niedziela, 13 sierpnia 2017

„The Belko Experiment” (2016)

Osiemdziesięcioro pracowników Belko Industries zostaje uwięzionych w budynku firmy postawionym w zacisznym zakątku Bogoty. Wśród nich są jedynie osoby pochodzenia amerykańskiego, którym tuż po przyjęciu do pracy wszczepiono w głowy nadajniki, rzekomo mające lokalizować miejsce ich pobytu w przypadku porwania. Nieznany im mężczyzna wydaje za pośrednictwem zainstalowanych w budynku głośników polecenie zabicia dwóch wybranych osób w określonym czasie, grożąc, że jeśli tego nie zrobią zginie więcej ludzi. Uwięzieni pracownicy nie wykonują jego polecenia, co skutkuje ziszczeniem wcześniej rzuconej groźby. Zaraz po tym stawka wzrasta. Od przerażonych Amerykanów oczekuje się zabicia jeszcze większej liczby osób. Wyłonienia ze swojego grona kilkudziesięciu pracowników Belko Industries i pozbawienia ich życia, po to, aby ludzie odpowiedzialni za ich krzywdę nie wyeliminowali dwa razy więcej nieszczęśników.

Pomysł na fabułę „The Belko Experiment” narodził się w głowie Jamesa Gunna, amerykańskiego reżysera i scenarzysty, dobrze znanego zwłaszcza fanom komiksów, ale i wielbicieli horrorów obdarował niegdyś całkiem zacną produkcją pt. „Robale” (pracował również między innymi nad scenariuszem remake'u „Świtu żywych trupów”). Scenariusz „The Belko Experiment” James Gunn spisał jeszcze przed nakręceniem filmu „Super”, którego pierwszy pokaz odbył się w 2010 roku. W kolejnych latach poświęcił się jednak innym projektom, odkładając rzeczony materiał. Sięgnięto po niego w 2015 roku. James Gunn miał reżyserować „The Belko Experiment”, ale z powodów osobistych musiał zrezygnować. Jego scenariusz powierzono więc Gregowi McLeanowi, twórcy „Zabójcy” z 2007 roku, jak na razie dwóch części „Wolf Creek” i „The Darkness”.

„The Belko Experiment” to thriller wykorzystujący nieobcy miłośnikom gatunku motyw przetrzymywania w zamknięciu grupy ludzi, w których próbuje się obudzić mordercze instynkty. Podobną tematykę podejmowały choćby takie filmy, jak „Eksperyment” Olivera Hirschbiegela i jego remake z 2010 roku oraz „Ultimatum” Stevena R. Monroe'a. Budynek Belko Industries w Bogocie zostaje zamieniony w Dom na Przeklętym Wzgórzu – okna i drzwi zasłania jakieś żelastwo, które jak się z czasem okazuje jest zrobione z niezniszczalnego tworzywa. W środku tkwi osiemdziesięcioro pracowników korporacji amerykańskiego pochodzenia, od których wymaga się zabijania swoich towarzyszy. Jak w pewnym momencie stwierdza jeden z więźniów niezidentyfikowanych oprawców, mężczyzna przemawiający do nich za pośrednictwem głośników zainstalowanych w firmie jest ich nowym bogiem, istotą, której żądania należy spełniać, jeśli chce się przeżyć. Główny bohater „The Belko Experiment”, Mike Milch (niezła kreacja Johna Gallaghera Jr.), wychodzi ze zgoła innego założenia. Potrafi spojrzeć na zaistniałą sytuację zdecydowanie bardziej racjonalnym okiem. Wydaje się być swoistym głosem rozsądku w w morzu szaleństwa, osobą, która nie pozwala aby niczym niepoparta nadzieja przyczyniła się do przekształcenia go w maszynę do zabijania. Mężczyzna dyktujący warunki swoim więźniom stara się wyrobić w nich przekonanie, że stosowanie się do jego poleceń jest gwarantem przetrwania, ale jak trzeźwo zauważa Mike nie ma żadnego powodu, żeby w to wierzyć. Jednakże w niektórych osobnikach nawet taka nikła sugestia przetrwania budzi najniższe instynkty, nie potrzeba wiele, aby ich złamać. W tej konkluzji próżno szukać jakiegoś przekłamania, socjopsychologicznego wypaczenia, rażącego wyolbrzymienia ludzkich wad i właśnie z tego powodu przesłanie „The Belko Experiment” może zmrozić krew w żyłach jego odbiorców. Nieraz już wałkowane przez różnych artystów, ale nadal aktualne i nie mam żadnych wątpliwości, że będzie takowe, aż do kresu rasy ludzkiej. Greg McLean podszedł do dosyć ciężkiej problematyki „The Belko Experiment” w dosyć zaskakujący sposób. Zamiast przytłaczać widza mrocznymi zdjęciami, którym akompaniowałyby nastrojowe tony muzyczne, doskonale znany fanom horrorów reżyser zdecydował się na swego rodzaju kontrast. Nawet po wyłączeniu głównego oświetlenia w Belko Industries widza nie przygniata złowroga ciemność, a wcześniej ma okazję popatrzeć sobie na kolorowe, silnie skontrastowane obrazki, które o dziwo nie łagodzą klaustrofobicznej aury spowijającej tę położoną na kolumbijskim pustkowiu ogromną nieruchomość. Co jakiś czas w tle wybrzmiewają skoczne utwory muzyczne, wesołe dźwięki, które z definicji powinny przeszkadzać w tworzeniu klimatu bezpośredniego zagrożenia życia, ale Greg McLean jak na moje oko z takim wyczuciem to przedstawił, tak zręcznie porozkładał, że właściwie ani przez chwilę nie ma się poczucia niepotrzebnego rozładowywania atmosfery. Na marginesie taka ciekawostka: na początku filmu będziemy mogli posłuchać hiszpańskiej wersji kultowej piosenki „I Will Survive”. Oprawa audiowizualna nie przygniata mrocznością, nie cechuje się „przybrudzeniem”, które stanowiłoby swoiste odbicie aktualnego stanu psychicznego tych jednostek, które postanowiły dostosować się do narzuconych reguł gry, czyli wykonywać polecenia nieznanego mężczyzny w nadziei, że to zapewni im przeżycie. Gdyby James Gunn w swoim scenariuszu ograniczył się do tej jednej reakcji na doprawdy niewygodną sytuację, w jakiej znaleźli się bohaterowie omawianego filmu, uznałabym, że poczyniona przez niego analiza ludzkich zachowań jest mało wiarygodna, że przedstawiona okoliczność nijak nie mogłaby oddziaływać w taki sam sposób na tak zróżnicowane osobowości. Nie potrafiłabym uwierzyć w to, że w tak licznej grupie nie ostałaby ani jedna osoba, która w tak krótkim czasie nie zamieniłaby się w maszynę do zabijania, narzędzie zniszczenia pracujące bez żadnej gwarancji na przeżycie. Ale scenarzysta uniknął takich nieprzekonujących demonizacji, nie generalizował, przez co postacie i zaprezentowany ciąg wydarzeń zyskały na wiarygodności.

W pewnym momencie pierwszoplanowy bohater „The Belko Experiment”, tak sympatyczny i trzeźwo myślący, że chyba nie sposób mu nie kibicować, stwierdza, że okoliczności nie zmieniają tego co jest dobre, a co złe. Na co jego dziewczyna Leandra Florez (w którą z dobrym skutkiem wcieliła się Adria Arjona) odpowiada, że powinien odrzucić tę naiwną filozofię, że ludzka natura jest tak skonstruowana, że jak przychodzi co do czego każdy myśli tylko o sobie. Mike próbuje przekonać innych do współpracy skoncentrowanej na próbach wydostania się z pułapki, gdy tymczasem kilku innych mężczyzn z Barrym Norrisem na czele (przekonująca kreacja Tony'ego Goldwyna) staje w opozycji do niego, wychodząc z założenia, że tylko mordercy mają szansę na wyjście cało z opresji. Nie wiem, jak inni widzowie, ale ja automatycznie opowiedziałam się po stronie Mike'a – w zaproponowanym przez niego sposobie działania dostrzegałam więcej sensu niż w bezmyślnym wykonywaniu rozkazów jakiegoś zwyrodnialca. Wątpiłam w jego skuteczność, ale czepianie się właśnie tej nadziei (na szukaniu sposobu wydostania się z pułapki bez zabijania kolegów i koleżanek) w zaistniałych okolicznościach wydawało mi się nieporównanie bardziej racjonalne. Barry Norris i jego kompani poddali się instynktowi mordu, uczepili się nikłej nadziei zaszczepionej w nich przez jakiegoś psychola, tym samym stając się czymś na kształt bezrozumnych marionetek, zniewolonych umysłów, nie jedynie ciał. Jak już wspomniałam propozycje Mike'a wydawały mi się bardziej sensowne, choć w domyśle nieefektywne, ale przez długi czas najlepsza była postawa nowej pracownicy Belko Industries, Dany Wilkins (w tej roli taka sobie Melonie Diaz), która po prostu schowała się w piwnicy. Nie jestem w stanie z absolutną pewnością powiedzieć, jak ja zachowałabym się w podobnej sytuacji, bo nigdy nie wiemy, jak nasz umysł zareaguje na momenty krytyczne, ale z punktu widzenia biernego obserwatora to właśnie modus operandi Dany powinien wydawać się najbardziej stosowny w tych okolicznościach. Pod warunkiem oczywiście, że rzeczony obserwator nie potrafi wykrzesać z siebie ufności do osób odpowiedzialnych za krzywdę pracowników korporacji. W „The Belko Experiment” jak na standardy thrillerów (nie kina gore) pojawia się całkiem sporo krwawych ujęć, przy czym sprowadzają się one do widoków rozpaćkanych głów i ciał podziurawionych kulami posyłanymi z broni palnej. Najbardziej makabrycznie jawią się zbliżenia na głowy, w których chwilę wcześniej eksplodowały nadajniki (każdemu przyjętemu do Belko Industries Amerykaninowi wszczepiono nadajnik, który teraz pełni rolę pomysłowego narzędzia zbrodni), ale nie wydaje mi się, żeby owa makabra była w stanie choćby delikatnie zniesmaczyć długoletniego wielbiciela krwawych filmów grozy. Szacowany budżet filmu opiewał na sumę pięciu milionów dolarów, ale jak boleśnie się przekonałam to nie starczyło na zatrudnienie utalentowanych twórców efektów specjalnych – zamiast praktycznych krwawych efektów dostałam zlepek żałosnych sztuczności, z których wyraźnie przebijała ingerencja komputera. Drugim, z mojego punktu widzenia, istotnym minusem tej produkcji jest zakończenie, które pewnie oceniłabym zgoła odwrotnie, gdybym parę lat wcześniej nie widziała filmu, w którym pojawia się bardzo podobne zamknięcie, bo to sprawiło, że właściwie od początku spodziewałam się właśnie takiego finału.

„The Belko Experiment” w mojej ocenie zasługuje na uwagę fanów thrillerów, zwłaszcza tych, którzy nie oczekują od tego gatunku przede wszystkim oryginalności. Nie niedobór krwawych ujęć narzekać chyba nie można, ale ich jakość moim zdaniem pozostawia wiele do życzenia, a więc osoby poszukujące głównie maksymalnie realistycznych makabrycznych efektów specjalnych mogą poczuć się zawiedzeni. Ale abstrahując od poziomu umiarkowanie krwawych efektów, oceniając ten film pod kątem fabuły, klimatu i sposobu prowadzenia akcji (Greg McLean niemalże idealnie rozłożył środki ciężkości, z dużą dbałością o praktycznie nieustający wysoki poziom dramaturgii) w mojej ocenie jest całkiem dobrze. Dlatego też nie mam żadnym oporów przed zarekomendowaniem tej pozycji każdemu miłośnikowi dreszczowców podejmujących tematykę haniebnych eksperymentów przeprowadzanych na uwiezionych ludziach. Powstało oczywiście kilka lepszych obrazów podpinających się pod ten motyw, ale nie sądzę, żeby Greg McLean miał czego się wstydzić, żeby jego dzieło nie zasługiwało na uwagę zwłaszcza wskazanej grupy odbiorców.

2 komentarze:

  1. Wiem, że różnią się paroma dużymi szczegółami, ale powiedz proszę
    - lepszy niż 'Divide' Gensa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "The Divide" moim zdaniem zdecydowanie lepszy. Mocniejszy.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...