środa, 28 stycznia 2015

„Prosektorium” (2006)


Studenci medycyny przyuczają się do zawodu w kostnicy, gdzie przeprowadzają badania ludzkich zwłok. Na pierwszych zajęciach zostają podzieleni na czteroosobowe grupy. Każda dostaje jedno ciało, które musi poddać autopsji. Alison Blanchard i jej nowo poznani partnerzy zajmują się okaleczoną młodą kobietą. Dziewczynę, widok tego konkretnego ciała, przepełnia złymi przeczuciami. Ale dopiero, kiedy zaczynają ginąć osoby, które weszły z nim w kontakt nabiera przekonania, że prosektorium jest nawiedzone.

Niezależna ghost story wyreżyserowana przez Jasona Todda Ipsona na podstawie scenariusza napisanego wspólnie z Chrisem Billettem. W 2006 roku na International Horror & Sci-Fi Film Festival „Prosektorium” wyróżniono w dwóch kategoriach: najlepszego filmu i najlepszej aktorki, Corri English. Jednakże krytycy w większości nie byli już tak łaskawi. Zarzucali fabule śmieszność, a realizacji amatorkę. Ci bardziej przychylni kwitowali dziełko Ipsona mianem przeciętniaka. Niski budżet, istotnie, rzuca się w oczy, szczególnie podczas obserwacji pracy operatorów. Kamera miejscami jest odrobinę rozchwiana, na domiar złego w kilku momentach szczytowej grozy kąt jej nachylenia nie pozwala dokładnie przyjrzeć się efektom poczynań złośliwego ducha. Na plus natomiast odebrałam oświetlenie. Ostre jarzeniówki na pierwszym planie, a w oddali gęsty mrok. Szczególnie rzuca się to w oczy podczas samotnych wędrówek Alison po korytarzach kostnicy, kiedy oko kamery obejmuje również dalszą perspektywę. Wówczas to twórcy najsilniej koncentrowali się na potęgowaniu napięcia, w czym znacznie pomogło miejsce akcji i ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Michaela Cohena z tajemniczymi zakrzykami w języku portugalskim.

Fabuła, co prawda, oprócz azteckiej klątwy niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, mamy obłożone przekleństwem ciało, którego dotknięcie sprowadza na człowieka śmierć, mamy poltergeista, grasującego w prosektorium i grupkę studentów, starającą się pokonać klątwę, aby ocalić życie. Jednakże pomimo wtłoczenia scenariusza w ścisłe ramy nadprzyrodzonego teen horroru i wbrew niewielkim nakładom pieniężnym twórcy wystarali się o odpowiednie napięcie i kilka naprawdę realistycznych tożsamych dla gatunku scen. Ipson poruszał się zarówno w stylistyce typowej ghost story, jak delikatnego gore. To drugie najbardziej realistycznie wypadało w trakcie autopsji - krojenie zwłok, odsłanianie wnętrzności i wkładanie w nie rąk. Ale jeśli wierzyć zapewnieniom twórców, że do nakręcenia filmu wykorzystano prawdziwe ludzkie zwłoki przestaje dziwić tak przekonujący efekt w bądź co bądź niskobudżetowym tworze. Gorzej prezentują się już rezultaty morderczej manii ducha kobiety. Jedynie prolog, podczas którego widzimy naszą przyszłą nieboszczkę okaleczającą swoją twarz odłamkiem szkła nie wzdraga się przed dłuższym skupieniem kamery na krwawych poczynaniach antagonistki. Mordy, których dopuszcza się po śmierci rozgrywają się poza kadrem, a i szczegóły ich finalnego wyglądu zostają widzom oszczędzone. Nieco lepiej wypadają elementy nadprzyrodzone, szczególnie w scenach pozbawionych większej dosłowności. Kiedy twórcy jedynie sygnalizują obecność bytu z zaświatów (czy to coraz bardziej szaleńczym zachowaniem Alison, czy z nagła gęstniejącym klimatem, potęgowanym mocniejszą muzyką), ale nie pokazują jego śmiałej działalności, całkiem nieźle odnajdują się w budowaniu aury niezdefiniowanego zagrożenia, które może w każdej chwili wychynąć na korytarz mrocznej kostnicy. Z bardziej dosłownych sekwencji ingerowania nadprzyrodzonej siły w egzystencję żywych podobał mi się jedynie moment w łazience. Wówczas to Alison zostaje uwięziona w ciasnym pomieszczeniu z jakimś cieniem, a oprócz niego towarzyszy jej naprawdę mroczna, wzmagająca aurę niebezpiecznej tajemniczości kolorystyka. Niestety, z biegiem trwania fabuły atmosfera grozy gdzieś wyparowuje, pozostawiając jedynie średnio interesujące próby pokonania przez studentów azteckiej klątwy i beznadziejny finał. Wyglądało to tak, jakby scenarzyści nie mieli pomysłu na intrygujące rozwinięcie swojej historii, która aż prosiła się o choćby jeden zwrot akcji w końcówce. Zamiast tego w drugiej połowie seansu mamy pozbawioną większych niespodzianek historię życia naszej antagonistki, kilka przewidywalnych jump scen i powtarzające się ujęcia „nurkowania” w zbiorniku z ciałem. Nawet taki, mało odkrywczy w gatunku pomysł na fabułę można było urozmaicić bardziej zapadającymi w pamięć motywami – szkoda tylko, że twórcom zabrakło inwencji.

Nagrodzona na Festiwalu Filmowym w Tempe w Arizionie Corri English w moim mniemaniu nie wykazała się niczym nadzwyczajnym. Była poprawna, ale zważywszy na mało stateczną rolę (rozchwianie psychiczne na skutek wydarzeń, którym świadkuje) mogła pokusić się o większą mimiczną ekspresję. Pozostali aktorzy nawet nie mieli szansy się wykazać, bowiem scenariusz przewidział dla nich jedynie role swego rodzaju tła dla odtwórczyni głównej bohaterki.

Chyba przychylę się do opinii, co poniektórych krytyków wtłaczających tę produkcję do grona zwykłych średniawek. Obejrzeć można, bez narażania się na większą nudę. Jest nawet szansa, że znajdą się widzowie tak samo jak ja ukontentowani pierwszą połową seansu. Ale raczej wątpię, żeby pokaźna grupa odbiorców zachwycała się drugą partią „Prosektorium”. Gdybyż tylko scenarzystom nie zabrakło pomysłu na lepsze pociągnięcie tej historii mogłoby powstać coś naprawdę godnego uwagi. A tak pozostaje nam jedynie przeciętniak.      

3 komentarze:

  1. Tak, to średniak, ale czasem wystraszył. Jakoś niepokoiło mnie to dziwne światło na korytarzu. Nie piszę się na takie sytuacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten film, będzie dobry do obejrzenia go razem z kuzynka, gdyż ona właśnie w takich średniakach gustuje. Zapamiętam dla niej ten tytuł.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...