sobota, 31 grudnia 2016

„The Disappointments Room” (2016)

Dana i David wprowadzają się wraz ze swoim pięcioletnim synem Lucasem do dużego domu na wsi, który całe lata nie miał właściciela. W mieście kobieta była architektem, planuje więc odnowić nieruchomość przy zaangażowaniu jak najmniejszej siły roboczej z zewnątrz. Jednak już w pierwszych dnia pobytu w nowym domu Dana uświadamia sobie, że wbrew przewidywaniom to miejsce nie jest szczęśliwą oazą dla jej rodziny. Nabiera przekonania, że coś jest nie tak z tą posiadłością, zwłaszcza po odnalezieniu sekretnego pokoju na poddaszu, w którym jak się dowiaduje miały miejsce okrutne praktyki. David tymczasem jest coraz bardziej zaniepokojony zachowaniem żony, która od jakiegoś czasu boryka się z problemami psychicznymi. Próbuje ją przekonać, że w ich nowym domu nie dzieje się nic złego, że jej strach jest pochodną dolegliwości, z którymi się zmaga, ale Dana nie jest w stanie przyjąć do wiadomości takiego wytłumaczenia zjawisk, którym świadkuje.

„Złodziej życia”, „Niepokój” i „Eagle Eye” to niektóre dziełka D.J. Caruso. Wyszczególniłam je dlatego, że są to pozycje, do których często wracam i dzięki którym z ochotą sięgnęłam po jego najnowszy film zatytułowany „The Disappointments Room”. Choć gwoli ścisłości nie bez znaczenia był również udział Kate Beckinsale w roli głównej. Zrealizowany za piętnaście milinów dolarów obraz Caruso różnie się klasyfikuje – część amerykańskich widzów rozpatruje go w kategoriach thrillera, inni uważają, że to standardowy horror. Powodów tego zamieszania można upatrywać w niejednoznacznym scenariuszu autorstwa D.J. Caruso i Wentwortha Millera (tego samego, który zasłynął rolą w serialu „Skazany na śmierć”) - jednakże radzę nie odczytywać powyższego stwierdzenia, jako zapowiedź iście głębokiego,odkrywczego, czy zaskakującego kina grozy, bo wątpię, żeby ktokolwiek dopatrzył się w nim tego rodzaju superlatywów.

Przed seansem „The Disappointments Room” byłam przekonana, że będę miała do czynienia z thrillerem, ponieważ D.J. Caruso zdążył już mnie przyzwyczaić do swojej działalności w tym gatunku. Dlatego też niezmiernie zdumiał mnie fakt, że scenariusz filmu zamknięto w ciasnych ramach konwencji kojarzonej głównie z horrorem, ze szczególnym wskazaniem na nurt ghost story. Motyw trzyosobowej rodziny wprowadzającej się do niszczejącego wiejskiego domostwa, którego mury skrywają jakąś koszmarną tajemnicę każdemu wielbicielowi kina grozy powinien dać do zrozumienia, że Miller i Caruso pisząc swój scenariusz pozostawali pod silnym wpływem niektórych horrorów nastrojowych. Przeprowadzka do nowego domu to jeden z najpopularniejszych motywów ghost stories (chociaż był wykorzystywany również przez twórców innych podgatunków horroru), ponadto wątek, na którym zbudowano całą intrygę fanom wspomnianego gatunku również jest doskonale znany. Żeby długo nie szukać wystarczy wspomnieć „Nawiedzony dom” Roberta Wise'a nakręcony na podstawie powieści Shirley Jackson, w którym to również starano się na takiej samej zasadzie zdezorientować widza. Czy główna bohaterka rzeczywiście widuje dusze zmarłych, czy to wszystko jest jedynie projekcją jej niestabilnego umysłu? Takie pytanie zadają twórcy „The Disappointments Room” i właśnie na tej niejasności budują całą akcję filmu, przy czym czynią to nieporównanie gorzej od wzmiankowanego „Nawiedzonego domu”. Byłabym jednak skrajnie niesprawiedliwa, gdybym tworzyła swoją opinię w oparciu o porównania z takim arcydziełem kina grozy, jak „Nawiedzony dom”, dlatego też starałam się spoglądać na twór D.J. Caruso przede wszystkim przez pryzmat współczesnych straszaków. I jak się okazało z takim nastawieniem całkiem miło spędziłam kawałek wieczora. O żadnych zachwytach nie mogło być mowy, ale nie zderzyłam się z tragiczną jakością opisywaną przez amerykańskich krytyków, którzy to delikatnie mówiąc nie mieli litości dla owego przedsięwzięcia Caruso. Scenarzyści szybko wyjawiają, że główna bohaterka filmu, idealnie wykreowana przez Kate Beckinsale, zmaga się z problemami psychicznymi, ale ich źródło dosyć długo utrzymują w tajemnicy. Ponadto na początku seansu próbują w zawoalowany sposób dać widzom do zrozumienia, że pomimo wykorzystania motywu przeprowadzki do nowego domu wpisującego się w tradycję ghost stories, nie zamierzają tworzyć kolejnej opowiastki o nawiedzonym domostwie. Wskazuje na to moment, w którym Dana zastaje swojego syna, Lucasa (bardzo dobra kreacja Duncana Joinera) siedzącego na łóżku i rozmawiającego z kimś, kogo kobieta nie jest w stanie dostrzec. To ewidentna sugestia do „wymyślonego” przyjaciela – wątku często wykorzystywanego w ghost stories. Kiedy jednak chłopiec odwraca się widzimy, że w rękach trzyma kota, że nie rozmawia z niewidzialnym bytem, którego się spodziewaliśmy. Moim zdaniem tą krótką sekwencją scenarzyści chcieli powiedzieć widzom, że odcinają się od konwencji zasugerowanej wcześniej, po to aby czy to rozpocząć zupełnie nowatorski wątek, czy też podpiąć się pod inny znany schemat. Sam ten ustęp niezmiernie mnie uradował, przede wszystkim dlatego, że w owym jednym krótkim przebłysku dano mi do zrozumienia, że scenarzyści są dobrze zorientowani w tradycji horroru nastrojowego i potrafią puścić oko do miłośników kina tego typu w nieprzekombinowanym, przyjemnym stylu. Co ciekawe, choć Caruso i Miller próbują w tym momencie przygotować nas na konwencję odbiegającą od tego, czego wcześniej się spodziewaliśmy, dalszy rozwój wypadków udowadnia nam, że zastosowano zwykłą zmyłkę, bo tak naprawdę „The Disappointments Room” w ogólnym rozrachunku konsekwentnie podąża ścieżką przetartą niezliczonymi historiami o duchach, którymi rokrocznie tak ochoczo raczy nas światowa kinematografia. Nie zawsze tak niejednoznacznie, ale alternatywa do paranormalnych zjawisk zachodzących w nowym domu czołowych bohaterów filmu bywała już składową horrorów nastrojowych i to tak często, że możemy ją chyba uznać za standardową.

„The Disappointments Room” jest kolejnym lekkim horrorkiem, który choć podejmuje parę prób przestraszenia widzów to mocno wątpię, żeby na kimkolwiek udało mu się odnieść zamierzony skutek. D.J. Caruso starał się wytworzyć sprzyjającą niepokojącym okolicznościom oprawę wizualną, ale odniosłam wrażenie, że zbyt duży ciężar „spoczął na barkach miejsca akcji” (najbardziej udanej składowej atmosfery tajemnicy), tak jakby ufano, że niszczejące, stare domostwo pełne zakurzonych pokoi w całości zrekompensuje widzom niedobór złowieszczego pierwiastka uwypuklanego przez zdjęcia. Nie chcę przez to powiedzieć, że twórcy odżegnują się od ciemnych ujęć, że nadmiernie rozświetlają pierwszy plan, na którym właśnie rozgrywa się jakieś irracjonalne wydarzenie, bo oddanych w takich barwach sekwencji jest tyle, ile być powinno. Ale nie mogłam nie zauważyć nadmiernego wydelikacenia tych zdjęć – właściwie to efekt pracy operatorów podpadał mi pod plastik, bowiem zbytnio upierano się przy wizualnej poprawności, silnym skontrastowaniu i idealnych kątach nachylenia kamer. A takie podejście w moim pojęciu nie sprzyja wytworzeniu trzymającej w napięciu złowrogości. D.J. Caruso zbyt podręcznikowo podszedł do budowania klimatu grozy, zabrakło jakiejś nutki szaleństwa, nieprzewidywalności i nazwijmy ją technicznej odwagi, żeby całość dała pożądany skutek, czyli wykrzesała z widza choćby odrobinę zaniepokojenia. Dosłowne próby straszenia - czyli między innymi koszmarne sny Dany, widmowy pies widywany przed domem (czyżby ukłon w stronę „Omena”, czy tylko przypadkowa zbieżność?), takaż dziewczynka w staroświeckim wdzianku przemykająca po korytarzach i wreszcie agresywny mężczyzna widywany na terenie posiadłości przez główną bohaterkę, który okazuje się być poprzednim właścicielem owego feralnego domostwa – również nie oddziaływały na mnie w sposób oczekiwany przez twórców. Cieszyło mnie, że zrezygnowano z nadmiernego efekciarstwa (obawiałam się tego znając wysokość budżetu), ale tym w miarę realistycznym manifestacjom bytów z zaświatów, czy też owoców zwichrowanego umysłu Dany towarzyszył zbyt lekki klimat, nie wspominając już o nieumiejętnym wyliczeniu w czasie ich raptownych pojawień na ekranie. Gdybym więc miała rozpatrywać „The Disappointments Room” jedynie pod kątem klimatu i napięcia to musiałabym podpisać się pod opiniami amerykańskich krytyków, głoszących, że to zwykły gniot, od którego lepiej trzymać się z daleka. Może to kwestia moich osobistych preferencji, ale jednak udało mi się odnaleźć w tym obrazie akurat tyle superlatywów, żebym nie miała ochoty rzucić czymś w ekran, a nawet żebym mogła mówić o jako takiej przyjemności z oglądania tej pozycji. Wzmiankowane już wcześniej dostosowanie do lubianej przeze mnie konwencji oraz brak dosadnej ingerencji komputera w tworzeniu elementów tożsamych dla filmowego horroru to moim zdaniem jedne z plusów tej produkcji, ale nie największe. Szczególnie ucieszyła mnie możliwość śledzenia wątku psychologicznego – obserwowanie powolnego osuwania się Kate Beckinsale w otchłań szaleństwa, czy to za sprawą obecności duchów w jej nowym domu, czy też poprzez postępowanie choroby psychicznej, z którą od jakiegoś czasu się boryka. Motyw sekretnego pokoju (nasuwający drobne skojarzenia z „Kwiatami na poddaszu”) zamykanego jedynie z zewnątrz okazał się zgrabnym urozmaiceniem tradycyjnego wątku nawiedzonego domostwa i co ważniejsze dzięki niemu zaserwowano mi naprawdę ciekawą sekwencję zamknięcia („La Cara oculta?) i swego rodzaju „rozciągnięcia czasu”. Kilka pomniejszych dodatków również znacząco umiliło mi seans - czy to umiejętnie zmontowana sekwencja rozszarpywania przez psa małego Lucasa, przygnębiająca retrospekcja obrazująca losy poprzednich właścicieli domostwa ze znakomicie ucharakteryzowaną dziewczynką, czy wreszcie końcowy czyn głównej bohaterki w pokoju jej synka. Ale moim zdaniem niektóre tragiczne wydarzenia rozgrywające się w otoczeniu Dany wypadłyby zdecydowanie bardziej emocjonująco, gdyby twórcy poczynili jakieś próby zdezorientowania widza, gdyby trudniej było domyślić się rzeczywistego charakteru tych incydentów, ich finalnego kształtu. Ale na szczęście zamknięcie „The Disappointments Room” przybrało niemalże dokładnie taki kształt, na jaki liczyłam. UWAGA SPOILER Scenarzyści nie narzucali mi jednej interpretacji, pozwalając wybrać jedną z dwóch możliwych, konsekwentnie trzymając się niejednoznacznej formy, na której zbudowali całą intrygę. Niemniej wydźwięk byłby dużo lepszy, gdyby Dana pozbawiła życia swojego synka podczas przeprawy z wyimaginowanym, czy też nadnaturalnym bytem KONIEC SPOILERA.

W „The Disappointments Room” dostrzegłam spadek formy D.J. Caruso, a przynajmniej w zestawieniu ze „Złodziejem życia”, „Niepokojem” i „Eagle Eye”, bo już w porównaniu do takiego „Jestem numerem cztery” nie wypada źle. Osoby nastawiające się na przerażające, czy innowacyjne kino grozy zapewne spotkają się z rozczarowaniem, ale wydaje mi się, że entuzjaści konwencji, pod którą podpina się najnowszy obraz Caruso, którzy potrafią dobrze się bawić przy lżejszych horrorach mają szansę odnaleźć się w tej produkcji. Z czystym zachwytem pewnie nawet oni go nie przyjmą, ale istnieje szansa, że całkiem znośnie spędzą trochę wolnego czasu, tak jak miało to miejsce w moim przypadku.

czwartek, 29 grudnia 2016

„The Asphyx” (1972)

Wiktoriańska Anglia. Majętny naukowiec Hugo Cunningham stara się wyjaśnić pochodzenie czarnych plam utrwalonych, na fotografiach wyobrażających paru umierających ludzi. Asystuje mu adoptowany syn Giles, który planuje ożenić się z jego córką, Christiną. Hugo początkowo sądzi, że udało mu się uchwycić na zdjęciach dusze umykające z ciał konających nieszczęśników, ale badania z ruchomymi obrazami uświadamiają mu, że ma do czynienia z czymś innym. Cunningham z czasem nabiera pewności, że czarne plamy są Asphyxami, bytami, które pojawiają się w momencie śmierci ludzi i zwierząt. Hugo zyskuje dowód na to, że schwytanie Asphyxa danej osoby zapewnia jej nieśmiertelność, której tak bardzo pragnie, że jest gotowy przeprowadzić eksperyment na samym sobie.

„The Asphyx” to zapomniany brytyjski horror science fiction w reżyserii Petera Newbrooka. Nieżyjący już artysta tylko w tym jednym przypadku zajął się reżyserią, najwięcej czasu poświęcał natomiast pracy operatorskiej. Choć „The Asphyx” został dobrze przyjęty przez krytykę i zyskał paru oddanych fanów nie udało mu się odnieść spektakularnego sukcesu kasowego, w czym być może zawiniła ograniczona dystrybucja. Obecnie obraz Newbrooka przyciąga głównie nielicznych zapaleńców, którym nie brak determinacji potrzebnej do „wygrzebywania” produkcji pokrytych „grubą warstwą kurzu”. Osobiście polecam taką swego rodzaju zabawę w archeologów, bo jak pokazuje między innymi omawiany film czasem można trafić na naprawdę zacne widowisko. Scenariusz „The Asphyx” jest dziełem Briana Comporta, który opierał się na opowieści wymyślonej przez Christinę i Laurence'a Beersów, którzy mogli znajdować się pod silnym wpływem twórczości H.P. Lovecrafta, Edgara Allana Poego i Mary Shelley. Mogli, ale wcale nie musieli, bo całkiem możliwe, że to tylko ja odniosłam wrażenie, że w „The Asphyx” pobrzmiewają echa ich urzekającej stylistyki.

Pragnienie nieśmiertelności towarzyszy ludzkości od „zarania dziejów” i chyba zawsze było atrakcyjnym motywem dla twórców literatury i kinematografii grozy. Życie wieczne dla wielu jest pięknym marzeniem, w którym odnajdują pociechę, ale długoletnim wielbicielom horrorów powinno kojarzyć się raczej z czymś zgubnym, przekleństwem, będącym efektem dążenia człowieka do zyskania, jak to mówią boskich atrybutów. Literatura i kinematografia grozy przyzwyczaiła nas już do pesymistycznych następstw eksperymentowania ze śmiercią – fanom horrorów wielokrotnie dawano już do zrozumienia, że pewnych granic człowiek przekraczać nie powinien, a jedną z nich jest właśnie osiągnięcie nieśmiertelności bądź zwykłe" wskrzeszenie, ponieważ istnieją rzeczy gorsze od śmierci. Taką tezę wysnuwa również scenarzysta „The Asphyx”, choć z całą pewnością w dużo bardziej zawoalowanym stylu niż pokazano to w chociażby „Frankensteinie”, „Re-Animatorze”, czySmętarzu dla zwierzaków”. Obraz Petera Newbrooka na swój chłodny, zdystansowany sposób, tak charakterystyczny dla brytyjskich nastrojówek, mówi nam, że w samotnym życiu wiecznym naznaczonym dotkliwymi wyrzutami sumienia za dawne przewiny nie ma nic romantycznego, nic do czego warto by dążyć. Zanim jednak scenarzysta pozwoli wyraźnie wybrzmieć temu poglądowi, pochyli się nad samym procesem prowadzącym do osiągnięcia upragnionej nieśmiertelności, kładąc silny nacisk na motyw burzyciela. Jednostkę, która powoli, acz nieuchronnie zmierza do autodestrukcji. Kołem napędowym jest czysty fanatyzm, który wykluł się ze śmiałej idei, podsyconej wynikami badań naukowych. Hugo Cunningham (przekonująca kreacja Roberta Stephensa), majętny filantrop, hobbystycznie i w pewnym stopniu zawodowo zajmujący się fotografią, wydaje się mieć wszystko, o czym marzy większość dorosłych ludzi. Kochającą rodzinę, zajęcie, które umożliwia mu rozwijanie zainteresowań oraz oczywiście spory majątek gwarantujący życie bez trosk o charakterze materialnym. Ale jak się okazuje to za mało, żeby mógł toczyć w pełni szczęśliwe życie. Twórcy „The Asphyx” osadzili akcję filmu w epoce wiktoriańskiej, XIX-wiecznej Anglii, która już chyba zawsze będzie mi się kojarzyć z utworami gotyckimi. I właśnie typowy dla tego nurtu klimat tchnie z obrazu Petera Newbrooka – całą produkcję zbudowano na mrocznych, acz zauważalnie naznaczonych swoistym chłodem zdjęciach, okraszonych spokojną, melodyjną ścieżką dźwiękową, uwypuklającą melancholijny wymiar scenariusza, ale też potrafiącą nielicho huknąć w chwilach szczytowej grozy. Obrazu całości dopełniają stroje z epoki i bogaty wystrój ogromnego domostwa głównego bohatera przyjemnie kontrastujący z wilgotną kryptą, do której co jakiś czas udają się Hugo i Giles i która była chyba kolejnym ukłonem twórców w stronę estetyki gotyckiej. Złowieszcza oprawa audiowizualna idealnie wkomponowuje się w warstwę tekstową, w której najprawdopodobniej odnajdą się głównie osoby poszukujące drobiazgowej powolności, a nie efekciarskiej dynamiczności. Takie, które nie mają nic przeciwko długim dialogom i dokładnemu portretowi tak złowrogiej działalności głównego bohatera, jak zachodzącemu w jego umyśle zgubnemu procesowi. Bo chociaż efekciarskie sekwencje z Asphyxami, które wizualnie podpadają pod kiczowatą animację, też się pojawiają, Peter Newbrook nie pozwolił, aby wysunęły się na pierwszy plan, przysłaniając wszystko inne. I dobrze, bo ilekroć patrzyłam na sztucznego stwora mieniącego się rażącą zielenią w świetle padającym z projektora nie mogłam powstrzymać grymasu politowania, aczkolwiek mimo wszystko delikatnie doprawionego pragnieniem przygarnięcia zniewolonego słodziaka. Asphyxy nie wyglądały realistycznie, ale to wcale nie przeszkadzało w poruszaniu we mnie jakiejś opiekuńczej nutki, chęci przytulenia stworzonka, chociaż zważywszy na jego widmową postać zapewne nie byłoby to wykonalne.

Motyw chwytania Asphyxów sam w sobie jest wielce pomysłowy, ale w charakterze owych stworków trudno nie dopatrzeć się inspiracji Kostuchą. Asphyxy tak samo, jak Śmierć z kosą przychodzi do konających ludzi i zwierząt, aby zabrać ich na tamten świat. Albo jak kto woli Kostucha jest personifikacją śmierci, tak samo jak Asphyxy, z czego można wysunąć „logiczny” wniosek, że jeśli zdoła się ją schwytać osiągnie się tak upragnioną przez wielu nieśmiertelność. A przynajmniej do takiej konkluzji dochodzi Hugo Cunningham na podstawie swoich eksperymentów, z których jak dla mnie najbardziej trzymająca w napięciu była przeprawa ze świnką morską. Jak na szpilkach oczekiwałam wówczas szczęśliwego finału, trwałam w nadziei, że prześliczne białe zwierzątko przeżyje tę trudną próbę. Dalszy przebieg wydarzeń łatwo było sobie przedwcześnie poukładać w głowie, przewidzieć wszystkie niespodzianki scenarzysty, łącznie z przewrotnym finałem i wątkiem, który w zamyśle najpewniej miał wybrzmieć najbardziej przygnębiająco. UWAGA SPOILER W tym miejscu Hugo stwierdził, że jego córka nie mogłaby żyć jako głowa, a ja od razu pomyślałam, że to nieprawda, bo chociażby późniejszy „Re-Animator” udowodni nam, że to możliwe:) KONIEC SPOILERA . Z perspektywy dzisiejszego widza w filmie Petera Newbrooka nie ma żadnych większych tekstowych rewelacji, może poza Asphyxami i epilogiem. Bo przecież kino grozy zdążyło już przyzwyczaić nas do motywu burzyciela, który tak bardzo skupia się na dążeniu do celu, że zatraca właściwe proporcje. Wielbiciele horrorów i science fiction pewnie nawykli również do pesymistycznych wizji rozwoju nauki i techniki – przełomowych badań, które mogą zmienić świat, ale ostatecznie zamiast poprawić ludzki byt prowadzą do upadku moralnego, zatracenia wielu chwalebnych cech w imię bulwersujących idei. Siłą tego obrazu nie jest więc nieprzewidywalność, czy nowatorskie ujęcie tematu, chociaż nie wiem jak zareagowano na scenariusz Briana Comporta w latach 70-tych, kiedy owa konwencja nie była jeszcze tak dalece wyeksploatowana, jak w czasach obecnych. W każdym razie mało odkrywczy z punktu widzenia współczesnego widza przebieg akcji „The Asphyx” nie wpłynął jakoś szczególnie negatywnie na mój ogólny odbiór tego filmu. Może dlatego że byłam zajęta zachwycaniem się doskonałym klimatem narastającej grozy, aurą nieuchronnego upadku potęgowaną w równym stopniu przez warstwę tekstową i hipnotyzującą oprawę audiowizualną. Wprost urzekł mnie ten nieśpieszny rozwój wydarzeń, skoncentrowany na szczegółach, konwencjonalny obraz dążenia do nieśmiertelności, w którym pomimo przewidywalności nie brakowało emocjonalnego napięcia. Chociaż gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że jeden przewrót mnie zaskoczył, pewnie dlatego, że szybko puściłam w niepamięć UWAGA SPOILER prolog osadzony w latach 70-tych, który finalnie zespolił się z dziejami Hugo Cunningama (klamra), którego oszpecona twarz jest swego rodzaju „wisienką na torcie”, pozostawiającą nas w przeświadczeniu, że są rzeczy gorsze od śmierci KONIEC SPOILERA.

Jakiś czas temu pojawiły się informacje, że przygotowywany jest remake horroru Petera Newbrooka w reżyserii Matthew McGuchana, jednakże jak dotąd poprzestano na informacji, że projekt odłożono na czas nieokreślony. Nie wiem, czy uwspółcześniona wersja w ogóle powstanie, ale nie mam żadnych wątpliwości, że jeśli tak będzie to nie zdoła oddać ducha oryginału. Taki klimat we współczesnym kinie grozy? Moim zdaniem to wykluczone. Więc jeśli ktoś jeszcze „The Asphyx” nie widział, a wprost przepada za nastrojowymi horrorami powoli budującymi akcję to powinien zainteresować się tą pozycją, jeśli oczywiście nie przeszkadza mu schematyczne ujęcie tematu.

środa, 28 grudnia 2016

„Autopsja Jane Doe” (2016)

Owdowiały koroner Tommy Tilden ma zrobić sekcję zwłok młodej niezidentyfikowanej kobiety. Jej ciało znaleziono w piwnicy domu, którego właściciele zostali brutalnie zamordowani. Z uwagi na toczące się śledztwo Tommy przystępuje do pracy wieczorem tuż po otrzymaniu ciała, a asystuje mu syn Austin, technik medyczny. Już wstępne oględziny ciała Jane Doe uświadamiają mężczyznom, że mają do czynienia z bardzo zagadkową sprawą, a stan jej organów wewnętrznych tylko utwierdza ich w tym przekonaniu. Nietypowe obrażenia odniesione przez młodą kobietę to nie wszystko, dużo bardziej niepokojące są zjawiska, które zaczynają mieć miejsce w kostnicy, i które wydają się być ściśle powiązane z niezidentyfikowanym ciałem kobiety, spoczywającym na stole sekcyjnym.

„Autopsja Jane Doe” to trzeci pełnometrażowy obraz w reżyserskiej karierze Norwega Andre Ovredala – wcześniej nakręcił „Future Murder” i głośnego „Łowcę trolli”. Stworzenie czystego gatunkowo horroru było jego pomysłem. Sam poprosił swojego agenta o znalezienie odpowiedniego scenariusza, którym okazało się wspólne dzieło Iana B. Goldberga i Richarda Nainga. Ich scenariusz zaintrygował Ovredala tak bardzo, że bez dłuższego namysłu zdecydował się przełożyć go na ekran. „Autopsję Jane Doe” nakręcono w Wielkiej Brytanii, a premierowy pokaz odbył się na Toronto International Film Festival. Amerykańska opinia publiczna, z krytykami włącznie, bardzo entuzjastycznie zareagowała na przedsięwzięcie Norwega. Pojawiły się nawet głosy, że to jeden z najlepszych horrorów 2016 roku, ale zważywszy na fakt, że konkurencja nie była zbyt silna wcale nie musi być to odbierane jako wielki komplement.

„Autopsja Jane Doe” pod kątem podejścia do gatunku zauważalnie dzieli się na dwie części. Pierwsza ociera się o stylistykę gore, za sprawą widoku miejsca zbrodni oraz portretu pracy koronera Tommy'ego Tildena i asystującego mu syna, Austina. Najbardziej dosadne są sekcje zwłok, ze szczególnym wskazaniem na badanie ciała tytułowej niezidentyfikowanej kobiety, ale pewnie nie zdołają one wywołać mdłości u nawykłych do krwawego kina odbiorców, bo choć efektom specjalnym nie można zarzucić braku realizmu to ujęcie tematu sprawia, że ma się wrażenie, iż głównym celem Ovredala wcale nie było zniesmaczanie widzów. Owszem, raczy się nas dużymi zbliżeniami na czynności głównych bohaterów pracujących przy ludzkich zwłokach, ale akcent położony na chłodną sferę zawodową jest tak wyraźny, że łagodzi odrażający wydźwięk aspektów gore pokazywanych na ekranie. W sumie to nawet uradowała mnie taka perspektywa – spojrzenie na sekcję z punktu widzenia profesjonalistów nawykłych do widoku śmierci zamiast standardowej taniej makabreski, która we współczesnej kinematografii grozy rzadko wychodzi zadowalająco. Drugim, dużo bardziej atrakcyjnym elementem, na fundamentach którego zbudowano pierwszą partię „Autopsji Jane Doe” jest aura tajemniczości, którą początkowo potęguje każda kolejna rewelacja zaobserwowana przez koronera i jego asystenta podczas badania zwłok niezidentyfikowanej młodej kobiety. Ojciec i syn zauważają między innymi złamania nadgarstków i kostek, brak języka, blizny na narządach wewnętrznych i trującą roślinę w przełyku, co każe im sądzić, że mają do czynienia z ofiarą niewyobrażalnych tortur. Dużo bardziej zagadkowe są jednak niejasne symbole znalezione w ciele Jane Doe, które zwracają uwagę szczególnie po zakończeniu oględzin wnętrza korpusu, niemalże porażając pomysłowym umiejscowieniem. Andre Ovredal unika wszelkich dłużyzn, z mistrzowską precyzją dozując osobliwe informacje o stanie zwłok, dzięki czemu właściwie z miejsca silnie angażuje widza w zagadkę, którą stara się wyjaśnić dwóch koronerów. Oglądający staje u boku dwóch wzbudzających sympatię protagonistów (bezbłędne kreacje Briana Coxa i Emile Hirscha) i razem z nimi usilnie stara się dojść do prawdy, z przeświadczeniem, że czas nie działa na ich korzyść. Bo już od chwili wwiezienia ciała młodej kobiety do prosektorium Tommy'ego Tildena nie miałam wątpliwości, że sprowadzi ono na obu mężczyzn jakieś nieszczęście. Jeśli jednak ktoś będzie powątpiewał w nadnaturalną naturę, jak wiele na to wskazuje, nieżywej kobiety (w tej roli Olwen Catherine Kelly, która jak zauważył sam reżyser nie miała łatwego zadania, ale moim zdaniem wywiązała się z niego wprost doskonale) to twórcy błyskawicznie rozwieją ową niepewność poprzez między innymi samoistnie włączające się radio i tajemniczy zgon kota Tommy'ego – finalnie przygnębiający, ale należy również zauważyć, że okoliczności poprzedzające tę tragedię stanowią próbkę fenomenalnego wyczucia gatunku. Powolna wędrówka Austina po pomieszczeniach skąpanych w bladym świetle wydobywającym się z lamp rozwieszonych na ścianach i długie wpatrywanie się w ciemny przewód wentylacyjny to prawdziwy majstersztyk kompilacji napięcia i mrocznego klimatu, który dosłownie przygniata zagęszczającą się atmosferą nieuchronnego nieszczęścia i zmusza widza do przygotowania nerwów na spodziewane uderzenie. No właśnie, spodziewane – w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo jednym z nielicznych mankamentów „Autopsji Jane Doe” w moim mniemaniu jest brak zamierzonego efektu ze strony jump scenek. Ovredal na szczęście nie uciekał się zbyt często do tych prymitywnych zabiegów, uznając wyższość nastrojowych, trzymających w napięciu sekwencji poprzedzających chwile szczytowej grozy, ale faktem jest, że pokusił się o kilka tego rodzaju ustępów. Wszystkie bez wyjątku zostały błędnie wyliczone w czasie, przez co zdążyłam się dobrze przygotować na każde uderzenie dźwiękiem i obrazem i co najmniej raz zasmucić tym, że filmowcom nie udało się osiągnąć zamierzonego efektu. Bo jakże miażdżąca okazałaby się sekwencja z maszkarą wyrastającą nagle za drzwiami, widzianą przez dziurę wydrążoną w tychże, gdybym wcześniej nie miała sposobności dobrze przygotować nerwów na tę manifestację.

W ten oto sposób raptownie przeskoczyłam do wspomnianej już drugiej partii „Autopsji Jane Doe” - znacznie bardziej dynamicznej i operującej dużo wyrazistszym klimatem grozy, aczkolwiek o wiele mniej atrakcyjnej w warstwie tekstowej. Po tak enigmatycznym zawiązaniu akcji, po takiej wręcz uwierającej atmosferze nieustannie komplikującej się tajemnicy, obficie podlanej silnie trzymającym w napięciu pierwiastkiem niezdefiniowanego zagrożenia, spodziewałam się nieco bardziej innowacyjnego podejścia do problematyki filmu. Byłam właściwie przekonana, że scenarzyści przygotowali coś, co tchnie w gatunek odrobinę świeżości, może niekoniecznie najwyższej próby, ale przynajmniej dalekie będzie od banału. Niestety, tej szansy nie wykorzystali, choć wydaje mi się, że znajdowali się o jeden malutki kroczek od może nie przełomu, ale na pewno czegoś dużo mniej wyświechtanego od tego, czym ostatecznie mnie uraczyli. Nie mogę powiedzieć, że nawiązania do konwencji UWAGA SPOILER zombie movies, ghost stories i horrorów o czarownicach KONIEC SPOILERA sportretowano w niezadowalającym stylu, bo poza owymi nieszczęsnymi jump scenkami twórcy dołożyli wszelkich starań, aby wycisnąć z tradycyjnych motywów maksimum złowieszczości z równoczesnym powściąganiem efekciarskiego zacięcia, z którego to słynie wiele współczesnych straszaków. Andre Ovredal oczywiście nie zrezygnował całkowicie z dosłowności, co możemy zobaczyć choćby w znakomitej sekwencji poprzedzającej krótkie posiedzenie protagonistów w windzie albo podczas próby zniszczenia źródła wszystkich niezwykłych wydarzeń, sfinalizowanej w przewidywalny sposób, acz idealnie dopasowany do tematyki filmu. Trudno jednak zarzucić twórcom zamiłowanie do efekciarstwa, bo z całą pewnością nie jest ono nadrzędną częścią składową „Autopsji Jane Doe” - upiorne charakteryzacje nie zostały bezwładnie wrzucone w obraz tylko każdorazowo jawiły się niczym naturalne następstwo poszczególnych mocno klimatycznych wydarzeń, po czym na jakiś czas schodziły „ze sceny”, aby ustąpić miejsca bohaterom pierwszego planu: napięciu i atmosferze. Potrafię więc docenić starania twórców na drodze do stworzenia mocno nastrojowego straszaka, który na tle sobie podobnych współczesnych tworów wyróżnia się nieprzesadzonym, doskonale wyważonym podejściem do gatunku, ale nie mogę pominąć milczeniem niemocy twórczej scenarzystów. Gdyby od początku nastrojono mnie na konwencjonalny horror nie miałabym im za złe tego czytelnego posiłkowania się oklepanymi motywami, ale wstęp sugerował kino zupełnie innego typu – dawał do zrozumienia, że fabuła prostą drogą zmierza do zaskakującego finału, który zmusi mnie do nieco innego spojrzenia na stylistykę nastrojówek. Co prawda w pewnym sensie próbowano to uczynić, ale informacja ujawniona pod koniec seansu UWAGA SPOILER na temat zjawiska pogodowego KONIEC SPOILERA nie zdołała odsunąć ode mnie przeświadczenia, że scenarzyści nie mieli pomysłu na zapadające w pamięć rozwiązanie całej zagadki. Niemniej uważam, że udało im się odnaleźć w ramach znanej konwencji, że z niezwykłym smakiem podeszli do kilku wyświechtanych motywów kina grozy, a przecież należy pamiętać, że dla wielu współczesnych twórców mierzących się z horrorami jest to praktycznie nieosiągalne.

Powiedziałabym, że propozycja Andre Ovredala nie jest dobrą propozycją dla miłośników horrorów głównego nurtu, którzy nastawiają się na multum efektów specjalnych i jump scenek, ale widząc reakcje amerykańskiej szerokiej opinii publicznej na „Autopsję Jane Doe” wstrzymam się od takich osądów. Andre Ovredal nie nakręcił straszaka, którego można by podsumować, jako tanią rozrywkę dla mas bez określonych preferencji gatunkowych. Jego propozycja największy nacisk kładzie na budowanie napięcia oraz atmosfery przygniatającej grozy generowanych w ciasnych, mrocznych prosektoryjnych wnętrzach i nawet jeśli w warstwie tekstowej zabrakło „obiecywanej” na początku odkrywczości nie mogę nie docenić efektu pracy uzdolnionego Norwega i nie przyznać, że mam nadzieję, iż jeszcze kiedyś spróbuje swoich sił w filmowym horrorze. W każdym razie polecam wszystkim wielbicielom straszaków, nawet tym którzy rozsmakowali się tylko i wyłącznie w wysokobudżetowych hollywoodzkich tworach pełnych wymyślnych nowoczesnych dodatków, bo istnieje duża szansa, że dzięki „Autopsji Jane Doe” zakochają się w moim zdaniem nieporównanie lepszym obliczu tego gatunku.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

„Dobranoc wszystkim” (1980)

Kilka studentek kształcących się w prywatnej uczelni w okresie świątecznym zostaje w akademiku, pod opieką kucharki, pani Jensen. Chcąc umilić sobie czas zapraszają paru chłopców, uprzednio podając zajmującej się nimi kobiecie środek nasenny. Gdy goście studentek przybywają do akademika niemalże wszyscy oddają się zabawie. Tylko Nancy w typowy dla siebie sposób trzyma się na uboczu, nie potrafiąc czerpać radości z tych beztroskich chwil. Zajmujący się akademikiem Ralph przestrzega ją przed jakimś niebezpieczeństwem, ale znająca jego osobliwy sposób bycia dziewczyna początkowo nie bierze sobie do serca jego złowieszczych przepowiedni. Tymczasem na terenie akademika grasuje morderca w stroju Świętego Mikołaja, któremu przez długi czas udaje się utrzymywać swoją obecność w tajemnicy.

Nieżyjący już David Hess wielbicielom filmowych horrorów kojarzy się głównie z rolą gwałciciela w „Ostatnim domu po lewej” Wesa Cravena. Aktor pojawiał się również w innych horrorach, między innymi w „Domu na skraju parku”, „Potworze z bagien” i „Wyliczance”, ale niewątpliwie najbardziej docenia się jego wkład w debiutancki obraz Wesa Cravena. Nieporównanie bardziej od efektu krótkotrwałej przygody Davida Hessa z reżyserią, jego jedynej pełnometrażowej produkcji, slashera pt. „Dobranoc wszystkim”. Nakręconej w dziesięć dni, kosztującej zaledwie siedemdziesiąt tysięcy dolarów rąbanki, która znana jest jedynie nielicznym współczesnym odbiorcom. W dużej mierze dlatego, że z perspektywy dzisiejszego widza, ani scenariusz autorstwa Alexa Rebara, ani strona techniczna na tle całego nurtu niczym szczególnym się nie wyróżnią, czego nie omieszkali wytknąć temu filmowi również niektórzy krytycy.

Premiera „Dobranoc wszystkim” odbyła się w styczniu 1980 roku, czyli na początku rozkwitu nurtu slash, który przypadał na pierwszą połowę lat 80-tych, choć nie należy zapominać, że już wcześniej powstawały obrazy zaliczające się do tego podgatunku. Dla dzisiejszego widza dziełko Davida Hessa z całą pewnością okaże się aż do bólu standardowe, ale należy wziąć poprawkę na to, że powstało w okresie, w którym amerykański rynek dopiero zaczęły obficie zalewać filmy dostosowane do dzisiaj już tak bardzo wyświechtanej konwencji – kilka miesięcy przed „Piątkiem trzynastego”, w którym to pojawił się wątek mogący nasunąć silne skojarzenia z „Dobranoc wszystkim”. Nie twierdzę, że ówczesnej publice produkcja Hessa mogła wydać się diablo oryginalna, bo mimo wszystko wcześniej powstawały horrory schematem zbliżone do omawianego obrazu, ale przypuszczam, że mogli reagować na nią z mniejszym znudzeniem, niźli współcześni odbiorcy dobrze zaznajomieni z nurtem slash. Podejrzewam, że nawet dzisiaj znajdą się osoby, które zapałają wielką miłością do dokonania Hessa, ale obawiam się, że nie jest to liczna grupa, że zniechęconych jest zdecydowanie więcej. Sama oglądając „Dobranoc wszystkim” niejednokrotnie musiałam walczyć z ogarniającą mnie sennością, ale w moim przypadku znużenie nie było reakcją dominującą. Negatywy filmu nie przysłoniły pozytywów, które co prawda nie dostarczyły mi żadnych niezapomnianych wrażeń, ale przynajmniej sprawiły, że nie żałowałam czasu poświęconego na tę produkcję. Największym plusem z mojego punktu widzenia był klimat towarzyszący wszystkim wydarzeniom rozgrywającym się na ekranie. W ścieżce dźwiękowej brakowało mi mrożących krew w żyłach tonów, ale bez wątpienia delikatnie wzmagała ona napięcie wynikające z ujęć świadczących o obecności niebezpiecznego osobnika w żeńskim akademiku. Twórcy przeprowadzali mnie przez wstawki poprzedzające zdecydowany atak mordercy z zachowaniem istotnych zasad budowania napięcia - bez zbytniego pośpiechu, ale też niczego zanadto nie przeciągając. Oprócz powolnych najazdów kamer na obute stopy mordercy, czy sprzęty znajdujące się w akademiku dużą rolę w generowaniu napięcia odgrywała kolorystyka i oświetlenie. To drugie swego czasu krytykowano za zbytnią oszczędność, uniemożliwiającą dostrzeżenie wszystkich szczegółów z VHS-ów, ale wydanie DVD i Blu-ray wyeliminowało ową niedogodność, dzięki czemu współcześni widzowie mogą cieszyć się smacznym operowaniem światłem i cieniem. Co ważniejsze na nowych nośnikach nie zatracił się magiczny duch slasherów z lat 80-tych XX wieku, o którego ekipa pracująca nad „Dobranoc wszystkim” pod wodzą Davida Hessa w miarę udanie zadbała. Lekko wyblakłe i przybrudzone barwy sprawiały, że bądź co bądź bogaty wystrój akademika dla panienek wywodzących się z zamożnych rodzin jawił się całkiem złowieszczo, choć bez przesady. Hessowi wszak ani razu nie udało się napiąć moich nerwów do granic możliwości – brakowało jakiejś nutki szaleństwa, nieprzewidywalności, którą rozciągnięto by w czasie tak dalece, abym zdążyła „przykleić się do fotela” w lękliwym oczekiwaniu na rychłą makabrę. Atmosfera zagrożenia i wyalienowania była doskonale wyczuwalna, ale nie wynikało z niej nic, co wprawiłoby mnie w ogromny zachwyt. Gdybym obejrzała „Dobranoc wszystkim” podczas nocnego maratonu, złożonego z kilku slasherów, nad ranem pewnie miałabym problemy z przypomnieniem sobie czegokolwiek poza szczątkowym zarysem fabuły. Być może, bo nie wykluczam, że w takim wypadku nawet te ogólniki mogłyby wyparować mi z pamięci w przeciągu zaledwie paru godzin, gubiąc się wśród pozostałych obejrzanych pozycji.

Mnogość postaci zapełniających scenariusz „Dobranoc wszystkim” dawała twórcom duże pole manewru w procesie ich eliminacji. Mieli możliwość błysnąć mnóstwem wyszukanych mordów, które z perspektywy czasu bez wątpienia odróżniłyby tę produkcję od rzeszy jej podobnych, ale niestety tej szansy nie wykorzystali. Chociaż ekipa dysponowała niewielkim budżetem operatorzy zaserwowali mi kilka dłuższych zbliżeń na odniesione obrażenia, co prawda broczące niezbyt realistyczną krwią i poza poszarpaną dziurą widniejącą w szyi ofiary, niedopracowane w stopniu, który zmusiłby mnie do najwyższego uznania starań twórców efektów specjalnych, ale mimo wszystko chwali się, że kamera „nie uciekała” od scen przemocy. Umiarkowanie krwawych, pozbawionych pomysłowości i maksymalnego realizmu, ale przynajmniej wizualizowanych – bez zatrważającego efektu, ale chociaż obecnych na ekranie. Sprawcą całego zamieszania jest osobnik odziany w strój Świętego Mikołaja, czyli dostosowany do okoliczności, bo akcja filmu rozgrywa się w okresie świątecznym. Atmosferę Świąt Bożego Narodzenia tworzą rozwieszone w żeńskim akademiku ozdoby choinkowe, ale na tym właściwie kończą się wizualne odniesienia twórców do czasu akcji – a szkoda, bo całość aż prosiła się o bardziej wyraźne nakreślenie świątecznego klimatu, zwłaszcza, że agresorem był tajemniczy osobnik „ukrywający się” pod wdziankiem Świętego Mikołaja. Jeśli zaś chodzi o ogólny zarys fabuły to właściwie standard goni standard, ale wielbiciele slasherów nie powinni za bardzo na to narzekać, bo twórcy dosyć dobrze odnaleźli się w ramach konwencji. Oczywiście, nie zabrakło nużących przestojów w formie moim zdaniem zbyt częstych nawet jak na slasher schadzek młodych par i ich nudnawych, nic niewnoszących konwersacji, ale udało mi się je odebrać w kategorii nieprzyjemnych przerywników, krótkich odstępstw od ciekawszych fragmentów. Korzenie wątku przewodniego sięgają dwóch lat wstecz, czego można się domyślić po zobaczeniu prologu. Jakąś rolę w całej intrydze odgrywa mężczyzna zajmujący się drobnymi pracami w akademiku, mocno religijny Ralph, który wieszczy jednej ze studentek. Nancy, rychły koniec. Miłośnicy slasherów już na początku powinni wytypować obiekt jego nagabywań na final girl, bo jasnowłose, zahukane dziewczę stroniące od przygodnego seksu, ale marzące o wielkiej miłości w morzu „rozpustnic” i „rozpustników” jest jedyną możliwą kandydatką do tego miana. No, może wyłączając Alexa, któremu „wpadła w oko”. Debiutujący Jennifer Runyon i Forrest Swanson w tych rolach wypadli całkiem znośnie, choć jak przystało na niskobudżetowy amerykański slasher z ich kreacji miejscami przebijała egzaltacja, jednak nieporównanie mniejsza niż z warsztatu pozostałych członków obsady, zwłaszcza płci żeńskiej, które to raniły moje uszy swoimi wymuszonymi piskami. W każdym razie samotne spacery małomównej Nancy, urozmaicane złowieszczymi konwersacjami z Ralphem, który do pewnego momentu miał pełnić znaną fanom slasherów pewną konkretną rolę (ale wątpię, żeby jakiegoś obytego z tym nurtem widza udało się twórcom ukierunkować zgodnie z ich zamysłem) były całkiem przyjemną, nastrojową odskocznią od nudnawych miłostek młodych protagonistów. To samo zresztą mogę powiedzieć o licznych sekwencjach z udziałem mordercy, który bardzo szybko pojawia się „na scenie”, a jego umiarkowanie krwawy proceder ożywia akcję w miejscach, które zdecydowanie najbardziej tego potrzebują. David Hess nie rozciągał wstępu i nie spowalniał środkowej partii filmu, tak szeroko rozkładając w czasie sekwencje mordów, że ciężko zarzucić mu „przegadanie”, czy też denerwujące wsiąknięcie w warstwę obyczajową. Całe szczęście, bo dłuższych wstawek z beztroskich zabaw młodych ludzi pewnie bym nie wytrzymała, zwłaszcza że ci osobnicy, którzy „korzystali z życia” nie zdołali wzbudzić mojej sympatii. Zresztą Nancy również nie skradła mojego serca głównie dlatego, że patrząc na nią nie miałam wrażenia, że tkwi w niej jakaś ukryta siła, która tylko czeka na dojście do głosu, co często dostrzegam w final girls, a Alexowi poświęcono zbyt mało czasu, żebym zdążyła się do niego zbliżyć tak bardzo, jak bym tego chciała. Ale te postacie przynajmniej nie odrzucały mnie tak od siebie, jak pozostali młodzi protagoniści. Na koniec muszę jeszcze pochwalić finał, a ściślej tożsamość sprawcy, której nie udało mi się przewidzieć, bo zanadto skupiłam się na innej osobie, ale podejrzewam, że wielu widzów zdoła przedwcześnie „zajrzeć pod maskę Świętego Mikołaja”. Wątpię natomiast, żeby potrafili przewidzieć drugi człon składający się na końcowy zwrot akcji, bo scenarzysta trochę zamieszał – jak na standardy nurtu slash, nie kina grozy w ogóle.

Jedyny pełnometrażowy film nieodżałowanego Davida Hessa to tak dalece schematyczny twór, że może się podobać jedynie nielicznym. Myślę, że potencjalnych sympatyków „Dobranoc wszystkim” można szukać przede wszystkim w gronie osób wprost przepadających za wyświechtaną konwencją nurtu slash i wśród osób słabo zaznajomionych z tym podgatunkiem horroru. Obawiam się jednak, że nawet wśród nich jednostek dosłownie zachwyconych dokonaniem Hessa będzie niewiele, bo choć film ogląda się w miarę bezboleśnie naprawdę ciężko jest w nim znaleźć coś, co zasługiwałoby na peany pochwalne. W budowaniu klimatu i napięcia co prawda widać dużą znajomość gatunku - jak się to ogląda trudno nie dać się przekonać owym elementom, ale nie są to na tyle silne wrażenia, żeby zostały z nami długo po zakończeniu seansu, a przynajmniej ja tak to widzę. Zabrakło mi czegoś co wyrwałoby ten obraz ze szponów nijakości (np. wymyślne scen mordów, mocna ścieżka dźwiękowa, czy sympatyczniejsze rysy psychologiczne protagonistów), bo choć w miarę przyjemnie mi się ten film oglądało nie mam wątpliwości, że szybko o nim zapomnę.

niedziela, 25 grudnia 2016

„Anatomia zbrodni” / Tess Gerritsen

Wydawnictwo Albatros przygotowało prawdziwą gratkę dla fanów thrillerów Tess Gerritsen. Osiemnaście książek w twardej oprawie, w tym znakomita seria z Jane Rizzoli i Maurą Isles. Powieści wchodzącej w skład „Anatomii zbrodni” ukazują się w dobrych kioskach, ale można również zamówić prenumeratę (tutaj) i dzięki temu zminimalizować koszt. Cała kolekcja w prenumeracie jest wyceniona na 243 zł (można również wybrać opcję w dwóch ratach), czyli jedna książka wchodząca w skład „Anatomii zbrodni” kosztuje 13.50 zł. Szczerze mówiąc zaalarmowało mnie to, bo powieści Tess Gerritsen zawsze kosztowały dużo więcej, ale zaryzykowałam, zamówiłam i po otrzymaniu pierwszych trzech książek jestem mile zaskoczona. Eleganckie wydania (większe od kieszonkowych) z prostymi, wpadającymi w oko okładkami – wolałabym co prawda oprawę miękką, ale książki są przynajmniej lekkie, więc ten feler mogę wydawcom wybaczyć. Poniżej zamieszczam zdjęcia pierwszych trzech tomów „Anatomii zbrodni”, na wypadek gdyby ktoś jeszcze powątpiewał w jakość książek. I oczywiście zachęcam do zakupu, choćby ze względu na naprawdę wspaniałą serię o Rizzoli i Isles – jeden z moich ulubionych cykli literackich.


piątek, 23 grudnia 2016

„Incarnate” (2016)

Doktor Ember jest tak zwanym wcielonym – człowiekiem potrafiącym wypędzać demony, nazywane przez niego pasożytami poprzez konfrontację z nimi w umysłach opętanych osobników. Jego głównym celem nie jest jednak pomaganie ludziom tylko odnalezienie i zgładzenie arcydemona, któremu nadał miano Maggie. Kiedy więc wysłanniczka Watykanu, Camilla, informuje go, że jedenastoletni Cameron najprawdopodobniej został opętany przez Maggie, Ember decyduje się obejrzeć chłopca. Krótka rozmowa z pasożytem gnieżdżącym się w jego ciele uświadamia mu, że w końcu odnalazł znienawidzonego wroga. Ember przyjmuje więc ofertę Kościoła, który zwrócił się do niego z prośbą o udzielenie odpłatnej pomocy Cameronowi i z pomocą swoich podwładnych przystępuje do prób wypędzenia pasożyta z ciała chłopca. Kontakty z samotnie wychowującą go matką Lindsey, sprawiają, że z czasem zaczyna bardzo zależeć mu na ocaleniu Camerona, ale żeby tego dokonać musi wygrać bitwę z potężnym demonem w umyśle małoletniego nosiciela.

Incarnate” to pierwszy pełnometrażowy horror w reżyserskiej karierze Brada Peytona. Artysta wcześniej nie próbował swoich sił w tym gatunku, realizując się w innych stylistykach, ale w 2013 roku postanowił sprawdzić się również w filmowym horrorze. Przyjął więc scenariusz Ronniego Christensena, przełożył go na ekran i aż trzy lata czekał na rozpoczęcie dystrybucji „Incarnate”. Krytycy nie byli zachwyceni jego dokonaniem, choć kilku przyznawało, że spojrzenie Christensena na tematykę opętania charakteryzuje się sporą świeżością, jednak w mniemaniu wielu niewykorzystaną w sposób, którego oczekuje się od nadprzyrodzonego horroru. Na realizację „Incarnate” Peyton przeznaczył pięć milionów dolarów, co w teorii powinno wystarczyć do stworzenia wyróżniającego się straszaka, tym bardziej gdy dysponuje się tak docenianym przez publikę scenariuszem, ale w tym przypadku muszę podpisać się pod opiniami rozczarowanych krytyków i przyznać, że niedoświadczony w horrorze reżyser nie rozdysponował należycie środków, które posiadał, być może właśnie przez wspomniany brak obycia z gatunkiem. Zamiast rasowego horroru zaproponował mi obraz, w którym próżno szukać gęstego klimatu grozy, czy przerażających charakteryzacji opętanego, ale za to całkiem przyjemnego w odbiorze w warstwie obyczajowej.

Ronnie Christensen najprawdopodobniej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że każdy nowszy horror o opętaniu jest automatycznie zestawiany z ponadczasowym „Egzorcystą”, dlatego przekornie postanowił ubiec recenzentów i za pośrednictwem między innymi jednej kwestii dać mu do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę, kto jest niekwestionowanym królem owego motywu. Gdy ojciec Camerona zapytuje, czy będzie wymiotował na zielono żaden długoletni wielbiciel kina grozy nie powinien mieć wątpliwości do jakiego filmu nawiązuje - powinien zauważyć, że scenarzysta pokusił się wówczas o puszczenie oka do widza, tak jakby mówił: dobrze wiem, że „Incarnate” będzie zestawiany z „Egzorcystą”, pomimo tego, że moje spojrzenie na tematykę opętania jest nieco inne. UWAGA SPOILER Co ciekawe pod koniec filmu zdecydował się pójść trochę dalej – jeszcze bardziej dobitnie nawiązać do osławionego „Egzorcysty” poświęceniem się Embera, skokiem z okna celem zgładzenia gnieżdżącego się w jego ciele demona. Tak jakby mówił: jeśli koniecznie chcecie pożywki do doszukiwania się nawiązań to proszę bardzo KONIEC SPOILERA. W celowych nawiązaniach scenarzysty do wspomnianego obrazu dostrzegam odrobinę ironicznego zabawiania się z publiką, karmienia ich tym, czego na ogół wypatrują w horrorach o opętaniach, a co nie zawsze jest tak czytelne. Wydaje mi się, że przede wszystkim po to, aby powiedzieć im, że nawet gdyby tych wyraźnych nawiązań nie było to i tak pewnie ponaciągaliby poszczególne wątki tak, aby dopasować je do swoich przekonań. Ronnie Christensen mówi: oszczędzę wam trudu i podrzucę kilka elementów, które co prawda nie upodabniają zanadto mojego projektu do „Egzorcysty”, ale najpewniej i tak będzie on poczytywany, jako jego kopia. A przynajmniej w taki sposób ja odebrałam owe nawiązania do „Egzorcysty” i moim zdaniem scenarzysta całkiem zgrabnie wybrnął z tego nazwijmy go impasu, zapominając jednak o innym horrorze, który może nasuwać się na myśl podczas seansu „Incarnate”, a który na moje oko mógł stanowić jego największą inspirację. Mowa o „Naznaczonym” Jamesa Wana, w którym to również pojawia się motyw walki z nadprzyrodzonym bytem w sferze duchowej / umysłowej, nie fizycznej. Ale chociaż Wan dysponował o wiele mniejszym budżetem udało mu się przedstawić ten motyw w dużo bardziej widowiskowym stylu – zdołał sportretować go w formie, która ma większą szansę zadowolić duże grono miłośników nadprzyrodzonego horroru. Brad Peyton mimo że posiadał większy nakład finansowy to znacząco zminimalizował udział bytów z zaświatów, które w dodatku w tych nielicznych chwilach swojej obecności nie błyszczały upiorną prezencją, chyba że za takową uznać czarne oczy i w przebłyskach spiczaste zębiska. W porównaniu do przeładowanych efektami komputerowymi współczesnych horrorów ten minimalizm wypada dużo lepiej, ale myślę, że nie zaszkodziłoby, gdyby Peyton pokusił się o bardziej dosadne makijaże, bez „proszenia o pomoc komputera”, wzorem choćby nadmienionego już „Egzorcysty”. Taki wygląd demonów nie ma bowiem najmniejszych szans na stałe zagościć w mojej pamięci, w przeciwieństwie do szkaradnej twarzy Regan, która dosłownie wwierciła się w mój umysł i nic nie wskazuje na to, żeby miała kiedykolwiek go opuścić. Na moje nieszczęście, bo jej oblicze ma tendencję do pojawiania się przed moimi oczyma podczas bezsennych nocy, co nie jest przyjemne jeśli akurat muszę skorzystać z toalety... W każdym razie byłabym skłonna całkowicie wybaczyć Peytonowi to odżegnywanie się od zapadających w pamięć, dosadnych prób straszenia charakteryzacjami aktorów gdyby tylko udowodnił mi, że potrafi budować silne napięcie emocjonalne i wie, jak stworzyć naprawdę mroczną oprawę wizualną. Chciałabym napisać, że sekwencje poprzedzające manifestację jakiegoś bytu dostarczały mi sporo żywych emocji, że z trwogą wpatrywałam się w ekran próbując przygotować się na rychłe uderzenie. Ale twórcy „Incarnate” nie dali mi nawet próbki zagęszczającej się aury niezdefiniowanego zagrożenia – już raczej utwierdzali mnie w przekonaniu, że brakuje im cierpliwości do stworzenia naprawdę klimatycznego straszaka, że wyznają pogląd, iż zbyt długie utrzymywanie widza w niepewności niesie niebezpieczeństwo znudzenia go, dlatego też zdecydowali się na denerwujące w nastrojowym kinie grozy błyskawiczne finalizowanie wspomnianych sekwencji. Jeśli chodzi elementy tożsame dla horroru to jedyne, co moim zdaniem twórcom się udało to umiarkowanie krwawe łamanie kończyny, pokazane w szybkiej migawce i podlane zbyt rozwodnioną substancją imitującą krew, a więc niemające większych szans zniesmaczyć zaprawionych w gore odbiorców, ale za to poprzez swoją raptowność, idealne wyliczenie w czasie, pełniące rolę skutecznej jump scenki. Przy odrobinie dobrej woli na plus można również odnotować gruby głos, którym przemawia opętany Cameron, ale efektu na miarę „Egzorcysty” radzę się nie spodziewać.

Motyw opętania został już tak dalece wyeksploatowany w kinie grozy, że ilekroć sięgam po pozycję, która na nim bazuje nie spodziewam się niczego, czego wcześniej już bym nie widziała. Dlatego też pomysł Ronniego Christensena w miarę mnie zaskoczył. Wziąwszy pod uwagę choćby „Naznaczonego” walka z nadprzyrodzonymi demonami poza sferą fizyczną nie jest żadnym novum, ale podpięcie się pod motyw opętania kazało mi przypuszczać, że znowu zostanę uraczona cudacznymi egzorcyzmami w wykonaniu wojowniczego wysłannika Kościoła, a nie wchodzeniem w umysł opętanego, celem wyeksmitowania pasożyta, jak zwykł nazywać to poruszający się na wózku inwalidzkim doktor Ember, główny bohater filmu przyzwoicie wykreowany przez Aarona Eckharta. Czołowy protagonista nie wierzy w demony – woli spoglądać na swoich przeciwników, jak na złośliwe pasożyty, których naturę można wyjaśnić naukowo bez uciekania się do sfery religijnej. A więc dostajemy dosyć świeże spojrzenie na tematykę opętania, perspektywę inną od tej, do której zdążyły przyzwyczaić nas niezliczone horrory o demonach zawłaszczających ciała jakichś nieszczęśników. Scenarzysta dodatkowo urozmaica ten skostniały motyw informacją o pochłanianiu energii nosiciela przez złośliwego pasożyta, dzięki czemu cały czas towarzyszy nam przeświadczenie, że czas działa na niekorzyść Embera i jego ekipy, że sympatyczny, niewinny chłopiec (bardzo dobra kreacja Davida Mazouza) niedługo zostanie unicestwiony przez podmiot panoszący się w jego ciele. Jedynym ratunkiem dla Camerona wydaje się być technika, z której korzysta doktor Ember, polegająca na wchodzeniu przez niego w umysł opętanego, celem uświadomienia mu, że świat, w którym właśnie egzystuje jest imaginacją stworzoną przez podstępnego pasożyta. Żeby się z niego wydostać nosiciel musi zniszczyć ową iluzję, Ember natomiast musi stanąć do walki z bytem, który przywłaszczył sobie ciało chłopca. Walki, która rozegra się w sferze psychicznej, w wyimaginowanym świecie, którego wystrój w przeciwieństwie do „Naznaczonego” nie charakteryzuje się niczym, co można by uznać za upiorne w ścisłym rozumieniu tego słowa, bo i takie być nie może skoro pasożytowi zależy na ciągłym podtrzymywaniu w Cameronie przeświadczenia, że wszystko co widzi jest jak najbardziej realne. Kontakty Embera z chłopcem nie mają więc w sobie nic, co mogłoby przerazić bardziej zaznajomionego z nadprzyrodzonym kinem grozy odbiorcę, mnie nawet nielicho znudziły te wyjałowione z mrocznego klimatu potyczki doktorka z demonami. Ale na szczęście scenarzysta poświęcił również trochę miejsca warstwie obyczajowej – standardowej, acz zgrabnie wtopionej w całość biografii mężczyzny po przejściach, którego jedynym celem jest unicestwienie potężnego pasożyta zwanego Maggie, rodzącej się w Emberze sympatii do matki Camerona i intrygującej relacji z nieprzejednaną wysłanniczką Watykanu. Nic odkrywczego w tej sferze nie dostaniemy, ale twórcom udało się naświetlić owe wątki na tyle dobrze, żeby udało mi się wytrwać do końca seansu. I dobrze, bo przewrotna końcowa partia okazała się całkiem pomysłowa, choć moim zdaniem wypadłaby jeszcze lepiej, gdyby scenarzysta nie uparł się tak dokładnie wszystkiego widzom wyjaśniać – na jego miejscu zakończyłabym tę historię ujęciem UWAGA SPOILER przebudzenia Embera w szpitalu, ponieważ dałoby to odbiorcom możliwość spoglądania na wcześniejsze wydarzenia w dwojaki sposób: pod kątem snu głównego bohatera oraz z podejrzeniem, że jest kolejną ofiarą Maggie KONIEC SPOILERA. Taka mnogość zwrotów akcji miała swój urok, choć po wspomnianym w spoilerze ujęciu nie dałam się już zwieść (potem już niczym mnie nie zaskoczono), ale czasem mniej znaczy więcej, dlatego też Ronnie Christensen mógł się zastanowić, czy jego historia nie zyskałaby, gdyby poprzestał na enigmatyczności.

Scenariusz „Incarnate” miał spory potencjał, nie przeczę, uważam jednak, że Brad Peyton nie wykorzystał go należycie. Właściwie to zepsuł niemalże wszystko, co odnosiło się do prawideł, którymi rządzi się horror nadprzyrodzony, zadowalając mnie głównie warstwą obyczajową, ale nie aż w takim stopniu, żebym czuła się w pełni ukontentowana. Materiał na rasowy, być może nawet lekko niepokojący horror był, ale czy to przez brak obycia z gatunkiem, czy to z powodu niezbyt utalentowanej ekipy, którą dysponował, Peyton nie potrafił należycie go wykorzystać. Obejrzeć można tylko czy należy spodziewać się czegoś, co można by uznać za wartościowe dla gatunku? Moim zdaniem nie, ale kto wie, może znajdą się jacyś fani horrorów nadprzyrodzonych, którzy będą forsować zgoła odmienną opinię, do których przemówi stylistyka zaproponowana przez Brada Peytona. Dlatego też mimo wszystko radzę obejrzeć i samemu się o tym przekonać.

środa, 21 grudnia 2016

„Impuls” (2016)

Neil organizuje weekendowy pobyt na wyspie dla siebie i swoich przyjaciół. Wszyscy zatrzymują się w należącym do niego dużym domu, a wieczorem odwiedzają miejscowy klub. Nieskrępowane zachowanie bawiących się ludzi każe im podejrzewać, że zażyli jakiś dobry narkotyk, na który również mają ochotę. Jednemu z nich, Jasonowi, udaje się spotkać z właścicielem klubu i pozyskać od jego podwładnego dawki dla siebie i swoich przyjaciół. Wszyscy poza Jasonem po zażyciu narkotyku pozbywają się wielu zahamowań i oddają szalonej zabawie. Nazajutrz dochodzą do wniosku, że dzięki specyfikowi poczuli się naprawdę wolni, że narkotyk umożliwia ludziom spełnianie swoich najskrytszych pragnień. Są tak zachwyceni jego właściwościami, że postanawiają zdobyć więcej dawek, pomimo tego, że w klubie poinformowano ich, że można go zażyć tylko raz w życiu. Po pozyskaniu większej ilości narkotyku wszyscy poza Jasonem rzucają się w wir zabawy, dopuszczając do głosu coraz to dziksze instynkty.

Debiut reżyserski Aarona Kaufmana, thriller pod tytułem „Impuls”, trafił do kilku amerykańskich kin w 2016 roku, ale szczególny nacisk położono na dystrybucję za pośrednictwem platformy VOD. W kilku krajach film rozpowszechniano również na DVD i Blu-ray, ale wielkich ekranów, jak na razie Kaufmanowi nie dane było zawojować. Dystrybutorzy chyba doskonale zdawali sobie sprawę z niedostatków jego produkcji bądź swego rodzaju odstępstw od tego, czym zazwyczaj raczy nas kino – a jeśli nie to opinie większości widzów z pewnością im to uświadomiły. „Impuls” bowiem nie otrzymał wielu przychylnych recenzji, do czego moim zdaniem przede wszystkim przyczyniły się zaniedbania reżysera. Wolałabym, żeby scenariusz Jerry'ego Stahla trafił w ręce artysty obdarzonego większym wyczuciem gatunku, takiego który nadałby mu odpowiednio mroczny ton, zamiast tak jak to uczynił Kaufman uparcie łagodzić jego wizualny wydźwięk.

Gdy zapoznałam się ze skrótowym opisem fabuły „Impulsu” pomyślałam o „Ludożercy” i „Wyspie strachu”. Zaraz potem zreflektowałam się, dochodząc do wniosku, że szanse na to, iż „Impuls” choćby zbliży się do tego pierwszego obrazu są zerowe, bo od współczesnego kina grozy nie należy oczekiwać takiego spektaklu duszącego klimatu. Wydawało mi się jednak, że atmosfera rodem z „Wyspy strachu” jest niemalże gwarantowana, że twórcy nie powinni mieć większych trudności z wytworzeniem takiej bardziej złagodzonej oprawy wizualnej. Która może i nie wywoływałaby w widzu wrażenia przygniatania alienacją i zaszczuciem, ale te dwa pierwiastki byłyby przynajmniej odczuwalne. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy uświadomiłam sobie, że Aaron Kaufman zupełnie inaczej zapatrywał się na motyw pobytu grupki przyjaciół na wyspie. Jeśli w „Impulsie” pojawiały się jakieś szerokie ujęcia malowniczego miejsca akcji, z których wyraźnie przebijałaby aura odizolowania od reszty społeczeństwa (takie, które przypominałyby o nieciekawym położeniu protagonistów) to ja nie zarejestrowałam ich w pamięci. Zamiast choćby pobieżnie odmalowywać klimat wyobcowania poprzez obieganie kamerami tej odizolowanej scenerii Aaron Kaufman wolał skoncentrować się na podkreślaniu przepychu. Lwią część akcji zamknięto w nowocześnie urządzonym wielkim domostwie należącym do zamożnego Neila, ale kilka istotnych sekwencji rozgrywa się również w przepastnym, przebogato urządzonym klubie znajdującym się na wyspie. Od luksusów odstępowano bardzo rzadko – taką odskocznią jest choćby pobyt Jasona w obskurnej restauracyjce, czy końcowe partie rozgrywające się na plaży i promie, przy czym sekwencje mające miejsce „pod gołym niebem” nie bazują na szerszych ujęciach wyspy, ograniczają się jedynie do wąskiego pierwszego planu. Nie tyle za sprawą umiejscowienia kamer, ale głównie nocnych ciemności, które to uniemożliwiały dostrzeżenie czegokolwiek, co znajdowało się poza fragmentem plaży oświetlanym przez protagonistów. Twórcy „Impulsu” nie zaprzepaszczali mojej nadziei na klimatyczny dreszczowiec jedynie poprzez okazałe otoczenie bohaterów, ale również zdjęcia – silnie skontrastowane, plastikowe, wyjałowione z wszelkiej złowieszczości. Aura zagrożenia wypływała z warstwy tekstowej, ale operatorzy i oświetleniowcy jakoś nie uznali za stosowne podkreślić jej przybrudzonymi, mrocznymi zdjęciami. Jedno nie szło w parze z drugim, co zaowocowało nieprzyjemnym dysonansem, rozdźwiękiem, który doprowadzał mnie niemalże do szewskiej pasji. Bo na fabułę składały się lubiane przeze mnie motywy i interesujące obserwacje natury filozoficznej, niewtłaczane na siłę w przebieg akcji tylko jawiące się niczym naturalne, w pełni przekonujące jej uzupełnienie, idealnie stapiające się z końcówką, w której notabene wykorzystano kolejny dobrze znany w kinie grozy motyw. Jerry Stahl nie napisał jakiegoś diablo wyszukanego scenariusza, unikał nawet większych komplikacji, zdecydowanie nie starając się porazić widza inwencją twórczą i wyjątkową błyskotliwością. Bo chociaż obserwacje ludzkości, jakie poczynił na kartach swojego utworu do nieciekawych na pewno nie należały to raczej nie można oddać im niespotykanej przenikliwości.

Fabułę „Impulsu” zawiązuje popularny zwłaszcza w filmowych rąbankach motyw grupy przyjaciół, która postanawia wyjechać z miasta na weekend i zrelaksować się w jakimś spokojnym zakątku (w tym przypadku wybór pada na niewielką wyspę). Niedługo potem Jerry Stahl dynamizuje akcję kolejnym mało odkrywczym motywem, a mianowicie nowym narkotykiem zwanym Impulsem, który jeszcze nie wydostał się poza obręb wyspy. Po jego zażyciu ludziom puszczają wszelkie hamulce, wyzbywają się ograniczeń narzuconych przez społeczeństwo, zapominają o wstydzie i nie biorą pod uwagę ewentualnych reperkusji prawnych. Liczy się dla nich tylko i wyłącznie folgowanie swoim najskrytszym pragnieniom. Krótko mówiąc górę borą najdziksze instynkty. Jak stwierdza jeden z pracowników klubu, w którym główni bohaterowie otrzymują pierwsze dawki „cudownego” narkotyku „impuls sprawia, że czujesz się tak wspaniale, że myślisz, że umrzesz i boisz się, że nie umrzesz”. Łatwo można się domyślić, jakie konsekwencje będzie miało dla protagonistów zażycie tego narkotyku. Wszystkich poza Jasonem, który jest odporny na jego działanie z tego prostego powodu, że nigdy nie pozwalał, aby coś go ograniczało. W każdym razie fabuła toczy się przewidywalnym torem, co szczególnie mi nie przeszkadzało, w przeciwieństwie do plastikowej oprawy wizualnej. Przyjemnym dodatkiem były rozmowy Jasona z postacią kreowaną przez Pierce'a Brosnana, bezimiennym właścicielem klubu, który miał skłonność do poddawania rasy ludzkiej trafnej analizie. Mężczyzna doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że zostaliśmy zmuszeni do tłamszenia swoich instynktów, że z lęku przed społecznym odrzuceniem, czy konsekwencjami prawnymi musimy rezygnować z wielu swoich pragnień, dlatego też stworzył narkotyk, który pozwala ludziom pozbyć się wszystkich zahamowań. Jednak jak zauważa podczas jednej z rozmów z Jasonem „gdy tracimy hamulce, przypominamy sobie, po co je mieliśmy”, tym samym dając do zrozumienia, że wyrzeczenie się całkowitej wolności jest lepszym rozwiązaniem niż niczym nieskrępowane folgowanie wszystkim swoim zachciankom. Bowiem taki sposób bycia może mieć opłakane skutki nie tylko dla ludzi w naszym otoczeniu, ale również dla nas samych. Jerry Stahl zauważa, że od przyjemności do autodestrukcji i destrukcji czasem jest tylko jeden krok, że niewiele potrzeba, aby w dążeniu do całkowitego zaspokojenia swoich instynktów osunąć się w otchłań zniszczenia. Scenarzysta nie powiedział mi nic, czego wcześniej bym nie wiedziała, ale i tak przyjemnie było posłuchać tych idealnie dopasowanych do fabuły wynurzeń filozoficznych, brak odkrywczości w ogóle mi nie przeszkadzał. Na miejscu twórców postarałbym się jednak o większą brutalizację końcowych partii filmu, bo jedyne co zwróciło moją uwagę to rzucanie kamieniami w kobietę, która znosiła tę jakże bolesną torturę w całkowitym milczeniu, a przecież od takiego scenariusza miałam prawo oczekiwać większego wynaturzenia. Twórcom jednak brakło odwagi, aby pójść na całość, woleli poprzestać na bezpieczniejszym, delikatniejszym spojrzeniu na ludzkie zezwierzęcenie. W dodatku poza sekwencją pojawiającą się po napisach końcowych denerwująco szybko przechodzili „do rzeczy”, bez uprzedniego dłuższego potęgowania napięcia emocjonalnego.

Moim zdaniem „Impuls” od strony technicznej nie prezentuje się dobrze – twórcy z jakiegoś sobie tylko znanego powodu woleli skłaniać się w stronę plastiku zamiast skupiać się na budowaniu napięcia i mrocznego klimatu zaszczucia. Tymczasem sama fabuła, w oderwaniu od nieszczęsnej realizacji, wypada całkiem interesująco, choć poszukiwacze innowacyjnych obrazów zapewne będą wyznawać zgoła inny pogląd. Mnie scenariusz wydał się całkiem atrakcyjny. To samo mogę powiedzieć o postaciach, które choć nie grzeszyły jakąś psychologiczną głębią, czy niespotykanym w kinie grozy sposobem bycia i tak przyciągały uwagę, zwłaszcza Theresa kreowana przez Ashley Greene, w której odnalazłam kilka cech femme fatale. Jednak całkiem ciekawa z mojego punktu widzenia fabuła nie była w stanie przysłonić niedostatków technicznych, stąd mój wniosek, że błędem było powierzanie tego scenariusza Aaronowi Kaufmanowi, który to tak pokierował ekipą, że nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż głównym jego celem było zaprzepaszczanie potencjału drzemiącego w warstwie tekstowej.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

„Siostry” (1973)

Modelka Danielle Breton zaprasza do swojego mieszkania nowo poznanego mężczyznę, Phillipa Woode'a. Nazajutrz po wspólnie spędzonej nocy mężczyzna słyszy rozmowę Danielle z inną kobietą. Gospodyni zdradza mu, że odwiedziła ją siostra bliźniaczka Dominique i prosi go, aby zrobił jej zakupy w aptece. Kiedy Phillip wraca zostaje zaatakowany przez rozwścieczoną kobietę. Świadkiem brutalnego mordu jest sąsiadka Danielle, reporterka Grace Collier, która niezwłocznie zawiadamia o zdarzeniu policję. Przeszukanie mieszkania Danielle przez detektywów z wydziału zabójstw nie potwierdza, że w tym miejscu doszło do zbrodni. Policjanci nie wierzą Collier, która utrzymuje, że ofiarą był czarnoskóry mężczyzna, a sprawczynią kobieta, która nie wyglądała jak Danielle. Reporterka postanawia więc przeprowadzić własne śledztwo, które naprowadza ją na trop bliźniaczek syjamskich.

„Siostry” były pierwszym thrillerem Briana De Palmy zawierającym wyraźne nawiązania do filmów Alfreda Hitchcocka. Można więc powiedzieć, że to właśnie ten obraz był punktem wyjściowym do miana, jakim cieszy się obecnie: następcy Alfreda Hitchcocka. Bądź jak utrzymują krytykanci twórczości De Palmy: zwykłego kopisty, budującego swoją markę na pomysłach niezastąpionego artysty. W każdym razie „Siostry” nadały nowy kierunek twórczości tego pana, choć nie był on jedyny, bo w jego późniejszej filmografii można znaleźć również pozycje nieinspirowane filmami Alfreda Hitchcocka - chociażby takie arcydzieła, jak „Człowiek z blizną” i „Ofiary wojny”. Zauważyłam, że „Siostry” trochę zdezorientowały opinię publiczną w kwestii klasyfikacji gatunkowej. Część widzów szufladkuje ten obraz jako horror (dostał nawet nominację do Złotego Zwoju w kategorii najlepszego horroru), inni wolą natomiast rozpatrywać go pod kątem thrillera i właśnie do tej grupy ja się zaliczam. W 2006 roku ukazał się remake „Sióstr” w reżyserii Douglasa Bucka, który spotkał się z dużą krytyką i to zarówno ze strony fanów pierwowzoru, jak i wielu niezaznajomionych z nim osób.

Z twórczością Briana De Palmy mam taki problem, że właściwie nie jestem w stanie wskazać produkcji, którą mogłabym uznać za jego najlepsze dokonanie. Oczywiście, ma na swoim koncie kilka projektów, które znacznie odstają od ogólnego wysokiego poziomu jego twórczości, jak chociażby „Oczy węża” i „Czarna Dalia”, ale większość obejrzanych przeze mnie pozostałych produkcji De Palmy w mojej ocenie prezentuje sobą bardzo zbliżoną jakość. Do wczoraj delikatnie skłaniałam się w stronę „Ofiar wojny”, chociaż nie byłam co do tego w pełni przekonana. Seans „Sióstr” spotęgował te wątpliwości, bo film jest kolejnym dowodem na to, jak doskonale De Palma odnajduje się w konwencji filmowego thrillera. Nie wiem, czy dramat wojenny rzeczywiście zasługuje na najwyższe uznanie, czy nie powinno się przede wszystkim doceniać jego zasług dla gatunku dreszczowca... Cóż, nad tym problemem muszę dłużej podumać, bo tak ad hoc nie jestem w stanie rozstrzygnąć owego jakże ważkiego problemu. Jestem natomiast przekonana, że niejeden długoletni wielbiciel thrillerów uzna „Siostry” za jeden z bardziej wartościowych reprezentantów gatunku, czemu zresztą ochoczo przytaknę. Scenariusz Brian De Palma napisał z Louisą Rose (pomysł nasunął się temu pierwszemu po przeczytaniu artykułu o siostrach syjamskich: Masha i Dasha Krivoshlyapova), a pracę nad ścieżką dźwiękową powierzył Bernardowi Herrmannowi, który komponował między innymi dla Alfreda Hitchcocka – to on stworzył mrożącą krew w żyłach oprawę muzyczną do „Psychozy”. Brianowi De Palmie bardzo zależało na współpracy z Herrmannem, między innymi dlatego, że jest tak silnie kojarzony z twórczością Alfreda Hitchcocka, do której „Siostry” miały nawiązywać. Lepszego wyboru dokonać nie mógł, bo moim zdaniem kompozycje Herrmanna są największym superlatywem tego obrazu. Szarpiące nerwy, drażniące uszy dźwięki niebywale silnie potęgują dramatyzm sytuacyjny, a dwie sekwencje zamieniają w prawdziwy spektakl czystej grozy, której moim zdaniem pomimo makabrycznych obrazków przewijających się wówczas na ekranie nie odczuwałoby się w takim stopniu, gdyby nie porażające dźwięki, które im akompaniowały. Morderstwo Phillipa Woode'a to rzadki przykład najczystszego geniuszu, zawdzięczany przede wszystkim Bernardowi Herrmannowi, ale nie należy nie doceniać również roli operatorów i montażystów. Całość tak doskonale zsynchronizowano, że widzowi pozostaje tylko z szeroko otwartymi oczami wpatrywać się w ten niemalże przerażający spektakl przemocy, zapoczątkowany tak potężnym uderzeniem, że mimowolne poderwanie się z fotela jest chyba gwarantowane. Powolne zbliżanie się Phillipa do łóżka, na którym spoczywa kobieta poprowadzono z takim skupieniem, z takim naciskiem na budowanie aury zagrożenia, że chyba żadna patrząca na to osoba nie będzie mieć wątpliwości, co czeka mężczyznę na końcu owej wędrówki. Trudno jednak przewidzieć moment, w którym nastąpi spodziewane uderzenie, ponieważ Brian De Palma z wprawą prawdziwego wirtuoza zadał podwójny cios (wizualny i dźwiękowy) w sekundzie, w której moje nerwy były napięte do granic możliwości i w najmniejszym stopniu nieprzygotowane na tak potężne uderzenie akurat w tym momencie. Twarz kobiety wykrzywiona w grymasie wściekłości, jej skołtunione włosy i blada cera wyrastają na ekranie tak niespodziewanie, że nijak nie można się na to przygotować, a żeby tego było mało jej atak demonizuje przerażająca muzyka dosłownie niszcząca cały system obronny widza. Podobny pokaz czystej grozy ma miejsce pod koniec, podczas finalnego pojedynku dwóch bohaterów filmu, ale pierwszy spektakl przemocy do pewnego stopnia powinien przygotować odbiorcę na grozę ostatniej takiej sytuacji, przez co nie przeżywa się jej już tak dogłębnie, jak w momencie zabójstwa Phillipa Woode'a.

„Siostry” fabularnie nieco nawiązują do „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka. Dostajemy motyw podejrzenia zbrodni przez okno przez osobę mieszkającą w sąsiedztwie, co zapoczątkowuje śledztwo tropem sprawcy i ciała zamordowanego mężczyzny. Intryga do najwymyślniejszych co prawda nie należy, scenarzyści nie wprowadzali większych komplikacji w dochodzenie reporterki Grace Collier, a jeden z dwóch zwrotów akcji zawartych w końcowej partii filmu jest mocno przewidywalny, ale to wcale nie umniejsza napięcia bijącego z dosłownie każdego kadru. Lekko przybrudzone zdjęcia i akompaniująca im niepokojąca ścieżka dźwiękowa (dzielenie ekranu tak silnie kojarzone z De Palmą też parę razy się pojawia) sprawiają, że trwa się przed ekranem w stanie podwyższonego napięcia, w oczekiwaniu na niechybny koszmar z udziałem upartej reporterki starającej się odkryć prawdę. Zbliżenie na brzydką bliznę znajdującą się na ciele naiwnej modelki Danielle Breton mające miejsce podczas jej miłosnych igraszek z Phillipem daje widzom do zrozumienia, że kobieta coś ukrywa, ale choć charakter tego ujęcia może sugerować, że z czasem akcja skręci w stronę body horroru, Brian De Palma skupia się na motywie kryminalnym. Osadza więc wątek sióstr syjamskich w zupełnie innej stylistyce - zamiast raczyć widzów odrażającymi deformacjami ludzkiego ciała skupia się na budowaniu atmosfery tajemnicy, która ma swoje korzenie w ośrodku prowadzonym przez podejrzanie się zachowującego lekarza. Można więc domniemywać, że scenariusz wkrótce skoncentruje się na motywie nieludzkiego eksperymentu, którego tragiczne skutki mogliśmy zobaczyć już na początku filmu, ale mimo wszystko wątpliwości pozostają, nie możemy mieć co do tego absolutnej pewności. Cały przebieg domniemanego eksperymentu długo jest utrzymywany w tajemnicy, dopiero pod koniec dane nam będzie poznać los bliźniaczek syjamskich, przy czym połączenie tego wątku z pierwszym morderstwem zapewne niejednemu widzowi już dużo wcześniej samo nasunie się na myśl. UWAGA SPOILER Osoby, które widziały „Psychozę” Alfreda Hitchcocka pewnie będą mieć ułatwione zadanie, ale nie sądzę, żeby pozostali byli zmuszeni do nadmiernego wysiłku umysłowego w swoich staraniach do przedwczesnego poznania prawdy KONIEC SPOILERA. Scenarzystom udało się jednak zaskoczyć mnie drugim członem finału, losem jaki spotkał główną bohaterkę, którego na szczęście nie przekombinowano, a akurat w tym przypadku pokusa pewnie była duża. Wystarczył bowiem jeden malutki krok, żeby dalece skomplikować całość kosztem logiki, czego scenarzyści na szczęście nie uczynili. Na koniec wypada jeszcze pochwalić członków obsady, zwłaszcza Margot Kidder i Jennifer Salt. Ta pierwsza przyciągała uwagę zauważalnie celowym przerysowaniem, egzaltacją, która zaskakująco udanie uwypuklała cechy jej bohaterki swego rodzaju infantylizm i wrodzoną naiwność. Collier natomiast była jej zupełnym przeciwieństwem – przykładem niezależnej kobiety „twardo stąpającej po ziemi”, której nie sposób nie polubić, również dzięki bezbłędnej kreacji Salt.

Jeśli ostali się jeszcze jacyś miłośnicy filmowych thrillerów, którzy nie widzieli „Sióstr” Briana De Palmy to najwyższy czas nadrobić zaległości. Moim zdaniem to jedna z pozycji obowiązkowych dla tej konkretnej grupy odbiorców – niezapomniany pokaz znakomitego stylu jednego z mistrzów gatunku, który nie tylko nieustannie trzyma widza w napięciu, ale potrafi również przestraszyć. Nie na tyle często, żebym mogła uznać tę produkcję za horror, ale w tych rzadkich przebłyskach serwuje większą eskalację grozy niż większość znanych mi reprezentantów wspomnianego gatunku. Gratuluję Brianowi De Palmie takiej perełki, a tym, którzy jeszcze „Sióstr” nie widzieli zazdroszczę, że mają to nietuzinkowe widowisko dopiero przed sobą.

niedziela, 18 grudnia 2016

„Atak tyrolskich zombie” (2016)

Znany snowboardzista Steve wygłupia się podczas zjazdu dla gościa specjalnego, co skutkuje zerwaniem kontraktu z nim i jego przyjacielem Joshem. Urażona tym, że chłopak zniweczył jej pracę, dziewczyna Steve'a, Branka, zrywa z nim i wraz z Joshem udaje się do pobliskiej tawerny. Tego samego dnia właściciel wyciągu, Franz, prezentował inwestorowi z Rosji swój wynalazek - maszynę do produkcji śniegu. Podczas ekspozycji doszło do wypadku, na skutek którego Rosjanin zaczął poważnie chorować. Franz uznał, że relaks w tawernie dobrze mu zrobi, nie zdając sobie sprawy z tego, że inwestor wkrótce przemieni się w żywego trupa. Gdy przypuszcza atak w krótkim czasie większość klientów przeobraża się w żądne ludzkiego mięsa zombie. Steve, Branka, Josh, Franz i właścicielka tawerny Rita zostają zmuszeni do nierównej walki z nieoczekiwanymi przeciwnikami. Jednocześnie starają się znaleźć sposób na dostanie się do zaludnionej odległej doliny, w której najprawdopodobniej znajdą pomoc.

„Atak tyrolskich zombie” to austriacki horror komediowy w reżyserii Dominika Hartla, artysty, który wcześniej nakręcił tylko jeden pełnometrażowy film, dramat „Beautiful Girl”. Scenariusz omawianej produkcji napisał wspólnie z Arminem Predigerem i jak głosi plotka pomysł narodził się w jego głowie w chwili ujrzenia pijanych turystów, którzy poruszali się zupełnie jak żywe trupy. Dominik Hartl przyznał, że pracując nad scenariuszem „Ataku tyrolskich zombie” pozostawał pod wpływem „Martwicy mózgu” i „Wysypu żywych trupów”, ale niektórym wielbicielom kina grozy produkcja przywiodła na myśl „Zombie SS”, głównie przez zimową scenerię. Bodaj najbardziej zaskakująca dla wielu widzów były efekty specjalne – ich twórców doceniono za rozmach, tym bardziej, że ekipa pracująca nad „Atakiem tyrolskich zombie” miała do dyspozycji niespełna trzy miliony euro, czyli wedle wielu odbiorców nie dysponowała sumą, która dawałaby nadzieję na taką mnogość efektów.

Moda na horrory komediowe o żywych trupach trwa i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie dobiegła końca. Choć tego typu filmy w większości nie zbierają wiele entuzjastycznych recenzji, choć mało jest takich, które mogłyby pochwalić się czymś charakterystycznym, odróżniającym je od pozostałych komediowych horrorów o zombie, nadal przyciągają przed ekrany całkiem dużą liczbę odbiorców. A przynajmniej na tyle zadowalającą, aby twórcom nadal chciało się kręcić tego typu filmy. „Atak tyrolskich zombie” to kolejny obraz wpisujący się w ten trend, w którym co prawda próżno szukać zapadających w pamięć innowacji, ale myślę, że Dominik Hartl całkiem dobrze odnalazł się w tej stylistyce, głównie dlatego, że nie szedł śladami niektórych twórców współczesnych horrorów komediowych, którzy w swoim dążeniu do rozśmieszania widzów mają zwyczaj wpadać w taką przesadę, że prezentuje się to nadzwyczaj żałośnie – zamiast bawić wywołuje co najwyżej uśmieszek politowania na mojej twarzy, a nierzadko nawet silną irytację. „Atak tyrolskich zombie” ma oczywiście przede wszystkich wydźwięk komediowy, ale zamiast atakować widzów coraz to bardziej absurdalnymi rozwiązaniami fabularnymi i coraz bardziej głupkowatymi odzywkami bohaterów, stara się wszystko wypośrodkować, tak aby nie miało się wrażenia, że twórcy za wszelką cenę starają się nas rozśmieszyć i właściwie na tych nieudolnych próbach poprzestają. Czołowe postacie, Steve i Branka, to sympatyczna parka stworzona na zasadzie przeciwieństw. Podczas, gdy on jawi się niczym „przerośnięty dzieciak”, młody mężczyzna, któremu w głowie jedynie niewybredne żarty, który absolutnie niczego nie potrafi traktować poważnie, nawet własnej kariery, ona wydaje się nad wiek dojrzała, pomimo młodego wieku nie myśli o żadnych rozrywkach i zazwyczaj nie bawią jej częste wygłupy Steve'a. W tych rolach obsadzono Lauriego Calverta i Gabrielę Marcinkovę, którzy swoje zadanie wykonali na tyle dobrze, żebym nie miała najmniejszych problemów z sympatyzowaniem z odgrywanymi przez nich postaciami, choć nie zabłysnęli niczym, co można by uznać za wielki popis aktorski. Bo to nie jest film, który starałby się zachwycać porywającym warsztatem odtwórców poszczególnych ról, nie jest to obraz dla koneserów obdarzonych wysublimowanym gustem tylko kawałek czystej rozrywki przeznaczony dla mniej wymagających odbiorców i moim zdaniem w tej stylistyce cała obsada (nie tylko wspomniane nazwiska) poradziła sobie całkiem nieźle. Najlepiej sprawdziła się Margarete Tiesel wcielająca się w rolę właścicielki tawerny stojącej gdzieś w zaśnieżonych Alpach, z dala od skupisk ludzkich, ale w pobliżu wyciągu przyciągającego narciarzy i snowboardzistów z różnych rejonów świata. Przemawiająca łamaną angielszczyzną, święcie wierząca w cudowne właściwości schnappsa, odziana w tradycyjny tyrolski strój kobieta jest zdecydowanie najbardziej wyróżniającą się postacią, tak bardzo barwną, że ilekroć tylko pojawia się na ekranie sprawia, że pozostała część obsady staje się niemalże niezauważalna, a przynajmniej ja nie mogłam oprzeć się jej charyzmie i swobodnemu podejściu scenarzystów do jej postaci, w sposób, który okazał się całkiem zabawny.

Dominik Hartl „trafił w dziesiątkę” z miejscem akcji. Rozciągające się wszędzie, gdzie okiem sięgnąć zaśnieżone góry i stojąca pośrodku tego białego pustkowia mała, stylowa tawerna pozwoliły twórcom wygenerować może nie przytłaczającą, ale i tak wyraźnie odczuwalną aurę alienacji, pozostawania bohaterów w śmiertelnie niebezpiecznej, mroźnej pułapce. Nieprzyjazną, acz całkiem efektowną scenerię na początku i pod koniec filmu uatrakcyjniono jodłowaniem, które tak samo jak odzienie miejscowych i wystrój tawerny było przyjemnym w odbiorze ukłonem w stronę tyrolskiej tradycji, przy czym wolałabym, żeby częściej raczono mnie taką ścieżką dźwiękową. Niemniej moim zdaniem twórcom udało się natchnąć ten obraz owym kulturowym posmaczkiem, co uważam za ich największe osiągnięcie. Innym choć zdecydowanie mniejszym superlatywem „Ataku tyrolskich zombie” są humorystyczne kwestie wydobywające się z ust bohaterów, dlatego że scenarzyści zawarli w nich więcej subtelności, aniżeli agresywnej groteskowości. Za przykład niech posłuży jedna z wypowiedzi Josha, kiedy to informuje pozostałych, że żywe trupy można zabić, ale najpierw trzeba dowiedzieć się, w jakim filmie grają (co miało być aluzją do tego, że to nie jest tak, iż w każdym zombie movie zabija się te kreatury w taki sam sposób). Za to najgorzej moim zdaniem prezentują się zachwalane przez niejednego widza efekty specjalne. Krwawych scen jest sporo, twórcy nie uciekają przed dokładnym unaocznianiem widzom rzezi, w jaką zostanie zamieniony ten do niedawna w miarę zaciszny zakątek Alp. Ponadto w paru miejscach wykazują się dużą pomysłowością w okaleczaniu i eliminowaniu żądnych ludzkiego mięsa bestii - zombie z kijami narciarskimi w głowie, twarz spozierająca z wnętrzności i pokazująca język, mielenie zombiaków, które chyba było ukłonem w stronę sekwencji z kosiarką do trawy z „Martwicy mózgu”, szatkowanie ich deskami snowboardowymi podczas zjazdu ze wzniesienia i cała masa innych cudacznych wstawek gore. Nie ratuje to jednak plastikowego wyglądu efektów specjalnych – niezliczone bąble na twarzach żywych trupów i jelenie-zombie wypadają całkiem realistycznie, ale wszystko inne trąci taką sztucznością, że aż szkoda tej pomysłowości twórców, jaką wykazali się podczas obmyślania szczegółów krwawych sekwencji. Drugim poważnym mankamentem „Ataku tyrolskich zombie”, który znacząco obniża jego poziom jest w moim mniemaniu zbyt uporczywe trzymanie się ram konwencji – zbyt rzadko akcję urozmaicano takimi ciekawymi kuriozami, jak na przykład taniec protagonistów wśród podrygujących w takt muzyki żywych trupów. Brakowało mi częstszych odskoczni od standardowych starć z zombiakami, których moim zdaniem było zdecydowanie za dużo, ale podejrzewam, że niejeden wielbiciel zombie movies akurat na to narzekać nie będzie.

„Atak tyrolskich zombie” to moim zdaniem całkiem przyjemna rozrywka na tak zwany jeden raz. Typowy horror komediowy o zombie, którego oglądało mi się na tyle dobrze, żebym nie musiała walczyć z pragnieniem przerwania seansu, ale znowu nie aż tak, żebym mogła uznać ten obraz za szczególnie wartościowy dla całego gatunku. Zwykły średniaczek dla ludzi szukających odprężenia. Takich, którzy akurat mają ochotę na coś lżejszego i potrafią odnaleźć się w zabawowym podejściu do stylistyki zombie movies. Im mogę chyba zarekomendować ten obraz, bo moim zdaniem na tle sobie podobnych wypada całkiem zacnie (jeśli ktoś zdecyduje się na seans to radzę obejrzeć kawałek napisów końcowych, bo wówczas pojawia się jeszcze jedna krótka sekwencja).

Za przedpremierowy seans bardzo dziękuję
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...