niedziela, 22 października 2017

Przegląd horrorów Fest Makabra 2

Przegląd horrorów Fest Makabra 2 w kinach od listopada do oporu!

Już w Halloween rozpocznie się Fest Makabra 2, czyli kolejna edycja ogólnopolskiego przeglądu horrorów, prezentującego najciekawsze i najoryginalniejsze dokonania światowego kina grozy ostatniego sezonu. W programie wydarzenia znajdują się mrożące krew w żyłach filmy z różnych stron świata, a wszystkie z nich pokazywane są w Polsce premierowo. Seanse Fest Makabry odbędą się w kinach studyjnych i lokalnych w całej Polsce oraz na nocnych maratonach największych sieci kin w listopadzie i grudniu 2017 roku. Organizatorem wydarzenia jest dystrybutor filmów Kino Świat. Plakat do drugiej edycji przeglądu stworzył wybitny polski artysta – Andrzej Pągowski. 

FILMY:

„Szklana trumna” (2016) – klaustrofobiczny, odważny i zatopiony w neonowej estetyce hiszpański debiut Haritza Zubillagi o cenionej aktorce, która walczy o życie w zamkniętej limuzynie. W roli głównej fenomenalna i doceniona wieloma nagrodami Paola Bontempi. Film prezentowany na ponad 20 festiwalach filmowych, w tym m.in. w Sitges, San Sebastian i na Maladze. 6 nagród i 10 nominacji na koncie.
Zwiastun
tutaj

„Słudzy diabła” (2017) – największy przebój kasowy indonezyjskiego kina grozy w historii. Film, który w pierwszym tygodniu od premiery w kinach obejrzało ponad milion widzów! Osadzony w latach 80-tych duszny horror o rodzinie nawiedzanej przez zjawę niedawno zmarłej matki. Nowy film Joko Anwara - cenionego indonezyjskiego specjalisty od kina gatunkowego.
Zwiastun
tutaj

„Pamiętam Cię” (2017) - mroczna ekranizacja bestsellerowej powieści grozy Yrsy Sigurðardóttir, zwanej królową islandzkiego kryminału. Jeden z największych hitów frekwencyjnych islandzkiego kina. Połączenie mroźnego, skandynawskiego dreszczowca z opowieścią o nawiedzonym domu i ghost story. W roli jednej z głównych ról występuje podbijający Hollywood Jóhannes Haukur Jóhannesson („Atomic Blonde”, „Gra o tron”).
Zwiastun
tutaj

„Głosy ze ściany” (2017) - Emilia Clarke (Daenerys z „Gry o tron”) w mrocznej i pełnej suspensu gotyckiej opowieści o strachu, tajemnicy i romansie, osadzonej w toskańskim zamku w latach 50-tych. Film porównywany przez krytyków m.in. do „Sierocińca”, twórczości Alfreda Hitchcocka i Edgara Allana Poego.
Zwiastun
tutaj

„Okręt strachu” (2016) – bezkompromisowy i brutalny chiński horror surwiwalowy, rozgrywający się na pokładzie statku pełnego śmiertelnych pułapek. Film zbudowany z najlepszych elementów kultowych serii „Piła” i „Cube”. W roli głównej chińska królowa krzyku – Ruby Lin.
Zwiastun
tutaj

Oficjalna strona: http://festmakabra.pl
Facebook: https://www.facebook.com/festmakabra
 
Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Kino Świat Sp. z o.o.

sobota, 21 października 2017

„1922” (2017)

Rok 1922 był najgorszym rokiem w życiu farmera Wilfreda Jamesa. Pasmo nieszczęść zaczęło się wówczas, gdy jego żona Arlette postanowiła sprzedać ziemię i przeprowadzić się do miasta. W obliczu sprzeciwu Wilfreda kobieta decyduje się spieniężyć tylko swoje sto akrów i zabrać ze sobą jedynie ich czternastoletniego syna Henry'ego. Ale jej małżonek nie jest zachwycony perspektywą samotniczego trybu życia i dysponowania osiemdziesięcioma akrami ziemi, leżącej w bezpośredniej bliskości terenu, na którym jeśli plany Arlette się ziszczą, będzie stała ubojnia. Zaczyna więc nastawiać Henry'ego przeciwko jego matce. Cierpliwie tłumaczy nastolatkowi, że jedynym wyjściem z sytuacji jest zabicie Arlette i wmówienie wszystkim zainteresowanym, że kobieta uciekła. Henry w końcu daje się przekonać. Zgadza się pomóc ojcu w realizacji jego zbrodniczego planu.

„1922” to ekranizacja minipowieści Stephena Kinga zamieszczonej w zbiorze „Czarna bezgwiezdna noc”. W książce widnieją cztery utwory, z której już w sumie trzy przeniesiono na ekran - „Dobrane małżeństwo” i „Wielki kierowca” doczekały się swoich filmowych wersji w 2014 roku. Pierwszy obraz został wyreżyserowany przez Petera Askina, a drugi przez Mikaela Salomona. Natomiast „1922” na warsztat wziął Zak Hilditch - sam spisał scenariusz i to on zasiadł na krześle reżyserskim. Jego film trafił do szerokiego obiegu niedługo po ukazaniu się ekranizacji „Gry Geralda” na platformie Netflix. Obie produkcje wywodzą się z tej stajni, a wziąwszy pod uwagę poziom filmowej „Gry Geralda” moje oczekiwania względem „1922” były dosyć spore. Tym bardziej, że twórcy omawianej produkcji mieli łatwiejsze zadanie do wykonania od ekipy pracującej nad poprzednią ekranizacją prozy Stephena Kinga made in Netflix.

Minipowieść (czy jak kto woli opowiadanie, bo wiem, że nie każdy uznaje to pierwsze określenie) jest wdzięczniejszym materiałem źródłowym od powieści. Nie w absolutnie każdym przypadku, bo nadrzędne znaczenie ma fabuła, ale akurat w tym również ona działała na korzyść Zaka Hilditcha. Twórcy „Gry Geralda” mieli niezwykle twardy orzech do zgryzienia, podczas gdy minipowieść „1922” wydawała się być praktycznie gotowym scenariuszem. Można było wprowadzić w tę opowieść jakieś własne pomysły, a nawet zmodyfikować ją w takim stopniu, że trzeba by było określać ją mianem adaptacji, a nie bardziej preferowanej przez jak się wydaje większość wielbicieli literackich pierwowzorów, ekranizacji. Ale scenarzysta Zak Hilditch widać uznał, że nie ma takiej potrzeby (nie licząc drobnostek i zakończenia) i moim zdaniem słusznie, bo akurat od tej historii nie wymagałam żadnych poprawek. Kombinacje mogłyby, jak to nierzadko bywa, wypaczyć sens i obniżyć atrakcyjność fabuły „1922”, choć poszukiwacze zawiłych intryg mogą mieć inne zdanie na ten temat, bo to bardzo prosta historyjka. Podsumowując: omawiany film jest ekranizacją, a nie adaptacją utworu Stephena Kinga, co oznacza tyle, że jest bardzo wiernym odwzorowaniem literackiego pierwowzoru. Zak Hilditch nie poprzestał na wyjmowaniu z minipowieści samych wydarzeń składających się na tę historię. Pozwolił też sobie zapożyczyć wiele zdań skonstruowanych przez Stephena Kinga, kwestii wtłoczonych w usta aktorów, zwłaszcza odtwórcy roli głównej Thomasa Jane'a. Ten aktor miał już okazję grać w filmach opartych na twórczości Kinga, w „Łowcy snów” i we „Mgle”, ale jak na moje oko rola Wilfreda Jamesa leżała mu najlepiej. W przypadku tej postaci nietrudno o przerysowanie, o sprowadzenie jej do pozycji wsiowego głupka albo co gorsza degenerata zasługującego tylko i wyłącznie na najwyższe potępienie. A podczas lektury minipowieści miałam zgoła inny stosunek do głównego bohatera i zarazem narratora. Spoglądałam na niego w zupełnie inny sposób i właśnie to nastawienie do osoby, która dopuściła się okrutnej zbrodni uważam za największy superlatyw tego utworu. Thomas Jane musiał wcielić się w postać mężczyzny bardzo przywiązanego do swojej ziemi. Ciężko pracującego farmera, który nie wyobraża sobie życia w mieście, przy czym nie należy na niego patrzeć przez pryzmat krzywdzącego stereotypu tj. robola, który gardzi wysiłkiem umysłowym. Wilfred James wieczory spędza nad książkami, czytając dla przyjemności, a gdy jego żona Arlette (dobra kreacja Molly Parker) informuje jego i ich czternastoletniego syna Henry'ego (do warsztatu Dylana Schmida również nie mam żadnych zastrzeżeń) o swoich zamiarach, mężczyzna wykazuje się dużą znajomością technik manipulacyjnych. Thomas Jane wręcz doskonale wywiązał się ze swojego zadania – stworzył niezwykle realistyczny wizerunek mężczyzny lubiącego proste życie, ale wykazującego się też niemałą inteligencją i przebiegłością. Pokazał dwoistość ludzkiej natury, o czym między innymi traktowała minipowieść „1922” - człowieka, we wnętrzu którego ścierają się dwa przeciwstawne bieguny, który jest na tyle sympatyczny, żeby widza obchodził jego los, ale który też nie pozwala nam zapomnieć, że jest jednostką zdolną do najokrutniejszych czynów. Tak samo jak literacki pierwowzór filmowa wersja została włożona w ramy pisemnej spowiedzi – James opisuje wydarzenia zaistniałe w jego przeszłości siedząc w pokoju hotelowym. Koncentruje się głównie na feralnym roku 1922, ale przybliża także widzom wypadki mające miejsce w kolejnych latach, które doprowadziły go do punktu, w którym obecnie się znajduje. To ostatnie unaocznia w skrótowy sposób, tak samo jak w wersji literackiej. A ilekroć wraca wspomnieniami do przeszłości twórcy skrupulatnie odmalowują przed naszymi oczami realia pierwszej połowy lat dwudziestych XX wieku, kładąc spory nacisk na robiący wrażenie kontrast sielanki z posępnością. Mrok w niezwykle smaczny i mocno podnoszący napięcie sposób przeplata się tutaj z żywymi barwami, którym mieni się malownicze otoczenie trzyosobowej rodziny Jamesów w gorących promieniach słonecznych. Złowroga, ponura aura szybko zacznie dominować – mrok w końcu weźmie we władanie światło słoneczne, a beznadzieja, nieuchronność coraz to większych nieszczęść zacznie sukcesywnie zabijać wszelkie przebłyski nadziei na lepsze jutro.

Przesłanie „1922”, tak literackiej odsłony tej historii, jak i tej filmowej, wybrzmiewa bardzo wyraźnie i można chyba spokojnie powiedzieć, że nie jest ono zbyt oryginalne. Ta opowieść to ni mniej, ni więcej jak przestroga przed dopuszczaniem się zbrodni. Historia mówiąca o tym, że morderstwo nie jest sposobem na rozwiązanie problemów, że ten akt prowadzi do kolejnych, dużo bardziej poważniejszych kłopotów. Takich, których być może w ogóle nie da się rozwiązać – można odsuwać w czasie konsekwencje swojego czynu, ale ten proces nie będzie trwał wiecznie, w końcu przyjdzie moment zapłaty. Zabójca jednak dużo wcześniej zapragnie cofnąć czas, żeby mógł odwrócić bieg wypadków. Ale tego nie może zrobić – co się stało, to się nie odstanie. Teraz może jedynie próbować wyjść obronną ręką z rozpaczliwej sytuacji, w której się postawił. Uratować to, co można jeszcze uratować, ale z biegiem trwania filmu dla odbiorcy (i dla niego pewnie też) staje się coraz bardziej jasne, że toczy walkę z wiatrakami, że nic co zrobi nie przyniesie upragnionych przez niego rezultatów. Zak Hilditch przeprowadza nas przez tę opowieść w niemalże równie poruszającym, emocjonalnym stylu, co Stephen King na kartach swojej minipowieści. Na szczęście oszczędził mi widoku krowy przechodzącej niewyobrażalne męki w studni, bo ciężko mi było o tym czytać i nie miałam najmniejszej ochoty tego oglądać, ale pokazał sam moment upadku i przez chwilę kazał mi słuchać rozdzierającego serce muczenia rannego zwierzęcia. Wyobraźnia dopowiedziała resztę i w ten oto sposób znowu uroniłam kilka łez. Straszne losy innej krowy twórcy pokazali już dosyć szczegółowo, ale morderstwo Arlette jest o wiele mniej drastyczne niż w minipowieści. Krótkie migawki zamiast pornograficznych zbliżeń, co poczytuję na minus, ale już gwałtowność tego aktu i mroczna atmosfera go spowijająca wywarły na mnie oczekiwany efekt. Uderzyły z całą mocą, znacznie wywindowały napięcie, które od tego momentu tylko wzrastało. Co godne pochwały filmowcy nie uciekali przed wszystkimi makabrycznymi kawałkami tej historii – pozwolili bardzo dokładnie przyjrzeć się ciału leżącemu w studni, po którym biegają szczury (jeden w pewnym momencie wyłania się z ust trupa), okaleczaniu zwierzęcia i pogryzionej twarzy jednej postaci. Ale największe wrażenie robi charakteryzacja martwej kobiety, a najbardziej pomysłowa i klimatyczna jest sekwencja z samorzutnie trzaskającymi drzwiami wejściowymi, za którymi w pewnym momencie widać zakrwawioną, stojącą nieruchomo postać, która nie ma prawa stąpać po tym świecie. Zak Hilditch nieco zmodyfikował końcówkę „1922”. A moim zdaniem celem tego było UWAGA SPOILER pozostawienie szerszego pola do domysłów. W minipowieści mamy trupa Arlette, który opowiada Wilfredowi o życiu Henry'ego i jego dziewczyny z dala od farmy (coś a la „Bonnie i Clyde”), ale nie informuje go jedynie o wydarzeniach, które już zaistniały, zdradza mu też to, co dopiero się wydarzy. Wieszczy. Co mogłoby wskazywać na to, że James rzeczywiście padł ofiarą zemsty zza grobu, a nie zmagał się jedynie z wyrzutami własnego sumienia, powoli popadając w obłęd. Można oczywiście przyjąć, że wszystko mu się pomieszało, spisywał bowiem tę historię wówczas, gdy dobrze poznał dzieje Henry'ego i jego dziewczyny. Jego śmierć też można wytłumaczyć – mogło to być samobójstwo, a nie efekt działalności szczurzych wysłanników Arlette. Ale wydaje mi się, że Stephen King bardziej opowiadał się za motywem nadprzyrodzonym, że chciał abyśmy stawiali na zemstę zza grobu. Hilditch natomiast darował sobie przepowiadanie przyszłości przez martwą Arlette – dał do zrozumienia, że trup kobiety opowiada Wilfredowi tylko o tym, co już się wydarzyło i nie pokazał końca Jamesa. Nie pozostawił żadnych wątpliwości co do tego, że za chwilę umrze, ale z widoku jego zwłok zrezygnował KONIEC SPOILERA. Właściwie to obie wersje zakończenia uznaję za udane – każde ma swój urok, każde wydaje mi się być idealnym zwieńczeniem tej opowieści i jestem skłonna zaryzykować przypuszczenie, że wielu innych fanów twórczości Stephena Kinga podzieli mój pogląd, że nie będą mieli za złe Hilditchowi tej zmiany.

Platforma Netflix filmem „1922” utwierdziła mnie w przekonaniu obudzonym po seansie „Gry Geralda”, że jest stajnią, z której powinno wychodzić jak najwięcej filmów opartych na prozie Stephena Kinga. W tym charakterze i jak na tę chwilę to dla mnie najbardziej obiecujące źródło – na kinowe adaptacje czy ekranizacje twórczości tego autora właściwie w ogóle nie czekam, ale gdy tylko dojdą mnie słuchy o tym, że Netflix (a mam taką nadzieję) pracuje nad kolejną filmową wersją jakiegoś utworu Kinga zacznę z utęsknieniem wypatrywać wpuszczenia jej do szerszego obiegu. Tak jak to robiłam w przypadku „1922” od momentu zobaczenia znakomitej ekranizacji „Gry Geralda”. I w najmniejszym nawet stopniu się nie zawiodłam – omawiany obraz to moim zdaniem kolejny kawałek solidnej roboty, przeznaczony zarówno dla wielbicieli literackiego pierwowzoru, jak i osób jeszcze z nim niezaznajomionych. Fanów thrillerów i horrorów, bo zobaczymy tutaj elementy charakterystyczne dla obu tych gatunków.

czwartek, 19 października 2017

„Talon Falls” (2017)

Dwie zaprzyjaźnione pary mieszkające w Nashville w stanie Tennessee, Lyndsey i Sean oraz Ryder i Lance, przybywają do Kentucky, gdzie mają zamiar spędzić trochę czasu z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Właściciel jednej ze stacji benzynowych zachęca ich do odwiedzenia lokalnej atrakcji, domu strachu położonego pod lasem. Lyndsey nie podoba się ten pomysł, ale pozostali postanawiają odwiedzić to miejsce. Po wejściu do domu strachu ich oczom ukazują się między innymi bardzo realistyczne tortury na ludziach, których widok dostarcza im wiele mocnych wrażeń. Są bowiem przekonani, że to na co patrzą nie jest prawdziwe. Do czasu aż zostaną schwytani przez ludzi pracujących w tym miejscu.

„Talon Falls” to drugi, po „Chasing Ghosts”, pełnometrażowy film Joshuy Shreve'a i zarazem jego pierwszy horror. Scenariusz napisał sam i jak zdążyło już zauważyć kilku jego odbiorców najprawdopodobniej najsilniej inspirując się „Hostelami”. „Talon Falls” również można dopisać do nurtu torture porn, przy czym w zestawieniu z dwiema pierwszymi częściami wyżej wymienionego tytułu wypada bardzo biednie. Już na pierwszy rzut oka widać, że twórcy omawianego obrazu nie dysponowali dużą gotówką, ale jak uczy historia tego gatunku filmowego niski budżet bywa pomocny. A przynajmniej w oczach osób negatywnie nastawionych do plastikowych kadrów i drogich efektów komputerowych, w których nie ma za grosz realizmu. Co nie oznacza, że absolutnie każdy tańszy horror zasługuje na najwyższe uznanie wielbicieli gatunku.

Joshua Shreve bez wątpienia jest dobrze zaznajomiony z konwencjami krwawego i umiarkowanie krwawego kina grozy i nie widzi niczego złego w poruszaniu się w ich ramach. Z całą pewnością niejedną rąbankę już w życiu widział i jestem skłonna zaryzykować twierdzenie, że cieszyło go obcowanie z przynajmniej niektórymi dobrze już sobie znany motywami. Jeśli tak w istocie było, a po seansie „Talon Falls” nie mam żadnych powodów by sądzić inaczej, to znalazłam punkt wspólny z Joshuą Shreve'em. Wprost przepadam za tymi powrotami do wątków znanych z innych horrorów, tj. do tych przeze mnie lubianych, a w „Talon Falls” kilka takowych bez trudu odnalazłam. Pierwszy to oczywiście motyw grupki przyjaciół, która gdzieś tam wyjeżdża. W tym przypadku czworo przyjaciół wybiera się do jakiejś małej mieściny w stanie Kentucky, aby trochę odpocząć na łonie natury. Ich postój na stacji benzynowej to kolejny ukłon w stronę konwencji głównie slasherów i survivali. Shreve tak samo jak wielu przed nim pokazuje nam budzącego nieufność właściciela tego przybytku, który nakłania protagonistów do małej zmiany ich trasy. Tak samo jak w przypadku remake'u „Wzgórza mają oczy” zostaje to poprzedzone zagadkowym znaleziskiem – jeden z bohaterów „Talon Falls”, lubiący myszkować Lance, znajduje na zapleczu stosy VHS-ów. Można tutaj wysnuć wniosek, że tak samo, jak w nowej wersji „Wzgórza mają oczy” decyzja o wysłaniu młodych ludzi na śmierć była podyktowana obawą, że owe znalezisko mogło wzbudzić podejrzenia. Ale równie dobrze mogło to nie mieć absolutnie żadnego znaczenia – możliwe, że i bez tego ten śliski typ zareklamowałby pozytywnym bohaterom filmu tutejszy dom strachu. Sean, Lance i Ryder zapalają się do pomysłu odwiedzenia tej lokalnej atrakcji, ale Lyndsey (w tej roli Morgan Wiggins, która moim zdaniem z całej obsady poradziła sobie najlepiej, ale poziom był tak niski, że nie należy przez to rozumieć, iż zabłysnęła niezwykłym kunsztem aktorskim) w ogóle się to nie podoba. Wolałaby trzymać się obranej trasy, dotrzeć jak najszybciej do punktu docelowego zamiast pałętać się po starych domach pełnych przerażających rekwizytów i przebierańców. Powiedziałabym, że ta postawa powinna każdego wielbiciela slasherów utwierdzić w przekonaniu, że to właśnie Lyndsey jest potencjalną final girl UWAGA SPOILER to znaczy osobą, która najdłużej utrzyma się przy życiu, a nie taką która jako jedyna wyjdzie cało z masakry. Powiedziałabym tak, gdyby nie prolog, który zdradza na tyle dużo, żeby już wówczas nie mieć żadnych wątpliwości co do kształtu, jaki przybierze zakończenie KONIEC SPOILERA. Lyndsey, jak na final girl przystało, optuje za najlepszym rozwiązaniem, z czego doskonale zdaje sobie sprawę oglądający, ale jak to na ogół bywa dziewczyna pozostaje w mniejszości – jej towarzysze bardzo chcą zobaczyć dom strachu i zrobią to pomimo jej obiekcji. Już podczas tego krótkiego wstępu, tak okrojonego, że nie mamy szans dobrze poznać protagonistów, widać poważne uchybienia w warstwie technicznej. Niezgrabny montaż i miejscami bardzo nieprzyjemne dla oka kadrowanie wybijają nieco z rytmu, ale atmosfera spowijająca poszczególne kadry do najlżejszych na pewno nie należy. Nie jest to co prawda prawdziwy popis duszącego klimatu dosłownie oblepionego „nieczystościami”, ale zdjęciom nadano odrobinę ciężkości charakterystycznej dla filmowych rąbanek, zwłaszcza tych spoza głównego nurtu. A po przekroczeniu przez protagonistów progu domu strachu jeszcze to zagęszczono poprzez odpychające wnętrza tej starej nieruchomości oraz widoki, jakie ukazują się oczom młodych bohaterów „Talon Falls”. No dobrze niektóre z nich, bo bez kolorowej tandety się nie obyło. W końcu w atrakcji rodem z wesołych miasteczek jarmarczności zabraknąć nie mogło. Nie takiej na miarę „Lunaparku” Tobe'a Hoopera, co ciekawe filmu, za którym nie przepadam, ale faktem jest, że takiej amatorki, jak w „Talon Falls” tam nie zobaczyłam.

Czytałam kilka opinii innych widzów „Talon Falls” obiecujących mocno krwawe widowisko – odstręczający spektakl tortur, który tylko ludzi z żelaznymi żołądkami nie będzie zmuszał do częstego odwracania wzroku od ekranu. Więc przygotowałam się na w miarę obfity rozlew substancji imitującej posokę i sporo długich zbliżeń na obrażenia zadawane nieszczęsnym ofiarom ludzi pracujących w domu strachu. Joshua Shreve zmiksował tutaj motyw handlu tak zwanymi filmami ostatniego tchnienia (snuff movies) - poprzestając na sugestii w formie stosów VHS-ów i paru rzuconych kwestii, zamiast uciekać się do dokładnego portretowania tych transakcji - z motywem torturowania i zabijania ludzi na żywo, na oczach złaknionej mocnych wrażeń publiczności. Widownia nie ma pojęcia, że przygląda się prawdziwym torturom i mordom, trwa w przekonaniu, że to jedynie inscenizacja, że to wszystko jest udawane. Gdy Lance opuszcza dźwignię przez ciało mężczyzny przywiązanego do krzesła elektrycznego zaczyna przechodzić śmiercionośny prąd – ofiara bardzo cierpi, a chłopak w tym czasie nie posiada się z radości, ponieważ nie ma pojęcia, że właśnie stał się oprawcą. UWAGA SPOILER Później, o ironio, spotka go dokładnie taki sam los KONIEC SPOILERA. Ale największą atrakcją domu strachu wydaje się być pokój tortur. To tutaj zobaczymy najwięcej cierpień zadawanych wybranym klientom ku uciesze i odrazie innych przyglądających się temu zza szyby. Efekty specjalne są w miarę przekonujące – nie jest to szczyt realizmu, ale w porównaniu do wielu nowszych mainstreamowych rąbanek wypadają całkiem dobrze, czego niestety nie mogę powiedzieć o pracy operatorów. Zbliżeń jest stanowczo za mało, a te które widzimy są zdecydowanie za krótkie. Może z wyłączeniem odrywania paznokcia, ale pewna nie jestem, bo ta niezmiennie zadająca mi nieomal fizyczny ból forma okaleczania bohaterów filmów zawsze wydaje mi się być dłuższa niż istotnie ma to miejsce. I w sumie to by było na tyle, jeśli chodzi o ujęcia torture porn, które wywarły na mnie jakieś wrażenie – szybkie obcięcie ucha, wbijanie w ciało narzędzia ze szpikulcami, czy nawet miażdżenie czaszki chłopaka: wszystko to filmowano tak pośpiesznie i z tak nikłą koncentracją na detalach, że nawet nie zdążyłam niczego poczuć. Innych w zamyśle mocniejszych sekwencji (a należy dopisać do tego jeszcze rażenie prądem), jeśli takowe w ogóle były, w ogóle nie pamiętam. Pamiętam za to nadmiernie rozciągniętą w czasie końcówkę, z której to twórcom „Talon Falls” nie udało się wykrzesać nawet odrobiny napięcia. To znaczy ja go nie czułam, ale niewykluczone, że znajdą się osoby, których zelektryzują te z mojego puntu widzenia chaotyczne pogonie przerywane nudnawymi zamiast powoli intensyfikującymi zagrożenie przestojami w postaci ukrywania się zbiegów przed mężczyzną noszącym maskę wyobrażającą łeb świni.

Nieczęsto mam okazję obejrzeć film z nurtu torture porn, bo i nie jest to rodzaj horroru, który cieszy się największą uwagą współczesnych twórców horrorów, dlatego bardzo chętnie zasiadłam do seansu „Talon Falls”. Nie nastawiałam się na kino na miarę dwóch pierwszych „Hosteli”, ale też nie sądziłam, że ten obraz dostarczy mi jakichś większych cierpień. Nastawiałam się na niewymagający myślenia, w miarę brutalny obraz, przy którym czas szybko mi zleci i nawet jeśli nie będzie on wybijał się ponad średnią to dostarczy mi na tyle mocnej rozrywki, żebym czuła jako takie zadowolenie. Ale jedyne co teraz czuję to złość na samą siebie – za wybór, jakiego dokonałam i za uparte trwanie przed ekranem, aż do zbawiennych napisów końcowych.

wtorek, 17 października 2017

„Cold Moon” (2016)

Rok 1989. Evelyn Larkin mieszka wraz z wnukami, Jerrym i Margaret, w małym miasteczku Babylon na Florydzie. Utrzymują się z uprawy ziemi, ale plonów jest coraz mniej, a to sprawia, że wisi nad nimi widmo zajęcia ich własności przez bank. Jego prezesem jest Nathan Redfield, majętny człowiek posiadający rozległe znajomości, który nie boi się działać poza granicami prawa. Gdy szesnastoletnia wnuczka Evelyn, Margaret, zostaje zamordowana, kobieta nie ma żadnych wątpliwości, że winę za jej śmierć ponosi Nathan. Zaprzyjaźniony z nim szeryf Ted Hale nie dysponuje niczym, co obciążałoby Redfielda. Swoją uwagę skupia głównie na dyrektorze szkoły średniej, Walterze Perrym, w towarzystwie którego Margaret spędziła trochę czasu tuż przed swoją śmiercią. Tymczasem Nathana zaczyna dręczyć czy to duch zamordowanej dziewczyny, czy projekcje jego własnego umysłu.

Griff Furst zajmuje się głównie aktorstwem, ale podejmuje się również prac nad scenariuszami i reżyserią. Stworzył między innymi „Pogromcę wampirów” (2009), „Lake Placid 3” (2010) i „Zagłodzonych” (2014). Scenariusz (potem wyreżyserowanego przez siebie) „Cold Moon” napisał we współpracy z Jackiem Snyderem, na podstawie powieści nieżyjącego już Michaela McDowella pt. „Cold Moon Over Babylon”. Ten ostatni nie był tylko powieściopisarzem, pisał także scenariusze – między innymi „Przeklętego” na podstawie książki Stephena Kinga wraz z Tomem Hollandem i „Soku z żuka” z Warrenem Skaarenem. Szacowany budżet „Cold Moon” opiewa na sumę trzech milionów dwustu tysięcy dolarów, a jego pierwsze pokazy odbyły się w 2016 roku na kilku festiwalach – do szerszego obiegu film wszedł w roku 2017.

„Cold Moon” łączy w sobie elementy horroru i kryminału. Skręty w stronę tego pierwszego gatunku są ujęte z perspektywy, która utrudnia wprowadzenie widza w stan lękowy, ale sam ich wygląd może wskazywać na takie dążenie filmowców. Twórcy efektów specjalnych starali się nadać czy to zjawom dręczącym Nathana Redfielda, czy jego halucynacjom (tego nie zdradzę, choć wątpię, żeby znalazło się wielu widzów, którzy szybko nie domyślą się z czym mają do czynienia) mocno upiorny wygląd. I rzeczywiście sylwetki prześladujące wywodzącego się z bogatej rodziny mężczyznę jawią się całkiem demonicznie, a ich manifestacji nie znaczy męcząca powtarzalność. Innymi słowy twórcy nie ograniczają się jedynie do standardowych zabiegów typu: maszkara wypełniająca z nagła ekran lub przemykająca za plecami swojego celu tylko silą się na większą pomysłowość. Najbardziej podobała mi się sekwencja w banku z wężem wypełzającym z ust upiorzycy i scenka na cmentarzu mająca chyba być hołdem dla znakomitego „Soku z żuka” Tima Burtona. Wężowy stwór automatycznie przywodzi na myśl tamten obraz, ale prawdę powiedziawszy we wszystkich efektach specjalnych dostrzegałam przebłyski ducha wspomnianego filmu Burtona. Pomimo wykorzystania nowoczesnej technologii. Komputerem posiłkowano się na tyle wprawnie, żebym ani razu nie czuła się wytrącona z równowagi, co w sumie nielicho mnie zaskoczyło. W końcu bardzo rzadko udaje mi się w pełni zaakceptować takie zabiegi. To samo mogę powiedzieć na temat ustępów ocierających się o komedię, sekwencji, które zamierzenie bądź nie (obstawiam to pierwsze) wywoływały lekki uśmiech na mojej twarzy. A mowa o zjawie bądź imaginacji jadącej na niewidzialnym rowerze i później, na cmentarzu przebierającej szybko nogami, których nie miała... Absolutnie nie miałam nieprzyjemnego poczucia rozrzedzania klimatu bzdurnymi dowcipasami tylko odbierałam te wstawki w kategoriach nieprzekombinowanych, kreatywnych urozmaiceń. A fabuła naprawdę tego potrzebowała – właściwie to tak bardzo, że nawet te dosyć liczne i w dużej mierze pomysłowe efekty specjalne nie były w stanie przepędzić nudy. Zbliżała się ona do mnie bardzo powoli, ale systematycznie, a w okolicach pięćdziesiątej minuty chwyciła mnie w swoje szpony i nie puściła aż do napisów końcowych. Nie chcę przez to powiedzieć, że osunęłam się w otchłań marazmu tak późno dlatego, że wcześniej płaszczyzna tekstowa prezentowała się lepiej, bo w sumie cała ta składowa „Cold Moon” porusza się w obrębie tego samego poziomu – scenariusz jest liniowy, nie ma wyraźnych wzniesień i spadków, a to rodzi obojętność. Nie zawsze, nie w każdym przypadku, ale akurat tutaj o pełnym zaangażowaniu w opowieść z mojej strony nie mogło być mowy. Próbowałam w to wsiąknąć, ale pomimo współczucia, jakim darzyłam rodzinę Larkinów nie umiałam „pływać” w tej historii. Może dlatego, że w centralnym punkcie postawiono motyw, do którego niewielu twórców potrafiło podejść w sposób, który sprostał moim wymaganiom względem filmowego horroru. A po części „Cold Moon” nim jest – po części, bo scenarzyści poruszają się także w ramach konwencji kryminału i wydaje mi się, że tej tradycji poświęcają więcej czasu, co niekoniecznie przekłada się na jakość tej płaszczyzny fabularnej.

Akcja „Cold Moon” rozgrywa się pod koniec lat 80-tych XX wieku, w sennym miasteczku Babylon na Florydzie, w którym nieoficjalną, acz realną władzę zdaje się mieć majętna rodzina Redfieldów. Jej głowa, James (w tej roli uwielbiany przeze mnie Christopher Lloyd, czyli doktor Emmett Brown ze wspaniałej trylogii „Powrót do przyszłości”, który tutaj też mnie nie zawiódł) to człowiek schorowany, wymagający opieki, ale też zgryźliwy i bezpośredni. Wcześniej był prezesem banku, ale gdy podupadł na zdrowiu funkcję tę przekazał swojego starszemu synowi Nathanowi (w miarę dobra kreacja Josha Stewarta). Ma jeszcze drugiego syna, nastoletniego Bena, który jest bardzo przywiązany do swojego brata i stara się sumiennie wykonywać wszystkie jego polecenia. Natomiast sam Nathan przedstawia sobą typ rozpuszczonego „bachora”, człowieka patrzącego na innych z góry, przekonanego o własnej wyjątkowości i niewahającego się wykorzystywać swojej wysokiej pozycji do zaspokajania własnych nawet niezgodnych z prawem potrzeb. Lloyd i Stewart to jedyni członkowie obsady, którzy nie irytowali mnie swoim warsztatem, jedyni aktorzy, którzy nie męczyli mojego wzroku sztuczną mimiką i nie kazali mi słuchać ani beznamiętnych monologów, ani egzaltowanych, pełnych patosu przemów i nienaturalnych wrzasków. U pozostałych członków obsady widziałam właśnie takie formy ekspresji, co niejednokrotnie obniżało poziom realizmu, a czasami nawet zabijało tę odrobinę napięcia wygenerowaną przez daną sytuację i jej oprawę wizualną. To ostatnie najlepiej widać podczas spotkania Nathana i córki szeryfa w lesie, podczas jej diablo groteskowego popisu będącego rekcją na przerażający (dla niej) widok, który ukazał się jej oczom. Ale to tylko przykład, moim zdaniem najbardziej jaskrawy, bo w „Cold Moon” jest więcej ustępów, które bez wątpienia prezentowałyby się dużo lepiej, gdyby nie nieudolne warsztaty aktorów biorących w nich udział (przypominam, że nie dotyczy to Lloyda i Stewarta). Kolejną bolączką tej produkcji jest jej przewidywalność – na podstawie finału można spokojnie wysnuć wniosek, że Griff Furst i Jack Snyder chcieli, aby widz aż do końca nie był pewien, co tak naprawdę dręczy Nathana Redfielda. Ale dopiero to ostatnie ujęcie uświadomiło mi rzeczony zamysł, bo przez cały seans nie miałam absolutnie żadnych powodów do wątpliwości. Od razu, bez zastanowienia obrałam tylko jedną perspektywę i cały czas się jej trzymałam, właściwie nawet nie myśląc o innych możliwościach. I jak się okazało miałam rację – nie myślcie jednak, że wymagało to ode mnie jakiegokolwiek wysiłku umysłowego, bo tutaj naprawdę nie ma nad czym myśleć. Dobre efekty specjalne, całkiem udane odwzorowanie realiów końcówki lat 80-tych XX wieku oraz co niejako się z tym łączy przyblakłe kadry tworzące w miarę ponury klimacik, nie były w stanie w całości wynagrodzić mi obcowania z kompletnie nieciekawą z mojego punktu widzenia opowieścią o budzącym antypatię człowieku, którego dręczą duchy bądź halucynacje. To znaczy ja wiedziałam co go dręczy i przez to jeszcze bardziej się niecierpliwiłam – od pewnego momentu wręcz marzyłam o tym, żeby ta podróż po utartej ścieżce dobiegła już końca, żebym nie musiała już obcować z tym beznamiętnym scenariuszem, z tą nudnawą historyjką, której nawet w miarę dobry klimat i takież same efekty specjalne nie były w stanie uatrakcyjnić na tyle, żebym nie musiała siłą powstrzymywać opadania powiek. Ale zdołałam dotrwać do końca, więc wygląda na to, że nie było jeszcze najgorzej...

Gdyby film „Cold Moon” opowiadał o czym innym, albo chociaż obrano by inne spojrzenie na tę historię to być może teraz piałabym z zachwytu nad tym dokonaniem Griffa Fursta. Bo oprawa wizualna i efekty specjalne naprawdę wpadły mi w oko, tym elementom niczego nie mogę zarzucić, ale dla mnie najważniejsza zawsze jest fabuła. Lubię proste historyjki, jestem nawet w stanie przymknąć oko na przewidywalność, ale jeśli na dokładkę dostaję kompletnie nieatrakcyjną dla mnie perspektywę i motyw przewodni, który nie należy do moich ulubionych (parę produkcji na ten temat przypadło mi do gustu, ale ich twórcy podeszli do niego w inny sposób) to trudno się dziwić, że musiałam walczyć z ogarniającą mnie sennością. Nie od razu, ale do tego czasu też nie czułam się wielce zainteresowana tą opowiastką. Chwilami coś tam czułam, ale żeby w pełni się w nią zaangażować? Co to, to nie.

poniedziałek, 16 października 2017

FEST MAKABRA 2: artystyczny plakat autorstwa Andrzeja Pągowskiego

Fest Makabra 2 to kolejna edycja ogólnopolskiego przeglądu horrorów, prezentującego najciekawsze i najoryginalniejsze dokonania światowego kina grozy ostatniego sezonu. W programie wydarzenia znajdują się mrożące krew w żyłach filmy z różnych stron świata, a wszystkie z nich pokazywane są w Polsce premierowo. Seanse Fest Makabry odbędą się w kinach studyjnych i lokalnych w całej Polsce oraz na nocnych maratonach największych sieci kin. Druga edycja przeglądu horrorów rozpocznie się w Halloween. Organizatorem wydarzenia jest dystrybutor filmów Kino Świat.

Andrzej Pągowski, 2017
 
Autorem plakatu jest Andrzej Pągowski, ceniony artysta, twórca ponad 1300 plakatów wydanych drukiem od 1977 roku w Polsce i zagranicą. Również autor okładek płyt muzycznych, scenografii teatralnych i telewizyjnych, scenariuszy, ilustracji książkowych i prasowych. Laureat kilkudziesięciu nagród polskich i zagranicznych, w tym nagród głównych na Międzynarodowym Konkursie na Plakat Filmowy w Chicago czy kilkunastu nagród na Międzynarodowym Konkursie Na Najlepszy Plakat Filmowy i Telewizyjny w Los Angeles. Jego prace można znaleźć w najsłynniejszych muzeach świata, między innymi w Metropolitan Museum of Modern Art w Nowym Jorku, które umieściło nawet jeden z jego plakatów („Uśmiech wilka”) na liście 100 najważniejszych dzieł sztuki nowoczesnej. Andrzej Pągowski jest jednym z czołowych twórców związanych z polską szkołą plakatu. Do jego najbardziej rozpoznawalnych i cenionych na całym świecie prac należą plakaty filmowe „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, „Hair” i „Lotu nad kukułczym gniazdem” Miloša Formana czy „Manhattanu” Woody’ego Allena.

Więcej o przeglądzie horrorów Fest Makabra tutaj

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Kino Świat Sp. z o.o.

niedziela, 15 października 2017

„Pociąg tortur” (1975)

Dwie zaprzyjaźnione młode kobiety, Lisa i Margaret, mają spędzić Święta Bożego Narodzenia u rodziny tej pierwszej we Włoszech. Wsiadają do pociągu w Monachium w przygotowaniu na całonocną podróż, gdzie wkrótce poznają dwóch jadących na gapę rzezimieszków, Blackiego i Curly'ego, którym pomagają ukryć się przed kontrolerem biletów. Niedługo potem Blackie wchodzi w bliższą relację z inną pasażerką, dystyngowaną blondynką, która podróżuje w pojedynkę. Podczas przymusowego postoju na jednej ze stacji Lisa i Margaret postanawiają przesiąść się do innego pociągu. Wkrótce po wyruszeniu w drogę do ich przedziału wdzierają się Blackie, Curly i ich nowa jasnowłosa znajoma. Intruzi chcą się zabawić, a to oznacza poważne kłopoty dla dwóch młodych kobiet.

„Pociąg tortur” to włoski obraz z nurtu rape and revenge w reżyserii Aldo Lado, twórcy między innymi „Kto widział jej śmierć?”, w miarę udanej produkcji spod znaku giallo. Scenariusz spisał on we współpracy z nieżyjącym już Renato Izzo, bez wątpienia inspirując się „Ostatnim domem po lewej” Wesa Cravena (jak zresztą zauważyło też wielu innych odbiorców obu filmów). „Pociąg tortur”, co w przypadku kina exploitation niczym nietypowym nie było, miał spore trudności z dystrybucją, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, a to tym bardziej żadną niespodzianką nie jest. BBFC w 1976 roku nie zezwoliła na wejście tego obrazu na wielkie ekrany, a w 1983 roku w ogóle zakazano rozpowszechniania „Pociągu tortur” na terenie Wielkiej Brytanii. W następnym roku zakaz zdjęto, ale dopiero w 2008 roku zaczęto na tym obszarze dystrybuować nieocenzurowaną wersję omawianego filmu. Kontrowersje jakie „Pociąg tortur” wywołał przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, jak to zazwyczaj bywa, przyczyniły się do rozsławienia tego tytułu.

Swego czasu Włosi dołożyli do kina grozy dwie bardzo ważne cegiełki w postaci nurtu giallo i swojego, jakże elektryzującego spojrzenia na kino kanibalistyczne, ale faktem jest, że lubili też pożyczać od Amerykanów (tą drogą też tworząc niejedną wartościową produkcję). Nie wiem, czy „Pociąg tortur” powstałby, gdyby nie kultowe dzieło Wesa Cravena pt. „Ostatni dom po lewej”, bo jestem gotowa się założyć, że pomysł na niego narodził się po obejrzeniu przez któregoś z członków ekipy (podejrzewam, że samego Aldo Lado) właśnie tego obrazu. Podobieństwa są wszak tak duże, że trudno byłoby mi przyjąć do wiadomości, że są one dziełem zwykłego przypadku. Wokół „Pociągu tortur” zdążyła już narosnąć swego rodzaju legenda jednej z najbardziej brutalnych włoskich produkcji w historii tamtejszej kinematografii. Mogę zgodzić się z tym określeniem, aczkolwiek pragnę zaznaczyć, że krwawe efekty specjalne odegrały tutaj znikomą rolę. Włoskie kino kanibalistyczne zdecydowanie bardziej szafuje obrzydliwymi efektami specjalnymi, ale ładunek emocjonalny zrzucony przez twórców „Pociągu tortur” oddziałuje na widza z nie mniejszą (a może nawet większą) siłą niż mocno rozbudowana warstwa gore. Nie chcę przez to powiedzieć, że substancji imitującej posokę w tym obrazie nie ma wcale, bo tak nie jest, ale to nie owoce pracy twórców efektów specjalnych budzą najbardziej skrajne uczucia w oglądającym. Wydaje mi się, że to zawdzięczamy fabule i otoczce - brudnemu klimatowi, który tchnie poczuciem beznadziei, bezsilnością społeczeństwa w obliczu panoszącej się przemocy, nieuchronnością tragedii, która dosłownie oblepia dwie młode kobiety podróżujące pociągiem Monachium-Werona. Margaret jest Niemką, a Lisa Włoszką (dobre kreacje Irene Miracle i Laury D'Angelo). Obie kobiety łączy przyjaźń, a ich miejscem docelowym jest jedno z miast we Włoszech, gdzie zamierzają spędzić Święta Bożego Narodzenia w otoczeniu rodziny Lisy. Wydarzenia, w centrum których tkwią te dwie postacie przeplatane są z aktualnymi dziejami jej rodziców. Dzięki temu dowiadujemy się, że ojciec Lisy jest chirurgiem, a matka (chyba) nie realizuje się zawodowo. Zajmuje się domem i od jakiegoś czasu ma wrażenie, że jej małżeństwo się rozpada. W kilku dialogach Aldo Lado i Renato Izzo poruszają problem szerzącej się na świecie przemocy – w pociągu przysłuchujemy się rozmowie kilku osób, z których to jeden mężczyzna stwierdza, że liberalizacja jest błędem, bo ludzie nie potrafią podejmować racjonalnych decyzji (wziąwszy pod wagę choćby obecną modę na populistów muszę przyznać, że jest w tym trochę racji), ale jak zauważa inny z rozmówców pójście w stronę totalitaryzmu również nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Wiele kilometrów dalej przy wigilijnym stole rodzina Lisy i ich znajomi będą prowadzić podobną rozmowę – wówczas to jej ojciec wysunie przypuszczenie, że proces brutalizacji mógłby zostać trochę przyhamowany, gdyby społeczeństwa tego świata kładły silniejszy nacisk na życie rodzinne i sport, ale psychiatra, do którego te słowa kieruje nie sądzi, żeby taka postawa w czymś pomogła. W trakcie tej konwersacji pada jednak dużo bardziej istotne zdanie: sformułowane przez gospodarza przekonanie, UWAGA SPOILER które później zostanie zweryfikowane przez życie. Czym scenarzyści dają widzom jasno do zrozumienia, że trwanie w przeświadczeniu, że nie jesteś zdolny do przemocy jest zwyczajnie naiwne, bo są sytuacje, które nawet najłagodniejszego osobnika mogą zmusić do zbrodni. Do zabijania, którego w dodatku chyba nie da się potępić, a przynajmniej ja tego nie potrafię KONIEC SPOILERA. Atmosfera zepsucia spowijająca absolutnie wszystkie ujęcia „Pociągu tortur” nie jest tak przytłaczająca jak w „Ostatnim domu po lewej” Wesa Cravena, nie jest tak zagęszczona, ale Włochom udało się mocno zbliżyć do takiego efektu. Zdjęcia są na tyle „brudne” i tak przeraźliwie zimne, że w ogóle nie ma się operatorom i oświetleniowcom za złe tego, że nie udało im się z maksymalną dokładnością odwzorować oprawy wizualnej „Ostatniego domu po lewej” (byli bardzo blisko i to mi wystarczało). Ale już znikomy wkład jednego z moich ulubionych kompozytorów, Ennio Morricone, mocno mnie rozczarował. Pomijając irytującą muzyczkę podczas czołówki, nawet jeśli w tle pojawiały się jakieś utwory (a tego nie jestem pewna) to ja w ogóle nie zwróciłam na nie uwagi. A przecież akurat ten artysta mógł znacząco uatrakcyjnić klimat.

Filmy z nurtu rape and revenge mają to do siebie, że najpierw atakują widza trudnym do wytrzymania okrucieństwem, ohydną przemocą, która budzi w nim bezbrzeżny smutek przemieszany z czystą wściekłością, a potem dostarczają swoistego katharsis poprzez ukazanie tego jak sprawiedliwości staje się zadość. Triumfowi towarzyszy jednak gorycz biorąca się z przeświadczenia, że akt zemsty nie jest w stanie odwrócić krzywd, które już się dokonały. Niemniej z utęsknieniem oczekuje się tego braku tolerancji dla zwyrodnialców (nie Ziobrowego tylko prawdziwego), a najsilniej pragnie się ich śmierci podczas najbardziej wstrząsających kawałków rape and revenge. Specyfika tego nurtu polega na tym, że widz zostaje tak uwarunkowany przez twórców, aby sympatyzować z tymi, którzy odbierają życie innym w dalszych partiach produkcji wpisujących się w ten podgatunek kina exploitation. Aldo Lado i Renato Izzo bez wątpienia chcieli nieco ocieplić wizerunki dwóch agresorów. W tym sensie, że Blackie i Curly (znakomite kreacje Flavio Bucciego i Gianfranco De Grassi), choć bez wątpienia zdemoralizowani i mocno odpychający aparycją nie są osobnikami czerpiącymi przyjemność z zabijania swoich ofiar. To złodzieje, którzy chętnie wykorzystają seksualnie jakąś kobietę, ale myśl o odebraniu jej życia w ogóle nie kołacze się w ich głowach. W dodatku wydają się być podatni na wpływy – kiedy przy ich boku staje bezimienna jasnowłosa dama (Macha Meril to w mojej ocenie najjaśniej błyszcząca gwiazda w całej obsadzie, budząca najwięcej skrajnych emocji w sposób tak niewymuszony, tak naturalny, że wprost nie można się na nią napatrzeć) obaj bez szemrania podporządkowują się jej woli. Chociaż nie, w ciemnym przedziale, w którym rozegra się doprawdy przerażający spektakl niekiełznanej przemocy zobaczymy jedną nieśmiałą próbę postawienia się owej femme fatale, będącą dowodem na to, że jeden z towarzyszących jej opryszków UWAGA SPOILER nie chciał odbierać życia sterroryzowanym młodym kobietom. Scenarzyści później dadzą nam do zrozumienia, że jego kolega także nie chciał posuwać się do ostateczności KONIEC SPOILERA. Można domniemywać, że wpływ na jego zachowanie miał narkotyk, który wstrzyknął sobie w żyłę i odbierające rozum podniecenie. Czy to jednak choćby po części usprawiedliwia zachowanie Blackiego i Curly'ego, czy przytępia żądzę mordu rozbudzoną w oglądającym podczas tej okrutnej sceny w przedziale pociągu zmierzającym do Werony? Co poniektórzy odbiorcy może rzeczywiście zdołają spojrzeć na tych dwóch mężczyzn nieco łaskawszym okiem (bo na towarzyszącą im kobietę, a raczej ich przywódczynię to już na pewno nie), ale jeśli o mnie chodzi to dążenie scenarzystów w tym kierunku nie odniosło pożądanego rezultatu. Wyżej wymienione informacje na ich temat w ogóle nie osłabiły trawiącego mnie pragnienia zobaczenia ich bolesnego końca, wprost nie mogłam się doczekać krwawej zemsty na zboczeńcach i przede wszystkim na bezimiennej kobiecie, w której jak się zdawało drzemało okrucieństwo niemające żadnych granic. Widoki, którymi zaatakowano mnie niedługo po przesiadce Lisy i Margaret do innego pociągu odbierałam jako gwałt na swoim umyśle – były niczym szpile wwiercające się w mój mózg i bynajmniej nie z powodu wkładu twórców efektów specjalnych. Wysmakowana, ocierająca się o artyzm realizacja w poruszający sposób kontrastuje z brutalnymi poczynaniami czarnych charakterów – nie tylko tej trójki, również starszego mężczyzny, który „awansuje” z podglądacza (aż dziw, że zauważono go tak późno) na gwałciciela. Zdjęcia są tak intymne, tak okrutnie emocjonalne, przerażająco sugestywne, że wprost nie sposób zastanawiać się nad tym, czy aby twórcy „Pociągu tortur” nie chcieli, przekornie, nadać im czegoś na kształt piękna – wiem, jak to brzmi w odniesieniu do takiej makabry, ale pomimo całej odrazy, ogromnego niesmaku i targającej mną nienawiści do agresorów nie mogłam nie zauważyć tego artystycznego podejścia do oprawy wizualnej, tego oksymoronu w postaci odrażającego piękna. Co być może miało symbolizować ulotność życia, kruchość istnienia, egzystencji pięknej, ale niepozwalającej w pełni się tym cieszyć przez nieustanną świadomość przemijalności, przekonanie, że to nie będzie trwało wiecznie, że te piękne chwile wcześniej czy później dobiegną końca. Ale nie wykluczam, że to nadinterpretacja – taka myśl wykluła się w mojej głowie podczas śledzenia gehenny Lisy i Margaret, ale całkiem możliwe, że twórcy wcale nie zamierzali jej przekazać. Męki, która swoje apogeum osiągnęła w chwilach, które na pewno pozostaną w mojej pamięci do końca życia, UWAGA SPOILER podczas rozdziewiczania kobiety nożem, miażdżącego widoku jej osuwania się w „objęcia śmierci” (zbliżenia na zakrwawione uda i zamglone spojrzenie) oraz podczas poruszających serce lotów ciał wyrzucanych z pociągu KONIEC SPOILERA. Następująca zaraz potem końcowa partia filmu pozostawiła mnie natomiast z małym niedosytem – wolałabym, żeby bardziej rozciągnięto ją w czasie i zaserwowano mi chociaż jeden ohydny efekt specjalny (bo te były z gruntu delikatne), ale sam finalny akcent, samą tę koncepcję, jej bardzo nieprzyjemny wydźwięk odnotowuję scenarzystom na duży plus.

„Pociąg tortur” w reżyserii Aldo Lado to obraz, którego żaden wielbiciel kina exploitation ze szczególnym wskazaniem na rape and revenge ignorować nie powinien. To pozycja obowiązkowa dla każdej osoby zasilającej ten konkretny krąg widzów. I zarazem obraz, od którego jednostki o słabszych nerwach powinny trzymać się z daleka. Bo choć „Pociąg tortur” nie szafuje odstręczającymi efektami specjalnymi to poniewiera odbiorcą nie mniej silnie niż czynią to przepełnione makabrycznymi, realistycznymi, obficie oblanymi posoką rekwizytami i upiornymi charakteryzacjami pozycje gore. Ten film porusza do głębi, wbija się w samo serce, wstrząsa, paraliżuje, przydusza widza i... nie pozwala mu szybko pozbyć się tych emocji. Przekaz i realizacja są tak mocne, że właściwie nie sposób wyrzucić go z pamięci – a jestem pewna, że osoby preferujące lżejsze kino grozy bardzo by tego chcieli, więc dla nich chyba będzie lepiej, jeśli ominą ten obraz szerokim łukiem. A tych fanów kina exploitation, którzy nie mieli jeszcze okazji obejrzeć tego filmu gorąco zachęcam do seansu. Wierzcie mi, naprawdę warto to zobaczyć albo raczej przeżyć, bo „Pociągu tortur” nie da się tylko oglądać.

piątek, 13 października 2017

Gin Phillips „Dzikie królestwo”

Joan i jej czteroletni syn Lincoln mają zwyczaj spędzania niektórych popołudni w ogrodzie zoologicznym. Ich ulubionym miejscem jest zagajnik, do którego rzadko zaglądają inni odwiedzający. Joan i jej syn przebywają właśnie w tym miejscu, gdy uszu kobiety dochodzą nietypowe odgłosy rozlegające się w głównej części zoo. Zastanawia się nad ich ewentualnym źródłem, ale jeszcze nie czuje przerażenia. To przychodzi dopiero tuż przed godziną, w której zwykle zamyka się ogród zoologiczny. Kierująca się do wyjścia wraz ze swoim synkiem Joan dostrzega wówczas kilka martwych ciał i stojącego w ich pobliżu uzbrojonego mężczyznę. Niezauważona przez napastnika chwyta w objęcia Lincolna i rzuca się do ucieczki. Nie ma możliwości wyjścia poza teren zoo, ale stara się znaleźć jakieś schronienie na tym dobrze sobie znanym obszarze. Jej priorytetem jest ocalenie syna, ale czy będzie w stanie zrobić absolutnie wszystko, aby zapewnić mu bezpieczeństwo?

Urodzona w Montgomery w stanie Alabama Gin Phillips ponad dziesięć lat była dziennikarką. W tym okresie mieszkała w Irlandii, Nowym Jorku i Waszyngtonie. Potem wróciła do swojego rodzinnego stanu, gdzie mieszka do dziś (w Birmingham). Jak na razie ma na koncie pięć powieści, z których jedna (debiutancka) pt. „The Well and the Mine” została uhonorowana Barnes & Noble Discover Award. Najnowsza książka Gin Phillips, „Dzikie królestwo”, odbiła się jednak najgłośniejszym echem na arenie międzynarodowej. Krytycy i gros zwykłych czytelników nie szczędzili słów zachwytu pod adresem tego przedsięwzięcia Phillips – dowodzono, że to jeden z najlepszych literackich thrillerów 2017 roku, choć oczywiście nie obyło się również bez antyfanów „Dzikiego królestwa”, ale ta druga grupa jest zdecydowanie mniej liczna od grona wielbicieli omawianej pozycji. W planach jest już filmowa wersja tej historii z udziałem Margot Robbie.

„Dzikie królestwo” to thriller podpinający się pod konwencję survivalu z elementami powieści psychologicznej. Największa pomysłowość unaocznia się w wyborze miejsca akcji – ogród zoologiczny może i został już wykorzystany przez jakiegoś autora literackiego dreszczowca, ale jeśli tak, to do mnie jeszcze nie dotarła informacja o powstaniu takowego dzieła (albo puściłam ją w niepamięć). Dlatego nie potrafiłam spoglądać na ten człon inaczej niż na przejaw dużej kreatywności pisarki. I to w dodatku taki, który jeszcze przed lekturą „Dzikiego królestwa” napełnił mnie lekkim niepokojem. Wiele bowiem wskazywało na to, że ludzie nie będą jedynymi ofiarami tajemniczych zamachowców, że uwięzione zwierzęta również staną się ich celem. A jeśli dodamy do tego postawienie w stanie zagrożenia czteroletniego chłopca to wypadałoby przygotować się na iście wstrząsającą lekturę. Nad bezpieczeństwem małego Lincolna czuwa jego matka, Joan, kobieta zdolna do wielu poświeceń dla swojej latorośli. Pytanie tylko, czy istnieje jakaś granica, której główna bohaterka powieści nie będzie w stanie przekroczyć w celu ratowania swojego syna? I z drugiej strony: czy w takiej sytuacji są jakieś granice, których dobry człowiek nigdy, pod żadnym pozorem przekraczać nie powinien? Phillips pozwala, aby ten konflikt wybrzmiał bardzo wyraźnie – sprawia, że czytelnik przez cały czas drży na myśl o potencjalnym dotarciu Joan do kresu wytrzymałości, do osiągnięcia punktu, w którym przestanie być opoką dla swojego synka, ale jednocześnie sam musi rozstrzygnąć, czy cel rzeczywiście uświęca środki, czy w głębi duszy chce, żeby Joan ratowała swoje dziecko za wszelką cenę. Czytając tę powieść myślałam o innej powieści opowiadającej (między innymi) o sile matczynej miłości, o „Cujo” Stephena Kinga, ale choć w większości aspektów tamta pozycja moim zdaniem prezentuje się lepiej od „Dzikiego królestwa” to muszę zaznaczyć, że w tym przypadku miałam większy problem z podejściem do natury moralnej. W „Cujo” sytuacja była klarowna – wszystkie starania czynione przez główną bohaterkę w kierunku wydostania się z pułapki w jaką wpadła wraz ze swoim synem spotykały się z moim gorącym dopingiem (choć nie obyło się bez użalania się nad agresorem, ale nie przeszkodziło mi to trwać w przekonaniu, że najlepiej będzie, również dla niego, gdy po prostu umrze). Tymczasem niektóre zachowania Joan w „Dzikim królestwie” zmuszały mnie do zestawiania wszystkich „za” i „przeciw” przed pokuszeniem się o sformułowanie oceny danego posunięcia tej postaci. Nie potrafiłam się przed tym powstrzymać, pomimo tego, że cały czas miałam świadomość, iż nie mam prawa oceniać poczynań matki walczącej o życie swojego dziecka – autorka chyba też tak uważa, bo w pewnym momencie wtłacza w umysł swojej bohaterki dokładnie taką myśl, tyle że nie odnosząc się wówczas do tej postaci. Słowa „ocenianie” nie należy jednak rozumieć jako „potępianie”, bo po przemyśleniu danej sytuacji na ogół dochodziłam do przekonania, że Joan postąpiła słusznie, co z kolei napełniało mnie obrzydzeniem do samej siebie. Największy dylemat miałam podczas postoju przy kuble na śmieci, jednego z najbardziej poruszających momentów „Dzikiego królestwa” - i wierzcie mi wniosek, do którego w końcu doszłam sprawił, że poczułam się brudna. Nie wiem czy na miejscu Joan byłabym zdolna do czegoś takiego, bo tak naprawdę nikt z nas tego nie wie, dopóki nie znajdzie się w takim położeniu i nie mam pojęcia, czy w ogóle chciałabym umieć zmusić się do pójścia jej śladem. Potrafiłam ją zrozumieć, uznać, że zrobiła to co konieczne, ale cena jaką za to zapłaciła dla mnie mogłaby okazać się za wysoka. Albo nie - jak już mówiłam tego nie mogę i w sumie nie chcę wiedzieć. Naprawdę obędę się bez tej wiedzy na swój temat. Właśnie te dylematy natury moralnej, często wybrzmiewające pomiędzy słowami pytanie: a co ty byś zrobił będąc na miejscu Joan?, na które nie ma łatwych odpowiedzi są najsilniejszym aspektem tej historii. Przedzieranie się przez ogród zoologiczny kobiety niewypuszczającej z rąk swojego największego skarbu (czteroletniego synka) to z kolei w mojej ocenie najsłabszy punkt tej powieści. Gin Phillips nie potrafiła wówczas przygnieść mnie mroczną scenerią, w zakamarkach której może czaić się któryś z siewców śmierci grasujących w zoo, głównie dlatego, że bardziej wydawała się być skupiona na atakowaniu mnie swobodnymi przepływami różnego rodzaju myśli głównej bohaterki, również tymi sięgającymi do jej przeszłości aniżeli na szczegółowych opisach otoczenia i na wprawnym żonglowaniu emocjonalnym napięciem.

Jak już wspomniałam warstwę psychologiczną i w pewnym sensie również survivalową ubarwia moralny konflikt, w obliczu którego staje kochająca matka, ale według mnie obok tego superlatywu egzystuje negatyw w postaci zanurzania się w psychikę głównej bohaterki na niewystarczającą głębokość. Taka opowieść powinna szafować długimi opisami procesów myślowych zachodzących w głowie pierwszoplanowej postaci. Psychika zaszczutej, ale mającej w sobie ogromną wolę przetrwania, ponieważ to zwiększa szanse przeżycia jej synka, którego jak czyni to wiele matek (bo znam i takie, które w takiej sytuacji na pewno myślałyby tylko o ratowaniu siebie) zawsze stawia na pierwszym miejscu, powinna być wykreślana w jak najbardziej szczegółowy sposób zamiast jak w tym przypadku operować ogólnikami wymienianymi w nazbyt krótkich zdaniach. Prosty styl amerykańskiej autorki moim zdaniem zaszkodził tej historii – o ile silniej pobudzałaby moją wyobraźnię, gdyby pokazała większe zamiłowanie do szczegółów podawanych w obszernych, maksymalnie obrazowych akapitach... Wolałabym także gdyby przybliżana przez nią w krótkich fragmentach mocno okrojona biografia Joan była bardziej spójna, nie tak rozproszona, nieskoordynowana i żebym również w tych ustępach nie dostrzegała przejawów takiego dużego pośpiechu. Ale o ile ta szczątkowość wpływała niekorzystnie na płaszczyznę psychologiczną, o tyle w przypadku zamachowców i policjantów okazała się bardzo pomocna. Gin Phillips raczy swoich czytelników paroma wtrętami, w których pochyla się nad jednym z agresorów (i za jego sprawą, pośrednio również nad pozostałymi), a o podjęciu działań przez policję dowiadujemy się już w pierwszej partii „Dzikiego królestwa”. Ale w tych punktach poprzestaje na strzępach informacji, przez co tak naprawdę daje więcej pytań niż odpowiedzi. Zagadkowa otoczka, wynikająca przede wszystkim z niewiedzy na temat motywacji sprawców i nieznajomości ich kolejnych posunięć oraz całkowitego braku rozeznania w działalności tkwiących przed bramą ogrodu zoologicznego przedstawicieli organów ścigania, niepewność, która praktycznie nieustannie nam w związku z tym towarzyszy dodaje smaczku tej opowieści. Tak jak Joan niczego nie możemy być pewni – ani tego, czy zza jakiegoś krzaka nie wychynie nagle mężczyzna z bronią, ani czy należy robić sobie nadzieję na przybycie pomocy z zewnątrz, czy raczej obawiać się wejścia policjantów na to obecnie tak bardzo nieprzyjazne terytorium. Dodatkowe punkty przyznaję Gin Phillips za kilka prawie wyciskających łzy z oczu momentów, UWAGA SPOILER ale zakończenie się do nich nie wlicza, bo akurat ten fragment mocno mnie rozczarował. Od takiej opowieści oczekuję mocnego, bezkompromisowego finalnego uderzenia. Dowodu dużej odwagi autorki, a nie pokrzepiania ludzkich serc. Chociaż podobało mi się pozostawienie niedopowiedzenia w kwestii kilkumiesięcznego dziecka KONIEC SPOILERA. I za sposób, w jaki urozmaiciła akcję w dalszej partii powieści – udało jej się bez bzdurnych udziwnień, niepotrzebnych komplikacji, z pełnym poszanowaniem ram prostej, acz mocno wciągającej historii (w myśl zasady: w prostocie tkwi siła) ożywić akcję na tyle, żebym przestała przywiązywać tak dużą wagę do warsztatowych uchybień w budowaniu gęstej atmosfery zdefiniowanego zagrożenia.

Takim wielkim hitem jakim maluje go, jak się wydaje, większość recenzentów „Dzikie królestwo” Giny Phillips moim zdaniem nie jest. Uważam, że książka posiada kilka słabszych stron, aspektów, które obniżyły moje ogóle wrażenia z lektury, ale nie aż tak, żebym czuła się zmuszona zniechęcać miłośników literackich thrillerów do sięgnięcia po tę powieść. Niniejsza publikacja może się bowiem poszczycić także wieloma superlatywami, elementami, które mają duże szanse sprostać wymaganiom sympatyków tego gatunku, nawet tych długoletnich. Ale zdecydowanie nie tych, dla których najważniejszy jest wysoki stopień skomplikowania fabuł, bo „Dzikie królestwo” pokazuje siłę zawartą w prostocie, ogromny potencjał tkwiący w znanym, nieudziwnianym schemacie, a czyni to w sposób, który właściwie zmusza odbiorcę do stawiania się w jakże niewygodnym położeniu kobiety walczącej o życie przede wszystkim swojego czteroletniego synka.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 11 października 2017

Zapowiedź: „Slumber”

Już 10 listopada do kin trafi przerażający horror "Slumber" z gwiazdą trylogii „Niezgodna" - Maggie Q - w roli głównej.

Alice (Maggie Q) jest cenioną specjalistką zajmującą się zaburzeniami snu. O pomoc do niej zwraca się rodzina, która jest nawiedzana przez demona. Paraliżuje on swoje ofiary w czasie snu, stając się ich prawdziwym koszmarem i uwalniając straszną agresję, którą kierują przeciwko sobie. Alice musi porzucić naukowy racjonalizm, aby pomóc nękanej rodzinie i pokonać nękające ją demony przeszłości.
 
SLUMBER
Polska premiera: 10 listopada 2017

Reżyseria: Jonathan Hopkins
Scenariusz: Richard Hobley, Jonathan Hopkins
Obsada: Maggie Q, Kristen Bush, Sam Troughton, Will Kemp, William Hope, Sylvester McCoy
Gatunek: horror
Czas trwania: 84 minuty
Wielka Brytania / USA 2017
Dystrybucja w Polsce: Best Film CO
Zwiastun: tutaj

Źródło: materiały podesłane przez www.bestfilm.pl

wtorek, 10 października 2017

„Amityville: Przebudzenie” (2017)

Joan kupuje owiany złą sławą dom w Amityville i wprowadza się do niego wraz z trójką swoich dzieci: siedemnastoletnią Belle, jej bratem bliźniakiem Jamesem, który od dwóch lat przebywa w śpiączce i ich młodszą siostrą Juliet. Niska cena nieruchomości pozwala kobiecie zaoszczędzić na kosztowne leczenie syna, wciąż ma bowiem nadzieję, że chłopak wróci do zdrowia, chociaż lekarze nie dają mu żadnych szans. Belle wychodzi z założenia, że powinno się pozwolić Jamesowi odejść, ale jej matka nie chce nawet o tym słyszeć. Wkrótce po przeprowadzce do nowego domu nastolatka dowiaduje się, że przed wieloma laty niejaki Ronald DeFeo Jr. zabił w nim swoją rodzinę i że nakręcono serię horrorów o nawiedzonym domu w Amityville. Ponadto stan Jamesa nieoczekiwanie zaczyna się poprawiać. Wiele wskazuje jednak na to, że zawładnęła nim jakaś siła, która nie ma dobrych zamiarów względem domowników.

Wstępna koncepcja kolejnego horroru o nawiedzonym domu w Amityville była całkowicie inna od tej, którą zdecydowano się zrealizować. Film miał nosić tytuł „Amityville: The Lost Tapes” i opowiadać o badaczach zjawisk paranormalnych, dziennikarzach i duchownych, którzy analizują niepokojące wydarzenia mające miejsce w domu w Amityville. Ten zamysł z czasem jednak zarzucono. Nowy scenariusz napisał Franck Khalfoun, twórca między innymi thrillera „P2” i horroru pod tytułem „Maniac” będącego remakiem filmu Williama Lustiga z 1980 roku. Khalfoun wziął na siebie również reżyserię tego obrazu, a jego tytuł zmieniono na „Amityville: The Awakening”. Film na amerykańskich ekranach kin miał ukazać się już w 2015 roku, ale premierę przesuwano kilkukrotnie. Światło dzienne ujrzał dopiero w roku 2017, ale zakres jego rozpowszechniania nie jest tak szeroki jak zakładano.

Pewnie niejeden fan horrorów spod znaku „Amityville” zastanawiał się, jakie miejsce w szeregu zajmie obraz Francka Khalfouna. Czy będzie to kolejna odsłona starej serii zapoczątkowanej w 1979 roku filmem w reżyserii Stuarta Rosenberga, czy bezpośrednia kontynuacja tego kultowego dzieła ignorująca następne części, czy może sequel remake'u pierwszej filmowej wersji albo remake remake'u? Możliwości było oczywiście jeszcze więcej, ale pozwoliłam sobie wymienić tylko kilka z nich, przy czym moim zdaniem twórcy nie skorzystali z żadnej z wyżej podanych. „Amityville: Przebudzenie” wygląda mi na reboot – nową opowieść o nawiedzonym domu w Amityville, która nie tyle pomija wcześniej nakręcone horrory na ten temat, ile wykorzystuje w zgoła inny sposób, niż zazwyczaj czynią to sequele. Franck Khalfoun wspomina autentyczną postać Ronalda DeFeo Jr., mężczyznę, który w 1974 roku zabił swoją rodzinę w ich domu stojącym w Amityville. Scenarzysta wplata to wydarzenie w świat przedstawiony swojego filmu, dając do zrozumienia, że zło, które wówczas opętało tego osobnika po kilkudziesięciu latach powróciło i zawładnęło przykutym do łóżka nastoletnim chłopcem. Khalfoun wspomina o filmach spod znaku „Amityville”, ale traktuje je właśnie jako filmy, a nie umowną rzeczywistość. Innymi słowy dla bohaterów jego obrazu, tak jak i dla nas, wcześniej powstałe horrory o nawiedzonym domu w Amityville są tylko i wyłącznie filmami – Belle i dwójka jej nowych znajomych w pewnym momencie organizują sobie seans kultowej produkcji Rosenberga. O 3:15 w domu, w którym rozgrywa się akcja tego obrazu (swoją drogą taka projekcja to dopiero byłoby coś...). Z seansu remake'u rezygnują, gdyż jak stwierdza nowa koleżanka Belle, Marissa, uwspółcześnione wersje są najgorsze (wtrąciłabym, że nie zawsze, ale to już kwestia gustu), ale na podorędziu mają jeszcze „Amityville II: Opętanie”, tak na wszelki wypadek, jak stwierdza Terrence, pomysłodawca tego spotkania. Jednym z bohaterów filmu, podobnie jak to miało miejsce choćby w „Udręczonych” Petera Cornwella jest nastoletni, poważnie chory chłopak. Różnica jest jednak taka, że James, postać wykreślona przez Khalfouna i całkiem nieźle wykreowana przez Camerona Monaghana, od dwóch lat przebywa w śpiączce, z której wychodzi po przeprowadzce do feralnego domostwa, a Matt jak pamiętamy w śpiączce nie przebywał. Ten ostatni był głównym bohaterem filmu, a tymczasem w „Amityville: Przebudzeniu” na pierwszym planie stoi Belle, wykreowana przez Bellę Thorne w nie do końca przekonujący sposób (jak na moje oko aktorka pokazywała za mało emocji, miejscami wręcz wydawała się być całkowicie z nich wyzuta). Dziewczyna obwinia siebie za stan jej brata bliźniaka, jej matka (bardzo dobra Jennifer Jason Leigh) zresztą też wydaje się nie mieć żadnych wątpliwości, że dziewczyna ponosi winę za krzywdę, jaka przed paroma laty spotkała jej ukochanego syna. Scenarzysta zdradzi co spotkało Jamesa dopiero później, wcześniej poprzestając na jasnej sugestii, że Belle miała w tym swój udział i że od tego momentu jej relacja z rodzicielką, owdowiałą Joan, mocno się ochłodziła. A ich odmienne zapatrywania na przyszłość Jamesa tylko poszerzają przepaść rozciągającą się pomiędzy nimi. Dla mnie najciekawszym wątkiem tego filmu była postawa Joan względem jej syna. Dwuletnie przebywanie w śpiączce i złe rokowania lekarzy, opinie specjalistów mówiące, że nastolatek nigdy się nie obudzi, wcale nie studzą zapału jego matki. Kobieta nie potrafi pogodzić się z myślą o utracie syna, żyje podejrzeniem graniczącym z przekonaniem, że jej syn odzyska przytomność i wróci do pełni zdrowia, gdy tymczasem jej córka uważa, że powinno się pozwolić mu odejść. Joan bez wątpienia ma obsesję, która negatywnie oddziałuje na całą jej rodzinę, ale można ją zrozumieć, a nawet obdarzyć przynajmniej odrobiną współczucia, które jednak nie przysłoni negatywnych emocji jakie rozbudzi ta postać.

Mam wrażenie, że Franck Khalfoun chciał wrócić do korzeni – odejść od dobitniejszej stylistyki remake'u i podążyć w stronę minimalizmu obranego również przez Stuarta Rosenberga w jego „Horrorze Amityville”. Ale chyba nikt się nie spodziewa, że efekt starań tego pierwszego jest równie znakomity, co w filmowym pierwowzorze (filmowym, bo była jeszcze książka)? Na pewno nikt? Bo jeśli jednak jest ktoś, kto nastawia się na powtórkę z tej doskonałej rozrywki to radzę mu czym prędzej ostudzić swój zapał, bo„Amityville: Przebudzenie” to zupełnie inna liga filmowego horroru. Minimalistyczne podejście twórców bardzo mnie ucieszyło – jump scenek jest tutaj bardzo mało (wszystkie zresztą są nieskuteczne), tak samo jak efektów komputerowych (niemniej sekwencja ze sztucznymi muchami i tak pozostawia spory niesmak), a kilka scenek z udziałem wychudłego nastolatka z demoniczną twarzą wydaje się być całkowicie na miejscu, tj. twórcy nie szafują tym widokiem i nie nadają mu efekciarskiego „splendoru”, dzięki czemu nie zamieniają tego obrazu w bzdurny pokaz technologicznego rozmachu. Cały czas, konsekwentnie trzymają się minimalistycznego sznytu, nie pozwalając, aby te dosadniejsze wstawki, zazwyczaj w formie koszmarnych snów głównej bohaterki, zawłaszczyły cały spektakl. Problem jednak w tym, że twórcom nie udało się wykrzesać z tego większego napięcia, pomimo dbałości o całkiem mroczną, acz w żadnych razie nieprzygniatającą czystą grozą oprawę wizualną. A w straszakach obierających taką oszczędniejszą formę przekazu napięcie jest bardzo ważne – bez niego szybko można stracić zainteresowanie daną historią, zwłaszcza jeśli owa opowieść kurczowo trzyma się jednej z najpopularniejszych konwencji kina grozy. Brak większej innowacyjności i co w dużym stopniu się z tym wiąże niemała przewidywalność (nie rozszyfrowałam jednego zamysłu scenarzysty, ale też rzeczona niespodzianka nie wbiła mnie w fotel) same w sobie mi nie przeszkadzały, bo motyw nawiedzonego domostwa, do którego wprowadza się dana rodzina jeszcze mi się nie znudził, a właściwie to nadal jest on jednym z moich ulubionych, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Franck Khalfoun i jego ekipa podeszli do tego tematu bardzo beznamiętnie. Wspomniany deficyt napięcia przyczynił się do nasunięcia mi takiego wniosku, ale sama fabuła również okazała się mało emocjonująca. Tak oklepany motyw jak opętanie jakiegoś nieszczęśnika przez siłę nieczystą można obudować dużo bardziej złowieszczymi wątkami (albo bardziej rozbudować te wybrane), nawet przebierając wyłącznie w wielokrotnie już wykorzystywanych przez filmowców rozwiązaniach. Ba, same horrory spod znaku „Amityville” stanowią obszerny materiał, z którego można czerpać garściami. Scenarzysta oczywiście opierał się przede wszystkim na pierwowzorze, ale moim zdaniem w zbyt małym stopniu. Wolałabym wszak, żeby więcej uwagi poświęcił oszczędnemu w formie sygnalizowaniu opętania Jamesa i pozwolił, żeby Belle dłużej dochodziła do prawdy. Film, standardowo, trwa prawie półtora godziny, ale miałam wrażenie, że jest o wiele krótszy, bo wszystko rozgrywało się zbyt szybko. Od przenosin do nowego domu, przez pierwsze oznaki nawiedzenia domu i opętania nastolatka po finalne starcie – wszystko zleciało niemalże w mgnieniu oka, co niektórzy może uznają za plus (przez to, że mogą nie mieć czasu na nudę), ale ja wolałabym, żeby rozwijano te wątki dużo wolniej, sukcesywnie potęgując napięcie i zagęszczając mrok oraz stopniowo wzmagając w widzach poczucie przebywania protagonistów w miejscu żerowania jakiejś złej siły. Bo takie szybkie następowanie po sobie kolejnych wydarzeń (najbardziej ubodło mnie szczątkowe wykreślenie motywu małej dziewczynki, w którą z bardzo dobrym efektem wcieliła się Mckenna Grace konwersującej z agresywnym bytem gnieżdżącym się w ciele Jamesa i marginalizacja piwnicy znajdującej się w nawiedzonym domu, bo z tych znanych już wątków można było wycisnąć dużo więcej złowieszczości) nie dało mi szansy na silne przeżywanie tego obrazu, na moc emocji zamiast jedynie ich nieśmiałych, krótkich przebłysków w paru miejscach. UWAGA SPOILER Tak na marginesie życzyłabym sobie, żeby bohaterowie horrorów nie mieli zwierząt. Żadnych zwierząt KONIEC SPOILERA.

Mając w pamięci remake „Maniaka” ośmielę się stwierdzić, że Franck Khalfoun lepiej by zrobił, gdyby skoncentrował się na tworzeniu brutalnych (albo umiarkowanie brutalnych) horrorów zamiast porywać się na nastrojówki, bo tamten obraz prezentuje się nieporównanie lepiej od „Amityville: Przebudzenia”. Tego ostatniego gniotem bym nie nazwała. Tak tragicznie to nie jest. Niemniej jestem przekonana, że wielu wielbicieli kina grozy znających nową wersję dzieła Williama Lustiga z 1980 roku uzna to za ogromny spadek formy. I prawdopodobnie dojdzie do takiego samego wniosku, co ja – że Franck Khalfoun dużo lepiej czuje się w mocniejszych filmach grozy, że horrory o nawiedzonych domach to nie jego bajka, że nie potrafi tak dobrze odnajdywać się w tej stylistyce, jak w obrazach o zwyrodnialcach, jak to się mówi: potworach w ludzkiej skórze. Ale z braku laku można obejrzeć – jeśli lubi się horrory nastrojowe w wydaniu lajt.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...