piątek, 8 sierpnia 2014

„Bal maturalny” (1980/2008)


Dziesięcioletnia Robin ginie podczas zabawy ze starszymi od niej dziećmi, Wendy, Nickiem, Kelly i Jude, którzy w obawie przed konsekwencjami ukrywają swój udział w tej sprawie. Sześć lat później cała czwórka dostaje telefon z pogróżkami, od kogoś, kto wie, co zrobili w dzieciństwie. Słuchawkę podnoszą tylko dwie dziewczyny, które nie biorą sobie do serca słów nieznajomego. Są zajęte, podobnie jak inni licealiści, przygotowaniami do zbliżającego się balu maturalnego. Córka dyrektora, Kim, wybiera się na zabawę ze swoim chłopakiem Nickiem, nie wiedząc jeszcze, że chłopak przed laty przyczynił się do śmierci jej młodszej siostry. Ale wie to ktoś, kto nie zawaha się pomścić Robin.

„Bal maturalny” Paula Lyncha został okrzyknięty najbardziej dochodowych horrorem kanadyjskim roku 1980. Na jego publikę składali się przede wszystkim widzowie kin samochodowych, pragnący popularnej wówczas, niewymagającej myślenia rozrywki, jakiej niewątpliwie dostarczały slashery. Pomimo nieprzychylnych opinii krytyków film odniósł na tyle duży sukces, że w późniejszych latach doczekał się trzech sequeli.

Film rozpoczyna nowoczesna zabawa w chowanego w opuszczonym budynku, z szukającym udającym mordercę. Kiedy gra wymyka się spod kontroli ginie dziesięcioletnia Robin, a czworo jej mimowolnych oprawców zawiązuje pakt milczenia (czyżby twórcy „Koszmaru minionego lata” czerpali z „Balu maturalnego”?). Sześć lat później akcja skupi się przede wszystkim na siostrze Robin, Kim (w tej roli bożyszcze wielbicieli kina grozy, znakomita Królowa Krzyku, Jamie Lee Curtis). Dziewczyna jest córką dyrektora (samego Leslie Nielsena) i przyszłą królową balu, do którego przygotowuje się wraz ze swoim chłopakiem, Nickiem, który przed laty przyczynił się do tragicznej śmierci jej siostry. Dzięki aż nadto rozwleczonej pierwszej połowie filmu (ponad godzina bez większej akcji to zdecydowana przesada) dokładnie poznamy relacje pomiędzy nastoletnimi bohaterami. Dowiemy się, że Kim przyjaźni się z dwiema dziewczynami, Jude i Kelly, które podobnie jak jej chłopak miały swój udział w nieszczęśliwym wypadku Robin. Natomiast czwarta oprawczyni, Wendy, po stracie Nicka stała się takim modelowym czarnych charakterem. Nie mogąc pogodzić się z porażką wraz ze swoim znajomym, typowym szkolnym zabijaką, planuje zemścić się na Kim podczas balu (jak w „Carrie”). Te mało interesujące młodzieńcze realia odrobinę urozmaicą tajemnicze telefony do sprawców dawnej zbrodni oraz śledztwo policji śladem przebywającego na wolności mężczyzny, który sześć lat temu został obwiniony za zabójstwo Robin. 

Na sam bal przyjdzie nam jednak długo czekać, a kiedy już się zacznie i morderca przystąpi do swojej mało krwawej vendetty zgony będą następowały po sobie zbyt szybko, tak jakby twórcy przysnęli w pierwszej godzinie seansu, a pod koniec śpieszyli się z wybiciem wszystkich protagonistów. Sytuację dodatkowo pogarsza brak większej oryginalności i brutalności. Ot, mamy szablonowe w slasherach podcięcie gardła, ciosy w szyję i wreszcie dekapitację, ale niestety niedane nam będzie ujrzeć tych okropieństw w całej ich makabrycznej krasie. Jedyne godne uwagi sceny w drugiej połowie filmu, nie licząc finalnego pojedynku z zabójcą w rytmach disco to pełen napięcia, długi pościg za Wendy i dynamiczna sekwencja morderstwa kochanków – zaraz po stosunku i popalaniu marihuany, czyli jak zauważył to Randy z „Krzyku” (nie uprawiaj seksu i unikaj używek, bo zginiesz). Wyłączając te sekwencje fabuła nie przyciąga uwagi niczym szczególnym, tym bardziej, że już podczas prologu filmu zapewne każdy domyśli się, kto jest mordercą. Jedyne, co skutecznie utrzymywało moje zainteresowanie tą produkcją to amatorska realizacja, która mocno się zestarzała, ale też paradoksalnie przyczyniła się do stworzenia gęstego klimatu wszechobecnego brudu. Ciemna kolorystyka i ponure szkolne korytarze znakomicie współgrały z chwytliwą ścieżką dźwiękową, skomponowaną przez Paula Zaza i Carla Zittrera i kilkoma mocno trzymającymi w napięciu, aczkolwiek mało krwawymi scenami mordów. I choćby dla tej osobliwej atmosfery grozy warto obejrzeć slasher Paula Lyncha.

Troszkę inaczej rzecz ma się z głośnym remake’iem „Balu maturalnego” z 2008 roku, wyreżyserowanym przez Nelsona McCormicka (późniejszego twórcę remake’u „Ojczyma”). Fabułę mocno zmieniono i dobrze, bo nienawidzę remake’ów całkowitych, bezkrytycznie kopiujących wszystko z oryginałów. Inna sprawa, że na tle innych slasherów i tak wypada to mało odkrywczo. W wielkim skrócie film opowiada o nastoletniej Donnie, która przed laty była obiektem obsesji nauczyciela, Richarda Fentona. Zaborczy mężczyzna zabił całą jej rodzinę, za co trafił do zakładu zamkniętego. Teraz, po latach, Donnie wreszcie udało się uporać z traumatyczną przeszłością i szykuje się do balu maturalnego, wyprawianego w wielkim hotelu. Jak można się tego spodziewać tę sielankę zakłóci ucieczka Fentona z miejsca odosobnienia.

Remake w przeciwieństwie do oryginału nie każe domyślać się tożsamości mordercy – jego personalia znamy już od pierwszych minut seansu, co oddziera tę produkcję z całej tajemniczości. Sytuację dodatkowo pogarsza brak jakiegokolwiek klimatu grozy, czy choćby napięcia. Bal w porównaniu do pierwowzoru rozpoczyna się dosyć szybko i jak przystało na współczesny amerykański slasher nie dojrzymy tutaj żadnego brudu i zepsucia. Za to naszym oczom ukaże się wspaniały, pełen przepychu hotel, w którym zorganizowano prawdziwie hollywoodzki bal maturalny. Pięknie odziani, wypacykowani młodzi ludzie dojeżdżający na miejsce limuzynami i spędzający sporą część wieczora na prowadzeniu „jakże dramatycznych i pełnych patosu” konwersacji o nieznanej przyszłości, rozstaniach i ostatnich szczęśliwych chwilach swojego życia. Całe szczęście, że twórcy, w porównaniu do oryginału dosyć szybko przeszli do właściwej akcji filmu, przerywając te rozterki egzystencjalne pojawieniem się Fentona w hotelu. Szkoda tylko, że jego czynom zabrakło pomysłowości (działa zgodnie z jednym, stałym modus operandi, zadając swoim ofiarom ciosy w brzuch), a twórcy, pewnie licząc na młodą publikę, nie mieli odwagi choćby raz skupić się na odrażających szczegółach krwawego procederu zabójcy. Przez co dostajemy slasher w wersji lajt, od którego fani makabry powinni trzymać się z daleka. Taka oszczędność w epatowaniu brutalnością niebezpiecznie balansuje na granicy gatunkowej – chociaż fabuła ściśle trzyma się ram slashera, realizacja bardziej przypomina thriller, i to taki pozbawiony większego napięcia.

Jedyne, co łączy remake z pierwowzorem to tytułowy bal maturalny i obserwacja tegoż przez poszukujących zbiegłego szaleńca policjantów. Śledczy podejrzewają, że Fenton wróci do swojego dawnego obiektu westchnień, Donny (całkiem przyzwoita kreacja Brittany Snow), a więc przybywają do hotelu i nie spuszczają oczu z dziewczyny. A podczas, gdy oni sobie tak na nią patrzą Fenton w pokojach hotelowych eliminuje personel i znajomych Donny. Późniejsze poczynania policji są oczywiście jeszcze bardziej amatorskie, ale na jej usprawiedliwienie należy nadmienić, że Fenton wbrew oszczędności twórców w epatowaniu makabrą nie jest zwyczajnym mordercą, tylko takim typowo slasherowym – pojawia się i znika, jakby przenikał przez ściany i (a jakże!) wcale nie musi biegać, aby dopaść uciekającą ofiarę. Cieszę się, że kreacja mordercy uciekała się do konwencji filmów slash, szkoda tylko, że jego personalia nie pozostały tajemnicą, aż do jakże podkreślającego niekompetencje policjantów finału. Oprócz nawiązującej do schematu slasherów specyfiki zabójcy spodobała mi się nowa Wendy – wredne dziewczę imieniem Chrissy całkiem nieźle wykreowane przez Brianne Davis, a bo wprost przepadam za takimi kobiecymi czarnymi charakterami. Szkoda tylko, że jej obecność na ekranie jest epizodyczna. Poza tym nie zauważyłam w tej produkcji niczego, w czym mogliby odnaleźć się wielbiciele mocnych, nastrojowych slasherów. Ot, kolejny teen-pseudohorror o niczym szczególnym, skierowany głównie do poszukiwaczy niewymagających myślenia, pozbawionych większej makabry rąbanek.

Chociaż ani pierwowzór „Balu maturalnego”, ani tym bardziej jego remake fabularnie nie mają sobą niczego bardziej intrygującego do zaoferowania to gdybym miała wybierać w ciemno poszłabym za produkcją Lyncha. W oryginale mogłam się przynajmniej cieszyć gęstym klimatem grozy, którego nową wersję całkowicie pozbawiono. Modyfikacja fabuły w remake’u również dużo nie dała, bo tak na dobrą sprawę w porównaniu do innych tego typu obrazów nie charakteryzuje się niczym szczególnym, a miejscami wręcz usypia, czego uniknęłam w trakcie seansu oryginału, który nudnawą opowieść podratował chociaż nastrojową realizacją. Jeśli nie jest się zagorzałym fanem slasherów to oba filmy można sobie spokojnie darować, a jeśli się jest to najlepiej skupić się na oryginale, zapominając, że coś takiego jak remake „Balu maturalnego” w ogóle powstało. 

4 komentarze:

  1. Buffy, słyszałaś o filmie "Lord of Tears"?
    https://www.youtube.com/watch?v=dVf0NlfaY4I

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do teraz nie wiedziałam o tym tytule, ale jak pojawi się w Polsce (z polskimi napisami) to pewnie obczaję.

      Usuń
  2. Myślę że oglądnę, bo mnie to zaciekawiło :-)
    Zapraszam do mnie:
    rzeczy-vilovers.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się w kwestii grupy docelowej. Bo chyba tylko wielbiciele slasherów mogą się tutaj super bawić :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...