niedziela, 14 lutego 2016

„Szósty zmysł” (1999)


Psycholog dziecięcy, Malcolm Crowe, na oczach swojej żony zostaje postrzelony przez swojego niegdysiejszego pacjenta. Kiedy fizycznie dochodzi do siebie zwraca uwagę na wychowywanego przez samotną matkę dziewięcioletniego Cole’a Seara, który przypomina mu jego dawnego rozgoryczonego pacjenta. Po kilku rozmowach z chłopcem, Crowe zyskuje jego zaufanie, błyskawicznie konstatując, że Cole jest zamkniętym w sobie, przelęknionym dziewięciolatkiem, skrywającym przed światem jakąś tajemnicę. Po jednym z ataków paniki Cole zdradza psychologowi, że widzi dusze zmarłych ludzi, co mężczyzna początkowo uważa za halucynacje. Wkrótce jednak zyskuje dowód na prawdomówność chłopca.

„Szósty zmysł” to jedna z nielicznych produkcji grozy nominowanych do Oscara w kategorii „najlepszy film” i zdecydowanie najbardziej doceniana przeze mnie pozycja w reżyserskim dorobku M. Night Shyamalana z tych, które dotychczas obejrzałam. Obsypana nagrodami i nominacjami wysokobudżetowa ghost story zrealizowana na kanwie scenariusza samego Shyamalana dzisiaj zarówno przez tzw. znawców kina, jak i zwykłych widzów jest traktowana w kategoriach filmu kultowego, jednego z czołowych horrorów nastrojowych w historii kinematografii. Szacowany budżet przeznaczony na realizację „Szóstego zmysłu” opiewał na czterdzieści milionów dolarów, ale dzięki powściągliwości Shyamalana ten wygórowany wkład pieniężny właściwie nawet przez chwilę nie uwidacznia się na ekranie, oczywiście wyłączając niektórych nietanich aktorów. I moim zdaniem właśnie techniczne stonowanie było głównym elementem, który przesądził o sukcesie „Szóstego zmysłu”. Ale nie jedynym, bo szczerze powiedziawszy twórcy tego obrazu zaserwowali opinii publicznej spektakl samych superlatywów, w którym nie ma miejsca na absolutnie żadne niedociągnięcia.

Główne role powierzono hollywoodzkiej gwieździe, Bruce’owi Willisowi i wówczas brylującemu głównie na małym ekranie młodocianemu aktorowi Haley’owi Joelowi Osmentowi, który w „Szóstym zmyśle” wzniósł się na prawdziwe wyżyny swojego fachu, nieosiągalne w późniejszych filmach z jego udziałem (nawet w znanych „Podaj dalej” i „A.I. Sztucznej inteligencji” nie absorbował tak bezgranicznie, jak w przedsięwzięciu Shyamalana). Małemu Osmentowi udało się dokonać rzeczy zdawałoby się niemożliwej – zdeprecjonować samego Willisa. Jego warsztatowi niczego nie można zarzucić, ale ilekroć pokazywał się na ekranie u boku małego Osmenta przynajmniej dla mnie automatycznie stawał się niemalże niewidzialny, nieistotny w obliczu wyjątkowego talentu chłopca, kompleksowo wydobytego „na światło dzienne” poprzez nietuzinkową, genialnie rozpisaną przez Shyamalana postać, jaką miał szczęście kreować. Dziewięcioletni Cole Sear na pierwszy rzut oka jest typowym przykładem nieprzystosowanego chłopca, wywodzącego się z rozbitej rodziny, który marzy o akceptacji rówieśników, znęcających się nad nim psychicznie i fizycznie. Jego problemy w szkolnym środowisku wynikają z częstych napadów paniki i niepokojących, drastycznych opowieści, którymi zdarza mu się raczyć zdumionych słuchaczy. Matkę Cole’a, choć troskliwą i wyrozumiałą czasami przytłacza dziwne zachowanie syna, szczególnie, że uniemożliwia pozyskanie przez niego przyjaciół, bez wątpienia niezbędnych do poprawienia jego stanu. Nauczyciele, co mnie nie dziwi, wcale nie są pomocni, wręcz przeciwnie: o przynajmniej jednym, jak pokazują twórcy filmu możemy powiedzieć, że w kontaktach z Osmentem bierze nad nim górę niepokój, który popycha belfra do obelgi rzuconej w obecności innych uczniów pod adresem Cole’a. Ponadto, jak dowiadujemy się ze zwierzeń chłopca na użytek Malcolma nauczyciele traktują jego przypadek, jak każdy inny – ograniczając się do rozmowy z jego matką, kiedy chłopiec narysuje coś nieprzystającego do wyidealizowanego obrazu świata, propagowanego w podstawówce, artykułowania nagiej prawdy o realiach, w których egzystuje i które notabene są swoistym krzykiem o pomoc. Cole, zostaje więc sam ze swoimi niezwykłymi problemami, do czasu zawiązania bliskiej relacji z psychologiem dziecięcym, Malcolmem Crowem, borykającym się z problemami małżeńskimi. Mężczyzna przedkłada swoją pracę nad żonę, co sprawia, że kobieta zaczyna go unikać. Jednak pragnienie odkupienia dawnych win zmusza go do całkowitego poświęcania się terapii chłopca, ze szkodą dla jego relacji z żoną. Wzruszająca, niosąca znamiona tragizmu warstwa dramatyczna scenariusza „Szóstego zmysłu” jest wypadkową nadnaturalnych zjawisk, jakim świadkuje przerażony Cole. Obie narracje koegzystują ze sobą, idealnie się dopełniając, a co za tym idzie sprawiając, że jeden potęguje siłę oddziaływania drugiego. Bo gdybyśmy dokładnie nie poznali dramatycznej sytuacji małego chłopca, który dźwiga na swoich barkach ciężar niewspółmierny do swojego wieku, zapewne nie odbieralibyśmy tak emocjonalnie sekwencji egzystujących w ramach klasycznej opowieści o duchach. Nie umniejszając niebywałych zdolności operatorów, którzy na dokładkę wydobyli maksimum złowrogości z dosłownie każdej manifestacji zagubionej duszy. W szkole Cole widuje minimalistycznie, a więc diablo realistycznie ucharakteryzowanych wisielców, a nocą we własnym domu staje oko w oko z niejednokrotnie agresywnie nagabującymi go bytami, które co znacząco winduje poziom dramatyzmu tylko on jest w stanie zobaczyć. Sekwencja, podczas której stojącemu w swoim pokoju Cole’owi mignęła przed oczami postać przemykająca po korytarzu, tak samo jak nagły widok wymiotującego ducha dziewczyny objawiającego się w prowizorycznym namiocie, w którym Cole w nocy szuka schronienia najprawdopodobniej niejednego widza przyprawi o szybsze bicie serca. W dodatku nie ograniczając tego stanu do czasu obejmującego milisekundowe jump sceny, ale rozciągając go na skąpane w mrocznym klimacie paniczne ucieczki Cole’a przed okaleczonymi duchami, co tylko udowadnia, że Shyamalan, ani myślał sięgać jedynie po prymitywne metody straszenia, że postanowił porwać się na zgoła trudniejsze zabiegi wzbudzenia niepokoju poprzez ciemną kolorystykę i akompaniującą jej nastrojową ścieżkę dźwiękową oraz nieustające podkreślanie dramatycznego położenia chłopca. W dodatku osiągając pełny sukces.

„Szósty zmysł” w wielkim skrócie jest przede wszystkim historią o radzeniu sobie ze śmiercią, zarówno osób zmarłych, jak i ich bliskich oraz straszliwym brzemieniu małego chłopca, zagubionego w rzeczywistości, w jakiej przyszło mu żyć i rozpaczliwe chwytającego się każdego przejawu pomocy ze strony dorosłych. Początkowo nieufnie podchodzącego do ich oceny, wzdragającego się przed zdiagnozowaniem go, jako szaleńca, ale z biegiem trwania terapii prowadzonej przez Malcolma uczącego się żyć ze swoim mrocznym piętnem i dzielenia się swoją mroczną tajemnicą z innymi. Wyznanie Cole’a na użytek psychologa to jedna z najbardziej osławionych sekwencji pojawiających się w ghost stories. Rozbiegany wzrok chłopca i przeszywający szept artykułujący, że widzi zmarłych w połączeniu z dramatycznymi zbliżeniami na twarze aktorów idealnie zgranymi w czasie z nastrojowymi tonami muzycznymi rzeczywiście robią wrażenie, ale mnie osobiście bardziej osiadło w pamięci drugie niezwykle emocjonalne wyznanie chłopca, mające miejsce pod koniec sensu. O zakończeniu również warto wspomnieć, gdyż przez wielu widzów uważane jest za jedno z najbardziej zaskakujących, jakie dotychczas pokazano w horrorze nastrojowym. Mnie też przed laty wprawiło w niemałe osłupienie, a z kolei podczas następnych seansów zdumiewała mnie moja niedomyślność. Wszak twórcy bardzo gęsto porozrzucali wszelkie wskazówki wskazujące na finalny zwrot akcji, nawet specjalnie go nie kryjąc UWAGA SPOILER już sam prolog praktycznie zdradza zakończenie, co notabene okazało się bardzo pomysłowym, nowatorskim chwytem przewrotnie zamiast uświadamiać widza odwracającym jego uwagę od meritum intrygi. Chwyt doprawdy niezrównany, zgrabnie pogrywający na oczekiwaniach odbiorców KONIEC SPOILERA.

„Szósty zmysł” to w mojej ocenia jedna ze sztandarowych ghost stories w historii owego nurtu. To produkcja, która wręcz ogłusza całą gamą emocji, typowych zarówno dla filmowego dramatu, jak i horroru nastrojowego, w dodatku dobitnie udowadniająca, że aby opowiedzieć ciekawą, niejednokrotnie przyśpieszającą bicie serca historię nie potrzeba wartkiej akcji i drogich efektów komputerowych, że stonowany przekaz może zdecydowanie silniej oddziaływać na opinię publiczną, o ile oczywiście odda się go na ekranie z takim wyczuciem, jak to uczynił M. Night Shyamalan w swoim najgłośniejszym przedsięwzięciu.

2 komentarze:

  1. Zrobił na mnie takie wrażenie jak kiedyś "inni", gdy jeszcze nie znałam zakończenia. Naprawdę rewelacyjny.

    OdpowiedzUsuń
  2. OGlądałam tą produkcje dwa razy w swom życiu i musze przyznać, że jest genialna. Jedyna w swoim rodzaju!

    OdpowiedzUsuń