czwartek, 20 lipca 2017

„Przebudzenie” (1990), „Po godzinach” (1994), „Genesis” (1998)

Nacho Cerda to hiszpański reżyser, który swoją karierę rozpoczął w 1990 roku mniej więcej ośmiominutowym, czarno-białym filmikiem zatytułowanym „Przebudzenie”. Następnie w czteroletnich odstępach stworzył dwie krótkometrażówki, „Po godzinach” i „Genesis”, trwające mniej więcej po trzydzieści minut. Wymienione dziełka Nacho Cerdy tworzą tzw. „Trylogię Śmierci” („La Trilogia De La Muerte”), ale nie należy przez to rozumieć, że są one ze sobą ściśle powiązane. Wszystkie podejmują tematykę śmierci, ale czynią to z różnych perspektyw - każda historia stanowi odrębną całość, nie trzeba więc znać pozostałych dwóch, aby zrozumieć jedną. Nieczęsto zdarza się, żeby jakiś filmowiec zdołał zwrócić na siebie uwagę większej grupy odbiorców krótkim metrażem. Nacho Cerda tego dokonał i bynajmniej nie za sprawą debiutanckiego „Przebudzenia”, bo w miarę głośno zrobiło się o nim dopiero po premierze „Po godzinach”, kontrowersyjnego dziełka, który w 1997 roku wygrał w kategorii „najlepszy film krótkometrażowy” na Fantasia Film Festival. Oczywiście, wielu wielbicieli kina grozy usłyszało o Nacho Cerdzie dopiero w 2006 roku, przy okazji premiery jego pełnometrażowego horroru zatytułowanego „Porzuceni”, ale to wcale nie oznacza, że nie poruszył pewnej część opinii publicznej już dużo wcześniej, że już dekadę wcześniej nie zaskarbił sobie wianuszka fanów, złożonych głównie z entuzjastów krwawych obrazów, ale nie tylko.

Pierwsza odsłona tzw. „Trylogii Śmierci”, „Przebudzenie”, którą Cerda reżyserował razem z Ethanem Jacobsonem i Francisco Stohrem (ten pierwszy pomagał również Cerdzie przy pisaniu scenariusza) opowiada o nastolatku, który podczas zajęć szkolnych w pewnym momencie uświadamia sobie, że wszyscy w jego otoczeniu, inni uczniowie i nauczyciele, zastygli w bezruchu. A chwilę potem zauważa, że czas płynie tylko dla niego, że dla pozostałych po prostu się zatrzymał. Nie licząc kilku zdań rzuconych na początku przez belfra „Przebudzenie” jest filmem niemym. Czarno-białym obrazem z szarpiącymi nerwy dźwiękami w tle, który wcale nie potrzebuje dialogów do nakreślenia dramatyzmu sytuacyjnego. Finał tej historii prawdę powiedziawszy bez większych trudu można przewidzieć, ale to o dziwo wcale nie umniejsza napięcia emanującego z dosłownie każdego kadru. Mimo, że domyślamy się do czego doprowadzi ta niezwykła sytuacja z ciekawością, podszytą lekką obawą obserwujemy zdezorientowanego nastolatka, który nagle znalazł się w czymś na kształt Strefy Mroku.

W zestawieniu z powstałym cztery lata później, trochę ponad półgodzinnym „Po godzinach”, „Przebudzenie” wypada aż nazbyt delikatnie. W swoim kolejnym dziełku wchodzącym w poczet tzw. „Trylogii śmierci” Nacho Cerda (już sam, bez pomocy innych reżyserów czy scenarzystów) postanowił sprawdzić się w zupełnie innej stylistyce – skonfrontować widzów ze swoim spojrzeniem na kino exploitation, w którym to nie zobaczymy praktycznie żadnych przejawów tchórzostwa. „Po godzinach” to bezkompromisowa krótkometrażówka, której akcja w większości rozgrywa się w mrocznej kostnicy. Wyglądającej tak, jakby wprost lepiła się od nieczystości, a efekt ten zawdzięczamy nie tylko makabrycznym obrazkom z sekcji i... czegoś o wiele bardziej ohydnego, ale również ziarnistym, brudnym zdjęciom, którym celowo nie nadawano dużej dynamiki. Oko kamery wolno prześlizguje się po odpychającym, skąpanym w zimnym świetle pomieszczeniu, w którym pracuje dwóch patologów. Nosi to pewne znamiona osobliwego artyzmu (turpizm), widać, że operatorzy i montażyści chcieli pogrążyć widza w tej opowieści, sprawić żeby nie tylko świadkował okropieństwom wyświetlanym na ekranie, ale żeby wręcz się w nich wykąpał. Forma, jaką obrali twórcy „Po godzinach” może się wydać nieco przesadzona w kontekście takiego scenariusza – nie zdziwiłabym się, gdyby część widzów uznało, że mamy tutaj do czynienia z przerostem tejże nad treścią. Mnie jednak wydaje się, że taka do pewnego stopnia wyszukana warstwa techniczna znacznie wspomogła twórców w śmiałym zadaniu, którego się podjęli – gdyby nie ona ohydztwa prezentowane na ekranie być może szybko by nam spowszedniały, po początkowym szoku przyszłaby całkowita obojętność, nawet pomimo zachowania dużego stopnia realizmu przez twórców efektów specjalnych. Co wydaje się tym bardziej prawdopodobne, jeśli weźmie się pod uwagę rezygnację z dialogów. „Po godzinach” podobnie jak wcześniejsze „Przebudzenie” jest filmem niemym, który jednak w przeciwieństwie do poprzedniej odsłony „Trylogii Śmierci” nakręcono w kolorze (tak samo jak później „Genesis”). Fabuła jest bardzo prosta – ot, mamy opowieść o mocno zaburzonej jednostce, patologu, który spędza noc w kostnicy. Najpierw dokonuje sekcji mężczyzny. Towarzyszy mu kolega, który obok pracuje przy innym trupie, wykonując swoje obowiązki o wiele szybciej niż główny bohater filmu. Twórcy „Po godzinach” raczą nas więc krwawymi, bardzo realistycznymi obrazami wnętrzności wyjmowanych z ciał denatów. Patrzymy jak patolog rozcina głowę zmarłego i wyjmuje jego mózg, który po skończonej sekcji wepchnie w klatkę piersiową wraz z pozostałymi wcześniej wyciągniętymi z zakrwawionej klatki piersiowej organami. Już patrząc na to można poczuć mdłości, zwłaszcza jeśli nie ma się zbyt dużego obycia z kinem gore, ale owa bardzo realistycznie przedstawiona makabra to dopiero preludium koszmaru, przedsmak okropieństwa, z którym będziemy musieli skonfrontować się w dalszej partii filmu. Dobrze zaznajomiony z bezkompromisowym kinem grozy widz zapewne już na początku „Po godzinach” nie będzie miał żadnych wątpliwości, do czego to wszystko go doprowadzi – na co Nacho Cerda każe mu patrzeć, z jakim zboczeniem go skonfrontuje. Co swoją drogą czyni z takim okrucieństwem, z taką zaciętością, z takim brakiem litości dla nieobdarzonego „żelaznym żołądkiem” widza, że ilekroć ktoś pyta mnie o najmocniejsze obrazy podejmujące tematykę tego konkretnego zaburzenia, zawsze między innymi wymieniam „Po godzinach”.

Ostatnia krótkometrażówka wchodząca w skład „Trylogii Śmierci”, „Genesis”, ukazała się w 1998 roku. Również w tym przypadku Nacho Cerda reżyserię i scenariusz wziął wyłącznie na siebie, ale w błędzie będzie ten, kto jeszcze przed seansem wyrobi w sobie przekonanie, że Hiszpan powraca, aby uraczyć go prostą, acz mocno makabryczną historyjką o jakiejś kolejnej mocno zaburzonej jednostce. Główny bohater „Genesis”, pewien rzeźbiarz, zdecydowanie potrzebuje terapii, ale bynajmniej nie dlatego, że stał się niewolnikiem swoich odrażających pragnień tylko z powodu trudnego do udźwignięcia smutku trawiącego jego serce od czasu śmierci jego ciężarnej żony. Stworzenie rzeźby ukochanej kobiety ma być chyba jego sposobem na poradzenie sobie z żalem – na przywrócenie namiastki miłości, którą utracił. Innymi słowy rzeźbiarz zdaje się przenosić uczucia jakie żywił do żony na rzeźbę, którą stworzył. W ten sposób stara się zapełnić lukę, która powstała po jej śmierci. Zapewnić sobie towarzystwo – szukać pociechy w objęciach nieożywionej postaci, marnego substytutu jego żony, który w jego umyśle być może nabierze tak pożądanych, w pełni człowieczych kształtów. „Genesis” również trwa mniej więcej pół godziny i też jest filmem niemym. W „Po godzinach” pojawia się kompozycja, która co jakiś czas obija mi się o uszy. Znany i bardzo klimatyczny utwór, który dodaje smaczku całości, ale w „Genesis” pojawia się jeszcze więcej równie nastrojowych muzycznych kompozycji, które doskonale współgrają z lekko psychodeliczną warstwą wizualną. Oniryczne wstawki przybliżające nam tragedię, jaka w nieokreślonej przeszłości dotknęła głównego bohatera, wplecione w aktualne wydarzenia będące następstwem owego koszmaru sprzed laty, po zebraniu razem tworzą wrażenie przebywania w umyśle rozchwianej emocjonalnie jednostki, która stara się jakoś poradzić sobie z poczuciem nieodwracalnej straty panoszącym się w jej wnętrzu. „Genesis” przybiera więc jeszcze bardziej artystyczną formą niźli „Po godzinach” - omawiana krótkometrażówka cechuje się większym wysublimowaniem, nieporównanie bardziej misterną techniką, a bo i scenariusz jest zdecydowanie bardziej wyszukany od tego zaprezentowanego w poprzedniej odsłonie „Trylogii Śmierci”. Tak samo jak wykorzystana wówczas płaszczyzna techniczna doskonale wpasowywała się w problematykę „Po godzinach”, tak lekko psychodeliczna oprawa „Genesis” idealnie sprawdza się w tym przypadku. „Genesis” stara się bowiem wywołać w widzach inne emocje, opowiedzieć o śmierci w zupełnie inny sposób – zamiast przede wszystkim szokować zmusza widza do podszytej smutkiem zadumy, stara się (jeśli o mnie chodzi z dobrym skutkiem) przekazać odbiorcy psychiczny ból nieustannie towarzyszący głównemu bohaterowi. Co wcale nie oznacza, że umiarkowanie krwawych ujęć w „Genesis” nie ma wcale, bo jak się z czasem okazuje Nacho Cerda umyślił sobie, że ten bądź co bądź pomysłowy wątek przewodni sprawdzi się w stylistyce body horroru, że powinno się skierować go właśnie w tę stronę, że w sumie takie rozwiązanie aż się o to prosi. Nie zamienił jednak tego w tanią makabrę, w szokowanie dla samego szokowania – twórcy efektów specjalnych nie szafowali krwawymi okropieństwami. Pokazali kilka bardzo realistycznych ujęć tego rodzaju, ale nie pozwolono, żeby odbiorców na ich widok ogarnęło takie zniesmaczenie, które przykryłoby wszystko inne. I dobrze, bo moim zdaniem przyczyniłoby się to do spłaszczenia tej historii – scenariusz wymagał od twórcy zupełnie innego podejścia niż to miało miejsce w przypadku „Po godzinach”. Skoncentrowania się na próbach obudzenia w oglądających bardziej złożonych uczuć. Takich które wymagają większego wysiłku od artysty i w mojej ocenie owe niełatwe zadanie Nacho Cerda i jego ekipa wykonali praktycznie bezbłędnie.
 
Wszystkim długoletnim wielbicielom horrorów opus magnum Nacho Cerdy, w formie trzech krótkich filmików składających się na tzw. „Trylogię Śmierci” najprawdopodobniej polecać nie muszę, bo podejrzewam, że wielu z nich jest ona doskonale znana. Nie sądzę jednak, aby dotyczyło to absolutnie wszystkich miłośników gatunku – myślę, że ostały się jeszcze osoby, również w kręgu fanów kina exploitation (w którym to całkiem dużo się mówi o drugiej odsłonie tej umownej trylogii), które jeśli nawet słyszały o tym przedsięwzięciu hiszpańskiego twórcy to dotychczas nie widziały powodów, aby szybko nadrobić zaległości. Cóż, moja rekomendacja zapewne dużą zachętą nie będzie. Ale mam nadzieję, że przynajmniej skłoni co poniektórych z nich do zapoznania się z paroma opiniami innych widzów, wśród których może znajdą recenzję, która zachęci ich do pochylenia się nad tym projektem Nacho Cerdy. Nie tylko fanów kina gore, bo i „Trylogia Śmierci” nie sprowadza się jedynie do kontrowersyjnego „Po godzinach”.

wtorek, 18 lipca 2017

Zapowiedź: „Piła: Dziedzictwo”

Jedna z najbardziej przerażających, oryginalnych i popularnych serii grozy powraca w wielkim stylu. W sieci pojawił się pierwszy kadr z filmu „Piła: Dziedzictwo”. Napięcie rośnie, a na jego finał widzowie będą musieli poczekać do 27 października.
 
Miasto paraliżuje strach, gdy policja odkrywa kolejne zmasakrowane zwłoki. Media rozdmuchują teorię o seryjnym mordercy, ale detektywom nie udaje się ustalić żadnego wspólnego mianownika, który łączyłby wszystkie zabójstwa. Aż do dnia, gdy na jaw wyjdzie jeden makabryczny szczegół, który rzuci podejrzenie na dobrze znanego policji mordercę Johna Kramera. Problem w tym, że Kramer nie żyje…

PIŁA: DZIEDZICTWO (Jigsaw)
PREMIERA: 27 PAŹDZIERNIKA 2017

Reżyseria: The Spierig Brothers („Daybreakers”)
Obsada: Pete Goldfinger („Kingsman: Tajne służby”, „Eddie zwany Orłem”, „Legend”), Tobin Bell („Ray”, „Django”, „Zakładnik”, „Prawo zemsty”), Matt Passmore („Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”, „Ciemniejsza strona Grey’a”)
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2017
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Rabbit Action Sp. z o.o.

poniedziałek, 17 lipca 2017

„Sweet, Sweet Lonely Girl” (2016)

Nieśmiała Adele za namową swojej matki, która potrzebuje pieniędzy, wprowadza się do dobrze sytuowanej ciotki, Dory. Młoda kobieta ma odpłatnie opiekować się starszą krewniaczką, która cały czas spędza w swojej sypialni. Oprócz przyrządzania posiłków, robienia zakupów i podawania ciotce lekarstw do obowiązków Adele należy również dbanie o jej dom. Wszystkie postawione przed nią zadania stara się wykonywać z należytą sumiennością, dopóki nie poznaje Beth. Młodej, przebojowej kobiety, z którą szybko się zaprzyjaźnia. Aby przypodobać się nowej przyjaciółce Adele zaczyna oszukiwać i zaniedbywać Dorę. Spędza z Beth coraz więcej czasu i powoli rodzi się w niej przekonanie, że łączy je więź o wiele silniejsza niż zwykła przyjaźń.

Alejandro Daniel Calvo urodził się w Argentynie i jeszcze w dzieciństwie (w latach 70-tych) wraz z rodziną wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. W 2004 roku napisał scenariusz siedmiominutowego shorta zatytułowanego „Sitter” i sam podjął się jego reżyserii. W kolejnych latach nakręcił jeszcze kilka krótkich filmików, dopiero w 2008 roku pokazując światu swój pierwszy pełnometrażowy film, thriller „Po drugiej stronie torów”. Później stworzył trzy mało znane filmy grozy, „The Melancholy Fantastic”, „The Midnight Game” i „House of Dust” oraz komediodramat „The Missing Girl”. W 2016 roku powrócił do stylistyki horroru w swojej „Sweet, Sweet Lonely Girl”, minimalistycznej produkcji, która najprawdopodobniej już w zamyśle jej reżysera i scenarzysty miała przywodzić na myśl kino grozy z lat 70-tych, 80-tych.

Choć przed seansem „Sweet, Sweet Lonely Girl” nie czytałam żadnych recenzji tego filmu miałam podejrzenie graniczące z pewnością, że A.D. Calvo w swoim najnowszym obrazie starał się przywołać ducha kina grozy z dawnych lat. Zasugerował mi to sam plakat, nie wiedziałam tylko czy efekt okaże się zadowalający. Więc postanowiłam czym prędzej to sprawdzić. Okazało się, że twórcy „Sweet, Sweet Lonely Girl” faktycznie wykazywali pewne starania we wspomnianym kierunku, nie czynili tego jednak z taką agresywnością, żeby widz miał poczucie obcowania z produkcją, która usilnie stara się wywołać w nim wrażenie, że powstała jeszcze w poprzednim wieku, która próbuje sprawić, żeby choć na chwilę zapomniał, że to jeden z nowszych tworów. Z drugiej jednak strony zdjęcia bardzo różnią się od tych, którymi zazwyczaj raczy nas współczesne kino, zwłaszcza te wysokobudżetowe – kolorystyka przywodzi na myśl przede wszystkim starsze horrory nastrojowe, choć zdjęć nie znaczy nic, co wskazywałoby na leciwość taśmy. Widać, że twórcy dysponowali nowszym sprzętem, ale najchętniej wykorzystywane obecnie metody filmowania zdecydowanie ich nie interesowały. Zamiast silnie skontrastowanych, pastelowych, czy nawet plastikowych zdjęć twórcy „Sweet, Sweet Lonely Girl” serwują nam mgliste, przygaszone obrazki, które wydają się być niemalże żywcem wyjęte z jakichś starych fotografii. Kontury lekko się zacierają, praktycznie wszystkie kolory wyblakły, wpadając w swoistą ponurość, tak jakbyśmy oglądali artystyczną ewokację tak zwanej „jesieni życia”, próbę nasunięcia rzeczonego skojarzenia już poprzez samą kolorystykę. W „Sweet, Sweet Lonely Girl' wszystko zdaje się trwać w niejakim zawieszeniu, w obojętności, w oderwaniu od reszty wiecznie za czymś goniącego społeczeństwa, od wielkomiejskiego zgiełku, od świata, w którym nie ma czasu na introspekcję. Główna bohaterka, Adele (doskonała kreacja Erin Wilhelmi) nie ma wygórowanych ambicji, nie wykazuje żadnej inicjatywy woląc dostosowywać się do wymagań matki materialistki, która spodziewa się dziecka ze swoim obecnym partnerem. Na swoją przybraną starszą siostrę, Dorę, spogląda jak na bankomat, bo myślę, że to urządzenie było jej wówczas znane. Niełatwo jest umiejscowić akcję „Sweet, Sweet Lonely Girl” w jakimś konkretnym przedziale czasowym – patrząc na stroje aktorek i nie dostrzegając w ich otoczeniu żadnych nowoczesnych sprzętów, zamiast tego widząc zabawkę, która przed laty dostarczała dzieciakom (ze mną włącznie) niebywałej frajdy, czyli starego, dobrego walkmana, jestem skłonna zaryzykować twierdzenie, że akcja przypada na lata 80-te bądź 90-te. W każdym razie, gdy stan zdrowia ciotki Adele ulega pogorszeniu jej matka dostrzega w tym szansę na dodatkowy zastrzyk gotówki – tylko przez taki pryzmat spogląda na jej niedolę, materializm jest w niej bowiem silniejszy od współczucia. Adele pokornie udaje się więc do domu ciotki i roztacza nad nią opiekę. Która sprowadza się do zostawiania pod drzwiami jej pokoju (z którego Dory z jakiegoś powodu nie wychodzi) posiłków i leków oraz podążania za wytycznymi zazwyczaj spisywanymi na kartce przez jej podopieczną. Dory rzadko odzywa się do swojej siostrzenicy, choć ta parę razy stara się nawiązać rozmowę zza zamkniętych na klucz drzwi i przez dłuższy czas widz właściwie nie wie, dlaczego starsza kobieta się tak zachowuje. To jak w opowiadaniu Williama Wymarka Jacobsa „Małpia łapka”, w którym moment szczytowej grozy przypada na moment zasygnalizowania obecności czegoś potwornego za drzwiami, bo całą robotę wykonuje nasza wybujała wyobraźnia. Dopóki nie widać podopiecznej Adele, dopóki od czasu do czasu do naszych uszu dochodzi jedynie jej skrzekliwy głos oraz ciche stukanie w podłogę, dopóki tak naprawdę nie wiemy „co trzyma” starszą kobietę w tym niewielkim pomieszczeniu nasza wyobraźnia szaleje, podsuwając nam coraz to wymyślniejsze obrazy jej szkaradnej sylwetki. A przynajmniej tak być powinno. Wydaje się, że między innymi na tym zależało A.D. Calvo. I jeśli o mnie chodzi to zabieg w pełni się udał, ale szczerze powiedziawszy bardzo zdziwiłabym się, gdyby wielu widzów potrafiło doprowadzić swój umysł do choćby zbliżonego stanu.

„Sweet, Sweet Lonely Girl” to horror niszowy, który porusza się również po płaszczyźnie obyczajowej. Atmosfera podszytej zagrożeniem tajemniczości emanuje z dosłownie każdego kadru, akcenty jakie twórcy kładą na postacie Dory i Beth (w którą w znakomitym stylu wcieliła się Quinn Shephard) mają szansę ożywić wyobraźnię niektórych odbiorców i wówczas doprowadzić ich do słusznego skądinąd przekonania, że twórcy nie uciekają od stylistyki horroru. Po prostu przez większość czasu spoglądają na nią pod zupełnie innym kątem niźli ten do którego przywykli fani współczesnych kinowych straszaków. Z pozycji osób pokładających wiarę w naszą wyobraźnię, ludzi świadomych tego, że czasem wystarczy jedynie dotknąć jakiejś struny ukrytej w mózgu odbiorcy, aby pobudzić jego wyobraźnię. To niełatwa sztuka, ale nie niewykonalna, co widać choćby na tymże przykładzie (ale i na wielu innych), która moim zdaniem zda egzamin przede wszystkim w przypadku moli książkowych. Ta grupa bowiem szczególnie nasuwa mi się na myśl w kontekście obrazu, który wymaga wkładu wyobraźni odbiorcy. A.D. Calvo początkowo kreśli przygnębiający obraz nudnej egzystencji młodej kobiety – powolne najazdy kamer na jej codzienne pospolite czynności, podkreślanie monotonii w jaką wpadło samotne, nieśmiałe dziewczę podejmujące opiekę nad schorowaną ciotką, kilka fantazyjnych kątów nachylenia kamer (najbardziej pomysłowy pojawia się podczas jednej ze wspinaczek Adele po schodach) – wszystko to tworzy wrażenie swoistej intymności, przyczynia się do wytworzenia więzi pomiędzy odbiorcą i główną bohaterką, która nie sprawia, że czujemy się komfortowo, że nie niepokoi nas bliskość tej młodej kobiety przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę nie wiemy, co dzieje się w jej głowie. Początkowo, bo gdy u jej boku pojawia się Beth, również młoda kobieta, która jednak stanowi zupełne przeciwieństwo Adele, scenarzysta w osobie A.D. Calvo zaczyna bardziej przybliżać nam charakter Adele. Pytanie tylko: czy wówczas ujawnia się jej prawdziwa osobowość, czy dziewczyna zmusza się do karygodnych zachowań po to, aby przypodobać się nowej przyjaciółce? Czy Beth, którą niejednokrotnie „przyłapujemy” na rzucaniu wrogich spojrzeń w kierunku Adele i przybieraniu kamiennego, nieprzeniknionego oblicza wywiera jakiś zgubny wpływ na psychikę pierwszoplanowej postaci z wykorzystaniem nadprzyrodzonych sił, którymi włada? A może wyjaśnienie jest bardziej zwyczajne – może Adele wpadła w sidła zastawione przez kobiecy czarny charakter, w którym nie drzemią żadne nadnaturalne moce? Czy pod którymś z wyżej wspomnianych kątów należy spoglądać na ich relację, która jak wiele na to wskazuje, powoli ewoluuje z przyjaźni w miłość? Czy obrać zupełnie inny punkt widzenia, przyjąć do wiadomości fakt, że Beth nie stanowi żadnego zagrożenia dla Adele, że jedyną osobą, która może skrzywdzić tę drugą jest ona sama? Młoda kobieta, która jak wiemy od czasu do czasu słyszy głos wypowiadający jej imię, która widzi zjawę swojej ciotki bujającą się na fotelu za jednym z mijanych przez dziewczynę drzew i która być może wcale nie odczuwa wyrzutów sumienia oszukując swoją podopieczną. Innymi słowy mamy tutaj do czynienia z przysłowiową „cichą wodą, która brzegi rwie”, czy ofiarą kobiecej, być może demonicznej postaci, która nagle wkracza w jej życie, po to, aby je doszczętnie zniszczyć? Tajemnica goni więc tajemnicę, a to wszystko spowija tak melancholijny, przytłaczający ogromem samotności i zagubienia klimat, że nawet gdybym bardzo chciała nie potrafiłabym przejść obok tego obrazu obojętnie. Nie potrafiłabym na własnej skórze nie odczuć nieprzyjemnych emocji towarzyszących głównej bohaterce tak rozpaczliwie poszukującej bratniej duszy, której nie mogłam nie współczuć, ale też nie umiałam w pełni jej zaufać. Dopiero w ostatnich partiach „Sweet, Sweet Lonely Girl” pojawia się trochę dosłowności, nie należy jednak przez to rozumieć, że twórcy posiłkują się widowiskowymi efektami specjalnymi, albo sięgają po tak prymitywne chwyty jak jump scenki - końcówka jest dynamiczna, a finał zaskakujący i dający do myślenia, ale popisywania się efekciarstwem nie zobaczymy nawet tutaj. Filmowcy nie wyrzekli się minimalizmu, pozostali mu wierni. Chociaż nadali akcji większego pędu i dodali kilka wizualnych smaczków zamiast tak jak wcześniej liczyć na wyobraźnię widza nie uczynili tego tak agresywnie, żeby sprawić wrażenie całkowitego oderwania od wcześniejszej formy.

„Sweet, Sweet Lonely Girl” to horror nastrojowy zmieszany z kinem obyczajowym, który został nakręcony jakby za podszeptem mojego gustu. W dosłownym tego określania znaczeniu tak oczywiście nie było, ale najnowszy obraz A.D. Calvo bez wątpienia powstał z myślą o tej niszy, którą sama zasilam – tej grupce widzów, która ceni sobie minimalizm, która woli dbałość o klimat i skupienie na intrygującej choć może niewyszukanej fabule od wszędobylskiego plastiku i drogiego efekciarstwa. To produkcja ukierunkowana na bardzo wąskie grono, dlatego też podejrzewam, że przejdzie bez większego echa, albo będzie się o nim mówić w prawie samych negatywach. Choć oczywiście wolałabym się mylić.

niedziela, 16 lipca 2017

Mikel Santiago „Zła droga”

Autor dobrze sprzedających się thrillerów, Bert Amandale, niedawno przeprowadził się wraz z żoną Miriam i szesnastoletnią córką Britney z Londynu do Prowansji, do Saint-Remy, niewielkiej miejscowości we Francji. Niedługo potem w miasteczku nieopodal zamieszkał najlepszy przyjaciel Berta, Chucks, rockman, teraz pracujący nad nowym albumem, który jak ma nadzieję pozwoli mu wrócić na scenę po wielu latach przerwy. Miriam nie jest zadowolona z pojawienia się Chucksa, od dłuższego czasu jest bowiem przekonana, że mężczyzna potrafi jedynie stwarzać problemy, ale Berta bardzo raduje towarzystwo długoletniego przyjaciela. Pewnego dnia muzyk zdradza mu, że niedawno śmiertelnie potrącił człowieka i pod wpływem paniki uciekł z miejsca zdarzania. Gdy nazajutrz wrócił w to samo miejsce nie znalazł ani ciała, ani innych śladów, które wskazywałyby, że na tym odcinku drogi doszło do wypadku. Po przeprowadzeniu małego wywiadu w okolicy Bert uświadamia sobie, że nikomu, nawet policji, nic nie jest wiadome o takim wydarzeniu. Chucks od tego momentu żyje natomiast w przekonaniu, że ktoś chce go zabić, co początkowo każe Bertowi podejrzewać, że właśnie przeżywa on jeden z swoich paranoicznych napadów. Ale kolejne niepokojące wydarzenia oraz tropy, na jakie natrafia zmuszają go do gruntownego zbadania tej sprawy.

Hiszpan Mikel Santiago na rynku literackim debiutował w 2014 roku thrillerem „Ostatnia noc w Tremore Beach”, który odniósł spory sukces również na arenie międzynarodowej. Powieść rozeszła się w mniej więcej czterdziestu tysiącach egzemplarzy, została przetłumaczona na kilkanaście języków, a do Santiago przylgnęła etykietka klona Stephena Kinga. Mówi się również o tym, że prawa do adaptacji wykupił Alejandro Amenabar, twórca między innymi takich filmów, jak „Teza”, „Inni” i „Regression”. Droga powieść Mikela Santiago, „Zła droga”, ukazała się rok później i wydaje się, że umocniła jego dosyć wysoką pozycję na liście współczesnych początkujących autorów thrillerów, a w 2017 roku miała miejsce premiera jego trzeciej książki zatytułowanej „El extrano verano de Tom Harvey”.

W „Ostatniej nocy w Tremore Beach” Mikel Santiago zaproponował czytelnikom swoisty miks thrillera i horroru z dodatkiem akcentów obyczajowych, z czego nie zrezygnował w swojej drugiej powieści. Lektura „Złej drogi” ugruntowała we mnie przekonanie, że rzeczony miszmasz gatunkowy nie był chwilowym kaprysem autora tylko ma stanowić jeden ze znaków rozpoznawczych jego twórczości, jeden z integralnych elementów jego opowieści. Porównania do Stephena Kinga nie wzięły się znikąd – nawiązania do utworów niekoronowanego króla współczesnej literatury grozy w „Ostatniej nocy w Tremore Beach” wielu jej odbiorcom rzuciły się oczy, ale podejrzewam, że w „Złej drodze” jedynie nieliczni dostrzegą ukłon w stronę jednej konkretnej powieści Kinga. Wydaje mi się, że większość czytelników poprzestanie na porównaniach do „Żon ze Stepford” Iry Levina, której to tytuł w pewnym momencie pojawia się w tekście Santiago, na wypadek gdyby komuś umknęły jakże dosadne nawiązania fabularne. Ale uważny odbiorca, któremu nieobcy jest „Cmętarz zwieżąt” Stephena Kinga, albo przynajmniej jego filmowa wersja z 1989 roku zrozumie aluzję wrzuconą przez Santiago w jeden z koszmarnych snów głównego bohatera, Berta Amandale'a. Mężczyzna widzi wówczas swojego przyjaciela z okaleczoną twarzą, który wskazuje pewne miejsce i daje mu jasno do zrozumienia, że on i jego rodzina znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie. Podobieństwa do onirycznego spotkania Louisa Creeda z Victorem Pascowem moim zdaniem nie mogły być jedynie czystym zbiegiem okoliczności, wynikiem zwykłego przypadku. Już prędzej zaplanowanym, w pełni świadomym działaniem skierowanym do fanów literatury Stephena Kinga. Ukłon w stronę twórczości Iry Levina pojawia się w jeszcze jednym miejscu, a ściślej w stronę jego „Dziecka Rosemary”, ale nazwisko Castevet i historia z nim związana nie mają takiego znaczenia dla fabuły, jak wspomniane nawiązania do „Żon ze Stepford”. Nadmienione już koszmarne sny pierwszoplanowej postaci to bodaj jeden z najbardziej wyrazistych skrętów w stronę tradycji horrorów uświetniających fabułę „Złej drogi”. Nie ma ich dużo, ale ilekroć się pojawiają przykuwają uwagę dbałością o atmosferę nieokiełznanej grozy, mniej lub bardziej tajemniczą upiornością, a miejscami nawet czystą makabrą. Niedawno obejrzałam (a właściwie to przecierpiałam) szóstą odsłonę „Wysłannika piekieł”, w której to zawarto jedną naprawdę mocną scenę z wbijaniem igieł w odsłonięty mózg przytomnej ofiary. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy parę dni później spotkałam się z czymś niemalże identycznym na kartach powieści autorstwa Mikela Santiago – ciekawe czy też widział ten film, czy zwyczajnie jego własna wyobraźnia zboczyła akurat na podobne przestrzenie, które to charakteryzuje taka siła wyrazu, że zapewne niejednej nienawykły do stylistyki gore odbiorca „Złej drogi” odczuje głęboki niesmak na widok mężczyzny z igłami w mózgu i być może przyklaśnie pomysłowości autora (sama bym to zrobiła, gdybym nie miała za sobą seansu wspomnianej produkcji). Skłon w stronę stylistyki horroru unaocznia się również na początku powieści w formie doprawdy zagadkowego incydentu na jednej z prowansalskich dróg. Podpity rockman potrąca nocą mężczyznę, który wydaje mu się znajomy, i który to przed śmiercią wypowiada nic niemówiące mu słowo w języku francuskim. Spanikowany mężczyzna ucieka z miejsca wypadku, ale pod wpływem wyrzutów sumienia wraca tam nazajutrz, po to, aby odkryć, że trup zniknął, nie pozostawiając na szosie i poboczu żadnych śladów swojej obecności. Muzyk dzieli się tymi przeżyciami ze swoim najlepszym przyjacielem, autorem paru poczytnych thrillerów, Bertem Amandale'em, który po przeprowadzeniu krótkiego rozpoznania dochodzi do wniosku, że rockman potrzebuje pomocy psychologa, bo najpewniej znowu przechodzi jeden ze swoich ataków paranoi. Na co wskazują również jego opowieści o tajemniczych osobnikach, którzy chcą wyrządzić mu krzywdę. Mikel Santiago wprowadza więc możliwość dwojakiej interpretacji przybliżonego wydarzenia nadającego kierunek całej akcji, ale nie rozciąga tej koncepcji na choćby nawet większą część powieści. Myślę, że długoletni wielbiciele dreszczowców bardzo szybko wkroczą na właściwą ścieżkę interpretacyjną i co więcej nie będą ich nieustannie dręczyły wątpliwości, co do jej zasadności. Wyraźnie widać, że nie taki był zamiar Santiago – że wcale nie chciał podtrzymywać w czytelnikach niepewności, co do prawdziwości słów Chucksa. Zamiast tego skupił się na podsycaniu podejrzeń względem kilku wymuskanych mieszkańców Saint-Remy i zachęcaniu czytelnika do podejmowania prób przeniknięcia ich tajemnic.

W postaci Berta Amandale'a unaoczniają się pewne cechy, które można przypisać samemu Mikelowi Santiago – dzieli z nim zamiłowanie do muzyki rockowej i powieściowych thrillerów. Obaj zajmują się pisanie dreszczowców i być może obaj cierpią na bezsenność. Tego nie wiem, ale sposób, w jaki Santiago pisze o tej przypadłości każe mi domniemywać, że nie jest mu obca. Ta ostatnia cecha bezsprzecznie łączy natomiast mnie z Bertem Amandale'em, ale nie tylko ona. Jego awersja do zakrapianych alkoholem przyjęć w większym (w jego przypadku głównie albo wyłącznie w sztywnym) gronie i mnie dotyczy, dlatego też bez żadnych trudności zdołałam utożsamić się z głównym bohaterem. I zapałać do niego ogromną sympatią, która naturalną koleją rzeczy przyczyniła się do podsycenia emocji – zmusiła mnie do trwania nad lekturą w poczuciu ciągłej obawy o jego życie. I życie jego rodziny, którą Santiago scharakteryzował może nie z zachowaniem porównywalnej, ale na pewno całkowicie satysfakcjonującej głębi. W całym jego warsztacie widać progres – jeśli zestawi się „Złą drogę” z „Ostatnią nocą w Tremore Beach” zobaczy się ewidentną poprawę stylu, bardziej staranne podejście do bohaterów i o wiele bardziej wyczerpujące opisy miejsc i wydarzeń. A nawet większą dbałość o klimat tajemniczości wprost promieniujący jakąś niedookreśloną wrogością, która sukcesywnie zaciska się na pierwszoplanowej postaci. Niebezpieczeństwo nieuchronnie się zbliża, właściwie to tylko kwestią czasu jest, aż wyjdzie z ukrycia obnażając swoje okropne oblicze. I takie wrażenie odnosi się już praktycznie od pierwszej strony tej powieści, z takim poczuciem śledzi się tę opowieść. Z poczuciem, które nigdy nie słabnie. Wręcz przeciwnie: jest konsekwentnie podsycane przez autora, za sprawą coraz to bardziej złowieszczych tropów, na które natrafia Bert i jego coraz bardziej szaleńczych reakcji na niektóre z tychże. Główny bohater z czasem tworzy sobie w głowie obraz dosyć szeroko zakrojonego spisku, w którym udział biorą sąsiedzi Amandale'ów, może nawet wszyscy mieszkańcy Saint-Remy. Mężczyzna dzieli się tymi złymi przeczuciami ze swoją małżonką, Miriam, z którą już od jakiegoś czasu nie układa mu się najlepiej, a jak można się spodziewać po wyłuszczeniu jej swoich teorii ich relacja jeszcze się pogarsza. Kobieta jest przekonana, że jej mąż ma jakieś problemy psychiczne, być może wywołane powrotem do uzależnienia od środków nasennych, narastającą obawą o przyszłość ich związku oraz ostatnio przeżytą traumą. Jej nieprzejednany charakter, upór i spore pokłady złości do Berta nie pozwalają jej jednak podchodzić do jego zachowania z należytym współczuciem i zrozumieniem. Mikel Santiago na kartach „Złej drogi” przeprowadza czytelnika przez iście elektryzujące, wprost przepełnione różnego rodzaju emocjami, z których większość znacznie winduje napięcie, pożycie małżeńskie – relację dwóch osób, pomiędzy którymi tak iskrzy, że niemalże można dostrzec wiązki elektryczne wydobywające się z niektórych stronic tej powieści. Ale z jeszcze większą wirtuozerią hiszpański autor podszedł do kreślenia atmosfery małomiasteczkowej paranoi. Niebywale trzymająca w napięciu intryga utrzymana w klimacie domniemanego spisku, tj. niemalże nieustanne podsycanie w czytelnikach przekonania, że Bert Amandale i jego rodzina wpadli w „gniazdo żmij”, że przebywają w śliskim towarzystwie, które skrzętnie skrywa przed światem swoje mroczne tajemnice, w wykonaniu Mikela Santiago nabiera świeżości, pomimo wyrastania z dotychczas dosyć szeroko wyeksploatowanego źródła. Chociaż z drugiej strony nie zdziwiłabym się, gdyby znaleźli się odbiorcy „Złej drogi”, którym nie uda się odczytać tej powieści w kategoriach dzieła cechującego się sporą pomysłowością, oferującego nam kawałek unikalnej duszy autora, którzy będą raczej skłonni poczytywać tę powieść, jako swoisty zbitek różnych znanych motywów pozbawiony wszelkich przejawów indywidualności. Cóż, może i historia sama w sobie do odkrywczych nie należy, może i sporo tutaj zapożyczeń od innych powieściopisarzy, ale interpretacja tychże, sposób ich wyłuszczania i wkomponowania we własny pomysł z feralnym odcinkiem pewnej prowansalskiej drogi w mojej ocenie stanowi dowód na to, że na, jak by się wydawało, wyświechtanych do granic możliwości motywach można jeszcze zbudować coś, czemu nie można przypisać jedynie bezmyślnego kopiowania, w czym nie ma ani krztyny namiętności. Miłość do gatunku i pełne zrozumienie jego prawideł, aż nazbyt wyraźnie przebijają z kart „Złej drogi”, na deficyt emocji naprawdę narzekać nie można. Chociaż na miejscu Santiago poprawiłabym zakończenie i UWAGA SPOILER zdradziłabym co stało się z psem imieniem Lola, bo nienawidzę niedopinania wątków z udziałem zwierząt, pozostawiania mnie z dręczącymi myślami na temat tego, co też mogło im się przydarzyć KONIEC SPOILERA.

Lektura „Złej drogi” natchnęła mnie pewnością, że hiszpański pisarz Mikel Santiago nie jest autorem jednego przeboju, a nawet więcej, że potrafi stworzyć coś jeszcze lepszego od swojego głośnego debiutu (na rynku literackim, bo wcześniej publikował teksty na swoim blogu) i że warto z uwagą śledzić jego karierę. Mam nadzieję, że niedługo w Polsce ukaże się trzecia powieść Santiago, bo po lekturze tejże nabrałam ogromnego apetytu na jego prozę – chciałoby się mieć właśnie teraz na półce jego kolejną publikację, ale niestety jak na razie muszę obejść się smakiem. Uciszyć na jakiś czas pragnienie dalszego obcowania z jego pisarstwem, co po lekturze tej znakomitej powieści Mikela Santiago wcale łatwe nie będzie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 14 lipca 2017

„Barwy nocy” (1994)

Nowojorski psycholog, Bill Capa, rezygnuje z dalszego wykonywania zawodu po samobójstwie jednej ze swoich pacjentek. Udaje się do Los Angeles, gdzie zatrzymuje się u swojego przyjaciela terapeuty, Boba Moore'a, który wzbogacił się dzięki napisaniu poczytnej książki. Zaraz po przyjeździe Bill na prośbę kolegi uczestniczy w spotkaniu z jedną z jego grup terapeutycznych złożoną z pięciu osób: Clarka, borykającego się z nerwicą natręctw, nimfomanki i kleptomanki Sondry, masochisty Caseya, niepotrafiącego poradzić sobie ze śmiercią żony i córki Bucka i zmagającego się z socjofobią szesnastoletniego Richiego. Nazajutrz Bob zdradza Billowi, że ktoś mu groził, a on ma powody przypuszczać, że jego prześladowcą jest ktoś z grupy, którą mu przedstawił. Niedługo potem Moore zostaje zamordowany. Prowadzący śledztwo w sprawie jego śmierci detektyw Martinez i sami członkowie grupy terapeutycznej proszą Billa, aby ją przejął. Ten pierwszy ma nadzieję, że psychologowi uda się wytypować mordercę. Bill daje się w końcu przekonać. Obejmuje pieczę nad problematyczną grupą, po czym przystępuje do bacznego przyglądania się swoim nowym pacjentom. Dużą część wolnego czasu spędza natomiast z nowo poznaną młodą kobietą, Rose.

Zrealizowany za czterdzieści milionów dolarów amerykański thriller w reżyserii Richarda Rusha, „Barwy nocy”, okazał się finansową klapą. Zresztą nie tylko tego rodzaju porażka go spotkała - dużą liczbą pochlebnych opinii również nie mógł się poszczycić. Miażdżąca większość krytyków i spora część zwykłych odbiorców nie szczędziła nieżyczliwych słów pod adresem tej produkcji, laureatki Złotej Maliny w kategorii „najgorszy film”, nominowanej do tejże również w wielu innych kategoriach. Co prawda kawałek muzyczny pojawiający się w filmie został nominowany do Złotego Globu, ale zdecydowanie dominowały „akcenty piętnujące” niniejsze dokonanie Richarda Rusha. A ja tymczasem pytam: o co chodzi? Skąd aż taka nienawiść do „Barw nocy”, w mojej ocenie klimatycznego thrillera opowiadającego tak ciekawą historię?

„Barwy nocy” to wysokobudżetowy thriller, w którym jednak nie uwidacznia się żaden przepych, chyba że za przejaw takowego uznać obecność znanych aktorów na planie. Główna rola przypadła w udziale, jak zawsze znakomitemu Bruce'owi Willisowi, ale mnie osobiście najbardziej ucieszył udział Lance'a Henriksena. Jedną z mniejszych ról powierzono także dobrze znanemu opinii publicznej Bradowi Dourifowi, a jedne z większych pól do popisu mieli Ruben Blades, kreujący barwną postać nadpobudliwego detektywa Martineza i partnerująca Willisowi Jane March. Scenariusz autorstwa Matthew Chapmana i Billy'ego Raya koncentruje się na psychologu, Billu Capie, który obwinia się za samobójstwo jednej z pacjentek. Wyrzuty sumienia zmuszają go do porzucenia nowojorskiej praktyki i wyjazdu do Los Angeles. Gdzie nie zamierza realizować się w dotychczasowym zawodzie, ponieważ jak zdradza zaprzyjaźnionemu terapeucie, u którego się zatrzymał, Bobowi Moore'owi, stracił wiarę w to, co robił. Zmienia zdanie po morderstwie wspomnianego kolegi. Przejmuje jedną z grup terapeutycznych Boba w nadziei, że uda mu się znaleźć w tym gronie sprawcę i ze zwykłej chęci niesienia chorym pomocy. Obawia się, że może im zaszkodzić, ale sami pacjenci przekonują go, że jest najodpowiedniejszą osobą do prowadzenia ich grupy. Pierwsze zabójstwo pojawiające się w „Barwach nocy” i trzymająca w napięciu sekwencja je poprzedzająca spokojnie mogłyby być wykorzystane w jakimś slasherze. Pojawienie się za drzwiami tajemniczego oprawcy, z gardła którego wydobywa się upiorny śmiech, raptowny skok na ofiarę, który zmusił mnie do lekkiego uniesienia się z fotela i finalizujący całość widok zakrwawionych zwłok mężczyzny, a wszystko to podane w odpowiednio mrocznej oprawie, przed laty podczas pierwszego seansu „Barw nocy” kazały mi sądzić, że będę miała do czynienia z thrillerem obfitującym w trzymające w napięciu sceny mordów, osiągającym taki poziom drastyczności, jakim uraczyło mnie większość obejrzanych przeze mnie slasherów. Ale na drugi atak mordercy przyszło mi długo czekać – zamiast skupić się na zbrodniczej działalności tajemniczego mordercy, zamiast zaoferować mi spodziewany proces eliminacji członków grupy terapeutycznej obecnie prowadzonej przez Billa Capę, scenarzyści woleli pochylić się nad jego amatorskim śledztwem, romansem z nowo poznaną młodą kobietą, Rose, i próbami niesienia pomocy nowym pacjentom. W tym pierwszym zajęciu głównego bohatera wspiera detektyw prowadzący sprawę morderstwa jego przyjaciela, Martinez, który zachowuje się tak jakby coś brał. Jego hałaśliwy sposób bycia, zmienne nastroje i zabawne odzywki, którymi często raczy swoich słuchaczy znacznie uprzyjemniają seans. Akcenty humorystyczne przebijające z tej barwnej sylwetki w najmniejszym nawet stopniu nie przykrywają aury niebezpieczeństwa spowijającej właściwie wszystkie postacie, nie obniżają mrocznego wydźwięku „Barw nocy”. Ale niestety nie mogę tego samego powiedzieć o płaszczyźnie romantycznej. Docenione przez magazyn „Maxim” sceny erotyczne z udziałem Bruce'a Willisa i Jane March niemalże odrzucały mnie od ekranu i bynajmniej nie za sprawą sfery wizualnej tylko dźwiękowej. Skomponowana przez Dominica Frontiere'a muzyka przez większość czasu nie wzbudzała we mnie absolutnie żadnych emocji – nie zwracałam na nią uwagi, za wyjątkiem scen seksu, które za jej sprawą jawiły się niczym kawałki wprost wyjęte z jakiejś telenoweli opowiadającej historię przesłodzonego do granic możliwości, płomiennego romansu mężczyzny i kobiety. Poetyckie monologi, którymi Bill niemalże za każdym razem wita swoją kochankę to kolejna składowa tego irytująco sportretowanego wątku, doprawiona taką warstwą cukru, że autentycznie mnie zemdliło – podejrzewam, że gdyby kazano mi słuchać tego dłużej pod moimi nogami pojawiłaby się kałuża wymiocin...

Ale „Barwy nocy” to nie tylko zapis romansu mężczyzny z młodszą od niego mieszkanką Los Angeles. A nawet nie przede wszystkim, ponieważ scenarzyści zdecydowanie więcej miejsca poświęcają pozostałym, nieporównanie lepiej poprowadzonym wątkom silnie osadzonym w konwencji dreszczowca. Moim zdaniem najlepszym, najbardziej intrygującym pomysłem scenarzystów była grupa terapeutyczna. Zawężenie listy podejrzanych do grona złożonego z pięciu pacjentów Boba Moore'a, raz w tygodniu spotykających się na terapii grupowej. Każdy z nich boryka się z innym problemem, portret osobowości każdego z nich przyciąga uwagę i każdy wydaje się stanowić idealny materiał na filmowego mordercę - wybór scenarzystów może paść na absolutnie każdego nowego pacjenta Billa Capy, nikt nie wydaje się tak mało prawdopodobny, żeby można było szybko wykluczyć go z grona podejrzanych. To znaczy ja nie potrafiłam tego uczynić podczas pierwszej projekcji „Barw nocy”, ale niewykluczone, że gdybym po raz pierwszy sięgnęła po niego teraz to zdołałabym przewidzieć przynajmniej niektóre, te co bardziej pomysłowe, elementy składające się na unaoczniony zwrot akcji. Oglądając ten film ponowie, z pozycji osoby już oświeconej, miałam wrażenie, że szczegóły naprowadzające widzów na, może nie całościowe, ale na pewno częściowe rozwiązanie zagadki aż nazbyt rzucają się oczy. UWAGA SPOILER Wybór aktorki z tak charakterystycznymi jedynkami (zębami) moim zdaniem był wielce ryzykowny KONIEC SPOILERA. Przy zasadności tego osądu nie będę się jednak upierać, całkiem bowiem możliwe, że wspomniany detal za drugim podejściem odznaczał się tak wyraźnie, bo wiedziałam już, czemu powinnam się dokładnie przyjrzeć. Zanim jednak scenarzyści przystąpią do odkrywania tajników całej intrygi, zanim zaserwują nam może i nieodznaczające się porażającą innowacyjnością, ale moim zdaniem dobrze przemyślane i odpowiednio posklejane elementy składające się na dla niektórych pewnie mocno zdumiewające rozwiązanie zagadki kryminalnej, przeprowadzą widzów przez nieoszpecone niepotrzebnym efekciarstwem, w zdecydowanej większości klimatyczne przeżycia Billa Capy w Los Angeles. Najczęściej urozmaicane wstawkami z życia paru jego aktualnych pacjentów. Miłośnicy dynamicznych thrillerów pełnych wymyślnych efektów specjalnych zapewne będą rozczarowani podejściem Richarda Rusha – powolnym rozwojem akcji (film trwa trochę ponad dwie godziny), znacznym ograniczeniem liczby trupów i trzymających w napięciu manifestacji tajemniczego oprawcy na rzecz nieśpiesznej eksploracji płaszczyzny psychologicznej i kryminalnej – przy czym, ten drugi aspekt dotyczy głównie rozwoju śledztwa detektywa Martineza, w które zostaje zaangażowany psycholog Bill Capa tj. mozolnego podążaniu głównie przez tego drugiego za paroma tropami, na które natrafia. Za wyjątkiem ustępów romantycznych i erotycznych film spowija frapująca aura złowrogiej tajemnicy, która zapewne nie wywierałaby takiego wrażenia, gdyby nie ciemne, a nawet lekko przybrudzone kadry i ciężar, jaki twórcy „Barw nocy” położyli na grupę terapeutyczną, nad którą pieczę dosyć szybko objął bohater pierwszoplanowy. Jeśli szybko nie zdoła się znaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytania postawione w scenariuszu to właściwie nie sposób nie reagować na to grono złożone z pięciu borykających się z problemami psychicznymi osobników z ogromną nieufnością. Właściwie to łatwo poczuć się ogłoszonym pokaźnym ładunkiem złowieszczości bijącym z tej grupy, dać się zelektryzować atmosferze przyczajonego zagrożenia, bo twórcy wprost przesycają nią dosłownie każde ich spotkanie. Ale na tym nie kończy się proces tworzenia klimatu tajemniczości, bo z równie dużą siłą rzeczony pierwiastek unaocznia się również w scenach z prywatnego życia Billa Capy, zwłaszcza po pokazaniu widzom fragmentu z życia jednej z jego pacjentek. Wówczas trybiki w głowie oglądającego prawdopodobnie zaczną kręcić się z niewyobrażalną prędkością, zmuszając go do jeszcze większego główkowania niż chwilę wcześniej. Pod warunkiem oczywiście, że do tego czasu nie uda mu się co nieco przewidzieć.

„Barwy nocy” Richarda Rusha to thriller, na którym doprawdy niewielu amerykańskich krytyków litościwie postanowiło pozostawić chociaż jedną suchą nitkę. To laureat Złotej Maliny, który nie może się pochwalić dużą liczbą fanów również wśród zwykłych odbiorców. A teraz, po przekazaniu tych informacji, pragnę zarekomendować ten obraz każdemu miłośnikowi klimatycznych dreszczowców, w których najważniejsza jest fabuła i bohaterowie, nie zaś widowiskowe efekty specjalne i pędząca na łeb na szyję akcja, w której brakuje należycie zarysowanych wątków. Nie wiem, czy film będzie w stanie zaskoczyć wielu długoletnich wielbicieli gatunku, ale myślę, że przynajmniej ci z nich, którzy zasilają zarysowaną przed chwilą grupę odbiorców będą śledzić tę historię z sukcesywnie narastającym napięciem i całkiem dużym zainteresowaniem.

środa, 12 lipca 2017

Sabine Durrant „Skłam ze mną”

Mało znany powieściopisarz, Paul Morris, jest człowiekiem dbającym o pozory, nieszczędzącym ludziom kłamstw, dzięki którym w oczach innych jawi się niczym utalentowany człowiek sukcesu. Tymczasem w rzeczywistości boryka się z problemami finansowymi i brakiem jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Spotkanie z dawnym znajomym, Andrew Hopkinsem, odmienia życie Paula. Mężczyzna ma okazję, aby zbliżyć się do jego przyjaciółki, prawniczki Alice Mackenzie, wdowy wychowującej trójkę dzieci, którą stara się wykorzystać w nadziei na zapewnienie sobie darmowego lokum. Udaje mu się wprosić na wakacje na greckiej wyspie Pyros w gronie Mackenziech i Hopkinsów, gdzie zamierza kontynuować proces zaskarbiania sobie sympatii Alice. Szybko uświadamia sobie, że będzie musiał konkurować o jej względy z Andrew, który poświęca jej więcej uwagi niż swojej żonie Tinie. Paulowi jeszcze przed wyjazdem na wyspę udaje się zostać kochankiem Alice, ale to mu nie wystarcza. Pragnie zdobyć jej serce, ale wciąż napotyka różnego rodzaju przeszkody. Jego najpotężniejszą bronią są kłamstwa, którymi chętnie raczy całe towarzystwo, nie biorąc pod uwagę możliwości, że takim postępowaniem może sprowadzić na siebie poważne kłopoty.

Brytyjska powieściopisarka, Sabine Durrant, która swego czasu realizowała się jako dziennikarka, na rynku literackim debiutowała w 2002 roku utworem „Having It and Eating It”. Obecnie na koncie ma sześć powieści, w tym trzy thrillery psychologiczne. Pierwszy zatytułowany „Under Your Skin” ukazał się w roku 2013, drugi „Remember Me This Way” rok później, a wychwalany przez krytykę i jej wielu kolegów po piórze, „Skłam ze mną” swoją premierę miał w roku 2016. Nominowany do kilku nagród przyznawanym utworom kryminalnym, najnowszy thriller psychologiczny Sabine Durrant nieco odstaje od modelu, do którego przyzwyczaił nas ten gatunek, ale jak widać po reakcjach jego odbiorców takie spojrzenie na tego typu prozę również jest bardzo potrzebne - trafia na podatny grunt, choć forma, jaką autorka obrała w „Skłam ze mną” mogła nie wróżyć większego sukcesu.

Fabuła „Skłam ze mną” została skonstruowana w taki sposób, aby przyzwyczajony do zawrotnego tempa akcji odbiorca miał wrażenie zastoju, obcowania z opowieścią, w której niewiele się dzieje, która każe mu tkwić w samym centrum denerwującej pospolitości niedostarczającej absolutnie żadnych tak bardzo upragnionych emocji. Tak prawdopodobnie będą zapatrywać się na przynajmniej większą część zaprezentowanej historii fani dynamicznych fabuł, powieści, których akcja ani na chwilę nie zwalnia, zmierzając do jak wszystko na to wskazuje elektryzującego finału. Sabine Durrant w swoim najnowszym thrillerze psychologicznym obrała zgoła odmienny sposób narracji, celowo rozciągając jak się wydaje zdarzenia kompletnie nieistotne i skracając momenty, które rzekomo niosą największą obietnicę niebezpieczeństwa. To jednak tylko pozory, zasłona dymna, którą należy nauczyć się przenikać, jeśli chce się poczuć tak, jakby coś zaciskało się na naszej krtani chwilami tak silnie, że wręcz blokując dopływ tlenu do mózgu. Należycie wczuć się w tę historię mają szansę przede wszystkim osoby wprost przepadające za intrygami budowanymi zwłaszcza na relacjach międzyludzkich, wzajemnych kontaktach poszczególnych bohaterów, które jeśli dobrze się im przyjrzeć wcale do zwyczajnych nie należą, choć czytelnikom niezwracającym uwagi na szczegóły mogą się wydawać z gruntu pospolite. Głównym (anty)bohaterem i zarazem narratorem „Skłam ze mną” jest powieściopisarz Paul Morris, który zmaga się z zastojem w karierze, naturalną koleją rzeczy negatywnie odbijającym się na jego sytuacji finansowej. Sabine Durrant zdecydowała się tutaj na dosyć ryzykowny zabieg polegający na zmuszeniu odbiorcy do nieustającego towarzyszenia postaci, z którą trudno sympatyzować. Paul Morris jest bowiem pozerem, mężczyzną z przerośniętym ego, który bez żadnych oporów wykorzystuje innych. Ma na uwadze jedynie własny interes, zupełnie nie obchodzi go los ludzi z jego otoczenia, widzi w nich jedynie źródło mogące dostarczyć mu jakichś korzyści. Klęska zawodowa bynajmniej nie zachęca Paula do podjęcia jakiejś innej pracy zarobkowej, do poprawienia swojego bytu w sposób uczciwy – woli pasożytować na innych. Planuje stać się utrzymankiem zamożnej prawniczki, Alice Mackenzie, wdowy, która samotnie wychowuje trójkę dzieci, ale żeby to osiągnąć najpierw musi zdobyć jej serce. Paul i Alice szybko stają się kochankami, ale mężczyzna ma świadomość, że to nie wystarcza, że musi obudzić w kobiecie prawdziwe uczucie. Zyskać jej miłość, w czym jak mu się wydaje dopomoże mu wproszenie się na wakacje, które kobieta ma spędzić wraz ze swoimi dziećmi i zaprzyjaźnioną rodziną Hopkinsów na wyspie Pyros. A więc akcja z czasem przenosi się do tego jakże obiecującego miejsca, które same w sobie pewnie nie zapewniłoby tak klaustrofobicznej atmosfery podszytej niebezpieczeństwem alienacji, gdyby nie zamiłowanie Durrant do szczegółów. Poruszające wyobraźnię opisy malowniczej scenerii, z której jednak emanuje jakaś nieokreślona groza, jakieś zło czyhające na życie... no właśnie, kogo? Głównego bohatera, który ma nieodparte wrażenie, że jest „piątym kołem u wozu”, jedynym uczestnikiem tego wypadu, który musi ciągle udowadniać swoją wartość? Czy jego znajomych - dwóch dobrze sytuowanych rodzin, które Paul bezlitośnie okłamuje, mozolnie budując fałszywy wizerunek samego siebie?

Uważny czytelnik szybko wyczuje nieprzyjemny zapaszek wydobywający się ze wzajemnych relacji Brytyjczyków spędzających wakacje na wyspie Pyros. Sabine Durrant nie szczęści bowiem subtelnych sygnałów wskazujących na to, że w tym gronie panoszy się jakaś zgnilizna, że coś jest tutaj mocno nie tak. Coś zgrzyta – pytanie tylko co? Godne potępienia zamiary Paula Morrisa są oczywiste. Znamy jego niechlubny plan, który bez skrupułów konsekwentnie realizuje. Opisy jego licznych występków są pozbawione odpowiedniego ciężaru – pierwszoplanowa narracja każe nam spoglądać na nie oczyma Paula, a więc między innymi takie czyny jak okradanie pozostałych domowników oraz lubieżne spojrzenia, jakimi obdarza dorastające dziewczęta odziane w stroje kąpielowe, córki swoich dorosłych towarzyszy, są relacjonowane jak coś zupełnie niewinnego. Bo też w taki sposób zapatrywał się wówczas na swoje poczynania sam narrator. Wówczas, bo w „Skłam ze mną” pojawia się również kilka ustępów z przyszłości, które nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że głównego bohatera czeka ciężki los. Zwracający uwagę na detale odbiorca z całą pewnością szybko nabierze przekonania, że podejrzenia nie powinny skupiać się jedynie na pierwszoplanowej postaci, że Durrant stara się całej tej sytuacji, w której tkwi Paul nadać znamiona osobliwości. Sprawić, żebyśmy spoglądali na dosłownie wszystkich uczestników owej wyprawy z narastającą nieufnością. To znaczy nie wszyscy – mowa jedynie o odbiorcach wyczulonych na drobne niuanse, subtelne oznaki kuriozalności i złowrogich niejasności, tak łagodnie zaznaczanych, że jestem o tym przekonana, przez część czytelników mogą w ogóle nie zostać zauważone. Moim zdaniem na kartach „Skłam ze mną” Sabine Durrant osiągnęła prawdziwe mistrzostwo budowania napięcia poprzez posuniętą do ekstremum enigmatyczność. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby sabotowała samą siebie. Jakby wszystkie te liczne, acz niezwykle subtelnie zaznaczane manifestacje obecności jakiegoś zagrożenia przykryła zbyt grubym płaszczem, żeby czytelnik mógł je w ogóle zauważyć, a co dopiero poddać jakiejś interpretacji. I takie wrażenie pewnie odniosą ci, którym nie zechce się wniknąć głębiej, przedrzeć się przez to, co oczywiste – zerwać ten metaforyczny płaszcz, pod którym kryją się nieokiełznane emocje i gdzie znajdują się nie tylko korzenie, ale też zarys całej intrygi. Jej charakter, który jak podejrzewam, dla osób niepotrafiących „wpłynąć pod powierzchnię” utkaną z kłamstw, półprawd i tego co agresywnie wybija się na pierwszy plan, przez długi czas będzie kompletnie niezrozumiały. Te osoby będą trwały w przekonaniu, że raczy się ich obyczajową opowiastką, z której przebija zapowiedź jakiegoś niebezpieczeństwa, jednak tak mglista, niewyraźnie zaznaczona, że w żadnym wypadku niebędąca w stanie odpędzić wrażenia obcowania z mało spektakularną, może nawet nudnawą opowiastką o wakacjach na jednej z greckich wysp. Tymczasem ci, którym nie umkną naprawdę liczne tropy powpychane w tę złudną sielankę z czasem dostrzegą i docenią niebywale trzymającą w napięciu płaszczyznę kryminalną. Wielu z nich najpewniej nie zdoła rozszyfrować tej intrygującej zagadki, choć nie jest to niemożliwe – wiem, bo mnie udało się przewidzieć niektóre elementy ujawnione w finale, a co za tym idzie już wcześniej obrałam odpowiednią perspektywę. Nie znaczy to jednak, że obniżyło to moje ogólne wrażenia z lektury. Owszem, zakończenie nie zdumiało mnie tak bardzo, jak chciała tego autorka, ale to wcale nie umniejszyło siły rażenia wszystkich wątków je poprzedzających. Powiedziałabym nawet, że zintensyfikowało napięcie, pogłębiło klaustrofobiczne odczucia, a miejscami przynosiło coś na kształt paraliżu – należyte odczytywanie na bieżąco co poniektórych tropów podrzucanych przez Durrant sprawiało, że czasami musiałam się zatrzymać. Na chwilę przerwać lekturę po to, aby jak mniemałam przygotować się na rychłe nieszczęśliwe następstwo rzeczonego postępku, wyrazu twarzy, wydarzenia etc.

„Skłam ze mną” w moim mniemaniu jest pełnokrwistym, niebywale trzymającym w napięciu thrillerem psychologicznym, w którym mają szansę rozsmakować się przede wszystkim osoby odnajdujące przyjemność w przedzieraniu się przez zawiłości ludzkiej psychiki i szukaniu tego, co nieoczywiste, czające się w głębi, gdzieś na obrzeżach akcji i co należy w dodatku poddać odpowiedniej interpretacji, jeśli chce się objąć rozumem przynajmniej zarys całej intrygi. Bardzo starannie budowanej przez autorkę, w pełni logicznej, dostarczającej różnego rodzaju silnych wrażeń, pod warunkiem, że w odpowiednim momencie zostanie przez nas dostrzeżona, że pojmiemy zasady gry zaproponowanej przez autorkę, że nauczymy się ją czytać. W przeciwnym wypadku przez większą część lektury będziemy trwać w fałszywym przekonaniu, że raczy się nas nużącą opowiastką obyczajową, nudnawą relacją z pobytu wyimaginowanych bohaterów na jednej z greckich wysp, który pewnie doprowadzi do wstrząsającego finału, ale przedtem nie dostarczy takich emocji, jakich oczekuje się od thrillerów psychologicznych. Radzę więc zabawić się w archeologów – szukać wszelkich oznak dziwaczności, zagłębiać się w relacje bohaterów, zamiast jedynie naprędce przebiegać po nich wzrokiem (bez chwili zadumy) w nadziei na to, że na kolejnej stronicy znajdziemy opis jakiegoś porażającego wydarzenia. Ja właśnie tak podeszłam do omawianej lektury i dzięki temu mogłam cieszyć się niemalże wszystkim, czego oczekuję od thrillera psychologicznego.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 10 lipca 2017

„Amnezja” (2004)

Jessica Shepard zostaje awansowana na inspektora wydziału zabójstw. Wraz ze swoim nowym partnerem, Mikiem Delmarco, musi rozwikłać sprawę zabójstwa mężczyzny, z którym Jessica jakiś czas temu spędziła noc. Wkrótce zaczynają ginąć kolejni niegdysiejsi kochankowie Shepard, a morderstwa mają miejsce w te noce, w które kobieta traci kontakt z rzeczywistością. Komisarz John Mills, były partner ojca Jessiki, który wychował ją po śmierci jej rodziców jest przekonany, że seryjny morderca od dłuższego czasu obserwuje policjantkę, ale uznaje, że odsunięcie jej od śledztwa zaszkodzi sprawie i karierze jego podopiecznej. Shepard tymczasem coraz bardziej wątpi w samą siebie. Zaczyna podejrzewać, że to ona odpowiada za śmierć swoich byłych kochanków.

Philip Kaufman, twórca między innymi „Inwazji łowców ciał”, readaptacji kultowej powieści Jacka Finneya, na początku XXI wieku, delikatnie mówiąc, wyprowadził krytyków z równowagi swoim wysokobudżetowym thrillerem o seryjnym mordercy. Tak zwani znawcy kina prześcigali się w piętnowaniu „Amnezji” Kaufmana, w czym w dużej części wtórowali im zwykli widzowie. Czytając opinie krytyków odnosi się wrażenie, że omawiana produkcja Kaufmana jest jedną z najgorszych w historii kinematografii, gniotem jakich mało, tworem, od którego najlepiej trzymać się z daleka. No cóż, szczęście, że nie zwykłam sugerować się ocenami innych – dzięki temu mam za sobą już nie jeden, a trzy seanse „Amnezji”, dreszczowca, który za każdym razem dostarcza mi całkiem niezłej rozrywki.

Scenariusz „Amnezji” został napisany przez Sarah Thorp (między innymi jedną z późniejszych pomysłodawczyń fabuły „The Truth About Emanuel”), natomiast budżet przeznaczony na realizację i dystrybucję filmu opiewał na (uwaga) pięćdziesiąt milionów dolarów, które nawet się nie zwróciły. Podejrzewam, że lwia część budżetu trafiła do portfeli znanych aktorów uświetniających obsadę – Samuela L. Jacksona, Andy'ego Garcii, Davida Strathairna i oczywiście odtwórczyni roli głównej Ashley Judd (aktorki, którą uwielbiam za kreacje w „Kolekcjonerze”, „Podwójnym zagrożeniu”, „Robaku” i przede wszystkim w „Bez przedawnienia”). Pragnę więc uspokoić osoby, które obawiają się przesycenia drogimi efektami specjalnymi, którzy myślą, że to twórcy tychże bzdurnych dodatków zainkasowali największą sumę pieniężną. Dostajemy co prawda kilka niedługich widoków zmiażdżonych twarzy ofiar nieuchwytnego seryjnego mordercy, ale wątpię, żeby tak oszczędne charakteryzacje ktoś uznał za szafowanie efekciarstwem. Wątpię również, żeby ktokolwiek opisał fabułę słowem „zawiła”. Bo „Amnezja” to w gruncie rzeczy bardzo prosty thriller wykorzystujący silnie wyeksploatowany motyw policyjnego śledztwa w sprawie seryjnych mordów. Nie znajdziemy tutaj nadmiernych komplikacji fabularnych, eksperymentowania z formą, czy odkształcania konwencji. Podejrzewam nawet, że spora części odbiorców nie znajdzie tutaj zaskoczenia, że stosunkowo szybko rozszyfruje tożsamość sprawcy, co wziąwszy pod uwagę rozwój akcji może znacznie obniżyć jego odbiór filmu. Okresowe tracenie kontaktu z rzeczywistością przez główną bohaterkę, inspektor Jessicę Shepard w połączeniu z faktem, że ofiarami mordercy padają jej byli kochankowie jest jasnym sygnałem dla widza, że zamiarem Sarah Thorp było wciągnięcie odbiorcy w mało odkrywczą grę polegającą na celowym zakłócaniu jego spojrzenia na pierwszoplanową postać. Scenarzystka chciała, żebyśmy, aż do ostatnich partii „Amnezji” tak naprawdę nie wiedzieli, jakim okiem powinniśmy spoglądać na główną bohaterkę – wrogim czy przyjaznym. Czy należy sympatyzować z Jessicą Shepard, czy raczej ją potępiać? Wydaje mi się, że taki był zamiar, ale jeśli o mnie chodzi to szukanie odpowiedzi na rzeczone pytanie w ogóle nie wchodziło w grę, ponieważ nie zajęło mi dużo czasu wytypowanie osoby odpowiedzialnej za serię morderstw. „Amnezję” (po raz pierwszy, przed paroma laty) oglądałam więc z pozycji osoby uświadomionej, co jakoś szczególnie mi nie przeszkadzało, nie sądzę jednak, żeby wielu widzom udało się z taką samą lekkością podejść do problemu przewidywalności niniejszej opowieści. Ale istnieje szansa, że podzielą oni moje zapatrywania na postać pierwszoplanową. Jessica Shepard odstaje od zwyczajowego modelu policjantki tropiącej seryjnego mordercę. Zamiast spokojnej, w pełni zrównoważonej kobiety dostajemy osobę z problemami psychicznymi, która w dodatku prowadzi rozwiązły tryb życia i wykazuje niepokojącą tendencję do nadużywania siły nie tylko podczas konfrontacji z podejrzanymi, ale również w kontaktach z kolegami z pracy. Nie brakuje jej determinacji i kompetencji niezbędnych do rozwiązywania zagadek kryminalnych, nierzadko jednak pozwala, aby emocje brały górę nad rozsądkiem. Czasami tak się w nich zatraca, że zupełnie traci nad sobą kontrolę, co swoją drogą również stanowi okoliczność obciążającą jej osobę. Intrygująca jest też postać partnera Jessiki, Mike'a Delmarco, kreowanego przez Andy'ego Garcię, głównie z powodu emanującej z niego tajemniczości. Scenarzystka celowo nakreśliła tak mglisty obraz tej postaci - nie dając nam możliwości wniknięcia w jego psychikę, dystansując nas od niego, podchodząc do niego w sposób, który silnie kontrastował z obrazem jego partnerki, do rozchwianego umysłu której mamy okazję pozaglądać.

Jak już nadmieniłam „Amnezja” nie eksperymentuje z konwencją thrillerów o seryjnych mordercach (no chyba, że za coś w ten deseń uznać okresowe zaniki świadomości u głównej bohaterki i ewentualne domniemanie, że policjantka tak naprawdę ściga samą siebie), niczego nie udziwnia i nie wpada w nadmierne komplikacje. Oferuje widzom z gruntu prostą, w żadnym razie niezłożoną zagadkę kryminalną z domieszką psychologii. W tej drugiej warstwie również nie znajdziemy niczego, co „obciążałoby nasze umysły”, co zmuszałoby nas do ogromnego skupienia i mozolnego przedzierania się przez procesy myślowe zachodzące w głowie głównej bohaterki celem uchwycenia istoty całej intrygi. Powiedziałabym raczej, że „Amnezja” to niewymagający myślenia twór, przy którym przy odpowiednim nastawieniu można się odprężyć po ciężkim dniu, bez konieczności ciągłego główkowania nad fabułą. W dzisiejszych czasach bardzo brakuje mi właśnie takiego nienapuszonego, prostego podejścia do tematyki seryjnych morderstw – thrillerów, które opowiadają zwyczajne historie, których twórcy nie gmatwają wszystkiego w tak agresywny sposób, że ma się wrażenie, jakby przystąpili do konkursu na najbardziej przekombinowane filmidło. Jeśli weźmie się pod uwagę preferencje dużej części współczesnej publiki trudno się im dziwić – eksperymentowanie z formą i treścią obecnie wydaje się bardziej doceniane niźli zwyczajnie nakręcone i opowiedziane historie, w których nie znajdziemy innowacyjnych rozwiązań fabularnych i spektakularnych zwrotów akcji. Wiem jednak, że istnieją jeszcze widzowie, którzy tęsknią za prostotą, doceniają tradycyjne podejście do opowieści o seryjnych mordercach ujętych z perspektywy śledczych nawet jeśli owe nie mogą pochwalić się nieprzewidywalnością. I moim zdaniem właśnie w ich stronę jest ukierunkowana „Amnezja”, właśnie oni mają największą szansę odczuć satysfakcję na widok tego przedsięwzięcia Philipa Kaufmana. Chwilami generującego zadowalające napięcie emocjonalne (acz z pewnością nie z gatunku tego paraliżującego zmysły widza), osiągającemu może nie niebotycznie wysoki, ale w mojej ocenie całkiem przyzwoity poziom dramaturgii oraz dosyć zgrabnie intensyfikujący poczucie nieuchronnie zbliżającego się zagrożenia. I oczywiście mogącego się pochwalić przystępną narracją, konsekwentnym budowaniem interesującej (pomimo konwencjonalności i przewidywalności) intrygi i takim samym portretowaniem sylwetek równie ciekawych bohaterów.

Philip Kaufman nie nakręcił arcydzieła - „Amnezja” nie może pretendować do miana jednego z czołowych reprezentantów filmowych thrillerów o seryjnych mordercach, ale też nie wydaje mi się, żeby obraz ten zasłużył sobie na tak wzmożoną krytykę, jaką zaserwowali mu głównie tak zwani znawcy kina. Może i nie zachwyca, może i nie dostarcza na tyle silnych emocji, żeby wywrzeć niezapomniany efekt na wielbicielach tego rodzaju dreszczowców, ale jako taka niewymagająca myślenia rozrywka przez niektórych z nich zapewne zostanie odebrana pozytywnie – zwłaszcza przez tych fanów thrillerów o seryjnych mordercach, którzy cenią sobie prostotę, zarówno jeśli chodzi o formę, jak i treść.

sobota, 8 lipca 2017

Jack Ketchum „Zabawa w chowanego”

Troje studentów, Casey, Kimberley i Steven, wraz z rodzicami spędza wakacje w małym miasteczku Dead River w stanie Maine. Miejscowy młody mężczyzna, Dan Thomas, dołącza do ich paczki w nadziei na zbliżenie się do Casey, która bardzo mu się podoba. Choć ma pewne opory uczestniczy w ich wybrykach, głównie dlatego że znajduje się pod silnym urokiem Casey. Ryzykantki, która lubi stawiać na swoim i nie zwykła otwierać się przed innym. Dan stara się lepiej ją poznać, odkryć dręczące ją fakty z jej przeszłości, ale Casey reaguje złością, gdy mężczyzna kieruje rozmowę na tematy osobiste. Podczas jednego z pierwszych spotkań z młodymi wczasowiczami Dan opowiada im o domu należącym niegdyś do Mary i Bena Crouchów, którzy zaginęli zostawiając budynek w opłakanym stanie. Opuszczone, niszczejące domostwo, o którym krążą przerażające historie porusza wyobraźnię przyjezdnych, ale dopiero jakiś czas później zdecydują się wykorzystać drzemiący w nim potencjał.

Pierwotnie wydana w 1984 roku „Zabawa w chowanego” jest drugą powieścią w pisarskim dorobku Dallasa Williama Mayra, publikującego pod pseudonimem Jack Ketchum. Przez samego Stephena Kinga nazywany (prawdopodobnie) najbardziej przerażającym facetem w Ameryce, autor między innymi głośnej, opartej na faktach, niezwykle poruszającej „Dziewczyny z sąsiedztwa”, na rynku literackim debiutował cztery lata wcześniej kontrowersyjnym utworem „Poza sezonem”, stanowiącym pierwszą odsłonę jego trylogii kanibalistycznej (ostatni tom napisał wspólnie z Luckym McKee). Choć debiutancka powieść Jacka Ketchuma wywołała małe poruszenie wśród czytelników zdecydowanie najwięcej fanów przysporzyła mu „Dziewczyna z sąsiedztwa”, która po raz pierwszy ukazała się pięć lat po „Zabawie w chowanego”, powieści, na polskie wydanie której trzeba było czekać aż do roku 2017...

„Zabawa w chowanego” to niedługa opowieść o czwórce młodych ludzi przebywających w małym miasteczku w stanie Maine, gdzie między innymi starają odganiać nudę różnego rodzaju wybrykami, czasami bardzo ryzykownymi. Większa część lektury stanowi swoisty przekrój ich wakacyjnego życia, z którego przebija jakaś nieokreślona groźba. Narratorem „Zabawy w chowanego” Jack Ketchum uczynił Dana Thomasa, młodego mężczyznę mieszkającego w Dead River, który pewnego lata zaprzyjaźnia się z trójką studentów, spędzających wakacje w tej małej, sennej mieścinie. Główny bohater powieści i zarazem narrator uprzedza fakty, już na początku opowieści dając czytelnikom wyraźnie do zrozumienia, że stanie się coś złego, że relacjonuje swoje niegdysiejsze traumatyczne przeżycia, ale samo źródło owego zagrożenia przez dłuższy czas jest przez niego ukrywane. Choć może nie do końca, bo jednak sporo miejsca poświęca kreśleniu aury niebezpieczeństwa spowijającej jedno konkretne miejsce i emanującej z jednej konkretnej postaci. Nie wiemy jednak na czym dokładnie będzie ono polegało - w jakim charakterze się objawi, jaką postać przybierze. Przez większą część lektury Ketchum wstrzymuje się przed skonkretyzowaniem owego fatum wiszącego nad protagonistami, ale nie pozwala zapomnieć o jego istnieniu. Dwa domniemane źródła rzeczonego niebezpieczeństwa pokazują dwa różne oblicza tego autora, przy czym jedno z nich stanowi swego rodzaju znak rozpoznawczy jego prozy. Jack Ketchum najbardziej upodobał sobie przedstawianie człowieka w roli potwora. Autor wyraźnie wychodzi z założenia, że nic tak nie przerazi czytelników jak zdemoralizowany, zdolny do najokrutniejszych czynów człowiek z krwi i kości, nie zaś wszelkiego rodzaju fantastyczne stwory egzystujące wyłącznie w świecie wyobraźni. Zgodnie z tą zasadą kreśli więc portret pięknej studentki Casey, pod urokiem której znajduje się narrator powieść Dan Thomas. Młody mężczyzna ma świadomość tego, że w dziewczynie tkwi coś nieczystego, że pod tą anielską twarzą kryje się coś potwornego, ale pragnienie przebywania w jej towarzystwie jest silniejsze od owych złych przeczuć względem niej. Jack Ketchum nie szczędzi starań w kierunku zantagonizowania obiektu westchnień głównego bohatera „Zabawy w chowanego”. Robi wszystko, aby utwierdzić odbiorcę w przekonaniu, że trwanie u boku tej młodej kobiety jest wielce ryzykowne, że ta relacja może doprowadzić Dana do zguby. Wydawać by się mogło klasyczna femme fatale – wyrachowana, w pełni świadoma władzy, jaką ewidentnie sprawuje nad mężczyznami i niewahająca się wykorzystywać jej do własnych, niecnych celów, piękna kobieta, którą niełatwo zadowolić. Odczuwająca silny pociąg do ryzykownych przygód, do których bez większych trudności jest w stanie nakłonić swoich towarzyszy. Gdyby Jack Ketchum poprzestał na demonizowaniu postaci Casey zapewne nikt nie miałby wątpliwości jak też potoczy się finał tej historii. Już podczas pierwszych partii książki dla każdego byłoby jasne, że rzeczona studentka sprowadzi śmierć na swoich kompanów, że stykamy się z opowieścią na kształt „Straconych” - innego utworu Jacka Ketchuma, w którym koncentrował się na pewnej mocno zaburzonej jednostce. Ale w „Zabawie w chowanego” autor uniknął owych oczywistości poprzez wplecenie w fabułę dziejów Mary i Bena Crouchów, lokalnych dziwaków, którzy zaginęli przed laty pozostawiając swoje domostwo w iście tragicznych stanie. W oblepionych ekskrementami pomieszczeniach stojącego na uboczu domu znaleziono jedynie ich wychudzone psy oraz kilka ciał tych zwierząt ponadgryzanych przez swoich niedawnych towarzyszy. Gospodarzy nigdy nie odnaleziono, co wespół z odrażającym stanem ich lokum natchnęło miejscowe dzieciaki do tworzenia niewiarygodnych historii o tym miejscu. Największą popularnością, po dziś dzień, wśród młodszych członków społeczności Dead River cieszy się teoria o nawiedzeniu tego obecnie opuszczonego domostwa. Jack Ketchum w pewnym stopniu zahacza więc o stylistykę, po którą sięga nader rzadko, z którą zazwyczaj nie jest kojarzony. Daje nam do zrozumienia, że akcja może rozwinąć się w rzadziej spotykanym w jego twórczości kierunku, że z czasem może uraczyć nas opowieścią o duchach przypuszczających atak na śmiałków decydujących się spędzić kilka nocnych godzin na tej przeklętej ziemi.

Ludzie to, ogólnie rzecz biorąc, idioci. Młodzi szczególnie. Bo dzieciaki nie wierzą w śmierć. Muszą zostać tego nauczone, a dobrym wykładowcą jest tylko choroba lub dziury w ciele. Rany. Ból. Wszystko to przychodzi z czasem, ale za to jest nieuniknione. Bo wszyscy bohaterowie to dzieci.”

W „Zabawie w chowanego” przede wszystkim urzeka zręczne pogrywanie Jacka Ketchuma z czytelnikiem, przeplatanie dwóch jakże odmiennych sugestii odnośnie natury zagrożenia. Umiejętność wykorzystania oczekiwań czytelnika wyrobionych przez lata obcowania z dwoma różnymi konwencjami (wszelkiej maści zwyrodnialce i ghost story) do własnych celów. Autor przede wszystkim stara się (jak się okazuje z pozytywnym skutkiem) zdezorientować odbiorcę. Zaciemnić istotę tej opowieści jednocześnie nie szczędząc faktów, które to wystarczy jedynie złożyć w jedną całość, aby w naszych umysłach skrystalizowało się prawdziwe oblicze owego fatum wiszącego nad protagonistami. Zadanie wydaje się więc stosunkowo proste, ale w praktyce wcale takowe nie jest – poskładanie tych wszystkich emanujących nieokiełznaną wrogością elementów w spójną całość nastręcza pewnych trudności, pomimo unikania przez Ketchuma wpadania w nadmierne komplikacje. Innymi słowy autor pokazuje nam, że na prostym szkielecie fabularnym można zbudować całkiem interesującą opowieść, tajemniczą intrygę, której tajniki chce się poznać, a której istota z jakiegoś powodu wciąż się nam wymyka. Kolejnym superlatywem „Zabawy w chowanego” jest częste udowadnianie przez Ketchuma swojej ogromnej znajomości mechanizmów zachodzących w ludzkiej psychice oraz wyciąganie na światło dzienne niektórych brudów tego świata. Autor wprost uwielbia obnażać to, co w człowieku najgorsze, budować swoje historie w oparciu o przytłaczające obserwacje z prawdziwego życia, w którym to aż roi się od odrażających potworów. Jednocześnie jednak unika uogólniania, nie wrzuca całej rasy ludzkiej do jednego worka opatrzonego etykietką „psychopata”. Zdaje sobie sprawę i daje temu wyraz w swoich utworach, że ten świat zamieszkują również dobrzy ludzie, nierzadko popełniający błędy, ale w decydującym momencie zdolni do heroicznych czynów. Jackowi Ketchumowi nie są obojętne również ofiary ludzkiego zła, potrafi wniknąć w ich psychikę w stylu, który w bolesny dla czytelnika sposób unaocznia katusze, jakie nieustannie przechodzą. W „Zabawie w chowanego” bez problemu odnajdziemy wyżej wspomniane typy osobowości, sportretowane z charakterystyczną dla tego autora przenikliwością, unaoczniającą się przede wszystkim w pojmowaniu mechanizmów ich działania. Wybryki młodych bohaterów „Zabawy w chowanego” początkowo wydają się być wyrazem niedojrzałości i swoistego przekonania o własnej nietykalności. Zdaje się, że mamy do czynienia z grupką bogatych, rozkapryszonych wczasowiczów, którzy wciągają cokolwiek naiwnego miejscowego chłopaka w swoje gierki. Z czasem jednak dane nam będzie poznać źródło owych zachowań, okrutną prawdę, która jak się wydaje ukształtowała osobowość jednostki. Przyczyniła się do tego, kim się stała. Pytanie tylko, czy zdoła sprzeciwić się mrocznym instynktom, próbującym zepchnąć ją na drogę samozagłady od owego znamiennego momentu sprzed laty, od wydarzenia, które skaziło jej duszę. UWAGA SPOILER Niejeden czytelnik zapewne doceni chwyt zastosowany przez Jacka Ketchuma w ostatnich partiach „Zabawy w chowanego”. Z satysfakcją przyjmie zaserwowany przez niego przewrót, który aż nazbyt wyraźnie uświadomi mu, że wcześniej był wodzony za nos, że padł ofiarą zręcznej manipulacji autora, a co za tym idzie odczuje niemałe zaskoczenie na wieść o faktycznym zagrożeniu. Mnie jednak nie ucieszyło takie rozwiązanie. Wydawało się bowiem nazbyt wydumane, niemile kontrastujące z wcześniejszymi wydarzeniami. Dyktowane przede wszystkim pragnieniem zaskoczenia czytelnika, zamiast jakbym wolała zaatakowania go tym co u Ketchuma najlepsze, czyli poruszającą, do głębi raniącą, okrutną prawdą o nieskończoności zła tkwiącego w jednostce. Z zewnątrz przypominającej ludzi mijanych na ulicach, może nawet naszych sąsiadów albo członków naszej rodziny, a tymczasem przechowującej w swoim wnętrzu czystą mentalną zgniliznę KONIEC SPOILERA.

Chociaż w mojej ocenie „Zabawa w chowanego” nie dorównuje paru innym znanym mi powieściom Jacka Ketchuma, nie stanowi najlepszego pisarskiego popisu tego autora (od „Dziewczyny z sąsiedztwa”, czy „Jedynego dziecka” oddziela ją wręcz ogromna przepaść) to i tak wypada całkiem nieźle. Dostarcza sporo prawie że takich emocji, jakich oczekuje się od tego pisarza. Nie osiadają one na psychice odbiorcy z taką mocą, jak miało to miejsce w przypadku choćby tych dwóch dopiero co nadmienionych utworów, ale to nie oznacza, że w ogóle się ich nie odczuwa. To że Jack Ketchum ma na koncie lepsze utwory nie sprawia, że ten jest zły, nie oznacza, że wielbiciele literatury grozy najlepiej zrobią trzymając się od tej powieści z daleka, bo moim zdaniem zasłużyła sobie ona na ich uwagę. Myślę, że ma sporą szansę usatysfakcjonować sympatyków bezkompromisowej prozy, choć niekoniecznie wprawić ich w czysty zachwyt.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...