poniedziałek, 17 kwietnia 2017

„Głusza” (2015)

Nastoletnie siostry Nell i Eva mieszkają z ojcem w leśnej okolicy. Gdy pewnego dnia następuje przerwa w dostawie prądu rodzina jest przekonana, że nie potrwa do długo. Jednak przedłużające się utrudnione warunki i wycieczka do najbliższego miasta powoli rozwiewają ich nadzieje. Okolicznym mieszkańcom zaczyna brakować pożywienia i benzyny, nie zanosi się również na to, żeby w najbliższym czasie nastąpił jakiś duży transport pożądanych produktów. Ojciec Nell i Evy uznaje, że najlepiej będzie przeczekać kryzys w domu, w oddaleniu od skupisk ludzkich. Nell nie jest zadowolona z tej decyzji, ponieważ przez dłuższy czas nie będzie mogła widywać swojego chłopaka. Tymczasem kochająca taniec Eva coraz dotkliwiej odczuwa brak muzyki. Wkrótce dziewczęta będą musiały zmierzyć się z wieloma dużo poważniejszymi problemami. Aby przetrwać w tych ciężkich czasach konieczne jest zdobycie się na wiele wyrzeczeń i opanowanie nowych umiejętności z równoczesnym baczeniem na zagrożenie ze strony innych ludzi.

„Głusza” to kanadyjska produkcja w reżyserii Patricii Rozemy stworzona w oparciu o jej własny scenariusz, która zbiera dosyć skrajne recenzje. Część widzów jest zadowolona z efektu, w tym większość wypowiadających się krytyków, ale nie brakuje również odbiorców nadających jej miano gniota. Powieść autorstwa Jean Hegland na podstawie której powstał film w ogólnym rozrachunku została dużo lepiej przyjęta w Stanach Zjednoczonych niż ekranowa wersja tej historii. Nie oznacza to jednak, że nie ma absolutnie żadnych przeciwników. Fabuła „Głuszy” jest odmierzoną w nierównych proporcjach kompilacją dramatu, thrillera (również z dopiskiem „survival”) i science fiction. Nie wydaje się jednak, żeby właśnie ta gatunkowa mieszanka ponosiła winę za narażenie się tylu widzom. A przynajmniej ze słów wielu przeciwników „Głuszy” można wysnuć wniosek, że nie mieli nic przeciwko temu miszmaszowi, rozczarowało ich głównie podejście do czołowych bohaterek, które jeśli wierzyć osobom znającym literacki pierwowzór nie było wymysłem Patricii Rozemy tylko Jean Hegland.

Jeszcze nie tak dawno temu ludzkość radziła sobie prądu, choć oczywiście standard życia był dużo gorszy. Obecnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy niewolnikami tego dobrodziejstwa. Tak bardzo uzależniliśmy się od prądu, że gdyby nam go zabrano przetrwanie Homo sapiens stanęłoby pod wielkim znakiem zapytania. Scenariusz „Głuszy” nie przewidywał globalnego wizualnego ujęcia apokaliptycznej sytuacji, w jakiej znalazła się ludzkość. Nie pozostawiał żadnych wątpliwości odnośnie punktu, w którym znalazła się nasza rasa, ale zamiast przyglądać się spanikowanej masie pochylił się nad dwiema nastoletnimi siostrami egzystującymi z dala od miasta. Do apokaliptycznych realiów, w których przyszło żyć młodym kobietom twórcy „Głuszy” podeszli więc od mniej rozpowszechnionej w kinematografii strony. Zamiast postawić na efekciarski portret stopniowej zagłady ludzkości, a przynajmniej dobrze znanego nam świata, dostaliśmy minimalistyczny w formie ogląd sytuacji dwóch osób, kompletnie nieprzygotowanych do życia w ekstremalnie trudnych warunkach. Dobrze byłoby móc spoglądać na Nell i Evę jak na typowych małoletnich mieszczuchów, mających wszelkie prawo nie odnajdywać się w leśnej głuszy. Dzięki temu można by w pełni usprawiedliwić ich zachowanie i jak mniemam Patricia Rozema właśnie na to liczyła. Nie jestem jednak w stanie uwierzyć w to, żeby nawet nastoletnie mieszczuchy nie wiedziały o tym, że las może być źródłem pożywienia. Tym bardziej jeśli jednym z nich jest osoba kochająca zdobywać wiedzę, która posiada w domu parę książek wielce przydatnych w takich sytuacjach. Nie chcę przez to powiedzieć, że Nell i Eva (dobrze zagrane przez znaną z między innymi „Amerykańskiej zbrodni” i „Pułapki” Ellen Page i Evan Rachel Wood) w obliczu kurczących się zapasów nie szukały ratunku w lesie. Nie, w końcu dotarło do nich, że nie mają innego wyjścia, zastanawiam się jednak co sprawiło, że dojście do tej konkluzji zajęło im tyle czasu. Szok i zagubienie również mnie nie przekonują, bo już choćby to, w jaki sposób Nell początkowo obchodzi się z niesforną siostrą daje powody sądzić, że potrafiła myśleć racjonalnie. Dlaczego więc ten racjonalizm nie rozciągał się już wówczas na realne próby przetrwania? Dlaczego nie starała się zabezpieczyć na wypadek wyczerpania pożywienia, nie tylko benzyny, którą to „strzegła jak oka w głowie”. Tym samym narażając się siostrze, rozwścieczonej koniecznością tańczenia bez muzyki. A przecież musiała ćwiczyć, bo zbliżał się konkurs, w którym pragnęła wziąć udział... To jest zbliżał się zanim zabrakło prądu, ale Eva nie była jeszcze psychicznie przygotowana na zaakceptowanie faktu, że konkurs się nie odbędzie. „Głusza” została zrealizowana tak, aby już na początku żaden widz nie miał wątpliwości, że wpisuje się ona w poczet wyjałowionych z bzdurnego efekciarstwa, stwarzających wrażenie swoistej intymności obrazów starających się podejść do apokaliptycznej problematyki od psychologicznej, nie efekciarskiej strony. Liczne zbliżenia na sylwetki bohaterów, melancholijna ścieżka dźwiękowa (zwłaszcza czołowa piosenka, która praktycznie mnie oczarowała), akcentowanie monotonii życia w niszczejącym domku otoczonym gęstym lasem i sprawiające odrobinę klaustrofobiczne wrażenie powolne najazdy kamer na w miarę mroczne wnętrza lokum zajmowanego przez dwie nastolatki – wszystko to dawało nadzieję na naprawdę wnikliwe studium podupadającej kondycji psychicznej dwóch sióstr zmagających się z następstwami braku prądu. Ale po jakimś czasie stało się dla mnie jasne, że Patricia Rozema albo nie miała takich ambicji, albo nie potrafiła należycie oddać tego na ekranie. Sylwetki Nell i Evy w ogólnych zarysie zostały całkiem zadowalająco przedstawione, ale ogólny zarys to nie dogłębny rys psychologiczny. Zamiast tak wielce pożądanej wnikliwości najczęściej dostawałam ciąg ogólników, które w połączeniu z zastanawiającym zachowaniem głównych bohaterek zamiast przybliżać mnie do ich postaci tworzyły swego rodzaju barierę. Podczas paru sekwencji udało mi się ją pokonać i dzięki temu poczuć większą sympatię do obu sióstr, ale długo przyszło mi na to czekać i szczerze powiedziawszy spodziewałam się dużo potężniejszego ładunku emocjonalnego.

Z mojego punktu widzenia największym superlatywem „Głuszy” jest nieśpieszna narracja, która ułatwia maksymalne skupienie na wszystkich szczegółach tej historii i intensyfikuje jej złowieszczy wydźwięk (choć efekt i tak do wielce porażających nie należy). Problem w tym, że owe detale, na których chciałoby się zawiesić wzrok przez długi czas nie są składowymi intrygujących sylwetek głównych bohaterek – mowa tutaj raczej o malowniczej, acz podszytej wyraźną nutką czającego się zagrożenia leśnej scenerii i z biegiem trwania filmu coraz bardziej mrocznej (przy czym nie aż tak, żebym nie miała poczucia niedosytu) atmosfery spowijającej poszczególne pomieszczenia w domu Nell i Evy. One same nierzadko schodzą na dalszy plan. W moich oczach wyglądało to tak, jakby egzystowały sobie w oderwaniu od reszty. Innymi słowy przez długi czas nie uważałam je za nieodzowne w budowaniu zagęszczającej się atmosfery zagrożenia i wyalienowania. Może to śmiałe założenie, ale do pewnego momentu odnosiłam wrażenie, że klimat nie straciłby na wyrazistości, gdyby serwowano mi jedynie zdjęcia krajobrazów, bez jakiejkolwiek postaci tkwiącej w centrum tej głuszy. Z czasem jednak zmieniłam zdanie, bo w fabułę po naprawdę długim oczekiwaniu (choć gwoli ścisłości wcześniej uraczono mnie jedną iście dramatyczną scenką) z czasem zaczęły wkradać się wątki znacznie komplikujące monotonny żywot Nell i Evy. Kiedy zaczęłam już nabierać przekonania, że Patricia Rozema nie ma zamiaru unaocznić poczynań do jakich zmusza człowieka prawdziwie ekstremalna sytuacja, ani choćby zaakcentować tego, do czego zdolni są do niedawna niczym niewyróżniający się, spokojni członkowie społeczeństwa w obliczu rozprzestrzeniającej się anarchii, ku mojemu zaskoczeniu właśnie to dostałam. I to w dodatku bez nadmiernego zdynamizowania, bez niszczącego wcześniej wypracowany klimat przesadnego efekciarstwa i niepotrzebnego kombinowania. Nie żebym była zachwycona efektem, ale w zestawieniu do wcześniejszego spłaszczonego kształtu owej opowieści śmielsze wstawki prezentowały się iście przygnębiająco. A co za tym idzie nareszcie doczekałam się większego dramatyzmu od tego płynącego głównie z mocno ugrzecznionego survivalu. Co więcej Patricia Rozema pokusiła się o małe odniesienie do jednej z najbardziej zażartych debat toczonych we współczesnym świecie, również w Polsce – kąśliwe pytanie rzucone przez jedną z sióstr („chyba nie jesteś przeciwna przerywaniu niechcianej ciąży?”) brzmiało tak, jakby żywcem wyjęto je z ust jakiegoś bojownika o danie kobietom w kwestii aborcji możliwości wyboru, co więcej uwypuklenie tego konfliktu bardzo zgrabnie wpasowało się w dalsze wydarzenia. Nie zostało wepchnięte tylko po to, aby było – tj. w całkowitym oderwaniu od problematyki filmu. W ogóle prawie wszystkie dalsze partie „Głuszy” w moich oczach prezentowały się całkiem dobrze, łącznie z portretem wzajemnej relacji nastoletnich sióstr. Mam natomiast drobne zastrzeżenia do zakończenia. UWAGA SPOILER Podpalenie domu najłatwiej wytłumaczyć szokiem poporodowym Evy, to jednak nie wyjaśnia ostatecznej decyzji jej siostry. Można oczywiście uznać to za skrajną głupotę z ich strony, ale ja wolę trochę inaczej interpretować finalne wydarzenia. Nell już jakiś czas temu chciała wyruszyć na poszukiwanie lepszego życia, Eva natomiast nie była na to gotowa. Wolała czekać, aż ktoś inny zażegna kryzys, zamiast spróbować „wziąć sprawy we własne ręce” i samemu gonić za lepszą przyszłością. Znajdowała się niejako w zawieszeniu i dopiero wydanie na świat nowego życia sprawił, że wyrwała się z owego letargu, uświadomił jej, że pragnie zupełnie innego życia. Zamiast wegetować woli walczyć. Nell musiała to zrozumieć, dlatego bez większych oporów przystała na jej propozycję. Pora na podejmowanie takich decyzji może i nie była najlepsza, bo jednak Eva narażała swoje dziecko na duże niebezpieczeństwo, ale widać nie była w stanie uzbroić się w cierpliwość i poczekać na bardziej sprzyjający moment KONIEC SPOILERA. Udało mi się spojrzeć na zakończenie „Głuszy” inaczej niż przez pryzmat rażącej głupoty głównych bohaterek, ale nawet to nie było w stanie w pełni mnie zadowolić. Taka problematyka zostawiała bowiem kilka możliwości na dużo bardziej miażdżące zamknięcie, przez co odniosłam wrażenie, że Patricii Rozemie brakło odwagi, że zachowała się asekurancko w dodatku niepotrzebnie ryzykując posądzenie głównych bohaterek o skrajnie nieprzemyślane zachowanie przez niektórych widzów. Niepotrzebnie, bo moim zdaniem nie warto podejmować takiego ryzyka dla tak mało emocjonującego wątku.

Nie nudziłam się zanadto oglądając „Głuszę” pomimo mocno uproszczonych portretów głównych bohaterek. Pomocne było moje zamiłowanie do minimalistycznych produkcji, których fabuły rozwijają się bardzo powoli koncentrując się na akcentowaniu zagęszczającego się klimatu wyalienowania i zagrożenia, ale brak większego znużenia nie jest równoznaczny z zachwytem. Zdążyłam już wszak zobaczyć kilka współczesnych obrazów, które w dużo lepszym stylu wykorzystywały dobrodziejstwa płynące z podobnego „wyciszonego” podejścia do warstwy technicznej. Podobnego, ale nie zawsze takiego samego, bo istnieją filmy, które raczą widza dużo potężniejszą intensywnością od tej emanującej z „Głuszy”. I oferują mu o wiele bardziej wciągające historie i wnikliwsze rysy psychologiczne bohaterów, ale jeśli jest się fanem takich spokojniejszych produkcji to można dać szansę omawianemu projektowi Patricii Rozemy. Tym bardziej, że część widzów wychwala owo przedsięwzięcie. Istnieje więc spora szansa, że znajdą się jeszcze osoby, które w przeciwieństwie do mnie dojdą do wniosku, że „Głusza” wyraźnie wznosi się ponad przeciętność.

3 komentarze:

  1. JAKIE TO NUDNE!!... :( :( :( :( Lubie horrory z atmosferą ("atmosferyczne"), ale takie w których jednak cos się dzieje. Obserwuje we współczesnych horrorach irytującą skłonność do wsadzania co chwilę wstawek ze spowolnionymi ujęciami, jękliwą muzyką, zbliżeniami itd. To tak jakby tfórca filmu miał widza za debila i chciał z jakichs niesłychanie głębokodupnych względów zasugerować jakieś kosmiczne głębie. Inna irytująca sprawa to założenie że horror musi z bolesną, niczym wypróżnianie poimprezowej kackupy, koniecznością wnieść coś oryginalnego do gatunku. Wreszcie ukryte założenie ideologiczne, np. feministyczne, jak w tym przypadku: dwie dzielne dziewuszki contra męski świat uosabiany przez gwałciciela (listkiem figowym jest postać ojca-zreszta umiera tylko dlatego, że niedokręcił srubki, więc i tak przez własna niezdarność pozostawił na pastwę losu, który sie będzie nad bohaterkami pastwił) Rezultat jest taki że coraz mniej horrorów nadaje sie do ogladania, a zdanie recenzentów rozmija się z potrzebami zwykłego, jak jak przasnego czy pastewnego, widza. Większości max-ocenionych horrorów nie da się oglądać: laury dla "Final Girls" - myslałem z poczatku że to jaja, ale nie... :( Innym przykładem będzie horrorek niedawno przez mnie obejrzany o matce i jak wynika z przebiegu akcji, dziecku z problemami psychicznymi którzy przenosza się na jakieś zadupie, bo jest spokojniej. Tam też jest scena z dłońmi pojawiającymi się na szybie. I to ostatmnia scena którą widziałem, bo film był przeraźliwie nudny. I to był PIERWSZY film ktorego oglądanie przerwałem. (pomóżcie z tytułem tego filmu, bo jakoś mechanizmy obronne zadziałały, a chce tfórcuw tego filmu omijać szerokim łukiem) W ogóle. Tego, niestety nie przerwałem. Zostałem więc po seansie rozczarowany i wkurzony na samego siebie, bo miałem do przeczytania trzy artykuły o fluencji słownej, a zmarnowałem ten czas na taki badziew. Ten film zawiera wszystkie wyżej opisane błędy; ODRADZAM!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Film zrobil na mnie spore wrazenie, ale moze dlatego, ze nic przed seansem o nim nie wiedzialem i nie mialem zadnych oczekiwań.
    Nie jest pozbawiony wad (ja np. Zwróciłem uwage, ze stan zdrowia glownych bohaterek kompletnie sie nie zmieniał, mimo niesprzyjających warunkow życiowych).
    I najwazniejsze, czy ten film mozna zaliczyc do horrorów (nie wiem skad pomysl z s-f).
    Dla mnie to udany dramat z elementami survivalowymi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod science fiction można podciągnąć motyw apokaliptyczny (ewentualna rychła zagłada ludzkości) bądź przejście w dystopię, jak kto woli. Choć jest oczywiście inaczej ujęty niż ten, do którego przyzwyczaiło nas tego typu kino.
      Horror to moim zdaniem nie jest.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...