środa, 28 października 2015

William Hjortsberg „Harry Angel”


Popularny piosenkarz, Johnny Favorite, w okresie II wojny światowej zaciągnął się do wojska, ale w 1943 roku został poważnie ranny podczas ataku myśliwców Luftwaffe. Mężczyznę umieszczono w prywatnym szpitalu w Poughkeepsie w stanie Nowy Jork, gdzie w stanie amnezji spędził długie, samotne lata. W 1959 roku nowojorski prywatny detektyw, Harry Angel, dostaje zlecenie od jegomościa zwanego, Louis Cyphre, polegające na odnalezieniu Favorite’a, który ponoć po podpisaniu z nim umowy podstępem uniknął wywiązania się ze swoich zobowiązań. Początkowo Angel jest przekonany, że to będzie jedna z prostszych spraw, jakie prowadził, ale kiedy odkrywa, że Favorite od lat nie przebywa w klinice, a świadkowie, których przepytuje niedługo potem giną w okrutny sposób, uświadamia sobie, że został wmieszany w śmiertelnie niebezpieczną rozgrywkę, w której ogromną rolę odgrywają czarna magia i kult voodoo.

Nominowana do Nagrody im. Edgara Allana Poe, po raz pierwszy wydana w 1978 roku kultowa książka Williama Hjortsberga, powieściopisarza i scenarzysty. W 1987 roku Alan Parker przeniósł „Harry’ego Angela” na ekran w tak fenomenalnym stylu, że można chyba zaryzykować tezę, iż znacząco przyczynił się do niesłabnącej popularności literackiego pierwowzoru. Ale nie był jedyny, wszak nie należy zapominać o krytykach i pisarzach, w tym Stephenie Kingu, którzy prześcigali się w swoich entuzjastycznych opiniach o książce Hjortsberga. W wielu kręgach „Harry Angel” jest określany, jako jedna z ważniejszych powieści hardboiled, swego rodzaju ukłon w stronę twórczości Raymonda Chandlera. Ale oprócz aspektów kryminalnych utwór porusza się również w ramach konwencji typowego horroru satanistycznego i śmiem podejrzewać, że właśnie te wątki wyróżniły „Harry’ego Angela” na tle innych powieści kryminalnych z drugiej połowy XX wieku.

Początkowo fabuła książki nie wróży niczego choćby odrobinę innowacyjnego na tle całego gatunku. Mamy typowego dla literatury hardboiled cynicznego, wyrachowanego prywatnego detektywa, który nie wzdraga się przed działaniem ponad prawem. Choć jego jednoosobowa agencja nie prosperuje na najwyższym poziomie, Angel, nie może się skarżyć na dotkliwe ubóstwo, wszak zawsze znajdzie się ktoś, kto za godziwą opłatą będzie chciał wynająć cwanego prywaciarza, gotowego na wszystko, aby tylko rozwikłać sprawę. Takim kimś okazuje się dostojny Louis Cyphre, który enigmatycznie przedstawia Angelowi problem, jaki wyniknął z jego kontaktów z byłą gwiazdą sceniczną, Johnny’m Favoritem. Angel ma go odnaleźć, aby Cyphre mógł wymusić na nim dopełnienie warunków umowy, którą zawarli przed laty. Problem w tym, że mężczyzna nie przebywa tam, gdzie według raportów być powinien, czyli w prywatnym szpitalu, a jego dawni znajomi są przekonani, że nie żyje od 1943 roku. Początkowo Hjortsberg skupia się tylko i wyłącznie na bezowocnym śledztwie Angela, które znaczy szlak potwornie okaleczonych trupów, przy czym w swoich opisach niejednokrotnie wpada w denerwującą manierę przytaczania nazwy dosłownie każdej ulicy, którą Angel mija w swojej pogoni za Favoritem. Przez jakiś czas się tego nie zauważa, ale z czasem autor właściwie zamyka cały opis miejsca na podawaniu właściwych nazw ulic, jedynie sporadycznie siląc się na pojedyncze zdania opisowe, z wykorzystaniem przede wszystkim rzeczowników, rzadko przymiotników. W ten sposób dostajemy dokładną topografię Nowego Jorku końcówki lat 50-tych XX wieku, której nie brakuje charakterystycznego klimatu wielkomiejskiego zgiełku i zbieraniny obywateli wszelkiej maści. Ale przez sprowadzenie tego wszystkiego do marginalnych wzmianek autor sprawia, że nie ma w tym duszy, tak potrzebnego czytelnikowi szczegółowego oglądu areny dziwacznych wydarzeń, w centrum których stoi cyniczny prywatny detektyw. Hjortsberg wspomina o mijanych na ulicach również nastoletnich prostytutkach, alfonsach, handlarzach, ćpunach i naganiaczach czasami używając doprawdy brutalnych określeń, ale bez wdawania się w ich anatomiczne szczegóły, bez wyczerpującego moralizowania, choć jego zdanie na temat obywateli Nowego Jorku można łatwo odgadnąć po wulgarnych określeniach, jakich używa względem niektórych z nich. Więcej miejsca, bo prawie całą stronę autor poświęcił Gabinetowi Osobliwości, w skład którego wchodzą postrzegani w kategoriach dziwolągów, również niepełnosprawni ludzie, będący swego rodzaju symbolem podszytej czystym okrucieństwem mentalności pokolenia końcówki lat 50-tych. Styl obrany przez Hjortsberga podczas spisywania „Harry’ego Angela” nie jest żadnym novum dla literatury hardboiled, wręcz przeciwnie oszczędność w słowach była wręcz jej znakiem rozpoznawczym, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że szczątkowy z mojego punktu widzenia warsztat zaskarbi sobie sympatię wielbicieli niniejszego gatunku. Z racji osobistych preferencji oraz większej drobiazgowości w przekazie mnie o wiele silniej zaangażował drugi człon fabuły „Harry’ego Angela”.

Parę osób związanych z poszukiwanym Johnny’m Favoritem, niedługo po rozmowie ze zdeterminowanym prywatnym detektywem ginie w okrutny sposób. Mordy mają charakter rytualny – symbole nawiązujące do kultu voodoo odnalezione na miejscu zbrodni i potraktowane podmiotowo ciała nieszczęśników, którzy padli ofiarami niezidentyfikowanego sprawcy. Choć Hjortsberg roztaczając przez oczami czytelników krwawe obrazy przestrzelonego oka, zakneblowania penisem, czy wyrwanego serca nie rozpisuje się zanadto, w porównaniu do scenerii Nowego Jorku portrety miejsc zbrodni są aż nazbyt obrazowe. Z wykorzystaniem krótkich, treściwych zdań autorowi udało się odmalować w mojej wyobraźni doprawdy makabryczne zdjęcia, osnute ciężką, metafizyczną aurą nieuchronnej tragedii. Podobną zdolnością Hjortsberg wykazał się podczas opisywania ceremonii voodoo, ekstatycznych tańców z seksualnym podtekstem, śpiewów i składania ofiary z koguta. Choć Alan Parker w swojej adaptacji metafizyczne aspekty „Harry’ego Angela” ukazał z poszanowaniem jeszcze bardziej nieznośnej, mrocznej atmosfery niezidentyfikowanego zagrożenia, to i tak w przypadku literackiego pierwowzoru nie mogę mówić o jakimkolwiek zawodzie. Tym bardziej, że wydarzenia mające miejsce tuż po tajemniczej ceremonii voodoo nabierają takiego tempa, z równoczesną dbałością o suspens, że specyficzny styl hardboiled schodzi na dalszy plan. Autor nagle znacząco odchodzi od niuansów bezproduktywnego śledztwa Angela, którego wiele wątków porusza się w realiach światka jazzowego i dosłownie wrzuca czytelnika w otchłań szaleństwa. Paranoi Angela, którego koszmarne sny w osobliwy sposób przeplatają się z jawą, jednocześnie wzbogacając akcję naprawdę smaczną oniryczną aurą oraz satanistycznych praktyk, czarnych mszy, spośród których jedną Hjortsberg opisuje z zaskakującą brutalnością. Obrzędy w wydaniu tego autora dosłownie gwałcą umysł spragnionego mocnych wrażeń czytelnika, pozostawiając w jego głowie tak śmiałe obrazy, jak na przykład szaleńcza orgia, czy ofiara z niemowlaka. I tak, aż do wstrząsającego, zaskakującego finału, który dosłownie kpi sobie z czytelnika, dowodząc, że wszystko, o czym czytał wcześniej było zwyczajną ułudą, kłamstwem utkanym przez ojca oszustów na użytek zarówno głównego bohatera, jak i odbiorców książki. Kumulacja tej historii, rozładowanie budowanego wcześniej suspensu swoim bezpretensjonalnym, pomysłowym podejściem moim skromnym zdaniem dorównuje „Psychozie” Roberta Blocha i „Dziecku Rosemary” Iry Levine’a, albo raczej Romana Polańskiego, bo jego sfinalizowanie kultowej opowieści satanistycznej wypadło o wiele zgrabniej.

Choć części składowe „Harry’ego Angela” utrzymane w tradycji literatury hardboiled początkowo mnie męczyły z czasem owa historia wyewoluowała w prawdziwie klimatyczną, metafizyczną „jazdę bez trzymanki”, gdzie dosłownie wszystko może się wydarzyć, aby ostatecznie zadać cios iście zaskakującym zwrotem akcji, w dodatku idealnie współgrającym z wcześniejszymi wydarzeniami. Świat przedstawiony przez Williama Hjortsberga na kartach tej powieści poraża brutalnością, a dosłownie wszystko, o czym czytamy jest zwyczajną grą, sugestywną rozgrywką pomiędzy antagonistą i protagonistą książki, ale również autorem i odbiorcą jego prozy. Jestem przekonana, że akurat w tym rozdaniu zwycięży pisarz, finalnie uświadamiając czytelnikowi, że był jedynie marionetką w jego rękach…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...