wtorek, 18 października 2016

Frode Granhus „Sztorm”

Funkcjonariusz Berger Falch z Reine na Lofotach zajmuje się sprawą szkieletu znalezionego w pobliskim Vindstad. Tymczasowo przebywający w Reine, Rino Carlsen, z polecenia przełożonych przejmuje większość obowiązków Falcha, szybko angażując się w sprawę, którą starszy funkcjonariusz próbuje rozpracować. Policjanci nabierają przekonania, że szkielet należy do niepełnosprawnego trzynastoletniego Roalda Stroma, który utonął przed pięćdziesięcioma laty podczas sztormu. Tego samego dnia zginął również jego ojciec, który go maltretował, a kilka dni wcześniej zaginął czternastoletni brat Roalda, agresywny Oddvar, nazywany Boa. Mimo że przełożony Falcha i Carlsena nie uważa tak starej sprawy za priorytetową, Rino jest zdeterminowany rozwiązać tę zagadkę, zwłaszcza wówczas, gdy dawne dzieje Stromów zaczynają łączyć się z obecnymi wydarzeniami. Początkowo Carlsen nie dostrzega związku pomiędzy wypadkiem, który miał miejsce przed paroma miesiącami, na skutek którego pewien mężczyzna został poważnie poparzony, obecnie przebywając w tutejszym domu opieki. Ale rysunek wyobrażający przerażającą maskę znaleziony na miejscu wypadku skłania go do przyjrzenia się również tej sprawie.

„Sztorm” to druga, po „Wirze”, odsłona kryminalnego cyklu o Rino Carlsenie, autorstwa norweskiego pisarza, Frode Granhusa. Po raz pierwszy wydana w 2010 roku pierwsza część serii i zarazem trzecia jego książka przyczyniła się do przełomu w karierze Granhusa, zwracając uwagę szerokiej opinii publicznej na jego twórczość. Ale największe zaszczyty przyniósł mu właśnie „Sztorm”, wydana dwa lata później kontynuacja losów policjanta Rino Carlsena, w postaci nominacji do Bokhandlerprisen i Rivertonprisen. Choć w swojej rodzimej Norwegii Granhus cieszy się sporym uznaniem czytelników, w Polsce jego proza dopiero wchodzi na rynek, ale już po reakcjach na „Wir” można wnosić, że w naszym kraju również powoli zyskuje sobie wielbicieli, których grono mam nadzieję szybko będzie się powiększać.

Jak to zazwyczaj z kryminalnymi literackimi seriami bywa nie trzeba znać poprzedniej odsłony cyklu Frode Granhusa, żeby w pełni zrozumieć fabułę „Sztormu”, gdyż kontynuacja przygód Rino Carlsena w całości koncentruje się na innej sprawie, nie nawiązując intrygą do wydarzeń mających miejsce w „Wirze”. Natomiast w sferze obyczajowej, tj. życiu rodzinnym głównego bohatera przybliżając najważniejsze fakty z pierwszej części, choć szczerze powiedziawszy w „Sztormie” owe akcenty pojawiają się bardzo rzadko. Frode Granhus skupił się przede wszystkim na złożonej kryminalnej intrydze, którą w typowy dla siebie sposób odsłania poprzez pozornie niezwiązane ze sobą wątki, ujęte z perspektywy paru postaci. Jednocześnie dbając o odpowiednio złowieszczą aurę spowijającą poszczególnych bohaterów, która wynika przede wszystkim z chwytliwego miejsca akcji i niszczących sił Natury. Mała wioska rybacka, Reine, położona na malowniczych Lofotach, smagana porywistymi wiatrami i nawiedzana przez ulewne deszcze, pełna stromych skał obmywanych przez nieubłagane prądy morskie. Podobnie prezentuje się pobliska okolica Vindstad, przy czym wątki snute w tym zakątku mogą poszczycić się jeszcze wyrazistszym złowrogim klimatem, poprzez jego odizolowanie od reszty świata i informację, że w tej małej osadzie ostał się tylko jeden stały mieszkaniec, co sprawia, że na owo miejsce spogląda się ni mniej, ni więcej jak na miasteczko widmo. Mroczny nastrój tego miejsca potęguje makabryczne znalezisko w postaci małego szkieletu od półwiecza przebywającego pod osłoną ziemi i skał. Kości noszą znamiona maltretowania, co każe zajmującym się tą sprawą Rino Carlsenowi i Bergerowi Falchowi przypuszczać, że natknęli się na szczątki dziecka, które za życia bardzo cierpiało. Najbardziej prawdopodobnym kandydatem na ofiarę jest Roald Strom, chłopiec który poruszał się na wózku inwalidzkim, co rzecz jasna tylko potęguje wymiar jego krzywdy, której sprawcą, jak wszystko na to wskazuje, był jego „często zaglądający do kieliszka” ojciec. Dotychczas wszyscy byli przekonani, że chłopiec utonął podczas sztormu w 1963 roku, ale położenie i stan jego szkieletu wskazują na morderstwo. Niniejsza odnoga dochodzenia Rino Carlsena koncentruje się na problemie nieludzkiego traktowania dzieci przez własnych rodziców - Granhus z ogromną wrażliwością zgłębia naprawdę przygnębiający przypadek niepełnosprawnego, zagubionego trzynastolatka, który spotykał się z dużym okrucieństwem ze strony swoich najbliższych, a jego osobista tragedia rozgrywała się pod czujnym okiem pozostałych mieszkańców wioski. Brak reakcji współobywateli, przekonanie, że los chłopca nie jest ich sprawą to częsta przywara mniejszych lub większych społeczności nawet w dzisiejszych czasach, ale jak zauważa Granhus kilkadziesiąt lat temu ten problem był jeszcze bardziej powszechny. Ówcześni członkowie w tym przypadku niewielkiej społeczności jeszcze mniej niż obecnie ingerowali w życie sąsiadów, przymykając oczy nawet na wszelkie przejawy okrucieństwa względem najbardziej bezbronnych, nieletnich osób pochodzących z patologicznych rodzin. Sposób, w jaki Granhus wyłuszcza tragedię trzynastoletniego chłopca, dla którego odizolowana osada jest swoistą pułapką, zapewne na wskroś przeszyje serce nawet mniej empatycznych czytelników, ale dzieje Roalda to nie jedyne wątki, w których Granhus z dużą wrażliwością poruszył problem nieludzkiego okrucieństwa w stosunku do bliźniego. Równie rozczulające okazują się losy przebywającego w domu opieki poparzonego mężczyzny, któremu pielęgniarki nadały przydomek Hero. Niemogący samodzielnie się poruszać, pozbawiony oczu i zdolności werbalnego porozumiewania się mężczyzna nie zmaga się jedynie z okaleczeniami spowodowanymi wybuchem kosiarki mającym miejsce przed paroma miesiąca w jego garażu. Dodatkowych cierpień przysparza mu jedna z pielęgniarek, którą w myślach nazywa diablicą. Kobieta wszak z jakiegoś nieznanego mu powodu co jakiś czas pojawia się w jego pokoju, aby wpuszczać do przełyku unieruchomionego pacjenta krople kwasu. Przygnębiające dzieje Hero są kolejnym nawiązaniem do problemu znęcania się nad niepełnosprawnymi, ale na tym autor również nie poprzestaje, co jakiś czas przybliżając szczegóły kolejnego wątku, pozornie niezwiązanego ze sprawą niedawno odnalezionego szkieletu, reprezentowanego przez zmagającego się z jąkaniem mężczyzny, który z jakichś tajemniczych pobudek obserwuje poparzonego Hero. Można łatwo się domyślić, że tego stroniącego od ludzi, wiecznie zawstydzonego swoją ułomnością mężczyznę w przeszłości spotkały jakieś nieprzyjemności ze strony rówieśników, ale przez wzgląd na dużą biegłość autora w gatunku, w którym tworzy właściwie nie sposób w pojedynkę, bez jego pomocy dotrzeć do istoty całej zawiłej sprawy, łącząc losy wszystkich drugoplanowych postaci w jedną logiczną całość. W tym ostatnim wątku Granhus wykorzystał motyw kojarzony z „Psychozą”, a przez to nieniosący żadnego odżywczego powiewu świeżości, ale przynajmniej przyczynił się on do spotęgowania ogromu zagubienia samotnego mężczyzny i jego wielkiej potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem.

Ostatniej bodaj najbardziej przygnębiającej formy przemocy względem niepełnosprawnej jednostki nie mogę wyjawić, bo jak się z czasem okaże będzie ona jednym z kluczy do rozwiązania złożonej intrygi kryminalnej odmalowanej na kartach „Sztormu”, ale mogę potencjalnym odbiorcom tej powieści zagwarantować naprawdę wstrząsający akcent. Czego niestety nie mogę powiedzieć o nieporównanie bardziej trywialnym umotywowaniu zbrodni z 1963 roku, po Granhusie spodziewałabym się nieco bardziej widowiskowego rozwiązania, ale przynajmniej nie przekombinował - przynajmniej zadbał o logiczne powiązanie wszystkich wątków i przekonujący proces dochodzenia do prawdy przez Rino Carlsena, bez nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, czy wyciągania trafnych wniosków z niedostatecznej liczby dowodów. Co przecież zdarza się niejednemu autorowi kryminałów, tym samym znacząco obniżając poziom lektury. Frode Granhusowi takie prymitywne zagrywki są kompletnie obce, pisarz wszak ceni sobie realizm sytuacyjny, co swoją drogą uwidacznia się nie tylko w przebiegu policyjnego dochodzenia, ale również w niechęci do serwowania czytelnikom efekciarskich zwrotów akcji. Zamiast tego nieśpiesznie, stopniowo łączy ze sobą poszczególne wątki, znajdując przekonujące wyjaśnienie dla dosłownie każdego dowodu pojawiającego się w wymyślonej przez siebie sprawie Po to, aby finalnie roztoczyć przed oczami czytelników prawdziwie przygnębiający ciąg przyczynowo-skutkowy, gdzie swoje role odegrały wszystkie drugoplanowe postacie, których sylwetki autor pobieżnie przybliżył już wcześniej i których roli w przewodnim dochodzeniu Rino Carlsena aż do ostatniej partii powieści nijak nie potrafiłam umiejscowić w jakichś istotnych punktach. Notabene do momentu, który podobnie jak tragedia sprzed półwiecza rozegra się podczas sztormu, co Granhus skwapliwie wykorzystuje do spotęgowania aury niebezpieczeństwa, jaka zawisła nad paroma bohaterami tego dramatu i wzmożenia atmosfery wyalienowania dotychczas również odczuwalnej, ale nie w aż takim stopniu, jak dynamiczna końcówka. Bardzo ważne okazują się ostatnie stronice powieści i bynajmniej nie dlatego, że oferują nam jakieś szokujące zwroty akcji tylko z powodu uczuć, z jakimi Granhus nas pozostawia. Nie sposób wszak wyrzucić z głowy ogromu tragedii, jaka spotkała zwłaszcza jednego bohatera, wydaje się niemożliwe aby ktokolwiek zdołał przejść obojętnie obok jego losów, aby komukolwiek udało się skończyć lekturę bez dojmującego współczucia i przygniatającego smutku.

W pierwszej części swojego kryminalnego cyklu Frode Granhus „wysoko zawiesił sobie poprzeczkę”, dlatego też nie spodziewałam się, że zdoła ją przeskoczyć w drugiej odsłonie, ale miałam nadzieję, że „Sztorm” jakościowo chociaż zbliży się do znakomitego „Wiru”. I nie zawiodłam się. Bo choć jeden, czy dwa słabsze akcenty, które wtłoczył w akcję sprawiły, że kontynuację przygód Rino Carlsena oceniam o oczko niżej od jej poprzedniczki to zważywszy na wysoki poziom „Wiru” i tak w moim odczuciu „Sztorm” pozostaje jedną z wartościowszych skandynawskich powieści, pośród tych, z którymi do tej pory się zapoznałam. A więc nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić osoby, które dotychczas nie miały do czynienia z twórczością Frode Granhusa do zapoznania się zarówno z jego „Wirem”, jak i „Sztormem”, bo czytelników zaznajomionych z pierwszą odsłoną jego kryminalnej serii do sięgnięcia po drugą część namawiać chyba nie muszę.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz:

  1. Czytałam i Wir i Sztorm. Obie bardzo mi się podobały. Do dziś oboje z mężem wspominamy motyw brata przekopującego wsypę w poszukiwaniu ciała siostry. Książki super i mam nadzieję, że niebawem pojawi się kolejna część.

    OdpowiedzUsuń