie tej produkcji, a mianowicie Timie Robbinsie, odtwórcy roli Jacoba Singera, który nie tylko grał, on wręcz wszedł w swoją postać, tchnął w nią życie, a co za tym idzie sprawił, że widz, który być może przewidzi większość wydarzeń zaprezentowanych podczas seansu i tak będzie całym sercem z nim i jego koszmarem. Na uwagę zasługuje również kręgarz, Danny Aiello oraz mały Macaulay Culkin, którzy choć nieco ustępują warsztatowo Robbinsowi w porównaniu z pozostałą częścią obsady odrobinę wybijają się na drugi plan.

Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że „Drabina Jakubowa” to film-zagadka, w którym nic nie jest tym, czym się wydaje, bo choć w latach 90-tych pewnie mocno zaskoczyła publiczność finałem to obecnie dla uważnych widzów może być mocno przewidywalna. Jednakże ciekawy jest fakt, że pomimo tej łatwości w interpretowaniu sygnałów podrzucanych przez twórców przez całą projekcję i tak nie ma się ochoty przerwać seansu (oczywiście, jeśli jest się wielbicielem lekko schizofrenicznych, klimatycznych horrorów psychologicznych, które zamiast przerażać lekko niepokoją), głównie przez wzgląd na dopracowane w najmniejszych szczegółach, mocno przekonujące wizualizacje imaginacji Jacoba oraz jakże intrygujący pomysł na scenariusz. Ponadto, nie wydaje mi się, żebym znalazła we współczesnym kinie grozy tak duszącą atmosferę nadnaturalnej grozy, a to w gatunku zawsze było i jest najważniejsze.

sobota, 24 sierpnia 2013

„Domowe piekło” (2008)

Recenzja na życzenie (Rafal)

Marnie Watson wychodzi z więzienia, w którym znalazła się za zabicie w obronie własnej męża, nowojorskiego policjanta. Pozostałą część wyroku ma odsiedzieć w areszcie domowym, z elektroniczną bransoletką na kostce i pod czujnym okiem niegdysiejszego partnera jej męża. Wkrótce Marnie odkrywa drobne sygnały czyjejś obecności, ukrywającej się w jej miejscu zamieszkania, a z czasem, gdy staje się ona coraz bardziej agresywna, odkrywa, że piekło, które zgotował jej mąż za życia jest niczym w porównaniu do jego pozagrobowej zemsty.

Telewizyjny horror twórcy mojego ukochanego „Złego wpływu księżyca”, Erica Reda z niezastąpioną Famke Janssen w roli głównej. W Polsce „Domowe piekło” zostało dosyć chłodno przyjęte przez widzów, na co w głównej mierze składało się delikatne podejście twórców do tematyki nawiedzenia – nie ma tutaj zawrotnej akcji, pełnej jump scenek i duszącej atmosfery grozy. Zamiast tego odbiorcy zostają zmuszeni do konfrontacji z dramatem zaszczutej przez poltergeista, uziemionej w domu kobiety.

„Dopóki śmierć was nie rozłączy. Pieprzona bzdura.”

Do wiarygodnego zawiązania fabuły potrzebne było Redowi przekonujące uwięzienie głównej bohaterki w jej własnym domu, z czego bardzo sprytnie wybrnął – w końcu nie ma bardziej pewnego sposobu niż areszt domowy. Motyw być może zapożyczony z „Niepokoju” D.J. Caruso, aczkolwiek i tak należy pochwalić scenariusz za pobudzenie skostniałego nurtu ghost story sporą dozą innowacyjności. Realizacja, jak na obraz telewizyjny, również zasługuje na uznanie, szczególnie w momentach konfrontacji Marnie z nieujawnionym jeszcze zagrożeniem – stopniowanie napięcia w chwilach delikatnej sygnalizacji swojej obecności przez ducha w postaci odgłosów kroków, uporczywego pojawiania się na zamalowanej niedawno ścianie przez Marnie plamy krwi zabitego przez nią męża oraz zagaszania i rozpalania świeczek, porozstawianych po domu przez kobietę w czasie awarii prądu. Te bardziej zdecydowane ataki nienawistnego ducha, jak na przykład rzucanie talerzami, czy maltretowanie Marnie, choć nie mogą poszczycić się umiejętnym stopniowaniem klimatu to przynajmniej urozmaicają dosyć stateczną fabułę pewną dozą dynamiki, są swego rodzaju przerywnikiem od monotonii, która choć niejednokrotnie mocno intryguje w przypadku braku silniejszych manifestacji obecności z zaświatów chwilami mogłaby nieco znużyć odbiorcę. Podejrzewam, że gdyby „Domowe piekło” zostało zaklasyfikowane do thrillera, a nie horroru mogłoby liczyć na troszkę cieplejszy odbiór widzów, bo choć opowiada o wrednym duchu to narracja niezmiennie podąża w stronę dreszczowca. Każdorazowa manifestacja swoich sił przez zmarłego męża Marnie została oddarta z jakiejkolwiek grozy na rzecz napięcia, a to głównie za sprawą charakterologii głównej bohaterki. Famke Janssen, jak zwykle nader przekonująco wywiązała się ze swojej roli, a nie miała łatwego zadania, zważywszy na jej kluczową pozycję w niniejszym obrazie – cały scenariusz skupiał się tylko i wyłącznie na niej i jej dramatycznym położeniu. Problem w tym, że kobieta, choć początkowo zaniepokojona powrotem swojego brutalnego męża szybko się z tą myślą oswaja – wyzbywa się strachu, co udziela się również widzom i staje do śmiałej, choć nierównej walki. Pomocy szuka w literaturze parapsychologicznej, w której znajduje prastare rady pozbycia się złośliwego ducha, jak na przykład wyrzucenie z domu wszystkich jego rzeczy, aczkolwiek jak można się tego spodziewać wbrew jej nadziejom nie zdadzą one egzaminu. Nie mogąc zwrócić się o pomoc do nieustannie pilnujących ją policjantów pozostaje jej przyjmowanie kolejnych ciosów od zmarłego męża i rozpaczliwe szukanie sposobu odesłania go „na tamten świat”.

Największym mankamentem „Domowego piekła” jest wygląd poltergeista. Do jego kreacji bardzo się twórcom przydały osiągnięcia współczesnej technologii, a jak wiadomo tam, gdzie „macza palce komputer” nie uświadczymy ani odrobiny realizmu, tym bardziej, jeśli reżyser dysponuje niskim budżetem. Tak, więc nasz antagonista, czyli pikselowa rozmazana sylwetka bardziej bawi, aniżeli straszy i doprawdy nie rozumiem, dlaczego Red w ogóle zdecydował się pokazywać go widzom… Weźmy dla przykładu kulminacyjne momenty grozy niniejszej produkcji, jak wciągnięcie ręki Marnie do rozdrabniarki, pełne nieznośnego wręcz suspensu, choć szkoda, że twórcy nie wykazali się tutaj większą odwagą w epatowaniu makabrą oraz mordobicie jej nowego młodego chłopaka wespół z łamaniem jego kości (dopracowana w najmniejszych szczegółach, mocno realistyczna scena). A teraz skonfrontujmy je z każdorazowym materializowaniem się złego ducha – przepaść realizacyjna jest aż nazbyt dostrzegalna, a to dlatego, że aparycja naszego antagonisty pozostawia wiele do życzenia, a co za tym idzie oddziera daną scenę z całego suspensu.

Myślę, że w ogólnym rozrachunku „Domowe piekło” nie zasługuje na całkowitą dyskredytację, bo choć wpisuje się do swego rodzaju kina grozy w wersji lajt i w gruncie rzeczy nie jest niczym innym, jak kolejną konwencjonalną ghost story to cała historia ma coś takiego w sobie, co odpędza od odbiorcy wszelką senność (pod warunkiem, że owy widz nie wymaga od telewizyjnego obrazu realizacji na miarę hollywoodzkiego kinowego dzieła), a w kilku momentach zapewnia nawet całkiem sporą dawkę napięcia emocjonalnego. Jak dla mnie film wprost stworzony na nudny wieczór po ciężkim dniu, kiedy to człowiek nie jest zdolny do wzmożonego pobudzania komórek mózgowych. Ot, całkiem przyjemna dawka czystej rozrywki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...