środa, 13 grudnia 2017

„Smakosz 3” (2017)

Szeryf Dan Tashtego organizuje obławę na Smakosza, potwora, który budzi się co dwadzieścia trzy lata, aby przez dwadzieścia trzy dni polować na ludzi. Policjanci starają się zabić bestię zanim ta zapadnie w długi sen, choć z powodu niewyobrażalnej siły jaką posiada ich przeciwnik szanse nie są wyrównane. Tymczasem Gaylen Brandon dowiaduje się od swojego zmarłego syna, że Smakosz niedługo pojawi się nieopodal jej domu, aby odzyskać coś, co stracił przed dwudziestoma trzema laty. Kobieta zamierza na kilka najbliższych dni odesłać gdzieś swoją nastoletnią wnuczkę Addison, która pozostaje pod jej opieką. W ten sposób chce ją ochronić przed bestią, przed którą sama nie zamierza uciekać, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie jej grozi.

Rozmowy na temat trzeciej części „Smakosza” Victora Salvy rozpoczęły się jeszcze przed premierą drugiej odsłony, a w 2006 roku podano do wiadomości publicznej informację o przymiarkach do kręcenia trzeciej części „Smakosza”. Jednakże mającej finansować ten projekt firmie MGM zabrakło pieniędzy na wdrożenie tych planów w życie. Projekt przejęła więc firma Myriad Pictures, która w 2015 roku dała ekipie „zielone światło”, ale zdjęcia opóźniły kontrowersje wokół Victora Salvy – przypominano jego kryminalną przeszłość (reżyser i scenarzysta w 1988 roku został skazany za napastowanie seksualne, gwałt oralny na małoletnim aktorze oraz gromadzenie pornografii dziecięcej, do czego zresztą się przyznał). Pierwszy scenariusz „Smakosza 3” autorstwa Victora Salvy różnił się od wersji, którą przełożono na ekran. Pierwotnie akcja rozgrywała się dwadzieścia trzy lata po wydarzeniach zaprezentowanych w odsłonie drugiej, a scenariusz nie przewidywał udziału Giny Philips wcielającej się w postać Trishy Jenner, bohaterki dobrze znanej fanom pierwszej części „Smakosza”.

Wydaje mi się, że informacją niepożądaną nie będzie wyjawienie, że „Smakosz 3” jest bezpośrednią kontynuacją pierwszej odsłony z 2001 roku, ponieważ ten szczegół poznajemy już na początku seansu. Scenariusze wszystkich trzech części „Smakosza” napisał Victor Salva, każdorazowo brał także na siebie reżyserię, a w jednym z wywiadów Gina Philips ujawniła, że pracuje on już nad kolejną odsłoną tego tytułu. Jeśli to prawda to miłośnikom cyklu pozostaje mieć nadzieję, że nie będą musieli znowu przez kilkanaście lat wypatrywać kolejnej odsłony tej historii (niektórzy pewnie już myśleli, że na trzecią cześć przyjdzie im czekać dwadzieścia trzy lata...), ja natomiast mam poważne wątpliwości co do tego, czy uda mi się zmusić do pochylenia się nad kolejną częścią „Smakosza”. Wydawać by się mogło, że skoro projektem kierowała ta sama osoba, która stworzyła znakomitą odsłoną pierwszą i słabszą od niej, ale i tak w miarę zadowalającą kontynuację to istnieje spora szansa, że część trzecia nie będzie zbytnio odstawała przynajmniej od tej gorszej odsłony. A już na pewno żaden miłośnik tego tytułu nie mógł się spodziewać czegoś na kształt parodii czarnego charakteru. Tak, Victor Salva niezamierzenie ośmieszył swoją własną postać, fikcyjnego potwora, któremu dużo zawdzięcza, z czego pewnie sam doskonale zdaje sobie sprawę. Nie chciał kręcić komedii tylko kolejny horror o bestii grasującej w jednym z rolniczych rejonów Stanów Zjednoczonych. To wyszło niechcący i szczerze powiedziawszy ubaw jaki miałam podczas kilku sekwencji „Smakosza 3” to najlepsze co od niego dostałam. Nie zrozumcie mnie źle, lubię „Terminatora” (zwłaszcza dwójkę), nie mam absolutnie żadnych powodów żeby wyśmiewać filmy wchodzące w skład tego cyklu, ale ukazanie Smakosza w zbliżony sposób jest czystym absurdem. Szczególnie jak się zna poprzednie odsłony tego tytułu. W tamtych częściach antybohater atakował ze swoistą gracją, jego ruchy były wykalkulowane, a jego manifestacje, poprzedzane umiejętnym potęgowaniem napięcia, spowijał całkiem mroczny klimacik (zwłaszcza w jedynce). Tymczasem tytułowa postać omawianego obrazu jak taran prze do przodu siejąc spustoszenie w rolniczej społeczności. Kule się go nie imają, wybuchy mu niestraszne – zresztą sam wypuszcza kilka bomb ze swojego Batmobila. Tak, samochód Smakosza (gadżetami, nie modelem) przypomina pojazd Batmana. Jest pełen śmiercionośnych bajerów, które zaprojektowano tak, aby mogły aktywować się bez ingerencji właściciela samochodu. Przynoszą one śmierć zarówno osobom przebywającym wewnątrz, jak i tym znajdującym się na zewnątrz wozu, często w przesadnie efekciarskim stylu podlanym jednakowoż minimalną dawką substancji imitującej posokę. Patrząc na to tylko czekałam na przemianę samochodu w chodzącego robota, jak w „Transformers”. I oczywiście zrywałam boki ze śmiechu. W tych chwilach, w których nie pukałam się w głowę wpatrując się z niedowierzaniem w ekran (szarże Smakosza w zwolnionym tempie, wciąganie liny holowniczej z przytwierdzonym doń chłopakiem ciągniętym w przeciwnym kierunku przez swoich kolegów, rzuty harpunem etc.) i nie odpływałam gdzieś myślami, bo strzelanki i pościgi na ogół szybko mnie męczą, a w tymże obrazie nie dość, że jest ich pełno to jeszcze niemiłosiernie je przedłużano.

Fabuła „Smakosza 3” toczy się na dwóch splatających się płaszczyznach, reprezentowanych przez inne postacie, acz osadzonych w tym samym czasie. Wydarzenia, w centrum których tkwi szeryf Dan Tashtego nade wszystko oferują nam beznamiętny popis taniego efekciarstwa rodem z filmów akcji, a nie horrorów. Zorganizowana przez niego obława, która ma zaowocować zgładzeniem bestii zanim ta ponownie zapadnie w dwudziestotrzyletni sen jest kompletnie wyzuta z napięcia. Chaotyczny montaż, nacisk na dynamikę, brak odpowiednio mrocznej oprawy wizualnej, rezygnacja ze z wolna budujących napięcie sekwencji bezpośrednio poprzedzających atak potwora tj. scenek, które z całą mocą i bez pośpiechu zwiastowałyby rychłe pojawienie się Smakosza. Tutaj wszystko rozgrywa się w zastraszająco szybkim tempie i bez choćby krztyny wyczucia takiego gatunku jak horror. To czysta akcja z wojowniczym, czy to tylko pozornie, czy faktycznie niezniszczalnym, potworem w roli antybohatera. Drugi człon ten historii, który oczywiście jest połączony z tą pierwszą płaszczyzną koncentruje się na nastoletniej Addison, podkochującym się w niej Buddym i babci tej pierwszej imieniem Gaylen, która zwykła rozmawiać ze swoim synem, zabitym przez Smakosza przed dwudziestoma trzema laty. Wszyscy są przekonani, że kobieta ma omamy, ale ona sama nie ma żadnych wątpliwości, że jest odwiedzana przez ducha swojej latorośli ostrzegającego ją przed zbliżającym się zagrożeniem. Terminator, Batmobil, duch albo objaw choroby psychicznej – chyba wystarczy tego udziwniania, prawda? No nie, Victor Salva miał inne zdanie na ten temat. Uznał, że w tym garnku jest jeszcze trochę miejsca i że wypadałoby go zapełnić rekwizytem, który przywiódł mi na myśl „Rodzinę Addamsów”. Tam wprost uwielbiałam tę atrakcję, ale do opowieści o Smakoszu w ogóle mi nie pasowała. Zresztą tak samo, jak pozostałe dopiero co wymienione wtręty. Czekałam tylko na człowieka opętanego przez demona (choć z drugiej strony sceny doznawania wizji lekko przywodziły na myśl ten motyw), ożywioną lalkę i Antychrysta... I Ginę Philips, bo jeszcze przed seansem dowiedziałam się, że wystąpi w tej odsłonie. Nie wiedziałam tylko, że dostała zaledwie epizodyczną rólkę, i że tak długo przyjdzie mi na nią czekać. Ale gdybym była tego świadoma to pewnie i tak dałabym szansę ten produkcji, z sympatii do poprzednich odsłon „Smakosza”. Choć oczywiście wolałabym, żeby to Trishę Jenner umieszczono na pierwszym planie. Ale wracając do do fabuły „Smakosza 3”. Wątki skupiające się na Addison, jej babci i Buddym są mniej chaotyczne od tych skoncentrowanych na szeryfie i jego załodze. Pozbawione oryginalności, przewidywalne, mało emocjonujące (tylko miłość do konia i jego niepewna przyszłość lekko mnie poruszyły) i także pozbawione mrocznego klimatu (poza hipnotyzującym, ponurym niebem rozpościerającym się nad Gaylen i jej zmarłym synem podczas ich pierwszego z pokazanych spotkań), ale mimo wszystko do pewnego momentu jako tako się to przyswaja. A na pewno lepiej niż wstawki z ludźmi polującymi na bezwzględną bestię gromadzącą przysmaki w swoim Batmobilu.

„Smakosz 3” to jakaś farsa godząca w wielu miłośników tego tytułu i samego potwora, który co dwadzieścia trzy lata budzi się i rusza na polowanie trwające dwadzieścia trzy dni. Jak dla mnie dno zostało tutaj osiągnięte. Victor Salva i jego ekipa zepsuli wszystko, co tylko się dało – odeszli od klimatu poprzednich części na rzecz taniej akcyjki, która zapewne wbrew ich zamiarom, miejscami zwyczajnie śmieszy. Częściej jednak wprawia w istne zażenowanie połączone z tak ogromną irytacją, że autentycznie ma się ochotę rzucić czymś w ekran. Nie wiem po co oglądałam to do końca, bo przecież już początkowe sceny kazały mi przygotować się na kompletnego gniota. Nie pytajcie mnie po co skazywałam się na taką mękę. Wiedziecie jednak, że głęboko tego żałuję. Wolałabym bowiem zachować w pamięci tylko ten obraz Smakosza, który miałam do momentu obejrzenia tego czegoś. Obyłabym się bez znajomości tej oto parodii jednego z najpopularniejszych potworów XXI-wiecznego kina grozy.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

GOREktyw powraca z nowym autorskim serialem!

DO TRZECH RAZY GORE!
Grupa GOREktyw po raz trzeci realizuje serial audio i po raz trzeci udostępnia go słuchaczom za darmo!
Tym razem będzie to połączona fabularnie seria 5 odcinków w klimacie bizarro. Opowiadanie Artura Olchowego “Lecą na mnie wysokie kobiety” czekało długo na realizację, sam autor uważa je za najbardziej dopracowane i dopieszczone. Muzyką i realizacją znów zajął się Błażej Grygiel, głos i kompozytor GOREktywu. Nie ukrywa, że motyw przewodni serialu celowo będzie nawiązywać do lat 80-tych, syntezatorów, gier video i grozy na kasetach VHS. Muzyka nawiązuje także do jego projektu elektronicznego SS Synthasm.
 
Pierwszy odcinek do posłuchania na fanpage’u GOREktywu (https://www.facebook.com/GOREktyw/) już we wtorek 12.12.2017 o godzinie 12:12!

Bądźcie z nami, życzymy wam kolorowych koszmarów!

Źródło: tekst i grafika od Grupy GOREktyw

„Super Dark Times” (2017)

Nastolatki, Zach i Josh, od lat są najlepszymi przyjaciółmi. Popołudnia zazwyczaj spędzają razem, ale pewnego pochmurnego dnia towarzyszą im znajomy ze szkoły Daryl i jego kolega Charlie, który uczęszcza do innej placówki edukacyjnej. Chłopcy spacerują po mieście prowadząc rozmowy na różne tematy, a nazajutrz w tym samym gronie spotykają się w domu Josha. Gospodarz pokazuje im pokój swojego starszego brata, który wstąpił do piechoty morskiej. Niedługo potem chłopcy udają się na błonie pod lasem, żeby pobawić się jednym z przedmiotów należących do brata Josha. Beztroskie popołudnie szybko zamienia się w koszmar, gdy nagle dochodzi do makabrycznego wydarzenia. Młodzi ludzi postanawiają zatrzeć ślady i nikogo nie informować o zaistniałej tragedii.

Amerykańska produkcja „Super Dark Times” jest dziełem debiutującego w pełnym metrażu Kevina Phillipsa, który wziął tutaj na warsztat scenariusz Bena Collinsa i Luke'a Piotrowskiego. Fanom kina grozy nazwiska tych dwóch ostatnich panów mogą kojarzyć się z „SiREN” Gregga Bishopa, nie radzę jednej oczekiwać od „Super Dark Times” czegoś zbliżonego do tamtego dokonania. Nagrodzony na Neuchatel International Fantastic Film Festival thriller z elementami dramatu Kevina Phillipsa jest filmem, który moim zdaniem w pełni zasłużył sobie na miano jednego z najlepszych obrazów ostatnich kilku lat. Początkujący w pełnym metrażu reżyser pokazał w nim taką jakość o jakiej większość współczesnych twórców może co najwyżej pomarzyć. Stworzył istną kinematograficzną perłę, ucztę dla oczu, której jedynym mankamentem jest to, że tak szybko się kończy. „Super Dark Times” zajmuje trochę ponad półtorej godziny, czyli standardowo. Ale naprawdę chciałoby się oglądać to dużo dłużej.

Głównymi bohaterami „Super Dark Times” są nastolatki, ale próżno szukać w tym filmie lekkiego klimatu tak typowego dla teen thrillerów. Zdjęcia Eliego Borna i muzyka Bena Frosta nadają opowiadanej historii ogromny ciężar już od pierwszych minut jej trwania. „Super Dark Times” niemalże hipnotyzuje mrokiem. Dosłownie każdy kadr jest istnym dziełem sztuki, kolejną stacją na drodze do szaleństwa i niszczącej desperacji. Każdy dźwięk wybrzmiewający w tle jest intensyfikatorem emocji, elementem nierozerwalnie związanym z obrazem, żyjącym z nim w prawdziwej symbiozie – nie ma tutaj mowy o jakiejkolwiek przypadkowości albo o niezsynchronizowaniu ścieżki audio ze sferą wizualną. Ponure przedmieście, okoliczny gęsty las, który wkrótce będzie pojawiał się w sennych koszmarach głównego bohatera „Super Dark Times”, ciemne wnętrza wszystkich budynków i zasnute brudnoszarymi chmurami niebo rozpościerające się nad tą zaciszną okolicą niby żywcem wyjętą z kart którejś z powieści Stephena Kinga rozgrywającej się w jakimś małym amerykańskim miasteczku. Naprawdę ciężko ubrać w słowa to klimatyczne dokonanie – opisać ducha tego filmu, atmosferę, która oblepia absolutnie każde ujęcie. Słowa „posępny”, „złowieszczy”, „zagadkowy”, „mroczny” są jak najbardziej na miejscu, aczkolwiek nie oddają one całej prawdy o aurze spowijającej tę opowieść. To trzeba zobaczyć, przeżyć, odczuć. Samemu się w to zatopić, aby zrozumieć z jak wielkim dokonaniem ma się tutaj do czynienia. Kevin Phillips swoim „Super Dark Times” udowodnił mi, że posiada rzadkie poczucie smaku, że ma prawdziwy talent do tworzenia niezwykle emocjonujących filmów i nie musi przy tym posiłkować się drogimi efektami specjalnymi, ani nawet sięgać po innowacyjne rozwiązania fabularne. W jego pełnometrażowym debiucie nie brakuje powolnych najazdów kamer, niemalże nieruchomych ujęć ponurych krajobrazów i długich zbliżeń na poszczególne doskonale odegrane postacie. Ale tego rodzaju narracja przeplata się z nieprzesadną dynamiką, z gwałtownymi skokami akcji, które są nie mniej intensywne, które poruszają odpowiednie struny w widzach z mocą równą tej odbieranej podczas powolniejszych wstawek. Twórcy „Super Dark Times” idealnie równoważą szybkość ze statecznością, znajdują złoty środek dla tych dwóch sposobów snucia filmowej historii, której ani na moment nie pozwalają zagubić się w tej audiowizualnej uczcie. Nie marginalizują jej, nie zaniedbują kluczowych postaci, nie odciągają uwagi widza od fabuły ani jednym elementem tej zjawiskowej warstwy technicznej, ponieważ w ich obrazie jedno jest dopełnieniem drugiego – scenariusz i realizacja to jeden organizm. Nic nie odstaje, żadna składowa tego obrazu nie czyni choćby jednego małego fałszywego kroczku w przód. Wszystko z piorunującą wręcz konsekwencją podąża ramię w ramię w kierunku, który jak podejrzewamy będzie ziszczeniem naszych złych przeczuć. Bo ze sceny na scenę nabieramy coraz większej pewności, że wkrótce wydarzy się coś okropnego, że dojdzie do tragedii większej od tej, którą zobaczyliśmy w pierwszej połowie filmu. Od tej, która wepchnęła młodych ludzi na drogę do zatracenia. Zresztą jeszcze zanim w ich życiu nastąpi ten poważny zwrot nie ma się żadnych wątpliwości, że bohaterów filmu spotka coś strasznego, że czeka ich jakaś niewysłowiona męka, bo klimat „Super Dark Times” już od pierwszej minuty seansu sugeruje to z nadzwyczajną wręcz wyrazistością.

Owen Campbell w roli Zacha, Charlie Tahan kreujący Josha, Max Talisman wcielający się w postać Daryla i Sawyer Barth jako Charlie – każdy z tych młodych aktorów wspina się na wyższe poziomy aktorstwa, każdy z rozbrajającą naturalnością wchodzi w swoją postać, każdy z ogromną starannością odzwierciedla charakter swojego bohatera. A należy tutaj zaznaczyć, że każdy z tych chłopców jest inny, charakterologie tych postaci są bardzo zróżnicowane i chociaż twórcy na pierwszym planie postawili Zacha to z całą pewnością nie można zarzucić im niechlujnego zarysowania osobowości jego kolegów. Niecieszący się dużą sympatią rówieśników Daryl zawsze ma w zanadrzu jakąś zabawną, cudaczną historyjkę bądź odzywkę, a Charlie jest typem cwaniaczka, który potrafi szybko odnaleźć się w każdej, nawet najbardziej rozpaczliwej sytuacji. Przewrażliwiony na punkcie swojego starszego brata Josh lubi się popisywać, zwracać na siebie uwagę w towarzystwie, ale patrząc na niego cały czas ma się wrażenie, że jego myśli biegną po nieznanych torach, zapuszczają się w rejony, o których nie zamierza nikomu opowiadać. Nawet swojemu najlepszemu przyjacielowi, wychowywanemu przez matkę Joshowi, który stara się tonować wybuchy Josha, postępować właściwie, odpowiedzialnie... Makabryczne wydarzenie, któremu świadkuje pewnego popołudnia zmusza go jednak do ryzykowanej reakcji, do postępku zrodzonego z potrzeby chronienia bliskiej mu osoby i w mniejszym stopniu samego siebie, do zachowania, o które nigdy by się nawet nie podejrzewał. Do czynów dyktowanych przez panikę i czyste przerażenie, desperackich kroków, ze świadomością popełnienia których będzie musiał żyć. Ale czy poradzi sobie z wyrzutami sumienia? Czy będzie w stanie dochować tajemnicy, która będzie zżerała go od środka? Czy napady obezwładniającego lęku, koszmarne sny i ciągła niepewność o swoją przyszłość będą się nasilać nieuchronnie spychając go w otchłań szaleństwa, czy może raczej z dnia na dzień będą tracić na wyrazistości? Oparciem dla Zacha w tych trudnych chwilach może być dziewczyna, w której się podkochuje (z wzajemnością) imieniem Allison, bardzo dobrze wykreowana przez Elizabeth Cappuccino. Ale istnieje również możliwość, że znajomość z nią znacznie wszystko skomplikuje, choćby z tego powodu, że jego najlepszy przyjaciel również wydaje się być nią mocno zainteresowany. Oniryczne wstawki, projekcje koszmarnych snów Zacha to małe dzieła sztuki, które wskazują na zdolność odnajdywania się twórców „Super Dark Times” także w stylistyce nastrojowego horroru. Najbardziej rzuca się to w oczy podczas pierwszej tego rodzaju sceny, wyśnionej wędrówki chłopaka po pustym, upiornie się prezentującym domostwie, pełnym zacienionych obszarów, z których w każdej chwili może wyłonić się coś strasznego. Czujemy to, przygotowujemy się na niechybne uderzenie nie jako obserwatorzy tylko uczestnicy tego wydarzenia, dzięki czemu towarzyszące nam emocje zyskują na sile. Ale nie tylko tutaj „wchodzimy skórę” którejś z postaci, we wszystkich pozostałych sekwencjach również da się to odczuć. A przynajmniej ja z łatwością „weszłam w ten obraz”, wsiąknęłam w tę opowieść, zatraciłam się w niej i w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadzało mi to, że scenarzyści sięgnęli po motywy, których nijak nie można uznać za oryginalne. Innowacyjność nie jest dla mnie ważna, a już na pewno nie wtedy, gdy mam do czynienia z tak emocjonującym portretem znanych rozwiązań fabularnych, z tak klimatycznym, doskonale zrealizowanym, wspaniale opowiedzianym obrazem, jak w tym przypadku.

Niepewność to uczucie, które dominowało we mnie podczas oglądania „Super Dark Times”. Owszem miałam swoje podejrzenia, ale to nie to samo co pewność. Kevin Phillips i jego ekipa cały czas pielęgnowali we mnie przekonanie o nieuchronności jakiejś tragedii, wręcz obezwładniali tą złowieszczą sugestią. Ale nie pozwalali mi przy tym trwać w przekonaniu, że wybrane przeze mnie źródło owego rychłego ataku okaże się właściwe. Zasiewali we mnie liczne wątpliwości, stawiali w pozycji różnych bohaterów, kazali mi spoglądać na tę opowieść z różnych perspektyw. Niezwykle wciągającą, nieprzekombinowaną opowieść, w której aż roi się od emocji. Również za sprawą genialnej wręcz realizacji – mistrzowskiej, mocno klimatycznej warstwy technicznej, której nie powstydziłby się żaden szanujący się twórca nie tylko thrillerów, ale również horrorów. Istne cudeńko, po prostu.

sobota, 9 grudnia 2017

„Nieoswojeni” (2016)

Veronica zostaje zraniona przez oślizgłe stworzenie, które od jakiegoś czasu dostarczało jej niewyobrażalnych rozkoszy. W szpitalu opatruje ją pielęgniarz Fabian, z którym Veronica szybko nawiązuje bliższą znajomość. Mężczyzna spotyka się z Angelem, mężem swojej siostry Alejandry, jednak marzy o znalezieniu w sobie siły na zakończenie tego romansu. Tymczasem Alejandra jest coraz bardziej niezadowolona ze swojego życia. Nie znajduje oparcia w mężu, coraz bardziej oddala się od niego, całą energię poświęcając na godzenie pracy z wychowywaniem dwójki dzieci. Kobieta nie zdaje sobie sprawy z preferencji seksualnych Angela, nie wie, że mąż zdradza ją z jej własnym bratem. Nabierze pewności, że mąż coś przed nią ukrywa dopiero po tragedii, która niedługo nastąpi. Wówczas doświadczy bolesnej straty, ale też dostanie szansę na całkowitą zmianę swojego życia.

„Nieoswojeni”, koprodukcja meksykańsko-duńsko-francusko-niemiecko-norwesko-szwajcarska, została wyreżyserowana przez Amata Escalante. Urodzonego w Hiszpanii, ale posiadającego meksykańskie obywatelstwo twórcy między innymi takich obrazów, jak „Krew” (2005) i „Heli” (2013). Za „Nieoswojonych” Escalante otrzymał Srebrnego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji i zebrał mnóstwo pochwał od dużej części odbiorców rzeczonego filmu, z wieloma krytykami włącznie. Scenariusz „Nieoswojonych” Escalante napisał we współpracy z Gibranem Portelą, łącząc w nim stylistykę dramatu i body horroru / horroru science fiction.

Scena pierwsza. Widzimy nagą kobietę (debiutującą Simone Bucio) zaznającą cielesnych rozkoszy. Wygląda to tak jakby się masturbowała, ale gdy kamera się oddala naszym oczom ukazuje się oślizgła macka wypełzająca z jej krocza... Już widzę ten zachwyt odmalowujący się na twarzach miłośników body horrorów podczas tej krótkiej sekwencji (a zwłaszcza jej finalizacji). Nie muszę zresztą wysilać wyobraźni – wystarczy, że przypomnę sobie stan, w jaki sama wówczas wpadłam. Sugestia, że w moje ręce trafił body horror, film z uwielbianego przeze mnie nurtu horroru, na dodatek ewidentnie zaniedbywanego przez współczesnych filmowców, była tak silna, że z ogromnym zapałem przystąpiłam do śledzenia rozwoju fabuły „Nieoswojonych”. Wyobraźcie więc sobie moje rozczarowanie, gdy wreszcie dotarło do mnie, że Amat Escalante wcale nie chciał kręcić czyściutkiego reprezentanta tego nurtu. Więcej miejsca zajmowała płaszczyzna dramatyczna, a elementy, które można przypisać do wspomnianego nurtu kina grozy i/lub rasowego horroru science fiction o pozaziemskiej istocie, te rzadkie odskocznie, w mojej pamięci na pewno się nie zadomowią. Amat Escalante nie jest Davidem Cronenbergiem, ani Andrzejem Żuławskim, z „Opętania” którego, jak podejrzewam, zapożyczał. Nie jestem pierwszą osobą, która zauważyła fabularną zbieżność pomiędzy tymi dwiema produkcjami i najpewniej nie ostatnią, bo podobieństwo, aż nadto rzuca się w oczy. W tekście, nie w wykonaniu – prawdziwą zbrodnią byłoby wszak utrzymywanie, że niniejszy twór Escalante choćby zbliżył się do jakości „Opętania” Żuławskiego. Koncepcja scenarzystów, owszem, miała w sobie pewien potencjał. Kiedy już widz zorientuje się w sytuacji, rozezna w relacjach pierwszoplanowych postaci, prawdopodobniej zapragnie dowiedzieć się, do czego to doprowadzi. Nie mam jednak pewności, czy absolutnie każdy, kto zaryzykuje seans „Nieoswojonych” będzie w większym stopniu zaciekawiony niźli zmęczony tą opowieścią. Twórcy snują bowiem swoją historię w tak nieprzystępny sposób, z tak agresywnym zacięciem artystycznym, że musiałam się naprawdę nielicho napracować, żeby znaleźć z nimi wspólny rytm. Ogromnie mnie to zmęczyło i na dodatek nagrodą za moje starania wcale nie było całkowite wsiąknięcie w fabułę tego filmu. Ta sztuka mi się nie udała. Po bardzo obiecującym zakończeniu prologu przychodzi czas na narracyjny chaos – wyrywki z życia kilku osób podane w iście niezsynchronizowanym stylu. Długie, powolne najazdy kamer, które miały tworzyć poczucie intymności i intensyfikować złowróżbne doznania nic tylko nudzą. Chociaż w jednej z początkowych sekwencji z tego marazmu wyrwały mnie dudniące dźwięki sugerujące nieuchronne zbliżanie się jakiegoś zagrożenia. Zaraz potem nastąpił jednak gwałtowny przeskok w inne miejsce i od tego momentu byłam raczona nieudolnie posklejanymi praktycznie beznamiętnymi przestojami z nazbyt rozpędzonymi sekwencjami i nierzadko ucinanymi w najciekawszych chwilach. Scenarzyści domykają te nagle przerwane wątki trochę później, z czego wnoszę, że zależało im na suspensie, ale nadrzędną emocją, którą każdorazowo przynosił mi ten zabieg była skrajna irytacja. Zniechęcenie narastało, zmęczenie zresztą również, a o tym, że oglądam film z elementami horroru przypominały mi jedynie niektóre wstawki z udziałem enigmatycznej Veronicy. Jeszcze wówczas pozbawione dosadności, polegające na zasiewaniu w widzach przeczucia, że znajomość z nią nie wyjdzie pozostałym bohaterom „Nieoswojonych” na dobre. Wiemy bowiem, że Veronica skrywa przed światem mroczną tajemnicę. I wszystko wskazuje na to, że zdecydowała się wtajemniczyć w nią pewne nieświadome zagrożenia osoby.

Uzależnienie od cielesnych przyjemności tak silne, że jest się gotowym zaryzykować bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny. Hedonistyczne szaleństwo, które może, ale nie musi, okazać się zbawienne dla cierpiących jednostek. Dla osób przytłoczonych codziennością, egzystencją pozbawioną perspektyw, ludzi przechodzących fizyczne i psychiczne katusze, tęskniących za odrobiną przyjemności i beztroski, których nie potrafią już odnaleźć w ramionach innego człowieka. Brzmi ciekawie, prawda? Jestem przekonana, że David Cronenberg z takiej podstawy zrobiłby istną perełkę, Amat Escalante stworzył natomiast zwyczajną wydmuszkę. On i jego ekipa skoncentrowali się na tworzeniu specyficznego opakowania dla tej historii. Tak usilnie starali się nadać temu artystyczne rysy, że co chwilę ogarniało mnie przeświadczenie, że zapominają o fabule. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wnętrze „Nieoswojonych” nie jest dla nich tak ważne, jak cała ta ewidentnie przedobrzona otoczka. „Przedobrzona”, bo w moich oczach prezentowało się to tak jakby filmowcy walczyli z sobą, jakby zaślepiła ich obsesja stworzenia czegoś nietuzinkowego, czegoś wielce kunsztownego, będącego istną ucztą dla oczu największych koneserów ambitnego kina. I może rzeczywiście rzeczona grupa osób poczuje się mile połechtana takim podejściem do procesu tworzenia. Mnie drażniły te „siłowe rozwiązania”, komplikowanie tego, co powinno być proste, udziwnianie dla samego udziwniania i doprawdy żałosne próby szokowania rozpasaniem seksualnym – heteroseksualizm, homoseksualizm, masturbacja, spółkowanie różnych gatunków zwierząt i współżycie człowieka z oślizgłym stworem z ogromnymi mackami. Wygenerowanym komputerowo i jak na moje oko niezbyt realistycznie. Niewykluczone, że filmowcy inspirowali się prozą H.P. Lovecrafta, bo w końcu to o jego twórczości najpierw się myśli, gdy widzi się na ekranie (albo kartach książki) ogromne macki potwora. Ale nawet jeśli scenarzyści i twórcy efektów specjalnych w jakimś tam zakresie czerpali z jego dokonania to nie sądzę, żeby tak mało realistyczny wygląd ich monstrum w pełni usatysfakcjonował miłośników mitologii Cthulhu. Niemniej wątek zdradzania żony z jej bratem muszę pochwalić, nawet jeśli sposób w jaki został wyłuszczony chwilami niemalże wyprowadzał mnie z równowagi, bo przez długi czas tylko on zatrzymywał mnie przed ekranem. Byłam zwyczajnie ciekawa, jak rozwinie się ta niezbyt często spotykana, w pewnym sensie zagmatwana i bez wątpienia dramatyczna sytuacja.

Z trudem, ale dotrwałam do napisów końcowych, a wziąwszy pod uwagę fakt, że nie zawsze mi się to udaje ten fakt może przemawiać na korzyść „Nieoswojonych” Amata Escalante. Na małą, ale zawsze. Ale ile się musiałam nacierpieć, żeby tego dokonać, jaki wysiłek w to włożyć, to już inna sprawa. Naprawdę to była niemalże nieustająca walka z samą sobą, heroizm w najczystszej postaci tylko po to, żeby poznać zakończenie tej historii. Po to, aby dowiedzieć się, w jakim punkcie ostatecznie znajdą się bohaterowie pewnej niepospolitej sytuacji. A gdy wreszcie się tego doczekałam przeklinałam chwilę, w której zdecydowałam się na seans „Nieoswojonych”. Kino absolutnie nie w moim guście, ale do wielu osób trafia, więc może coś w nim jest. Jakaś znakomitość, której ja zwyczajnie nie dostrzegam...

czwartek, 7 grudnia 2017

„W oczekiwaniu na atak” (2005)

Grupa studentów archeologii znajduje w lesie jaskinię z prehistorycznymi malunkami na ścianach. Zaraz po ich odkryciu zostają zaatakowani przez bestię, która przez ostatnie kilkaset lat była uwięziona w tym miejscu, a teraz wreszcie może posmakować wolności. Mijają dwa miesiące. Strażniczka leśna, Danielle St. Claire, oddaje się rozpaczy po śmierci swojej najlepszej przyjaciółki, Julie Cassidy, w wypadku samochodowym. Nadużywa alkoholu, większość czasu spędzając w swojej kwaterze na wieżyczce obserwacyjnej w towarzystwie gadającej papugi. Unika kontaktów ze znajomymi, dlatego nie jest zachwycona odwiedzinami podkochującego się w niej kolegi z pracy, Justina Rawleya. W nocy oboje zostają zaskoczeni przez jakieś stworzenie, które wykazuje się dużą inteligencją i nie jest przyjaźnie nastawione do rasy ludzkiej. Danielle i Justin zostają przez nie uwięzieni w głuszy bez możliwości wezwania wsparcia.

Pierwszy scenariusz „W oczekiwaniu na atak” powstał na długo przed realizacją filmu. Ponoć napisano go już w latach 70-tych XX wieku, a pomysłem Richarda Christiana Mathesona i Thomasa Szollosiego był zainteresowany sam Tobe Hooper. Ostatecznie scenariusz został zakupiony przez Stephena J. Cannella, który następnie wprowadził do niego kilka zmian. Reżyserią zajął się Steven R. Monroe (m.in. „Ultimatum”, dwie części „Bez litości” i „Egzorcyzmy Molly Hartley”), a budżet jego produkcji szacuje się na milion dwieście tysięcy dolarów. Film nakręcono w 2004 roku, a w 2005 rozpoczęła się dystrybucja na DVD.

„W oczekiwaniu na atak” to osadzony w leśnej scenerii monster movie, do którego zdążyło już przylgnąć określenie pochodnego „Smakosza” Victora Salvy. Głównie przez podobieństwo czarnych charakterów, szczególnie rzucające się w oczy podczas rozpościerania przez nich skrzydeł. Oblicze antagonisty „W oczekiwaniu na atak” co poniektórym również może nasunąć skojarzenia ze „Smakoszem”, choć dużym przekłamaniem byłoby utrzymywanie, że porwano się tutaj na identyczną charakteryzację stwora. Poza tandetnym wklejaniem w tło „unoszącego się w powietrzu” potwora efekty specjalne nie rażą sztucznością, aczkolwiek mam wątpliwości, czy tak samo będą się na to zapatrywały osoby wychowane na efektach komputerowych. Twórcy „W oczekiwaniu na atak” postawili bowiem na praktyczne atrakcje i to nie tylko w wyglądzie potwora. Oślizgły, gumowy kostium, trochę fizycznie obecnej na planie substancji udanie imitującej krew i całkiem realistycznie zrobione rany zadane nieszczęsnym ofiarom pradawnego stwora grasującego w leśnej głuszy. Komputer nie był twórcom tych dodatków do niczego potrzebny, co niezmiernie mnie ucieszyło. Aczkolwiek do pełni satysfakcji brakowało przesunięcia tego bliżej ekstremum, tak aby sceny mordów, zdjęcia okaleczonych zwłok i przede wszystkim sam stwór wywoływały we mnie ogromny niesmak, bo choć na brak autentyzmu nie narzekałam to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że filmowcy wzdragali się przed pójściem na całość. Tak jakby nie chcieli zaszokować odbiorców, jakby ich zamiarem nie było wywoływanie mdłości, chociaż to co pokazali w kilku migawkach dało mi powody sądzić, że posiadali odpowiedni warsztat do przekazywania właśnie takich emocji oglądającym. Główna rola przypadła w udziale Cerinie Vincent („Śmiertelna gorączka”, „Powrót do domu na Przeklętym Wzgórzu”), która, i tutaj bez zaskoczenia, bardzo dobrze wywiązała się ze swojego zadania, a akurat z mojego punktu widzenia nie miała zbyt łatwo. Horrory o różnego rodzaju stworzeniach polujących na pozytywnych bohaterów na obszarach niezabudowanych ogląda mi się lepiej, gdy na pierwszym planie stoi jakaś charyzmatyczna, dobrze odegrana postać, której chce się kibicować. Strażniczka leśna, Danielle St. Claire, to kobieta po przejściach, powoli osuwająca się w otchłań alkoholizmu. Starająca się w ten sposób stłumić smutek trawiący ją od wypadku samochodowego z jej udziałem, w którym życie straciła jej najlepsza przyjaciółka, Julie Cassidy. To kobieta izolująca się od świata w swojej wieżyczce obserwacyjnej otoczonej gęstym lasem, która stara się (bezskutecznie) ukryć przed swoim przełożonym to, że coraz częściej wypełnia swoje zawodowe obowiązki w stanie nietrzeźwym. Portret głównej bohaterki nie jest oryginalny, warstwa obyczajowa zbudowana wokół tej postaci nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, ale ten wybór przysłużył się opowieści. Zwłaszcza pierwszoplanowej postaci, bo w głównej mierze dzięki niemu, dzięki tak przystępnemu omówieniu tragedii z jej niedalekiej przeszłości i wystarczająco empatycznemu podejściu do jej aktualnego złego stanu, będącego następstwem niedawnej traumy, scenarzystom udało się tchnąć duszę w Danielle St. Claire. Główna bohaterka „W oczekiwaniu na atak”, głównie dzięki temu (acz kreacja Ceriny Vincent też miała w tym swój udział) nie wydawała mi się papierowa, nie patrzyłam na nią jak na kompletnie wyzutą z indywidualności, nijaką kobietkę i ani przez moment nie ogarnęło mnie takie zniechęcenie do jej osoby, żeby jej los był mi zupełnie obojętny. Jej i papugi imieniem Hoppy. Gadającego ptaka (głosu użyczył Michael Bell) towarzyszącego głównej bohaterce, który znakomicie sprawdza się jako system wczesnego ostrzegania, zawsze służy radą, acz niekoniecznie możliwą do wykonania w tych okolicznościach („chcę do domu”) i zawsze jest chętny do konwersacji ze swoją właścicielką. Horror „W oczekiwaniu na atak” bez papugi mocno by zubożał, bez niej emocje byłyby zdecydowanie słabsze, zwłaszcza w dalszych partiach seansu, UWAGA SPOILER kiedy to przyszło mi zastanawiać się nad jej losem. Ale na szczęście domknięto ten wątek – dzięki temu nie musiałam jeszcze długo po projekcji gryźć się z pesymistycznymi myślami o jej samotności bądź śmierci. Głupie wiem, ale zawsze tak działa na mnie zakończenie udziału zwierzęcia na porzuceniu go przez filmowego bohatera (albo na ucieczce kochanego stworzonka) KONIEC SPOILERA
 
Steven R. Monroe i jego ekipa całkiem profesjonalnie podeszli do realizacji „W oczekiwaniu na atak”, choć po tylu miażdżąco negatywnych opiniach krążących w Sieci można się spodziewać kompletnej amatorszczyzny. Szczerze mówiąc to myślałam, że będę miała do czynienia z czymś emanującym nieporównanie większą taniochą. Przygotowałam się nawet na pokaźną dawkę kiczu, aczkolwiek w nadziei, że będzie to tego rodzaju kicz, do którego mam dużą słabość - przedobrzone praktyczne efekty specjalne podlane sporą ilość substancji niezbyt dobrze imitującej krew. Byłam niemalże przekonana, że sięgam po horrorek z mnóstwem błędnie wykadrowanych i źle oświetlonych zdjęć, a tymczasem dostałam całkiem solidną warstwę techniczną, w której brakowało mi jedynie większej staranności w intensyfikowaniu napięcia podczas sekwencji zwiastujących rychły atak morderczej bestii. Rozciągnięcie w czasie tych scen i okraszenie ich lepszą, szarpiącą nerwy ścieżką dźwiękową (w ucho wpadały tylko ballady rozbrzmiewające co jakiś czas podczas innych wydarzeń) najpewniej pozwoliłyby mi śledzić losy bohaterów z dużo większym napięciem. Migawkowe subiektywne filmowanie (z punktu widzenia potwora) i kontrolowane, nie wynikające z warsztatowych niedociągnięć operatorów tylko w pełni przemyślane, rozedrganie obrazu podczas niektórych scen z udziałem bestii, znacznie uatrakcyjniały te wstawki. Podkreślały ich złowieszczo-tragiczny wydźwięk, ale nie były w stanie zbudować autentycznie przygniatającego napięcia. Monster movie podany w survivalowej konwencji, rozgrywający się w malowniczej, acz jednocześnie emanującej złowróżbną posępnością leśnej scenerii, aż prosił się o staranniejsze, zdecydowanie dłuższe budowanie napięcia. O rozszerzenie sekwencji z udziałem bestii wówczas jeszcze skrywanej przed wzrokiem widza, rozciągnięcie w czasie scen sugerujących obecność jakiejś przyczajonej grozy i nadanie temu wszystkiemu potężniejszej wrogości. Bo same zdjęcia do najmniej klimatycznych na pewno nie należą – twórcy w nocy całkiem sprawnie operują mrokiem, a zdjęciom nakręconym za dnia nadają sporo ponurości, a i poczucie wyalienowania powstałe dzięki oddalonemu od cywilizacji miejscu akcji, pielęgnowane w nas przez operatorów i oświetleniowców, znacznie wzbogaca aurę spowijającą tę opowieść. Ucieszyło mnie również to, że scenariusza nie sprowadzono do chaotycznych pogoni za główną bohaterką po ciemnym lesie, że przeplatano je z innymi wydarzeniami, także z udziałem innych aktorów. Bo wątpię, żeby samotne (prawie, bo przecież nie można zapominać o papudze) zmagania z potworem prowadzącym okrutne gierki zdołały podtrzymać moje zainteresowanie.

Fanom monster movies i survivali ośmielę się polecić „W oczekiwaniu na atak”, aczkolwiek z zastrzeżeniem, że nie jest to jakieś przełomowe, całkowicie pozbawione mankamentów dziełko. I zdecydowanie nie jest to pozycja przeznaczona dla osób, dla których czas przeznaczony na film bez efektów komputerowych jest czasem straconym. Sympatycy praktycznych efektów specjalnych, umiarkowanie krwawych rąbanek z aktorami odzianymi w gumowate kostiumy wyobrażające różnego rodzaju bestie oraz fani w miarę klimatycznych horrorów rozgrywających się w leśnej scenerii prędzej przekonają się do tej produkcji. Nie gwarantuję, że wszyscy i nie twierdzę, że ich satysfakcja na pewno będzie pełna, ale wydaje mi się, że dla części z nich seans „W oczekiwaniu na atak” okaże się całkiem niezłą formą spędzenia odrobiny wolnego czasu.

wtorek, 5 grudnia 2017

Jorn Lier Horst „Gdy morze cichnie”

Komisarz William Wisting jako jedyny przebywa w komendzie policji w momencie, gdy w aptece w Stavern rozlega się alarm. Policjanci z drogówki w tym czasie przebywają po drugiej stronie fiordu, badając miejsce, w którym niedawno doszło do pożaru domku letniskowego. Wisting decyduje się więc sam to sprawdzić. Na schodach apteki w Stavern znajduje postrzelonego, nieprzytomnego mężczyznę, którego nie jest w stanie zidentyfikować. Ranny zostaje przetransportowany do szpitala, a komisarz Wisting i jego zespół rozpoczynają kolejne śledztwo. Niedługo potem w zgliszczach domku letniskowego zostają odnalezione zwęglone ludzkie szczątki, a jeszcze później nieopodal brzegu pojawia się opuszczony jacht ze śladami krwi na pokładzie. Śledczy podejrzewają, że te trzy sprawy łączą się ze sobą. Wiele wskazuje na to, że mają do czynienia z czymś zakrojonym na szerszą skalę niż zazwyczaj, ale ich przełożona nie widzi potrzeby nadania ich dochodzeniu priorytetu, przez co muszą radzić sobie bez stosownego wsparcia.

„Gdy morze cichnie” to trzecia część kryminalnej serii o komisarzu Williamie Wistingu pióra Norwega Jorna Liera Horsta. W Polsce jak dotąd ukazały się tomy od jeden do trzy, od sześć do dziesięć oraz prequel zatytułowany „Gdy mrok zapada”. Ale rzeczona literacka seria jak na razie składa się z jedenastu tomów. I najpewniej jeszcze się rozrośnie, Horst bowiem z dużą częstotliwością wypuszcza kolejne części swojego opus magnum. Czemu trudno się dziwić, wziąwszy pod uwagę ilu fanów zaskarbił mu ten projekt. I to nie tylko w jego rodzimej Norwegii – między innymi także w Polsce. 
 
W „Kluczowym świadku”, pierwszej części swojej serii o komisarzu Williamie Wistingu (i innych), Jorn Lier Horst stawiał na prostotę. Zaprezentował swoim czytelnikom zainspirowaną prawdziwymi wydarzeniami sprawę w sposób, który nasuwał mi na myśl „starą szkołę kryminału” - bez większych komplikacji, licznych rozgałęzień, które to wymuszają na czytelnikach dużą podzielność uwagi. Każą im podążać kilkoma ścieżkami w poszukiwaniu zarówno punktów stycznych, jak i winnego zbrodni. W drugim tomie „Felicia zaginęła” Horst porzucił tę maksymalnie uproszczoną konstrukcję, wchodząc na bardziej preferowane przez autorów współczesnych kryminałów obszary. Intryga przedstawiona na kartach „Felicia zaginęła” okazała się dużo bardziej skomplikowana od tej nakreślonej w „Kluczowym świadku”. A w tomie trzecim, „Gdy morze cichnie”, Jorn Lier Horst pozostaje przy stylu obranym w drugiej odsłonie dziejów komisarza Williama Wistinga. Nie wraca do, jak ja to nazywam, „starej szkoły kryminału”, ale też jeszcze nie pokazuje najbardziej złożonej zagadki kryminalnej w całej swojej pisarskiej karierze (odsyłam do „Psów gończych” i „Ślepego tropu”). Tak jak w „Felicia zaginęła” Horst decyduje się utrudnić odbiorcom proces dochodzenia do prawdy rozgałęzianiem śledztwa prowadzonego przez komisarza Williama Wistinga z Wydziału Śledczego w Larviku. Zaczyna od postrzelonego mężczyzny znalezionego na schodach apteki w Stavern, w której wybito szybę, najpewniej w celu uaktywnienia alarmu. Wygląda więc na to, że ktoś chciał, aby ranny został odnaleziony, ale z jakiegoś powodu osoba ta wolała pozostać anonimowa. Czyżby więc nieznany mężczyzna z obficie krwawiącą raną brzucha został położony przed apteką przez osobę, która go zraniła? Czy William Wisting i jego zespół mają w takim razie do czynienia z ofiarą zwykłego wypadku? Komisarzowi wydaje się, że nie jest to takie proste. Bierze pod uwagę nieudaną próbę zabójstwa wbrew przekonaniu swojej przełożonej. Tuż po rozpoczęciu śledztwa zostaje wezwany do kolejnych zwłok. Zwęglonych szczątków niezidentyfikowanego człowieka, ofiary pożaru, który wybuchł w innej części miasta tego samego wieczora, w którym odnaleziono postrzelonego mężczyznę. Ślady znalezione nieopodal spalonego domku letniskowego mogą świadczyć o tym, że obie te sprawy się ze sobą łączą. Jakby tego było mało wkrótce zespół Wistinga musi zająć się opuszczonym jachtem, na pokładzie którego widnieją ślady krwi i który prawdopodobnie ma jakiś związek z dwiema prowadzonymi już przez nich sprawami. W każdym razie komisarz patrzy na te dochodzenia, jak na fragmenty jednej układanki – traktuje je jak jedną sprawę, pomimo niemożności podparcia swoich przypuszczeń twardymi dowodami. Ranny mężczyzna, zwęglone zwłoki i opuszczony jacht. Co może łączyć te tak różne sprawy? Jakiż ciąg wydarzeń doprowadził do tej sytuacji? I przede wszystkim kto to wszystko zainicjował? William Wisting i jego zespół dostają więcej pytań niż odpowiedzi, a na domiar złego ich przełożona stara się to bagatelizować. Czy jest możliwe, że ludziom z wyższych szczebli dowodzenia zależy na „ukręceniu łba” tej sprawie? Na tym, aby uniemożliwić śledczym i dziennikarzom dojście do prawdy? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają majętny przedsiębiorca, właściciel baru z kebabem, rozchwytywany prawnik i właściciel spalonego domku letniskowego?

Jorn Lier Horst ma w zwyczaju konfrontować swoich czytelników z cała paletą teorii, z których to żadnej przez długi czas norwescy śledczy nie są w stanie podeprzeć twardymi dowodami. Dostajemy jedynie poszlaki, które można dopasować do najprzeróżniejszych hipotez, przy czym żadna nie daje odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania. Zawsze coś nie pasuje. Albo zostaje nam element (często nie jeden), dla którego nie znajdujemy miejsca w tej układance, albo brakuje nam ważnych fragmentów całości. To strasznie frustrujące i jednocześnie wręcz zmuszające do podwojenia wysiłków w swoim dążeniu do rozwiązania zagadki. Odbiorcy kryminałów na ogół starają się wyprzedzać śledczych, przewidywać ich kolejne posunięcia i przemyślenia na temat danej sprawy i przede wszystkim znajdować winnego przed nimi. Już samo znalezienie powiązań pomiędzy nakreślonymi przez Horsta wątkami i odnalezienie najbardziej prawdopodobnych odpowiedzi na niezliczone pytania, nastręczają niemałych trudności. Ale jeszcze trudniejsze okazują się próby dochodzenia do innych, jeszcze niezbadanych przez Williama Wistinga i jego zespół, terenów. Każdy, kto zdążył się już zapoznać z paroma tomami wchodzącymi w skład tej serii najpewniej cały czas będzie brał pod uwagę możliwość rychłego wkroczenia dochodzenia na tory zupełnie odmienne od tych, po których wcześniej poruszali się norwescy policjanci. Będzie domniemywał, że wkrótce autor przedstawi mu nową teorię, ale choćby nawet na długo przez bohaterami powieści zaczął poddawać dowody innej, mniej oczywistej interpretacji to prawdopodobnie i tak nie zapuści się na te obszary, na które w końcu wkroczy autor „Gdy morze cichnie”. Horst popełnia jednak kardynalny błąd w przypadku tożsamości UWAGA SPOILER jednego ze sprawców, ponieważ dopuszcza się tutaj drobnego oszustwa, polegającego na tym, że przez większą część lektury w ogóle nie wspomina o tej osobie. Jego nazwisko wypływa dopiero wówczas, gdy staje się jasne z jakim charakterem zbrodni mamy do czynienia, czytelnik nie ma więc absolutnie żadnych szans na wcześniejsze wytypowanie tej postaci. Horst stawia odbiorcę na straconej pozycji, nie daje żadnego punktu zaczepienia, a więc w tym jednym przypadku gra bardzo nieczysto KONIEC SPOILERA. Ale w pozostałych aspektach tej intrygi Horst zachowuje uczciwość względem czytelnika – jak już wiemy, które terytorium należy zbadać uświadamiamy sobie, że już wcześniej sygnalizowano nam taki obrót spraw. Wystarczyło tylko wrzucone przez Horsta dowody odpowiednio zinterpretować... „Tylko” haha, gdyby to było takie proste... Na koniec jeszcze jedna ważna informacja dla fanów opus magnum Jorna Liera Horsta. W „Gdy morze cichnie” córka głównego bohatera, Line Wisting, wreszcie pojawia się w mieście i bierze udział (niewielki, ale zawsze) w toczącym się dochodzeniu. A ściślej w charakterze dziennikarki na zastępstwie w „Ostlands-Posten” zajmuje się między innymi sprawą prowadzoną przez jej ojca.

„Gdy morze cichnie” poziomem dorównuje „Felicia zaginęła”. Jorn Lier Horst nie obniża formy w stosunku do poprzedniego tomu, dzięki czemu w moim mniemaniu również ta powieść przebija część pierwszą, czyli „Kluczowego świadka”. Ale nie jest to jeszcze taki kunszt, jaki fani jego twórczości mieli okazję zaobserwować w niektórych jego późniejszych publikacjach. „Psów gończych” i „Ślepego tropu”, „Gdy morze cichnie” nie przebija. Niemniej w mojej ocenie pozostaje dobrym kryminałem, kawałkiem naprawdę niezłej skandynawskiej prozy. W sam raz dla miłośników gatunku.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 3 grudnia 2017

„Better Watch Out” (2016)

Przed Świętami Bożego Narodzenia siedemnastoletnia Ashley spędza jeden wieczór w domu państwa Lernerów. W czasie ich nieobecności opiekuje się ich dwunastoletnim synem Lukiem, którym w przeszłości wielokrotnie się już zajmowała. Chłopak od jakiegoś czasu podkochuje się w swojej opiekunce i ma nadzieję, że przed przeprowadzką Ashley do innego miasta uda mu się zdobyć jej serce. Wkrótce oboje stają się celem jednego bądź kilku niezidentyfikowanych napastników, którzy informują ich, że każda próba ucieczki doprowadzi do ich śmierci. Ashley stara się ochronić swojego podopiecznego i jego najlepszego przyjaciela Garretta i znaleźć sposób na zawiadomienie policji. Luke z kolei stara się zapewnić ochronę swojej ukochanej. Chłopak nie zamierza poddawać się presji, biernie czekając na śmierć. Ale już niebawem sytuacja znacznie się skomplikuje...

Reżyser australijsko-amerykańskiego thrillera z pastiszowym zacięciem zatytułowanego „Better Watch Out”, Chris Peckover, nie może się pochwalić dużym doświadczeniem w tym fachu. W 2007 roku wyreżyserował dziewięciominutowy filmik pt. „Alive and Well”, a trzy lata później ukazał się jego pełnometrażowy horror „Undocumented”. I to tyle, aż do września 2016 roku, kiedy to na Fantastic Fest po raz pierwszy wyświetlono „Better Watch Out”. Najnowszy film Chrisa Peckovera, którego scenariusz napisał wespół z Zackiem Kahnem krążył po różnych festiwalach, aż do drugiej połowy 2017 roku, kiedy to trafił do szerszego obiegu.

Spokojne przedmieścia pokryte grubą warstwą śniegu. Świąteczne dekoracje i takież utwory w paru momentach rozbrzmiewające w tle. Przytulne, także przyozdobione stosownie do okazji wnętrze domu Lernerów, w którym siedemnastoletnia Ashley spędza wieczór w towarzystwie dwunastoletniego syna gospodarzy Luke'a. „Better Watch Out” już pierwszymi ujęciami wprowadza widza w atmosferę Świąt Bożego Narodzenia, podszytą napięciem, którego źródła nie sposób odnaleźć. Niemałym napięciem, które zaskakuje z powodu dowcipnej tonacji, w którą scenariusz Chrisa Peckovera i Zacka Kahna nierzadko wpada. I żywych, zróżnicowanych barw oddających ducha Świąt Bożego Narodzenia i jakimś niepojętym dla mnie sposobem niezwykle pomocnych w budowaniu złowrogiej aury otaczającej dwójkę głównych bohaterów. Ashley jest cieszącą się dużym powodzeniem u płci przeciwnej, wygadaną i zadziorną nastolatką, która szybko zyskała moją sympatię. Do czego w równym stopniu przyczyniła się jej ciekawa osobowość, jak i doskonała kreacja aktorska Olivii DeJonge, która wystąpiła między innymi w „Wizycie” M. Nighta Shyamalana. W tamtym obrazie w jej filmowego brata wcielił się Ed Oxenbould, którego to także zobaczymy w „Better Watch Out” w roli najlepszego przyjaciela Luke'a, Garretta. Jemu również nie mogę niczego zarzucić, ale najjaśniej błyszczącą gwiazdą tego obrazu jest bez wątpienia Levi Miller, który z zachwycającą lekkością, zdumiewającą wręcz naturalnością „wszedł w skórę” dwunastoletniego Luke'a Lernera. Solidna obsada to tylko jeden z rozlicznych plusów tej produkcji. Nawet nie największy, bo to wyróżnienie moim zdaniem należy się fabule „Better Watch Out”. Opiekunka do dziecka, telefony od nieznanego mężczyzny, który najpewniej obserwuje nastolatkę i jej podopiecznego to wyraźny ukłon w stronę konwencji, której czołowym przedstawicielem jest „Kiedy dzwoni nieznajomy” Freda Waltona. Scenarzyści omawianego filmu szybko nadają mu kierunek, który mnie osobiście napełnił ogromnym lękiem o ten do tej pory bardzo obiecujący materiał. Gdy pierwszoplanowi bohaterowie zostają napadnięci przez jednego bądź kilku zamaskowanych mężczyzn, kiedy zostają zmuszeni do ukrywania się w przestronnym domostwie, widza ogarnia przeświadczenie, że ma do czynienia z kolejnym thrillerem z nurtu home invasion. Dla jednych będzie to dobra wiadomość, ale mnie już tak zmęczyły tego typu filmy, że w tamtym momencie nie byłam pewna, czy uda mi się dotrwać do napisów końcowych. Jedynym miłym dla oka dodatkiem był dla mnie zabieg, który zaserwowano także w „Krzyku” Wesa Cravena. Wcześniej, gdy Ashley i Luke oglądają horror, dziewczynę zdumiewa głupota jednej z jego bohaterek – dziwi się, że kobieta ucieka przed mordercą na strych, ale potem, kiedy sama znajduje się w sytuacji zagrożenia życia robi dokładnie to samo. W „Krzyku” była mowa o uciekaniu na piętro, nie na strych, ale zasada jest taka sama – twórcy próbują nam przez to powiedzieć, że niektóre posunięcia postaci ściganych przez slasherowych morderców wydają się być kompletnie nielogiczne do czasu, aż sami znajdziemy się w podobnym położeniu. Wówczas prawdopodobnie będziemy zachowywać się dokładnie tak samo. Wspomniany zabieg nie osłabił jednakże rozczarowania, które ogarnęło mnie z chwilą wejścia w konwencję home invasion. Nawet obrzydliwe pająki przemykające po twarzy Ashley nie były w stanie na nowo rozniecić we mnie entuzjazmu. Ogarnęło mnie zniechęcenie, które ni z tego, ni z owego, tak nagle, że odebrałam to nieomalże jak silne uderzenie w twarz, zostało wyparte przez najczystszy zachwyt.

Twórcy „Better Watch Out” porywają się tutaj na coś, co mogliśmy już zobaczyć, choćby w „Psychozie” Alfreda Hitchcocka. Tak samo, jak przed kilkudziesięcioma laty niekwestionowany mistrz filmowego dreszczowca wzorujący się wówczas na Robercie Blochu (autorze literackiego pierwowzoru filmowej „Psychozy”) zaserwował widzom pierwszy gwałtowny zwrot akcji na długo przed finałem, tak samo twórcy omawianego obrazu detonują pierwszą i moim zdaniem najpotężniejszą podwójną bombę zaraz po zawiązaniu akcji filmu. Chris Peckover i Zack Kahn bawią się znanymi konwencjami przede wszystkim thrillera, ale i fani slasherów powinni znaleźć tutaj kilka skrętów w stronę ich ulubionego nurtu horroru. A czynią to z taką naturalnością, tak płynnie i w tak zaskakującym stylu wchodząc w kolejne motywy, że nawet przez chwilę nie ma się wrażenia odchodzenia od logicznej sekwencji zdarzeń, siłowego wplatania w scenariusz, czegoś co nijak nie wpasowuje się w wydarzenia, które mieliśmy okazję zobaczyć chwilę wcześniej. Scenarzyści „Better Watch Out” nie serwują nam takiego zwrotu akcji, jak w „Psychozie”, sięgają po zupełnie inny wątek na moment nadający akcji nowy bieg, aczkolwiek i tak nie jest on ich własnym pomysłem. Zaraz po nim, bez chwili zwłoki, wchodzą na jeszcze inne, acz także dobrze znane fanom thrillerów tory. Wybierają jeden z szablonów, który w dziejach kina był już wykorzystywany wielokrotnie, który można uznać za jedną z bardziej wyeksploatowanych konwencji filmowego thrillera. Tak, niezmiernie zaskakują czymś, co niejednokrotnie widzieliśmy już na ekranie , a jeszcze bardziej zdumiewają zdolnością budowania i intensyfikowania napięcia w opowieści, w której uwidacznia się sporo humorystycznych akcentów. To znaczy coś, co powinno śmieszyć (dziwaczne triumfalne tańce jednej z postaci, dowcipne kwestie rzucane od czasu do czasu przez bohaterów filmu etc.) twórcy „Better Watch Out” przedstawiają tak, że nawet jeśli na naszej twarzy wykwitnie na moment lekki uśmieszek to będzie on doprawiony goryczą. Wesołość jeśli już się pojawi będzie miała gorzki posmak, ponieważ ani na chwilę nie opuści nas pewność, że wszystko to zmierza do tragicznego końca. Że życie pozytywnych bohaterów tego filmu niedługo zostanie im odebrane, przedtem jednak będą musieli przejść przez istny koszmar, w którym widać UWAGA SPOILER inspirację komedią „Kevin sam w domu”. Kilka przemyślanych nawiązań do tego obrazu oddanych w mocniejszym stylu KONIEC SPOILERA. Nie radzę jednak nastawiać się na mocno drastyczne kino, na solidną dawkę gore, bo w aż takie skrajności twórcy „Better Watch Out” na pewno nie wpadają. Bo i nie muszą posiłkować się odstręczającymi efektami specjalnymi, żeby dosłownie zelektryzować spragnionego silnych wrażeń widza. Swoją drogą nawet takie, a nie inne zakończenie skradło moje serce, UWAGA SPOILER a przecież nienawidzę happy endów. Środkowy palec zaadresowany do oprawcy rozłożył mnie na łopatki, idealnie w punkt. Poza tym, ku swojemu zaskoczeniu, już dużo wcześniej doszłam do przekonania, że triumf akurat tego mordercy i porażka akurat tej bohaterki przyniesie mi ogromne rozczarowanie. Nabrałam pewności, że to jeden z tych rzadkich przypadków thrillera, w którym dobre zakończenie (dla głównej bohaterki) może sprawdzić się dużo lepiej. I nie myliłam się, bo w ostatniej sekwencji ogarnęła mnie prawdziwa euforia KONIEC SPOILERA.

Już widzę te narzekania na brak oryginalności, na wykorzystywanie ogranych motywów, podpinanie się pod wyświechtane schematy, skreślone przez poszukiwaczy innowacyjnych rozwiązań. Nic to, że „Better Watch Out” to bardzo zręczna żonglerka różnymi konwencjami zwłaszcza thrillerów (ale nie tylko)... W przypadku wielu osób, które zwyczajnie są już zmęczone tradycjonalnymi rozwiązaniami prawdopodobnie nawet to nie będzie przemawiać na korzyść tego obrazu. Być może nawet nie zauważą niewymuszonej lekkości z jaką twórcy omawianego filmu połączyli w jedną, jakże trzymającą w napięciu, całość wybrane przez siebie motywy. Wyrwane z różnych filmów i podlane odrobiną humoru, który jakimś dziwnym sposobem zamiast obniżać napięcie tylko go potęguje. Moim zdaniem to kawał naprawdę znakomitego kina, dzieło twórców, którzy potrafią wydobyć z pozornie wyświechtanych rozwiązań fabularnych nową jakość. I wydaje mi się, że duża cześć fanów gatunku to dostrzeże i doceni. A ci dla których liczy się tylko oryginalność? No cóż, im chyba z wielkim trudem przyjdzie przekonywanie się do tej produkcji, aczkolwiek istnieje możliwość, że przynajmniej niektórzy z nich znajdą tutaj coś dla siebie, że dostrzegą świeżość, jaką twórcy „Bettter Watch Out” nadają wątkom zapożyczonym z wielu innych obrazów.

piątek, 1 grudnia 2017

„Dreszcze” (1975)

W apartamentowcu postawionym na jednej z kanadyjskich wysp Emil Hobbes zabija młodą kobietę, po czym popełnia samobójstwo. Tutejszy lekarz, Roger St. Luc, dowiaduje się, że Hobbes prowadził badania nad wykorzystaniem w transplantologii stworzonych przez siebie pasożytów. Kobieta, na której przeprowadzał swój eksperyment zanim została przez niego pozbawiona życia zainfekowała kilku innych lokatorów apartamentowca. W ich ciałach również tkwią pasożyty, które zmieniają ich osobowość. Nosiciele stają się rozwiązłymi seksualnie, morderczymi stworzeniami starającymi się wszczepić pasożyty jak największej liczbie ludzi. Roger St. Luc stara się zahamować ten proces, czuwając przede wszystkim nad bezpieczeństwem swojej dziewczyny, pielęgniarki Nurse Forsythe, ale zastraszające tempo rozprzestrzeniania się pasożytów mocno ogranicza mu pole działania.

„Dreszcze” to pierwszy pełnometrażowy horror Kanadyjczyka Davida Cronenberga, wokół którego w latach 70-tych XX wieku narosło sporo kontrowersji. Budżet filmu oszacowano na 179 tysięcy dolarów kanadyjskich, przy czym część tej sumy pochodziła z kieszeni podatników. Dziennikarz Robert Fulford nie omieszkał w swojej recenzji „Dreszczy” zamieszczonej w magazynie „Saturday Night” przypomnieć opinii publicznej o tym fakcie w trakcie oblewania opiniowanego materiału hektolitrami jadu. Cronenberg wyznał później, że recenzja Fulforda skłoniła właściciela wynajmowanego przez niego mieszkania w Toronto do wypowiedzenia mu umowy najmu. Ten i niezliczone inne słowne ataki na jego debiutancki horror utrudniały mu pozyskiwanie funduszy na kolejne filmowe przedsięwzięcia. Ale Cronenberg się nie poddał, nie porzucił wówczas body horroru dla którejś z powszechnie akceptowanych ścieżek tj. grzeczniejszych (pod)gatunków filmowych. Przez jakiś czas miał pod górkę, ale jego determinacja chyba mu się opłaciła. Chyba, bo nie wiem, czy jest zadowolony z tego, że w historii kina zapisał się przede wszystkim jako twórca krwawych horrorów – wielu fanów gatunku uważa, że miał największy wkład w rozwój body horroru. A ja to zdanie podzielam.

Wes Craven, John Carpenter, Tobe Hooper i George Romero – te nazwiska najczęściej przewijają się w internetowych dyskusjach poświęconych najlepszym reżyserom kina grozy. David Cronenberg nierzadko jest w nich pomijany, nawet przez osoby, które deklarują swoje wieloletnie przywiązanie do filmowego horroru. Ale nie przez wszystkie, nie przez oddanych wielbicieli XX-wiecznych krwawych (czy umiarkowanie krwawych) horrorów. Oni w przeciwieństwie do wspomnianego już Roberta Fulforda rozumieją, że nie należy krytykować body horroru za to, że budzi w nas niesmak. „Najbardziej odrażający film, jaki widziałem”, „pełen krwi, przemocy i zepsutego seksu” - a to wszystko w zamyśle autora tych słów ma przemawiać na niekorzyść „Dreszczy”... Nawet dziś w recenzjach co poniektórych tzw. znawców kina można znaleźć podobne konkluzje. Krwawy horror jest zły, bo zniesmacza, szokuje, wywołuje mdłości etc. To tak jakby powiedzieć, że jakaś komedia jest słaba, bo zmusza do śmiechu... Innymi słowy „Dreszcze” w latach 70-tych były krytykowane również za niesmak, jaki wzbudzały wśród odbiorców (choć pewnie nie wszystkich), a przecież to jeden z głównych celów twórców krwawego kina grozy. Z mojego punktu widzenia największą siłą pierwszego pełnometrażowego horroru Davida Cronenberga nie są odrażające efekty specjalne, chociaż i za nie twórcom należą się niskie pokłony, tylko przeraźliwie zimny klimat, w jakim utrzymano tę produkcję. Zapewniający mieszkańcom wszelkie wygody, nowoczesny apartamentowiec, pomimo swoich imponujących rozmiarów budzi ponadto iście klaustrofobiczne odczucia. Wąskie korytarze i mroczne podziemia nie przyczyniają się do tego w takim stopniu, jak intymna praca kamer – odpowiadający za zdjęcia Robert Saad sprawił, że absolutnie wszystkie pomieszczenia zdawały się zmniejszać wprost proporcjonalnie do rozwoju pasożytniczej choroby. Takie wrażenie odnoszę ilekroć oglądam ten film. Jednocześnie mam poczucie, jakbym powoli wnikała w ciała również tych już zarażonych postaci „Dreszczy”. Najpierw jestem tylko bezstronnym obserwatorem, chłód bijący z ekranu i zdystansowana praca kamer każą mi patrzeć na początkową fazę choroby z zewnątrz, ale w miarę jej rozwoju wzrasta intymność. To tak jakby widz powoli wnikał w ciała zarażonych, a biorąc pod uwagę problematykę tego filmu nie jest to przyjemne uczucie. Nie sądzę, żeby każdy odniósł takie wrażenie, nie wiem, czy Cronenebrg do tego zmierzał, ale chwilami czułam się tak, jakby stawiano mnie w pozycji pasożyta. Jakby moje wyobrażone przenoszenie się do apartamentowca położonego na jednej z kanadyjskich wysp w ciałach (anty) bohaterów miało się niczym nie różnić od żerowania na nich jakichś oślizgłych stworzeń. Czyżby więc w pojęciu Cronenberga więź pomiędzy widzem i bohaterem filmu przypominała tę łączącą pasożyta i jego żywiciela? Może nie, może to nadinterpretacja, ale owe wątpliwości wcale nie osłabiały we mnie tego poczucia, nie kazały mi nawet zastanowić się nad ewentualnością zmiany perspektywy. Nad tym, czy aby nie powinnam przyjąć innego oglądu sytuacji. I w sumie cieszę się, że tego nie zrobiłam, bo takie spojrzenie potęguje dyskomfort. Sprawia, że podczas oglądania „Dreszczy” nie czuję się dobrze we własnym ciele, a od body horroru tego rodzaju niewygodne emocje są jak najbardziej pożądane.

W 1977 roku ukazał się kolejny horror Davida Cronenberga - „Rabid” („Wściekłość”) - który również traktował o dziwacznej chorobie, choć nie takiej samej, jak w „Dreszczach”. W mojej ocenie „Wściekłość” prezentuje się trochę lepiej niż omawiany film - scenariusz jest bardziej zwarty, a i ukazanie rozwoju choroby wydaje mi się nieco bardziej widowiskowe. Ze szczególnym naciskiem na „trochę” i „nieco”, bo powodów do wielkich narzekań w „Dreszczach” nie widzę. Jako że scenariusz omawianego obrazu autorstwa samego Davida Cronenberga pokazuje nam szerszy przekrój mieszkańców feralnego apartamentowca, skupia się na wielu postaciach, aczkolwiek w największym stopniu na doktorze Rogerze St. Lucu (w którego w bardzo dobrym stylu wcielił się Paul Hampton), to wypadałoby wydłużyć czas jego trwania. Pokusić się o więcej szczegółów na temat portretowanych postaci i spowolnienie rozwoju choroby. U Nicholasa Tudora to ostatnie pokazywano najdłużej – przeprowadzono widzów przez wstępny, środkowy i końcowy etap jego choroby z dużą konsekwencją (ale resztę postaci pod tym kątem zaniedbano), aczkolwiek poskąpiono faktów na temat jego życia u boku żony Janine. Jego osobowość zanim stał się nosicielem pasożyta jest nam znana jedynie w formie ogólników artykułowanych przez jego małżonkę i unaocznionych podczas jego krótkiego pobytu w pracy. Gdy go poznajemy w jego brzuchu tkwi już pasożyt, który znacznie wybrzusza jego skórę podczas pełzania w układzie pokarmowym Nicholasa. Tylko to sobie wyobraźcie – czujecie, jak coś przemieszcza się w waszym organizmie. Ba! Widzicie to gołym okiem, dotykacie tego zgrubienia i również tym zmysłem odbieracie jego ruch. Już samo to sprawia, że czujecie się niekomfortowo we własnym ciele. Ale teraz wyobraźcie sobie oślizgłą, wijącą się istotę, która może w każdej chwili wypełznąć wam z któregoś z większych otworów ciała (a bo jej rozmiary są dosyć spore), cała w waszej krwi i przyssać się do ciała pierwszej napotkanej istoty ludzkiej boleśnie parząc jej skórę. To paskudztwo może wam wypalić dziurę w ciele także od wewnątrz. Rozmnaża się w błyskawicznym tempie, pocałunek bądź stosunek seksualny z zarażonym owocuje kolejnym nosicielem dla następnego pasożyta, ale bezpośredni kontakt człowieka z człowiekiem wcale nie jest niezbędny w procesie rozprzestrzeniania się tej strasznej choroby pasożytniczej. To diabelstwo może wszak swobodnie się przemieszczać poza organizmem człowieka (zwierzęcia pewnie też, ale dla nich miejsca w „Dreszczach” na szczęście zabrakło), pełzać w poszukiwaniu kolejnego osoby wewnątrz której mogłoby wejść. I doprowadzić do całkowitej zmiany jej osobowości. Pasożyty Cronenberga zamieniają ludzi w przebiegłych maniaków seksu (co pewnie stanowi przemyślany komentarz do szybko rozszerzającej się rozwiązłości seksualnej w zachodnich społeczeństwach), dla których zabijanie nie stanowi żadnej przeszkody. To ostatnie nie jest jednak ich celem – chcą zrobić z ludzi żywicieli kolejnych odrażających żyjątek. Tak, odrażających, zgadza się. Twórcy efektów specjalnych zrobili tak realistyczne szkaradzieństwo, że nie zdziwiłoby mnie, gdyby co poniektórzy odbiorcy „Dreszczy” zaczęli baczniej przyglądać się swojemu ciału. Zwłaszcza osoby mające problemy gastryczne przynajmniej chwilami może ogarniać czyste przerażenie. Niesmak jest jednak uczuciem dominującym – patrząc choćby na pasożyta wyłaniającego się z ust mężczyzny, pełznącego w kierunku pochwy leżącej w wannie kobiety, wpijającego się w policzek innej, wpełzającego na rękę staruszki parząc jej skórę, pasożytów kłębiących się na brzuchu, w którym wcześniej wypalili dziurę i... Nie, tej oblanej największą ilością substancji w miarę wiarygodnie imitującej krew nie opiszę – to trzeba zobaczyć na własne oczy. W drugiej połowie „Dreszczy” pojawia się inna godna najwyższej pochwały sekwencja. Nie za efekty specjalne tylko za subiektywną pracę kamery, punkt widzenia przemierzającej podziemia Nurse Forsythe (świetna kreacja Lynn Lowry), który każe trwać przed ekranem w przekonaniu, że zaraz coś na nas (nie na nią) wskoczy, że gdzieś w tych autentycznie napierających na nas ciemnościach kryją się oślizgłe pasożyty i/lub ich żywiciele. A nam zostaje jedynie bezsilność, bierne oczekiwanie na nieuchronne uderzenie. Ewentualnie psychiczne przygotowywanie się na walkę, w której stawką jest nasze człowieczeństwo. W rzeczywistości to Nurse Forsythe, a nie nasze, ale za sprawą genialnie poprowadzonej kamery właśnie takie przeświadczenie powinno ogarnąć obserwatorów tych wydarzeń. (Taka ciekawostka: odtwórczyni roli Janine Tudor, Susan Petrie, nie potrafiła zmuszać się do płaczu, więc posiłkowano się cebulą. A gdy jej zabrakło pozwoliła Cronenbergowi bić się po twarzy, co reżyser czynił tak często, że jej twarz w końcu zrobiła się sina).

Długoletnich wielbicieli body horrorów, którym obce byłyby „Dreszcze” pewnie nie ma, więc daruję sobie rekomendację tego obrazu najbardziej oczywistej grupie docelowej. Pozwolę sobie jednak gorąco polecić ten obraz wielbicielom horrorów o różnego rodzaju zarazach oraz tym, którzy uważają, że efekty komputerowe przewyższają te praktyczne, i że współczesne kino grozy jest bardziej realistyczne i klimatyczne od XX-wiecznego oraz wychodzą z założenia, że dzisiejsze krwawe horrory prędzej ich zniesmaczą niźli te powstałe kilkadziesiąt lat temu. Moim zdaniem istnieje duże prawdopodobieństwo, że po obejrzeniu „Dreszczy” wielu z nich zmieni zdanie. A jeszcze lepiej by było, gdyby sięgnęli po ten obraz dopiero  po zapoznaniu się z „Muchą” z 1986 roku, bo moim zdaniem to tam David Cronenberg osiągnął wyżyny swoich możliwości (a więc to ten film na największą szansę obudzić apetyt na jego horrory). Według mnie nigdy przedtem i nigdy potem nie nakręcił niczego lepszego, chociaż jego pozostałe body horrory stoją na bardzo wysokim poziomie.

czwartek, 30 listopada 2017

Zapowiedź: Stephen King „The Outsider”

Jedenastoletni chłopiec zostaje znaleziony w miejskim parku zamordowany po okropnym ataku. Odciski palców (a później także DNA) prowadzą do najbardziej popularnego trenera baseballu w mieście, Terry’ego Maitlanda, człowieka o nieskazitelnej reputacji, męża i ojca dwóch córek. Detektyw Ralph Anderson, którego syna trenował właśnie Maitland, zarządza natychmiastowe i publiczne aresztowanie. Maitland trafia do więzienia i nikogo nie obchodzi jego alibi. Nie ratują go nawet zdjęcia świadczące, że w czasie morderstwa przebywał w innym mieście.

Stephen King konstruuje pędzącą intrygę, gdzie trwa wyścig z czasem by zidentyfikować tożsamość przerażającego i diabolicznego zabójcy, który zostawia za sobą ofiary – a także „winnych” – w całym kraju i który planuje kolejny straszny czyn.

W tej wyjątkowo dramatycznej i upiornej historii dostajemy psychologiczny suspens Kinga w najbardziej atrakcyjnym wydaniu. Jest on oszałamiająco wyrazisty pokazując doświadczenie bycia niesłusznie oskarżonym przez współmałżonka, dzieci, przyjaciół, nawet tych najbardziej lojalnych i niemożności oczyszczenia się z zarzutów (jeśli w ogóle uda się przeżyć). Pokazuje też wybitnie, że nadprzyrodzone potwory są zdumiewająco podobne do ludzi, którzy robią potworne rzeczy.

Premiera w 2018 roku

Źródło tekstu: http://stephenking.pl/
Źródło grafiki: https://www.amazon.com/

wtorek, 28 listopada 2017

„Nails” (2017)

Trenerka Dana Milgrom zostaje potrącona przez samochód. Budzi się w szpitalu Hopewell, starej placówce, która ma duże braki budżetowe. Podłączenie do aparatu oddechowego za pomocą rurki wpuszczonej do jej gardła utrudnia Danie komunikację z otoczeniem, małżonek Steve zaopatruje ją więc w laptopa z programem głosowym. Kobieta szybko zaczyna odnosić wrażenie, że po zapadnięciu zmroku ktoś ją obserwuje, że w zajmowanym przez nią pokoju szpitalnym pojawia się jakaś istota zamierzająca ją skrzywdzić. Z obawy o swoje życie próbuje namówić Steve'a do wydostania jej z tej placówki, ale ubezpieczenie Dany nie pokryje kosztów pobytu w innym szpitalu. A powrót do domu, do męża i nastoletniej córki Gemmy, ze względu na stan jej zdrowia póki co jest wykluczony. Personel jest przekonany, że Dana doświadcza zwyczajnych napadów lęku, podczas których doznaje halucynacji. Steve również jest sceptycznie nastawiony do jej opowieści o nadnaturalnej istocie nachodzącej ją nocami, ale stara się być dla niej wsparciem. Jego pomoc jest jednak niewystarczająca. Dopóki Dana tkwi w szpitalu Hopewell nie może czuć się bezpiecznie.

Irlandzki horror „Nails” został wyreżyserowany przez debiutującego w tej roli Dennisa Bartoka, który ma na koncie scenariusze dwóch filmów krótkometrażowych i wszystkich segmentów antologii „Trapped Ashes” (reż. Sean S. Cunningham, Joe Dante, John Gaeta, Monte Hellman i Ken Russell). Bartok zauważył, że tym co odróżnia jego debiutancki obraz od większości horrorów jest położenie głównej bohaterki, stan uniemożliwiający jej ucieczkę, czyli zachowanie typowe (i całkowicie zrozumiałe) dla protagonistów produkcji wpisujących się w ten gatunek. Scenariusz Bartok spisał we współpracy z Tomem Abramsem, a rolę główną powierzył Shaunie Macdonald, fanom horrorów znanej przede wszystkim z „Zejścia” Neila Marshalla i jego sequela.

Dennis Bartok ma predyspozycje do zostania jednym z lepszych reżyserów współczesnych horrorów nastrojowych. Nie wiem, w którym kierunku potoczy się jego kariera, ale po tym, co pokazał mi w swoim debiutanckim dziele nie mam żadnych wątpliwości, że może się pochwalić wyczuciem tego gatunku, znajomością jego reguł i co najważniejsze wiedzą, jak z dobrym skutkiem przełożyć je na ekran. „Nails” nie pokazał mi niczego, co kazałoby mi sądzić, że Bartok dążył do nakręcenia czegoś przełomowego, do wręczenia światu dzieła, które zapisze się złotymi zgłoskami w historii kinematografii grozy i będzie źródłem inspiracji dla wielu innych reżyserów. Scenariusz Toma Abramsa i samego Dennisa Bartoka jest powrotem do korzeni (chociaż oczywiście, obecnie też od czasu do czasu kręci się takie filmy), do prostoty, która niekoniecznie sprosta wymaganiom pokolenia wyrosłego na XXI-wiecznych mainstreamowych horrorach. Opowieść o kobiecie przykutej do szpitalnego łóżka, która nocami musi mierzyć się z nadprzyrodzoną istotą, wychodzącą ze schowka znajdującego się w zajmowanym przez nią pokoju to nie jest coś, co można by posądzić (albo pochwalić) o wysoki stopień skomplikowania. Nawet szczegółowe informacje o tym przypadku podane w dalszych partiach scenariusza, geneza niezwykłych zjawisk zachodzących w szpitalu Hopewell nie gmatwa tej opowiastki. I na pewno nie jest to wątek, który wychodziłby poza ramy konwencjonalności. No, może poza pewną dziwną obsesją... Tym, co nieco odbiega od szablonu, jak zauważył sam Bartok, jest położenie głównej bohaterki. Niemożność wydostania się na własnych nogach z nawiedzonego szpitala, opuszczenia łóżka, które jest śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Oryginalnym tego motywu nazwać nie mogę, bo mam w pamięci choćby „Misery” Stephena Kinga, ale z pewnością nie jest to rozwiązanie często spotykane w nurcie ghost story. Osadzenie głównej bohaterki w akurat takiej, wielce niewygodnej pozycji nie jest zagraniem mocno wyświechtanym w horrorze, ale nie to jest jego największą siłą. Ten nieprzekombinowany, z gruntu prosty wybieg dopomógł twórcom w wywindowaniu poziomu zagrożenia. Dana Milgrom (bardzo dobra kreacja Shauny Macdonald) nie może, jak wielu innych bohaterów ghost stories, polegać na własnych nogach. Podjąć skutecznej próby obrony bądź ucieczki przed napastnikiem, poza wystrzeganiem się snu (jak zauważyło już kilku recenzentów nasuwa to skojarzenia z „Koszmarem z ulicy Wiązów”, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że „Nails” nie mówi o zabijaniu we śnie) i wzywaniem członków personelu ilekroć odwiedzi ją nieproszony gość. To tak jakby wokół kobiety kłębiły się jakieś jadowite stworzenia, a ona z jakiegoś powodu nie mogłaby ruszać nogami. Innymi słowy główna bohaterka „Nails” tkwi nieosłonięta i bezbronna w samym centrum koszmaru, w pomieszczeniu, w którym w każdej chwili może pojawić się wysoki jegomość nie z tego świata, żeby jednym ruchem pozbawić ją życia. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że twórcom omawianego filmu udało się stworzyć odpowiednio mroczną oprawę dla tej opowieści.

Nędzny wystrój szpitala Hopewell, w którym przebywa główna bohaterka „Nails”, Dana Milgrom, ma swój, jakże cenny, udział w budowaniu złowrogiej atmosfery. Obdrapane, brudne ściany i stare, psujące się sprzęty skąpane w mdłym świetle, które za dnia zdaje się nie obejmować jedynie pokoju pierwszoplanowej postaci. Tę część doby przykuta do łóżka kobieta spędza w jaskrawym świetle dziennym, które nie dociera do innych pokazywanych pomieszczeń, przy czym twórcom „Nails” nawet to mocne oświetlenie udało się okrasić niemałą posępnością. W nocy pokój Dany pogrąża się w ciemnościach, rozpraszanych przez oświetleniowców na tyle, żeby widz nie miał żadnych problemów z dojrzeniem szczegółów, ale nie aż tak, żeby tępić wrażenie napierającej zewsząd nielitościwej ciemności i pewności, że już za chwilę wychynie z niej nadnaturalna istota, która dla mnie jest przykładem umiejętnego wykorzystania współczesnej technologii w horrorze. Wysoki mężczyzna z upiorną twarzą został wygenerowany komputerowo, ale chociaż wolałabym, aby postawiono na makabryczną charakteryzację aktora to nie mogę powiedzieć, że czułam się porażona sztucznością, że manifestacje złego ducha odbijały się negatywnie na tej produkcji. Szacunkowy budżet „Nails” opiewał na pięć milionów euro, a w dzisiejszych czasach za mniejsze sumy można nakręcić tak przepełniony efektami komputerowymi film, że wygląda tak, jakby jego twórcami kierowała głównie chęć popisania się nowoczesną technologią, jakby opowiadanie jakiejś historii miało dla nich drugorzędne znacznie. Albo żadne... Dla Dennisa Bartoka ważniejsza jest natomiast sama opowieść i spowijający ją klimat. Zależy mu na przystępnym snuciu ciekawej, prostej opowieści i budowaniu mrocznej oprawy, która może się pochwalić delikatnym posmakiem retro – w zdjęciach widać trochę starodawności, co jest w równym stopniu spowodowane złym stanem szpitala, w którym przebywa główna bohaterka i przytłumioną kolorystyką obrazów. Manifestacje nadnaturalnego agresora są jedynie dodatkiem, formą skumulowania wcześniej tak skrupulatnie gromadzonego napięcia, do czego w następnej scenie twórcy ochoczo wracają. I w ten oto sposób cykl się powtarza. Bartok i jego ekipa samą sugestią (która do czasu wyjaśnienia całej zagadki współistnieje z sugestią halucynacji doznawanych przez Danę) obecności agresywnego ducha potrafią podkręcić atmosferę. Tworzenie silnego i ani na chwilę nieodstępującego od widza wrażenia istnienia przyczajonego zła wydaje się przychodzić im z dużą łatwością. Widać tutaj naturalność, a nie toporne zmaganie się z własnymi ograniczeniami. Montaż scen z udziałem tajemniczej istoty wychodzącej ze schowka w pokoju szpitalnym zajmowanym przez okaleczoną pacjentkę (za wyjątkiem wygenerowanego komputerowo zdania wykwitającego na jej brzuchu obrażenia są bardzo realistyczne) dodaje im dodatkowego dramatyzmu. Nawet niektóre jump scenki na mojej osobie odniosły zamierzony efekt – a najsilniej drgnęłam podczas końcówki filmiku oglądanego przez Danę na laptopie (bezbłędna charakteryzacja ducha i idealnie obliczona w czasie, gwałtowna kulminacja). Na plus odnotowuję też kobiecy głos wydobywający się z komputera Dany. Demoniczna zmysłowość – tak mogę opisać ten mechaniczny aparat mowy, którym wspomaga się główna bohaterka.

„Nails” to jak na razie najlepszy tegoroczny horror, jaki obejrzałam. Jestem świadoma tego, że nie ma szans zadowolić szerokiej grupy odbiorców. Pewnie nawet nie znajdzie się wielu w pełni usatysfakcjonowanych sympatyków współczesnego nastrojowego kina grozy, ale wydaje mi się, że osoby tęskniące za prostymi, klimatycznymi filmowymi horrorami tak popularnymi w XX wieku mają szansę rozsmakować się w propozycji Dennisa Bartoka. Poszukiwacze dynamicznych, plastikowych ghost stories pełnych różnorodnych efektów komputerowych muszą udać się pod inny adres. Tak samo osoby pragnące innowacji i fabularnych komplikacji. Bo niniejszy film na pewno nie był kręcony z myślą o tych odbiorcach współczesnych straszaków.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...