czwartek, 9 października 2014

„Krwawy odwet” (1986)


Grupa popularnych licealistów robi niewybredne prima aprilisowe kawały szkolnemu prymusowi, Marty’emu Rantzenowi. Z czasem ich dowcipy wymykają się spod kontroli, na skutek czego Marty zostaje poważnie poparzony. Kilka lat później dorośli oprawcy chłopaka dostają zaproszenia na zlot absolwentów, organizowany w ich starej, przeznaczonej do rozbiórki szkole. Jednak, kiedy przyjeżdżają na miejsce odkrywają, że są jedynymi uczestnikami imprezy. Ktoś, kto pragnie ich śmierci zwabił ich na ten położony z dala od cywilizacji teren, aby swobodnie wdrożyć swój krwawy plan w życie.

Brytyjsko-amerykański slasher  wyreżyserowany przez George’a Dugdale’a, Marka Ezrę i Petera Mackenziego Littena na podstawie ich wspólnego scenariusza. Film zyskał rozgłos po samobójczej śmierci odtwórcy roli mordercy, Simona Scuddamore’a, krótko po zakończeniu zdjęć, ale jedynie w kręgach zagorzałych wielbicieli slasherów. Przez umiejscowienie czasu akcji 1 kwietnia film wielu widzom nasuwał skojarzenia z powstałym w tym samym roku „Prima aprilis” Freda Waltona, zresztą początkowo „Krwawy odwet” miał nosić taki sam tytuł, który został zmieniony, kiedy do twórców dotarła informacja o slasherze Waltona.

W moim odczuciu „Krwawemu odwetowi” głównym motywem fabularnym bliżej do „Podpalenia”, aniżeli „Prima aprilis”. W camp slasherze Tony’ego Maylama z 1981 roku akcję zawiązuje dowcip młodych ludzi, który wymyka się spod kontroli, okaleczając niewinnego chłopaka. Ten po latach wraca, aby siać terror w obozie, w którym padł ofiarą niewybrednego żartu. „Krwawy odwet” rozpoczyna prima aprilisowy poniżający dowcip grupy licealistów na mało popularnym koledze, który tak szczerze mówiąc bardziej pachnie zwykłym znęcaniem się, aniżeli niewinnym psikusem. Carol zwabia Marty’ego do damskiej toalety obietnicą szybkiego seksu, prosząc go, aby najpierw rozebrał się w kabinie. Kiedy chłopak jest już nagi przyjaciele dziewczyny fotografują go i wkładają jego głowę do muszli klozetowej. Jednak na tym nie koniec. Następnie oprawcy Marty’ego wdrażają w życie inny plan, który prowadzi do pożaru, poważnie okaleczając chłopaka. Kilka lat później, zanim następuje właściwa akcja filmu reżyserzy pozwalają sobie na mały hołd złożony „Psychozie” Alfreda Hitchcocka, pokazując swoją delikatniejszą wersję sceny pod prysznicem.

Po przeskoku akcji, kiedy oprawcy Marty’ego dostają zaproszenia na zlot absolwentów organizowany w ich starym liceum, a po dotarciu na miejsce konstatują, że są jedynymi gośćmi zaproszonymi na bal, nietrudno się domyślić, kto zorganizował całą tę maskaradę. Zresztą początkowe sceny filmu świadczą o tym, że twórcy wcale nie starali się ukryć tożsamości mordercy. Znajomość personaliów sprawcy być może zepsuje sporej rzeszy odbiorców frajdę z seansu, mnie jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała. „Krwawy odwet”’ ma w sobie multum rzeczy, które całkowicie zrekompensowały mi brak tajemniczości w postaci zabójcy, a co więcej stoją na tak wysokim poziomie, że chyba bez odrobiny przekłamania mogę stwierdzić, że to jeden z najlepszych slasherów, jakie dane mi było zobaczyć. Oczywiście, jak na ten nurt przystało uparcie trzyma się utartego schematu, jednak przedstawionego w tak dynamiczny sposób, że raczej wykluczone jest uczucie znużenia, nawet u wieloletnich widzów slasherów. Kiedy nasi protagoniści, których role bez wyjątku powierzono pozbawionym talentu, zmanierowanym aktorom, z domniemaną final girl, Caroline Munro włącznie (w przeciwieństwie do odtwórcy mordercy, Simona Scuddamore’a), dochodzą do wniosku, że ktoś zwabił ich do opuszczonej szkoły, ani myślą wracać do domu. Typowe dla filmów slash głupiutkie zachowanie bohaterów, śmiało przekraczających próg domu ma w sobie pewien urok, który dostrzegą jedynie entuzjaści tego podgatunku horroru, zakochani w ich pełnych dziur logistycznych scenariuszach. Po wejściu do szkoły i tak już mroczny klimat znacznie gęstnieje, dzięki scenerii ponurych, zaniedbanych pomieszczeń oraz wiszącej w powietrzu aurze niebezpieczeństwa. Atmosferę dodatkowo potęguje mistrzowska ścieżka dźwiękowa skomponowana przez genialnego Harry’ego Manfredini’ego, który odpowiadał za oprawę muzyczną między innymi „Piątku trzynastego”. Muzyka składa się zarówno ze skocznych, sielankowych tonów, jak i tych bardziej szarpiących nerwy, rozlegających się w chwilach największego napięcia. Obok pomysłowych scen mordów ścieżka dźwiękowa jest bez wątpienia najlepszym elementem „Krwawego odwetu”.

Jak na typowy slasher przystało po wejściu do opuszczonej szkoły i odkryciu obecności mordercy bohaterowie, właściwie bez bardziej przekonującej przyczyny zaczną się rozdzielać, co ułatwi oprawcy ich metodyczną eliminację. Trzeba przyznać, że błazeńska maska zabójcy, z twarzą staruszka i dzwoneczkami robi naprawdę demoniczne wrażenie, ale jeszcze bardziej intryguje podejście scenarzystów do ofiar. „Krwawy odwet” to jeden z tych slasherów, w których całkowicie identyfikujemy się z oprawcą, a przynajmniej ja nie potrafiłam wykrzesać z siebie współczucia do ludzi, którzy bez żadnego powody okaleczyli człowieka. Pragnący zemsty szaleniec dzięki swojemu zamiłowaniu do chemii dostarcza nam kilka iście pomysłowych scen mordów, które z pewnością zapamiętam na dłużej. Największe wrażenie robi ujęcie drugiego mordu, kiedy to po wypiciu piwa brzuch chłopaka dosłownie eksploduje, a jego wnętrzności wylewają się na podłogę. Już ta sekwencja dobitnie udowadnia, że spece od efektów specjalnych pomimo niskiego budżetu dali z siebie wszystko, dbając o jako taki realizm. Jako, że „Krwawy odwet” to jeden z tego rodzaju slasherów, w którym brak większych przestojów w akcji po tym oryginalnym morderstwie widzowie mogą liczyć na szybko następujące po sobie równie krwawe zgony. Na nudę nie ma tutaj miejsca, za to istnieje spora szansa, że znajdą się widzowie równie zachwyceni aspektem gore, co ja. Weźmy na przykład kąpiel dziewczyny w kwasie, kiedy to jej skóra odpada płatami od ciała, aby na koniec pozostawić tylko kości albo poszlachtowanie chłopaka ostrzami wirnika w traktorze. Ciekawe (i zabawne, jeśli inaczej na to spojrzeć) jest również ujęcie „elektryzującego seksu” dwójki bohaterów. Jak zwykle w slasherach znalazły się postacie, które w obliczu zagrożenia zamiast myśleć o wydostaniu się z pułapki wolą nacieszyć się swoimi ciałami, co oczywiście kończy się dla nich tragicznie, po dotknięciu podłączonego do prądu pręta łóżka. Moim zdaniem zarówno te, jak i pozostałe sceny gore stoją na naprawdę wysokim poziomie pod kątem realizacji i pomysłowości, choć są umiarkowanie krwawe.

Do tej pochwalnej litanii muszę jeszcze dodać finał, zapoczątkowany sceną, w której widzimy znakomicie, minimalistycznie ucharakteryzowane wszystkie ofiary mordercy, spośród których największe wrażenie robi plujący krwią chłopak, a zakończony zaskakującym zwrotem akcji, który stawia w innym świetle wszystko, co wcześniej widzieliśmy. Jak na niskobudżetowy, mało popularny slasher finał dostarcza naprawdę olbrzymich wrażeń.

Jak już wspomniałam „Krwawy odwet” dopisuję do listy moich ulubionych slasherów, bo całkowicie sobie na to zasłużył. Dynamiczna fabuła pełna pomysłowych scen mordów, znakomita ścieżka dźwiękowa, mroczny klimat i zaskakujący finał składają się na naprawdę godną uwagi rąbankę, idealną dla fanów tego nurtu.

1 komentarz:

  1. Wydaje mi się, że widziałam ten film - ale to oznacza, że trzeba go obejrzeć raz jeszcze - szczególnie, że dopisujesz go do ulubionych slasherów :) Z opisu faktycznie przypomina Podpalenie. Na pewno obejrzę :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...