sobota, 30 września 2017

„Gra Geralda” (2017)

Małżeństwo, Jessie i Gerald Burlingame, przyjeżdża do domu letniskowego z zamiarem spędzenia w nim weekendu w wyłącznie własnym towarzystwie. Mężczyzna zaplanował realizację jednej ze swoich fantazji erotycznych, do czego udało mu się namówić żonę. Przykuwa Jessie do łóżka i zaczyna odgrywać rolę gwałciciela. Kobieta szybko zaczyna oponować, prosząc męża o przerwanie zabawy, ale Gerald nie zamierza jej uwalniać. W pewnym momencie mężczyzna dostaje zawału serca. Umiera pozostawiając Jessie w bardzo trudnym położeniu. Niemająca dostępu do kluczyków do kajdanek, którymi mąż przykuł ją do łóżka, przebywająca w aktualnie wyludnionej okolicy, Jessie, może albo czekać na rychłą śmierć, albo postarać się znaleźć sposób na wydostanie się z pułapki. Jeśli takowy w ogóle istnieje...

Pierwotnie wydana w 1992 roku powieść „Gra Geralda” autorstwa Stephena Kinga wchodzi w skład tak zwanej (nieoficjalnej) „trylogii kobiecej”, obok „Dolores Claiborne” i „Rose Madder”. Książki traktują o przedstawicielkach płci pięknej, które zostają zmuszone do przeciwstawienia się mężczyznom. Nazywana powieścią feministyczną, „Gra Geralda”, nie stanowi wdzięcznego materiału dla filmowców. Nie jest bowiem łatwo przenieść na ekran historię, która rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, gdzie tkwi przykuta do łóżka kobieta konfrontująca się z demonami przeszłości i prowadząca rozmowy z samą sobą, w jej umyśle uosabianą pod różnymi postaciami. Nie dziwi mnie więc, że dotychczas żaden reżyser nie podjął się tego zadania – za to niezmiernie zaskoczyły mnie doniesienia, że jeden z bardziej znanych twórców współczesnego kina grozy, Mike Flanagan, jako pierwszy postanowił przenieść „Grę Geralda” na ekran. Miałam złe przeczucia, przyznaję. I nie opuściły mnie one nawet wówczas, gdy sam Stephen King zaczął wynosić ten obraz na piedestał (przy okazji radząc nie oglądać go w pojedynkę, bo jest przerażający), z tego prostego powodu, że zdarzało mi się już mieć inne zdanie na temat niektórych filmów od mojego ulubionego pisarza. Informacja, że filmową „Grę Geralda” nakręcono dla platformy Netflix również nie nastroiła mnie pozytywnie, bo jeszcze nie widziałam w pełni udanego dzieła tej produkcji - co najwyżej jakieś przeciętniaki (niedługo Netflix wypuści kolejny film na podstawie utworu Kinga, a mianowicie 1922"). Wyobraźcie więc sobie, jaki szok przeżyłam, gdy dotarło do mnie, że to jeden z bardziej wartościowych filmów opartych na prozie Stephena Kinga.

Za scenariusz „Gry Geralda” odpowiadają sam Mike Flanagan i Jeff Howard. Panowie współpracowali już przy takich horrorach, jak „Oculus”, „Zanim się obudzę” i „Ouija: Narodziny zła”, ale w mojej ocenie ich najnowsze przedsięwzięcie przebiło te poprzednie. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że omawiany film jest ekranizacją powieści Stephena Kinga (a przynajmniej ja za takową go uważam). Nie adaptacją, a jak wiadomo takie luźniejsze podejście do utworów literackich jest zjawiskiem dużo częstszym w kinematografii niż wierne odwzorowywanie koncepcji ich autorów. To nie oznacza oczywiście, że Mike Flanagan i Jeff Howard nie wprowadzili absolutnie żadnych zmian – w końcu nawet Roman Polański pokusił się o drobne modyfikacje w stosunku do książki Iry Levina w filmowym „Dziecku Rosemary”, a to dzieło przez wielu uważane jest za jedno z najwierniejszych literackiemu pierwowzorowi, więc ekranizację, nie adaptację. I moim zdaniem słusznie, bo ekranizacja nie wymaga kopiowania każdej kropki". Jedną z przeróbek wprowadzonych przez scenarzystów jest ograniczenie liczby „osób, z którymi rozmawia” przykuta do łóżka stojącego w domku letniskowym Jessie Burlingame. W książce mieliśmy gromadkę zróżnicowanych charakterologicznie postaci, które tak naprawdę były samą Jessie – były swego rodzaju manifestacjami jej złożonej osobowości. Tymczasem w filmie główna bohaterka prowadzi dialog z jedynie „dwiema osobami” (tej rzadziej występującej nie wliczam). Jej skołatany umysł generuje postać jej męża i jej samej, przebywających w sypialni, w której Jessie jest uwięziona. „Gra Geralda” to film, który tak samo jak książka w dużej mierze opiera się na konwersacjach głównej bohaterki z tak naprawdę samą sobą, wydaje się więc, że filmowcy nie mają tutaj wielkiego pola do popisu. Ale to tylko pozory, bo chociaż to niełatwe, w rękach uzdolnionych twórców taka opowieść może aż kipieć emocjami (tak odbierałam choćby takie produkcje oparte na dialogu, jak „Wenus w futrze” Romana Polańskiego i „Rozmowa z gwiazdą” Steve'a Buscemiego), a nie zapominajmy, że King dodał do tego kilka atrakcji, które to Mike Flanagan chętnie wykorzystał. Sceny z udziałem nocnego „gościa” Jessie, wielkiego mężczyzny z kuferkiem pełnym biżuterii i ludzkich kości, aż prosiły się o rozciągnięcie w czasie, tak aby twórcy mieli czas na należyte zintensyfikowanie klimatu grozy. Nie wymagałam takiego kunsztu, z jakim spotkałam się podczas lektury literackiego pierwowzoru, ale Flanagan mógł z łatwością zrobić przynajmniej jeden dodatkowy krok w tym kierunku. Piszę „z łatwością”, bo ekipę zasilali naprawdę uzdolnieni operatorzy i oświetleniowcy, którymi reżyser umiał właściwie pokierować, co widać już w tych krótkich sekwencjach mających podnosić i tak duże napięcie. I w należycie mrocznych zdjęciach, z których złożono niemalże cały film (za wyjątkiem epilogu). W dodatku wygląd istoty, kreowanej przez aktora cierpiącego na akromegalię, która pojawia się nocą w sypialni Jessie, jej nienaturalnie długie kończyny i wielka głowa naprawdę mogą niepokoić, a przynajmniej w jednym momencie zmusić do podskoku w fotelu (ujęcie z lizaniem stóp), a więc jeśli weźmie się pod uwagę te atrakcje taka minimalizacja udziału nocnego intruza może tym bardziej rozczarować – doprowadzić do przekonania, że potencjał tkwiący w tej postaci nie został należycie wykorzystany. I sfinalizowany, UWAGA SPOILER bo akurat w tym przypadku wręcz marzyłam o poprawieniu Stephena Kinga, o odejściu od tej trywializacji zaserwowanej przez autora, o poprzestaniu na niedopowiedzeniu KONIEC SPOILERA. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o elementy filmowej „Gry Geralda”, które w moich oczach wypadły słabiej. Pozostałe części składowe tej produkcji to już istne mistrzostwo świata, z którego emanuje ogromny szacunek do literackiego pierwowzoru.

Myślę, że Mike Flanagan „Grę Geralda” kręcił przede wszystkim z myślą o wielbicielach twórczości Stephena Kinga, ale w taki sposób, żeby osoby z nią niezaznajomione również nie miały problemów z kompletnym zrozumieniem tej historii. Nawiązania do kilku innych utworów tego pisarza mogą im oczywiście umknąć (o ile nie znają ich ze słyszenia), ale jako że nie mają one charakteru klucza do odczytania tej opowieści na jakieś inne sposoby, niniejsze wstawki nie powinny stanowić dla nich żadnego uniedogodnienia. Nie wiem, czy Flanagan sam jest fanem prozy Stephena Kinga, ale zdziwiłabym się, gdyby tak nie było, bo z „Gry Geralda” właściwie nieustannie przebija miłość do tej historii. Wygląda to tak, jakby Mike Flanagan miał już za sobą wiele podróży do światów odmalowywanych przez Kinga na kartach jego powieści, w których to wręcz doskonale się odnajduje. I potrafi pokazać to na ekranie – unaocznić swoje głębokie zrozumienie twórczości tego pisarza i ciepłe uczucia, jakimi ją darzy. Jeszcze raz podkreślam, że nie wiem, czy Flanagan faktycznie jest fanem prozy Stephena Kinga. Wysnuwam jedynie takie przypuszczenie na podstawie tego, co pokazał mi w „Grze Geralda”, a jeśli jest ono słuszne to wiadomo dlaczego nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kręcił ten film przede wszystkim z myślą o miłośnikach twórczości Kinga (przede wszystkim, ale nie tylko) – jeśli sam nim jest to takie podejście jest całkowicie naturalne. Ale obdarowanie miłością dorobku jakiegoś pisarza przez reżysera (i być może współscenarzystę, bo w ogóle bym się zdziwiła, gdyby Jeff Howard żywił takie samo uczucie do twórczości Kinga) wcale nie gwarantuje sukcesu na polu filmowym. Tym bardziej jeśli bierze się na warsztat tak trudną do przełożenia na ekran opowieść – historię, która jak wiele na to wskazywało nie jest dobrym materiałem na film. Sprawdza się w wersji książkowej, ale film? Niemożliwe – pomyślałam. A potem przekonałam się, że byłam w błędzie, że naprawdę utalentowany reżyser potrafi zrobić z tego nie adaptację tylko ekranizację. Klaustrofobiczny, mocno trzymający w napięciu thriller psychologiczny z elementami horroru (King także uatrakcyjniał powieść dodatkami bardziej kojarzącymi się z horrorem niźli thrillerem psychologicznym, którym to obie wersje „Gry Geralda” są przede wszystkim), będący wnikliwym studium psychiki uwięzionej kobiety, która w przeszłości przeżyła ogromną traumę. A teraz nadszedł moment rozprawienia się z demonami, które nosiła w sobie przez wiele lat, nie zdradzając nikomu, jakie brzmię „dźwiga na swoich barkach” i nie zauważając albo nie chcąc się do tego przyznać nawet przed samą sobą jakim cieniem kładło się ono na całym jej życiu. Powieść oczywiście daje nam szerszą analizę kobiecej postaci, bardziej szczegółową, zdecydowanie dłuższą (co nieco King za bardzo porozwlekał), ale mniej treści w scenariuszu wcale nie spłaszcza postaci Jessie Burlingame. Mike Flanagan i Jeff Howard powiedzieli o tej postaci wszystko, co wypadało powiedzieć i to w sposób, który dał mi poczucie autentycznego nurzania się w okaleczonym, acz wciąż bardzo silnym umyśle kobiety, kreowanej przez Carlę Gugino, która w tej roli wspięła się na istne wyżyny aktorstwa, (partnerował jej Bruce Greenwood, również spisując się bardzo dobrze, ale to Gugino świeciła najjaśniej) a pamiętajmy, że zadanie, które przed nią postawiono do łatwych nie należało. W wielkim skrócie „Gra Geralda” traktuje o kobiecie, która jest spętana, ale jej umysł powoli pozbywa się kajdan, które nałożono mu przed laty. Ekstremalnie trudna sytuacja, w jakiej się znalazła może więc okazać się dla niej wybawieniem – pod warunkiem oczywiście, że uda jej się wydostać z tej pułapki (zastanawiałam się, czy Jessie nie dałaby rady wstać i uszkodzić barierki nogą). Traumę, którą Jessie przeżyła przed laty podczas całkowitego zaćmienia Słońca twórcy obrazują za pomocą dobrze wystylizowanych na czasy minione retrospekcji, w których pojawia się kilka wręcz przepięknych zdjęć wyżej wymienionego zjawiska, ale podczas obrazowania kawałka przeszłości głównej bohaterki uczuciem, które przede wszystkim towarzyszy widzowi nie jest zachwyt tylko dogłębny smutek zmieszany z czystym oburzeniem na widok tego, co spotkało bezbronną istotę. Warstwę psychologiczną oddano praktycznie bezbłędnie, to ona jest najważniejszym elementem tej opowieści, to na niej idąc śladami Stephena Kinga przede wszystkim skupiają się utalentowani twórcy „Gry Geralda”, ale to wcale nie oznacza, że uciekają od dosadniejszych wizualizacji. Konsumowanie ciała tytułowego (anty)bohatera przez psa (który wzorem powieści, ale przy użyciu mniejszej ilości informacji, jest przedstawiony nie tylko jako potencjalne zagrożenie, ale też jako istota, której po prostu nie da się nie współczuć - Flanagan dokonał tego za pośrednictwem prologu), nie jest pokazane w najdrobniejszych szczegółach, ale te fragmenty, które widzimy wystarczą, aby wzbudzić lekką odrazę. Za to najmocniejsza scenka „Gry Geralda”, długi pokaz czyściutkiego gore, zmusiła mnie do wicia się na łóżku – to był dla mnie tak bolesny widok, że naprawdę miałam wielką ochotę odwrócić wzrok. Udało mi się przezwyciężyć to pragnienie, ale przez cały czas błagałam w myślach filmowców, żeby już skończyli. Nie wiem, ile zapłacono twórcom efektów specjalnych, ale ile by to nie było to powinni dostać więcej, bo tak realistycznej, dogłębnie wstrząsającej krwawej makabry już dawno nie widziałam na ekranie. Naprawdę bezcenne dokonanie.

Gra Geralda” Mike'a Flanagana to na ten moment najlepszy tegoroczny film, jaki obejrzałam. Przyćmiewający wszystkie produkcje tego reżysera, które dane mi było zobaczyć, nawet bardzo lubianego przeze mnie „Oculusa”. Moim zdaniem to jeden z lepszych obrazów opartych na twórczości Stephena Kinga i jeden z najbardziej wartościowych XXI-wiecznych thrillerów. Ekranizacja pełna szacunku i wielkiej miłości do prozy jednego z największych mistrzów literatury grozy, która nie powinna zawieść przynajmniej większości długoletnich fanów jego bibliografii. Zdumiewające, że „Gra Geralda” się udała – wciąż nie potrafię tak do końca w to uwierzyć, nadal jestem w szoku, bo taka historia przecież nie miała prawa tak znakomicie wypaść na ekranie... Tak mi się wydawało, a teraz zostaje mi tylko przeprosić Mike'a Flanagana za brak wiary i podziękować za to wspaniałe widowisko.

piątek, 29 września 2017

„Cult of Chucky” (2017)

Kilka lat temu Nica została obwiniona za parę morderstw i ze zdiagnozowaną schizofrenią umieszczona w zakładzie psychiatrycznym. Przez jakiś czas upierała się, że rzeczonych zbrodni dopuścił się seryjny morderca Charles Lee Ray zwany Chuckym, którego dusza utkwiła w ciele lalki, ale terapia prowadzona między innymi przez doktora Foleya z czasem przyniosła oczekiwany przez lekarzy skutek i Nica pogodziła się z myślą, że odpowiada za śmierć swoich bliskich. Poprawa jej stanu i stawiennictwo doktora Foleya skutkują przeniesieniem kobiety do placówki psychiatrycznej o mniej zaostrzonym rygorze. Wkrótce na terenie zakładu pojawiają się dwie laleczki Chucky. Jedną przynosi doktor Foley z zamiarem wykorzystania jej w terapii grupowej, a druga zostaje wniesiona przez odwiedzającą Nicę Tiffany Valentine, opiekunkę prawną siostrzenicy tej pierwszej, Alice. Niedługo potem niektórzy pacjenci i członkowie personelu zaczynają ginąć, a Nica jest przekonana, że za ich śmierć odpowiada lalka Chucky, czemu nie daje wiary doktor Foley. Tymczasem doskonale znający prawdę o Charlesie Lee Rayu, Andy Barclay, człowiek, któremu w dzieciństwie laleczka Chucky zgotowała istny koszmar, nadal walczy ze swoim wrogiem.

Don Mancini, scenarzysta wszystkich pełnometrażowych filmów o laleczce Chucky (jedynie scenariusz do pierwszej odsłony pisał we współpracy z innymi twórcami, wszystkie pozostałe były tylko jego dziełem) i reżyser dwóch z nich, „Laleczki Chucky: Następne pokolenie” i „Klątwy laleczki Chucky”, kontynuuje to przedsięwzięcie swoim „Cult of Chucky”, siódmą częścią serii. Produkcją, która tak samo jak poprzednia odsłona („Klątwa laleczki Chucky”) miała odchodzić od komediowej stylistyki czwórki i piątki, tym samym nadając większy ciężar elementom typowym dla horroru. Powrotem do korzeni „Cult of Chucky” na pewno bym nie nazwała, ale podobnie jak w przypadku szóstej części mamy tutaj do czynienia z koncepcją bardziej zbliżoną (ale nie równie dobrą) do trzech pierwszych odsłon niźli czwartej i piątej.

Główną bohaterką „Cult of Chucky” jest poruszająca się na wózku inwalidzkim Nica, znana z szóstej części, w której to tak samo jak w tym przypadku była kreowana przez Fionę Dourif. Ale Don Mancini nie poprzestał na „wskrzeszeniu” tej jednej postaci – sięgnął również po inne związane z tą serią. Alexa Vincent znowu wciela się w Andy'ego Barclaya, Summer H. Howell tylko przez chwilę widzimy w kreacji Alice znanej z poprzedniej części i pojawia się również Jennifer Tilly, w usta której Mancini w pewnym momencie wtłoczył wyznanie, że sama już nie wie, kim jest. Co moim zdaniem stanowi trafny komentarz do zamieszania wokół tej postaci. Zamieszania stworzonego przez samego Manciniego (ale nie wiem, czy tylko przez niego) – tak więc artysta dał mi dowód na to, że ma duży dystans do samego siebie. Wątek przewodni „Cult of Chucky” został osadzony w zakładzie psychiatrycznym, do którego Nica została przeniesiona po odbyciu kilkuletniego leczenia w innej tego rodzaju placówce. Z tą różnicą, że mającą bardziej zaostrzony rygor. Białe ściany sprawiają, że ze zdjęć zrobionych wewnątrz budynku przebija lekki chłód. Tak samo zresztą jak z sekwencji rozgrywających się pod gołym niebem, ze względu na okrywający ziemię śnieg. Wybór takiego miejsca akcji przyniósł jeszcze jedną korzyść, a mianowicie taką, że wprowadza poczucie izolacji (budynek stoi na uboczu) i zamknięcia (Nica nie wypuszcza się na podwórze), ale osobom, którym nade wszystko zależy na oryginalności najpewniej ta koncepcja nie przypadnie do gustu, bo powstało już sporo horrorów rozgrywających się w szpitalach psychiatrycznych (ale chyba więcej w tych już niefunkcjonujących, opuszczonych, chylących się ku upadkowi). W każdym razie pomimo tych zabiegów Donowi Manciniemu nie udało się stworzyć mocno klaustrofobicznego, maksymalnie zagęszczonego klimatu grozy. Oprawa wizualna jest mniej mroczna od tej zaprezentowanej w „Klątwie laleczki Chucky”, bardziej wydelikacona, ale wspomniane wyżej pierwiastki (wyalienowanie, zamknięcie, chłód) i tak da się odczuć. Tyle tylko, że raczej nie posiadają one takiego ciężaru, żeby mieć szansę wywrzeć na dobrze zaznajomionym z kinem grozy odbiorcy wrażenie choćby chwilowego przygniatania. Więcej zdecydowania, agresywności dostrzegłam w scenach mordów. Nie jest to gore z najwyższej półki, nie wywołało we mnie nawet lekkiego niesmaku, ale widać było, że twórcy do tego dążyli. Kamera nie uciekała od ujęć eliminacji ofiar, serwowano trochę (niezbyt długich) zbliżeń na odniesione bądź właśnie odnoszone obrażenia, które oblano substancją całkiem przekonująco imitującą posokę, ale nie mogę niestety tego samego powiedzieć o wszystkich pozostałych efektach specjalnych. Rany (poza krwią z nich wypływającą) nie są realistyczne, co najlepiej widać podczas jednej z bardziej dosłownych sekwencji miażdżenia głowy mężczyzny, kiedy to owa część ciała jawi się niczym kawałek poszarpanej gumy, ale choćby taka głowa która zostaje oddzielona od reszty ciała kobiety również nie tworzy ułudy prawdziwości. Za to jej mord mogę uznać za jeden z bardziej pomysłowych, choć wkładanie ręki w ciało innej pacjentki przez usta uważam za najbardziej udane – tutaj dostrzegłam najwięcej kreatywności, ale z realizmem było już niestety dużo gorzej. Jeśli zaś chodzi o Chucky'ego to znowu majstrowali przy nim spece od efektów komputerowych w sposób, który na pewno nie dodał mu wiarygodności, ale ten element jakoś szczególnie mnie nie irytował (może dlatego, że już przywykłam do takiego Chucky'ego. UWAGA SPOILER Chociaż w tym miejscu powinnam raczej użyć liczby mnogiej, bo w omawianej produkcji laleczek Chucky jest więcej. I nie mogę powiedzieć, żeby takie kombinowanie mnie ukontentowało – patrzyłam raczej na to, jak na dopychanie czegoś innego, acz dalece przekombinowanego do całości tylko po to, żeby zaskoczyć czymś fanów serii, nawet jeśli to coś szkodzi, a nie pomaga sylwetce Chucky'ego KONIEC SPOILERA.

„Cult of Chucky” w moich oczach jest slasherem bardzo nierównym – wyglądającym tak, jakby reżyserowały go dwie osoby. Jakby pieczę nad częścią scen pełnił twórca mogący poszczycić się większym wyczuciem gatunku od tego, który kierował ekipą kręcącą pozostałe sekwencje. Najwięcej uroku tkwi w pierwszej mniej więcej połowie produkcji, kiedy to Don Mancini dopiero wprowadza nas w trudne położenie osób znajdujących się na terenie odizolowanego od reszty społeczeństwa zakładu psychiatrycznego. Wówczas przede wszystkim koncentruje się na Nice, u której zdiagnozowano schizofrenię przez jej przekonanie, że jej bliskich zamordował Charles Lee Ray, którego dusza tkwiła wówczas w lalce, którą na masową skalę zaczęto produkować w latach 80-tych XX wieku. Terapia wdrożona w placówce psychiatrycznej o zaostrzonym rygorze, której częścią były elektrowstrząsy sprawiła, że Nica zaczęła wierzyć, że to ona jest sprawczynią okrutnych zbrodni sprzed lat. Niedługo po przeniesieniu do innego ośrodka zaczyna jednak znowu wierzyć w winę laleczki Chucky, w czym wtóruje jej kilku pacjentów. Doktor Foley wychodzi tymczasem z założenia, że ma do czynienia z masową histerią i nie zamierza pozbyć się lalek, których pojawienie się na terenie zakładu zapoczątkowało ten, według niego, chorobliwy proces. Widzowie oczywiście ani przez chwilę nie będą powątpiewali w prawdziwość przekonań głównej bohaterki odnośnie rzeczonej lalki. Być może będą zastanawiali się jedynie nad tym, w której z dwóch znajdujących się w ośrodku zabawek tkwi dusza seryjnego mordercy Charlesa Lee Raya, ale wziąwszy pod uwagę to, co Don Mancini (moim zdaniem niepotrzebnie) UWAGA SPOILER pokazuje nieco wcześniej, w scenach z udziałem Andy'ego Barclaya KONIEC SPOILERA śmiem wątpić w to, że grono osób niepotrafiących przedwcześnie rozwikłać tej zagadki będzie szerokie. Brak tajemniczości (z mojego punktu widzenia) odrobinę zrekompensowała mi w miarę wciągająca narracja. Motyw poruszającej się na wózku inwalidzkim kobiety uważanej za schizofreniczkę, która bezskutecznie stara się przekonać lekarza do swoich racji do najbardziej pomysłowych nie należy, ale jako że nie mam nic przeciwko takiej konwencji (i nie zależy mi na innowacyjności) na nudę nie mogłam narzekać. Zwłaszcza, że Don Mancini stworzył kilka ciekawych bohaterów drugoplanowych znajdujących się w otoczeniu głównej bohaterki – i mam tutaj na myśli przede wszystkim trzech innych pacjentów: kobietę przekonaną, że jedna z laleczek Chucky jest jej dzieckiem, kolejną żyjącą w przeświadczeniu, że jest duchem i mężczyznę borykającego się z zaburzeniem dysocjacyjnym tożsamości (osobowość wieloraka). Do pewnego momentu Mancini w miarę dobrze operuje napięciem. Jakby instynktownie wyczuwa, kiedy należy je nieco podkręcić kolejną akcją seryjnego mordercy, które zresztą jeszcze wtedy są na tyle rozciągnięte w czasie, żeby zdążyło się coś poczuć. Później jest już zdecydowanie gorzej. Twórcy „Cult of Chucky” w dalszych partiach filmu rezygnują z lekko podnoszących napięcie, dłuższych sekwencji poprzedzających poszczególne ataki na rzecz dużo mniej (albo wcale) emocjonującego dynamizmu. Ale przynajmniej czarny humor Chucky'ego nie stracił na sile – każda jego dowcipna odzywka wywoływała uśmiech na mojej twarzy, a jedna, tak w formie ciekawostki, nawiązywała do przygody Dona Manciniego z serialem „Hannibal”. Jeśli zaś chodzi o Andy'ego Barclaya, jedną z najważniejszych postaci tej serii, to pozostał mi tylko niesmak – scenarzysta zrobił z niego samotnego wojownika, któremu nie poświęcił zbyt wiele miejsca, ani uwagi, przez co cała ta postać była dla mnie boleśnie wręcz papierowa.

„Cult of Chucky” w moich oczach wypada zdecydowanie słabiej od trzech pierwszych części. Oceniam ją również gorzej niż odsłonę szóstą, ale za to lepiej od czwórki i piątki. Nie sądzę, żeby wielbiciele filmów o laleczce Chucky wpadli w zachwyt nad tym dokonaniem Dona Manciniego, ale jestem skłonna zaryzykować przypuszczenie, że przynajmniej część z nich nie uzna go za kompletnego gniota. Dla mnie to taki średniaczek na jeden raz, znajomość którego dla fanów horroru nie jest absolutną koniecznością, ale jeśli akurat nie mają niczego lepiej się zapowiadającego na podorędziu i nie unikają „sięgania do niższej półki” to mogą chyba zaryzykować seans „Cult of Chucky”. Jeśli nie będą mieli wygórowanych oczekiwań moim zdaniem mają szansę przynajmniej zbytnio się nie nudzić, a to już coś jeśli chodzi o współczesne kino grozy.

środa, 27 września 2017

„The Ice Cream Truck” (2017)

Mary, jej mąż i dwójka ich dzieci z powodu przeniesienia siedziby firmy, w której pracuje mężczyzna muszą przeprowadzić się na przedmieścia, w których dorastała kobieta. Mary jako pierwsza przyjeżdża do ich nowego domu. Jej rodzina ma do niej dołączyć za kilka dni, a do tego czasu kobieta ma zamiar dopilnować kilku spraw związanych z przeprowadzką. Po przyjeździe do nowego domu Mary poznaje trzy swoje sąsiadki, które zapraszają ją na przyjęcie organizowane przez jedną z nich na cześć jej nastoletniego syna Maxa. Wcześniej przed swoim domem zauważa lodziarza handlującego towarem trzymanym w małej ciężarówce. Kobieta jeszcze nie wie, że dziwaczny mężczyzna objeżdża okolicę nie tylko w poszukiwaniu klientów, ale również ofiar.

„The Ice Cream Truck” to niszowy obraz w reżyserii i na podstawie scenariusza Megan Freels Johnston, wnuczki nieżyjącego już powieściopisarza i scenarzysty Elmore'a Leonarda, która w obu wyżej wymienionych rolach debiutowała w 2014 roku horrorem/thrillerem pod tytułem „Rebound”. „The Ice Cream Truck” to drugi film Johnston, który moim zdaniem został błędnie sklasyfikowany jako horror komediowy. Parę dowcipnych akcentów można w nim odnaleźć, ale są one tak łagodne i jest ich tak niewiele, że nijak nie potrafię zaakceptować oficjalnej klasyfikacji gatunkowej. Omawiana produkcja moim zdaniem jest slasherem, kładącym większy nacisk na klimat niźli krwawe sceny mordów.

Megan Freels Johnston nie dopatrzyła się potencjału na filmowy horror w tematyce dotychczas pomijanej przez twórców kina grozy. Wystarczy przypomnieć sobie „Lodziarza” Paula Normana z 1995 roku, żeby dojść do słusznego skądinąd wniosku, że motyw obwoźnej lodziarni należącej do mordercy w tym gatunku nie jest żadnych novum . Ale forma, jaką nadano „The Ice Cream Truck” dalece odbiega od tej zaproponowanej przez twórców „Lodziarza”. I właśnie tutaj dopatrzyłam się największej siły tego obrazu. Moja ocena warstwy technicznej zapewne nie będzie podzielana przez większość odbiorców „The Ice Cream Truck”, bo i nie sądzę, ażeby Johnston celowała w szeroką publikę, żeby pragnęła wkupić się w łaski jak największej liczby współczesnych widzów. W jej drugim filmie nie zobaczycie „teledyskowego montażu”, efektów komputerowych i dynamicznej fabuły pełnej zaskakujących zwrotów akcji i różnego rodzaju, czy to typowych dla gatunku, czy całkowicie oryginalnych, motywów. Dostaniecie tak naprawdę jeden wątek charakterystyczny dla horroru i jeden który można wiązać zarówno ze wspomnianym gatunkiem, jak i thrillerem o zabarwieniu satyrycznym. Istnieje duża szansa, że wielu widzów uzna, iż Johnston zanadto wszystko porozciągała, że jej koncepcja zyskałaby na wartości, gdyby wzbogacić ją o jakieś dodatkowe rozwiązania fabularne, ale ja uważam, że wówczas zaprezentowana historia straciłaby na intensywności, że jej rozbudowa zaowocowałaby osłabieniem (albo w ogóle utratą) tego, co uznaję za największą atrakcję „The Ice Cream Truck”. Powolna narracja smacznie współgra z pozornie sielską, ale nieustannie emanującą jakąś groźbą scenerią. Groźbą, która po zapadnięciu zmroku jest intensyfikowana ciemną kolorystyką, którą to operatorzy i oświetleniowcy całkiem nieźle operują. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Michaela Boatenga to przysłowiowa wisienka na torcie, element, który tak mocno potęguje złowrogi wydźwięk sfery wizualnej, że bez niego atmosfera grozy z pewnością byłaby mało wyrazista. Megan Freels Johnston „wrzuca” widzów na jedno z amerykańskich przedmieść, które szerzej portretuje już podczas czołówki, racząc nas wówczas zdjęciami ładnych domków, otoczonych wypielęgnowanymi trawnikami, w pobliżu których nie widzimy żadnych istot żyjących. Czym już wtedy wprawiła mnie w mocno posępny nastrój, wynikły z przeświadczenia, że patrzę na wymarłą okolicę. Zaraz potem Johnston wyprowadziła mnie z błędu pokazując kilku mieszkańców owego przedmieścia, ale nie było to równoznaczne z odsunięciem ode mnie podejrzenia, co do podszytej jakąś groźbą osobliwości tego miejsca. Wygląda to trochę jak w „Żonach ze Stepford” - pozorna sielanka, z której przebija niedookreślona wrogość. Już po pierwszym rzucie oka na młodego lodziarza zwykłego jeździć po okolicy swoją małą ciężarówką, której pojawienie się anonsuje wesoła muzyczka wydobywająca się z głośników zamieszczonych w tym fikuśnym pojeździe, wiemy, że zagrożenia należy wypatrywać w tym jegomościu. Ale Johnston daje nam również powody przypuszczać, że niebezpieczeństwo czai się także wśród tutejszych mieszkańców, nowych sąsiadów głównej bohaterki Mary (w tej roli przejaskrawiona i przez to w ogóle nieprzekonująca Deanna Russo). Wścibskie, nieakceptujące wulgaryzmów panie domu, toczące swoje pozornie idealne żywota na otulonym gęstą ciszą amerykańskim przedmieściu i zdające się poświęcać cały swój czas na pielęgnowanie ogrodów oraz dbanie o swoje domy i rodziny. Dorastająca w tej okolicy, ale później mieszkająca w Seattle w stanie Waszyngton, Mary, w ogóle nie pasuje do tego środowiska. W porównaniu do innych zaprezentowanych mieszkanek owego przedmieścia jawi się niczym kobieta wyzwolona, członkini płci pięknej, która ani myśli wzorem swoich sąsiadek redukować się do roli „kury domowej”. Johnston unaocznia ten wątek w satyryczny sposób – nowe otoczenie Mary robi iście tragikomiczne wrażenie. Lekkie przerysowanie wespół z trafnymi obserwacjami niektórych przedstawicielek podmiejskiej klasy średniej daje widzom zarówno próbkę dobrego (bo nienachalnego) humoru, jak i krytyczną analizę prezentowanej grupy społecznej, w której (przynajmniej w odniesieniu do jej części) niepodobna dopatrzeć się przekłamania. Nastoletni sąsiad Mary, Max, mający po wakacjach rozpocząć studia w pewnym momencie stwierdza, że przedmieścia są jak wielka bańka i rzeczywiście takie ma się wrażenie patrząc na tę scenerię. Widzimy hermetyczny światek, który z zewnątrz wydaje się być oazą spokoju i szczęścia, ale jak zauważa Mary to tylko pozory. Rzeczywistość zazwyczaj okazuje się zupełnie inna.

„The Ice Cream Truck” nie jest horrorem skierowanym do fanów daleko idącej dosłowności. Już prędzej sprosta oczekiwaniom miłośników nastrojowych produkcji wpisujących się w ten gatunek. Nie wszystkim, bo Megan Freels Johnston nie podchodzi do kina grozy w maksymalnie standardowy sposób. Jej spojrzenie jest nieco inne od tego, do którego przyzwyczaiły nas współczesne nastrojówki, slashery zresztą także, ale nie jest ono aż tak kuriozalne, żebym mogła wciągnąć „The Ice Cream Truck” na listę najdziwaczniejszych horrorów, jakie w życiu obejrzałam. Osoby ograniczające swoją przygodę z horrorem tylko i wyłącznie do oglądania XXI-wiecznych filmów wyświetlanych na wielkich ekranach prawdopodobnie w tym punkcie przyjmą zgoła odmienne stanowisko, ale wielbiciele starszych B-klasówek prawdopodobnie podzielą moje zdanie. W „The Ice Cream Truck” dopatrzyłam się lekkich zahaczeń o stylistykę horrorów z lat 70-tych i 80-tych i nie mówię tutaj tylko o oldschoolowym lodziarzu (jego widok sprawił, że Mary poczuła się jakby cofnęła się do innego epoki), ale również kolorystyce, która nierzadko, co prawda niezbyt wyraźnie, ale jednak, przywoływała na myśl horrory z wymienionych dekad. Narracja, jaką obrała scenarzystka również miała w sobie coś z minionych, lepszych dla horroru czasów, a mianowicie cechowała się swego rodzaju rozproszeniem. Niewielkim i co muszę zaznaczyć, nie jest ono widoczne w każdym XX-wiecznym horrorze – najczęściej spotykam się z nim podczas obcowania ze starszymi B-klasówkami – ale i tak bez żadnego trudu da się zauważyć, że opowieść Johnston nie jest tak płynna, nie dba tak obsesyjnie o spójny, zwarty ciąg przyczynowo-skutkowy, jak zwykło to czynić tak wielu współczesnych twórców horrorów mainstreamowych. Scenarzystka najwięcej miejsca poświęca zwyczajnemu życiu głównej bohaterki, która to z czasem zapragnie przełamać tę rutynę. Cały czas mamy świadomość obecności przyczajonej grozy w postaci morderczego lodziarza zarówno dzięki sukcesywnie zagęszczającej się złowieszczej atmosferze, jak i kilkukrotnym pojawieniom się odzianego w biel mężczyzny na ekranie. Sceny mu poświęcone są dużo krótsze od tych koncentrujących się na głównej bohaterce, przez co czasami ogarniało mnie niemiłe przeświadczenie, że niniejsza postać była marginalizowana, że sprowadzono ją głównie do roli przyczajonego, acz mało aktywnego widma, jakie zawisło nad miejscem akcji. „Mało aktywny” nie znaczy jednak całkowicie bierny, bo jednak parę mordów dane nam będzie zobaczyć – problem tylko w tym, że substancja mająca imitować krew nie wywiązała się należycie z tego zadania, a odniesionych ran, poza przebiciem dłoni chłopaka, też nie dostrzegłam. Charakterystyka lodziarza, nieco oderwanego od rzeczywistości, wyciszonego i namolnego dziwaka, odrobinę rekompensowała mi niechlujny kształt mało krwawych mordów, ale to wcale nie oznacza, że ten grzech został twórcom „The Ice Cream Truck” wybaczony. Gdyby wykazali się większą dbałością o warstwę gore albo wręcz przeciwnie, zbrodnie lodziarza skrywali przed wzrokiem widza, byłabym bardziej kontenta, bo w takim wydaniu widoki tychże wywoływały jedynie pogardliwe uśmieszki na mojej twarzy. Za to zakończenie uznaję za istny strzał w dziesiątkę – nie jest oryginalne, ani nawet niezwykle zdumiewające, ale bez wątpienia nadaje zaprezentowanej opowieści dodatkowego wymiaru.

„The Ice Cream Truck” nie znajdzie wielu miłośników - jestem wręcz przekonana, że spotka się z bardzo chłodnym przyjęciem wielu, jeśli nie większości, swoich odbiorców. Ale to wcale nie powstrzymuje mnie przed rekomendowaniem tej produkcji fanom niszowych horrorów, przybierających leniwe, acz całkiem mocno nastrojowe formy. Poszukiwaczom prostych fabuł, unaocznianych z niemałą intensywnością, opowieściom najsilniej egzystujących w konwencji slasherowej, ale nie tylko, bo satyryczny wątek a la „Żony ze Stepford” nie jest przecież motywem wiązanym z tym podgatunkiem horroru. Bardziej kojarzy się z thrillerami i nastrojówkami, a nie rąbankami. W nim dostrzeżemy między innymi kilka humorystycznych akcentów – w paru innych miejscach również, ale nie są one tak agresywne, żebym mogła wtłoczyć ten obraz w poczet horrorów komediowych, dlatego przeciwnikom łączenia tych dwóch gatunków radzę nie sugerować się oficjalną klasyfikacją „The Ice Cream Truck”, z góry skreślając tę pozycję.

niedziela, 24 września 2017

Kara Thomas „Mroczne zakamarki”

Osiemnastoletnia Tessa Lowell przybywa do małego miasteczka Fayette w stanie Pensylwania, w którym mieszkała w dzieciństwie. Zamierza spotkać się ze swoim osadzonym w więzieniu, umierającym ojcem, a potem wrócić na Florydę, do babci, która przyjęła ją pod swój dach, gdy opuściły ją matka i starsza siostra Joslin. W Fayette Tessa zatrzymuje się w domu Greenwoodów, Maggie, Ricka i ich osiemnastoletniej córki Callie, z którą przyjaźniła się w dzieciństwie. Gdy się przeprowadziła ich kontakt się urwał, a teraz Callie jest wyraźnie wrogo do niej nastawiona. Jako ośmiolatki obie złożyły zeznania obciążające niejakiego Wyatta Stokesa, postawionego w stan oskarżenia pod zarzutem zabójstwa kilku młodych kobiet. Seryjny morderca w mediach był nazywany „Potworem znad Rzeki Ohio”. Między innymi zeznania Tessy i Callie przyczyniły się do skazania Stokesa na śmierć, ale kary do dzisiaj nie wykonano. Tessa ma wątpliwości co do jego winy, a w obliczu nowych okoliczności jej zdanie zaczyna podzielać Callie. Młode kobiety postanawiają przeprowadzić własne śledztwo, w którym pojawi się kilka tropów prowadzących do rodziny Lowellów. Tessa będzie musiała skonfrontować się z tajemnicami swoich bliskich, których od lat nie widziała.

Kara Thomas jest amerykańską powieściopisarką, która na rynku literackim zadebiutowała w 2013 roku thrillerem młodzieżowym zatytułowanym „Prep School Confidential” i opublikowanym pod pseudonimem Kara Taylor, który dotychczas doczekał się dwóch kontynuacji. W 2017 roku w Stanach Zjednoczonych ukazała się powieść Kary Thomas niewchodząca w skład cyklu „Prep School Confidential” pt. Little Monsters”, tak samo jak opublikowana rok wcześniej powieść „The Darkest Corners”, która w Polsce ukazała się w roku 2017 pod tytułem „Mroczne zakamarki”. Ale choć „Little Monsters” i „Mroczne zakamarki” nie są fabularnie połączone z „Prep School Confidential” Thomas nie odchodzi w nich od specyfiki swojego cyklu literackiego (jak na razie trylogii, ale to może, acz wcale nie musi, się zmienić) – w tych powieściach również konfrontuje czytelników z tajemniczymi sprawami osadzonymi w konwencji thrillera, z którymi muszą zmierzyć się młodzi ludzie.

Thriller młodzieżowy nie jest jednym z moich ulubionych typów literatury, głównie z powodu rażącej wręcz naiwności emanującej z tak wielu fabuł konstruowanych przez autorów tego rodzaju publikacji. Zazwyczaj już na początku wiem, jak rozwinie się dana historia, często nie mam również żadnych problemów z przedwczesnym odgadnięciem kształtu, jaki przybierze finał takiej opowieści. Ale to i tak nic w porównaniu do powierzchownie scharakteryzowanych postaci, którym muszę towarzyszyć. Od czasu do czasu sięgam jednak po tego rodzaju prozę, bo mimo wszystko można się przy niej odprężyć – nie trzeba myśleć, analizować, porządkować bezwładnie porozrzucanych informacji, wystarczy jedynie na bieżąco chłonąć proste fakty i oczekiwać momentu dojścia do prawdy przez protagonistów. Do prawdy, którą najprawdopodobniej wielu długoletnich wielbicieli literackich thrillerów rozszyfrowuje na długo przed nimi. A teraz, kiedy już to wszystko napisałam, muszę stwierdzić, że „Mroczne zakamarki” niezbyt przypominają powieściowe thrillery młodzieżowe, z którymi dotychczas się zetknęłam. Albo inaczej: w moich oczach książka ta zasila mniejsze grono dobrej prozy młodzieżowej, plasuje się na wyższym poziomie od tego, z którym najczęściej się spotykam podczas obcowania z tego rodzaju literaturą. Rzadko zwracam uwagę na okładki książek, ale polskie wydanie „Mrocznych zakamarków” przykuło mój wzrok – doprawdy mroczna, hipnotyzująca wręcz grafika zachęciła mnie do zapoznania się z opisem fabuły, który z kolei dał mi powody przypuszczać, że Kara Thomas sięgnęła po klimaty, za którymi wprost przepadam. Małomiasteczkowa sceneria, którą spowija jakaś mroczna tajemnica mająca korzenie w przeszłości to zdecydowanie coś dla mnie. Okazało się, że omawiana opowieść nie jest (aż) tak mroczna, jak sugeruje polska okładka, ale prowincjonalna atmosfera została przez Karę Thomas całkiem zgrabnie wykreślona. To samo zresztą mogę powiedzieć o amatorskim dochodzeniu, którego podjęły się dwie osiemnastoletnie kobiety, Tessa Lowell i Callie Greenwood, przyjaciółki z dzieciństwa, których kontakt się urwał po przeprowadzce tej pierwszej na Florydę. Ich śledztwo określiłam, jako „amatorskie”, ale prawdę powiedziawszy wykazują się one dużo większym profesjonalizmem niż policjanci z Fayette, małego miasteczka w stanie Pensylwania, w którym przed dziesięcioma laty doszło do serii morderstw, za które obwiniono, i skazano na śmierć, niejakiego Wyatta Stokesa. Motyw seryjnego mordercy nie jest oczywiście żadnym novum w tego rodzaju literaturze - właściwie to można go uznać za jeden z najczęściej eksploatowanych wątków zarówno w literackim, jak i filmowym thrillerze. Podejrzenie, że za okrutne zbrodnie skazano niewinnego osobnika także nie może być odbierane jako powiew świeżości. To samo można powiedzieć o rodzinnych tajemnicach, które zdają się łączyć z wątkiem seryjnego mordercy, któremu media nadały przydomek „Potwora znad Rzeki Ohio”. Osoby optujące za innowacyjnymi rozwiązaniami, za daleko idącą oryginalnością, tchnącą nową jakość w gatunek thrillera prawdopodobnie będą więc zawiedzeni pierwszą opublikowaną w Polsce powieścią Kary Thomas. Ale ci, którzy nie są jeszcze zmęczeni wyżej wymienionymi tematami, którzy wręcz poszukują takich historii powinni całkiem nieźle odnaleźć się w tej propozycji. I mają dużą szansę docenić sposób, w jaki Thomas splata ze sobą wątek seryjnego mordercy z motywem rodzinnej tajemnicy, w którą nie została wtajemniczona jej najmłodsza członkini, główna bohaterka i zarazem narratorka „Mrocznych zakamarków”, Tessa Lowell.

Nie ma na świecie takiego miejsca, które jest bezpieczne. Nieważne, jak daleko będziemy próbowały uciec przed wspomnieniami, zmory tamtego wieczoru wszędzie nas dopadną.”

Tessa Lowell nie jest typem nastoletniej bohaterki, która najchętniej rozprawia o chłopakach, godzinami przesiaduje przed lustrem i często chadza na suto zakrapiane alkoholem imprezki w gronie swoich rówieśników. Nieco zbliżona do tego typu jest jej przyjaciółka z dzieciństwa, z którą po latach łączy siły w dochodzeniu do prawdy, Callie Greenwood, ale tylko odrobinę – Kara Thomas nie pozwala bowiem, aby którakolwiek z jej postaci atakowała czytelnika irytującym narcyzmem i uciążliwym infantylizmem. Tessa Lowell musiała wcześnie dorosnąć. W głównej mierze przez to, co przeżyła stała się wycofana, nieufna, zamknięta w sobie i nieśmiała. Ale też pragmatyczna, trzeźwo spoglądająca na otaczającą ją rzeczywistość, odpowiedzialna, twardo stąpająca po ziemi, myśląca kategoriami osoby dużo starszej, mierzącej się z dorosłymi, a nie nastoletnimi problemami. Nadanie głównej bohaterce takich cech bardzo pomagało w przyswajaniu tej opowieści – gdyby autorka „Mrocznych zakamarków” na pierwszym planie postawiła mniej poważną osóbkę to fabuła najpewniej straciłaby na ciężkości, a w przypadku takiej w miarę lekkiej opowieści wszelki spadek na wadze zaowocowałby odrzucającą nijakością. Omawiana książka wpisuje się w poczet tych lżejszych, odprężających lektur z powodu prostego stylu, którym operuje autorka. Krótkie, nieskomplikowane zdania sprawiają, że „Mroczne zakamarki” czyta się bardzo szybko, co dla jednych będzie plusem, a dla innych już niekoniecznie. Ja miałam mieszane odczucia, bo wolę bardziej złożone słownictwo, zdecydowanie dłuższe, bardziej wyczerpujące zdania, ale z drugiej strony nie miałam wrażenia poważnego zaniedbania rysów psychologicznych czołowych postaci. A i krótkie opisy miejsc i sytuacji odmalowywały przed moimi oczami, jeśli już nie kompletne to na pewno wystarczające do należytego wczucia się w nie, obrazy. Oczywiście, daleka jestem od oddania protagonistkom psychologicznej głębi, od chwalenia Kary Thomas za tak drobiazgową konstrukcję osobowości protagonistek, że miało się wrażenie towarzyszenia żywym, nie wyimaginowanym młodym kobietą, w psychikę których ma się całkowity wgląd. Autorce udało się stworzyć sylwetki, których losy chce się śledzić, z którymi łatwo się zaprzyjaźnić, i których motywacje oraz absolutnie wszystkie posunięcia są dla czytelnika w pełni zrozumiałe, logiczne, a co za tym idzie całkowicie akceptowalne. O Tessie i Callie dowiedziałam się tyle, ile było potrzeba do sympatyzowania z nimi, aczkolwiek nie zaszkodziłoby gdyby Kara Thomas dała mi nieco szerszy wgląd w ich osobowości. Za to w wymyślonej przez nią intrydze nie zmieniałabym prawie niczego, bo środki ciężkości rozłożyła niemalże bezbłędnie, nie pozwalając sobie na nużące przestoje, ani wpadanie w nadmierną dynamikę, spychającą wszystko inne, łącznie z małomiasteczkowym klimatem na dalszy plan. A i zwrotom akcji nie mogę zarzucić przewidywalności (nie wpadłam na rozwiązanie żadnej zagadki zaproponowanej przez autorkę). Ale jeden mały szczegół, aż prosił się o doprecyzowanie – być może nieistotny, ale z jakiegoś powodu zwrócił on moją uwagę, doprowadzając do przekonania, że Thomas zwyczajnie zapomniała o poczynionej wcześniej sugestii. UWAGA SPOILER A mianowicie takiej, że kontakt Tessy i Callie nie został zerwany przez tę drugą, jak narratorka przez wszystkie lata, które spędziła z dala od Fayette myślała – dopatrywałam się w tym udziału matki Callie, podejrzewałam, że to ona nie informowała swojej córki o telefonach Tessy. Ale niestety nie dowiedziałam się, czy moje przypuszczenia były słuszne KONIEC SPOILERA.

Dobry thriller młodzieżowy. Nieczęsto to mówię, ale akurat „Mroczne zakamarki” wydają mi się w pełni zasługiwać na nadanie im takiej rangi. Na tle całego gatunku oczywiście ta powieść Kary Thomas nie prezentuje się szczególnie zjawiskowo, nie mamy tutaj do czynienia z godną najwyższego uznania wirtuozerią, z perłą współczesnej literatury popularnej, ale już w zestawieniu z innymi thrillerami młodzieżowymi mocno się wyróżnia. W kategoriach czysto rozrywkowych bardzo dobrze się sprawdza – odpręża, intryguje, wciąga i przede wszystkim nie każe walczyć z narastającym pragnieniem przerwania lektury. Wręcz przeciwnie: zmusza do poszukiwania momentu, w którym można bez żalu odłożyć książkę na później po to aby dać odpocząć oczom. To znaczy ja tak odbierałam „Mroczne zakamarki”. To mnie było ciężko na jakiś czas oderwać się od tej opowieści, ale nie mogę być pewna tego, że każdy wielbiciel powieściowych dreszczowców z porównywalną siłą zaangażuje się w tę historię.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 23 września 2017

Zapowiedź: „Leatherface”

Czas poznać prawdziwą twarz jednego z najbardziej przerażających bohaterów w historii kina.
Oparta na faktach historia, która stała się inspiracją dla cyklu kultowych horrorów.
„LEATHERFACE” w kinach w Halloween.
Film producentów kultowych horrorów: „PIŁA”, „POLTERGEIST”, „TEKSAŃSKA MASAKRA PIŁĄ MECHANICZNĄ”.
 
W zapomnianym przez świat szpitalu psychiatrycznym na amerykańskiej prowincji przetrzymywane są dzieci o zaburzeniach tak niebezpiecznych, że medycyna nie widzi dla nich ratunku. Przemoc fizyczna i psychiczna, gwałty i terror są tutejszą codziennością. Pewnego dnia grupa pacjentów ucieka, porywając młodą pielęgniarkę. Na ich czele stoi ten, który wkrótce krwawo zapracuje sobie na przydomek Leatherface. Tropem uciekinierów rusza ambitny i bezlitosny szeryf, który okaże się przeciwnikiem godnym najgorszego psychopaty. Tak zaczyna się koniec.

UWAGA: Specjalne pokazy filmu odbędą się wyłącznie w okresie Halloween, od 27 do 31 października 2017 roku w wybranych kinach. Będzie to jedyna okazja żeby obejrzeć ten film na wielkim ekranie.

LEATHERFACE (Leatherface)

Reżyseria: Aexandre Bustillo, Julien Maury
Obsada: Stephen Dorff („Immortals: bogowie i herosi”, „Wrogowie publiczni”, „Zoolander”), Lili Taylor („Obecność”, „Więzień labiryntu”, „Okup”, „Wrogowie publiczni”), Finn Jones („Gra o tron”, „Iron Fist”)
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2017
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Polski zwiastun: tutaj

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Rabbit Action Sp. z o.o.

piątek, 22 września 2017

„Blood Rage” (1987)

W 1974 roku małoletni Terry zabija młodego mężczyznę i wrabia w tę zbrodnię swojego brata bliźniaka Todda. Dziesięć lat później przebywającemu w zakładzie psychiatrycznym Toddowi wracają wspomnienia z nocy, która zniszczyła mu życie. Wyznaje swojej psychiatrze, doktor Berman, że został ukarany za morderstwo popełnione przez jego brata bliźniaka, a w Święto Dziękczynienia ucieka z zakładu. Doktor Berman podejrzewa, że Todd skieruje się do domu, w którym mieszkają jego matka, jej narzeczony i Terry, postanawia więc wraz ze swoim asystentem sprawdzić otaczający go teren. Wcześniej informuje rodzinę Todda o ucieczce jej pacjenta. Tymczasem w Terrym zaczynają budzić się mordercze instynkty. Staje się zagrożeniem dla osób przebywających w okolicy, w tym jego znajomych i dziewczyny Karen. Wszyscy są jednak przekonani, że muszą uważać na prawdopodobnie czającego się gdzieś w pobliżu Todda, a nie na jego brata bliźniaka.

Slasher „Blood Rage”, znany również pod tytułami „Nightmare at Shadow Woods” i po prostu „Slasher”, to drugi (po „False Face” z 1977 roku) i ostatni film Johna Grissmera. Scenariusz napisał Bruce Rubin, który w tamtym czasie również mógł się pochwalić pracą nad tylko jednym tytułem – komedią science fiction pt. „Zapped!”. Drugi film Grissmera był gotowy już w 1983 roku, ale na swoją premierę (w Stanach Zjednoczonych) musiał czekać aż do roku 1987. Wersja, którą wpuszczono na wielkie ekrany była mocno okrojona. Późniejsze amerykańskie wydanie VHS zostało rozszerzone o wycięte wcześniej sekwencje, nie zawierało jednak jednej, która pojawiła się w wersji kinowej.

Z „Blood Rage” z pewnością było co wycinać – cenzorzy nie musieli usilnie wypatrywać przebłysków krwawej makabry, bo twórcy tej produkcji nie bali się przystawać podczas mocniejszych sekwencji. Do pewnego momentu, bo dalsza partia filmu pod tym kątem jawi się dużo łagodniej. Już prolog obudził we mnie przekonanie, że mam do czynienia z jednym ze śmielszych slasherów, z projektem wprost szafującym gore (z czasem nieco zmodyfikowałam ten pogląd), co nie jest zbyt częstym zjawiskiem w tym podgatunku. Ostatecznie okazało się, że na tle całego kina grozy „Blood Rage” nie prezentuje się tak ekstremalnie, jak wcześniej myślałam, ale jeśli zestawić go z innymi slasherami to od razu rzuca się w oczy dosyć duża drastyczność. Nie największa, bo jednak istnieją bardziej krwawe filmy slash, ale poza średnią na pewno wybiega. Pierwsza scena mordu polega na kilkukrotnym zatopieniu ostrza siekiery w głowie młodego mężczyzny, a widz ma okazję dokładnie przyjrzeć się nie tylko efektowi końcowemu tj. głębokim ranom szpecącym twarz ofiary, ale również procesowi, który do niego doprowadził. Możemy zobaczyć jak ostrze spotyka się z ciałem nieszczęśnika, a taka sposobność w tym nurcie nie nadarza się zbyt często, nie jest to zjawisko powszechne w slasherach – o wiele częściej poprzestaje się na zbliżeniach na już zadane obrażenia. Po przesunięciu akcji o dekadę do przodu, po wskoczeniu w rok 1984 twórcy „Blood Rage” tylko na moment wytracają tempo narzucone sobie w prologu. Wtedy ogólnikowo wykreślają kontekst tej opowieści, boleśnie zaniedbując przy tym postacie protagonistów. Skupiają się przede wszystkim na Terrym (w tej roli trochę przerysowany Mark Soper – wcielił się on również w brata bliźniaka tej sylwetki, Todda, w „skórze którego” odnalazł się dużo lepiej), jemu poświęcają najwięcej miejsca, ale unikają zdecydowanego wnikania w jego psychikę, bo to typowy slasher, a nie psychothriller. Bruce Rubin nie ukrywał tożsamości sprawcy. Już podczas prologu zdradził kto jest mordercą, co pozbawiło mnie przyjemności szukania winnego w gronie bohaterów i nie pozostawiło we mnie żadnej nadziei na element zaskoczenia. Z drugiej jednak strony ta oddarta z tajemnicy perspektywa pasowała do prezentowanej historii – może faktycznie film wypadłby lepiej, gdyby aż do finału kazano oglądającemu zastanawiać się, który z bliźniaków jest mordercą, ale uczulenie go na jedną konkretną postać, skumulowanie całej antypatii na Terrym, postawienie odbiorcy w pozycji w pełni uświadomionego oplatało sekwencje, w których pojawiał się on w towarzystwie innych osób większą złowieszczością, bo nieosłabianą mniejszymi lub większymi wątpliwościami co do jego zbrodniczej natury. Terry szybko przystępuje do eliminacji osób, znajdujących się w pobliżu jego domu. Właściwa akcja „Blood Rage” jest osadzona podczas Święta Dziękczynienia i jak to w slasherach sprowadza się do wykańczania osób mających nieszczęście akurat przebywać w pobliżu Terry'ego. Tym co obniża atrakcyjność prezentowanej historii nie jest jej konwencjonalność (a przynajmniej nie dla mnie, fanki slasherów) tylko pośpiech narzucony sobie przez twórców. Dłuższe wprowadzenie w temat, podczas którego dano by mi możliwość należytego zapoznania się z bohaterami i dłuższe, potęgujące napięcie scenki poprzedzające uderzenia mordercy moim zdaniem przysłużyłyby się tej produkcji. Emocje byłyby silniejsze, temat z czasem najprawdopodobniej wcale by mi nie spowszedniał, jak to niestety miało miejsce w takim rozrachunku.

Sceny mordów może i wielce pomysłowe nie są, ale nie ma to większego znaczenia w zderzeniu z realistyczną formą i oczywiście bezpośredniością twórców efektów specjalnych. Najbardziej zapadają w pamięć ujęcia odciętej dłoni z drgającymi palcami, trzymającej puszkę i kikutem tryskającym krwią oraz zbliżenia na dwie połowy ciała kobiety, które niedługo potem zrozpaczony Todd złoży do kupy. Ale długie ujęcie przepołowionej głowy pod takim kątem, że doskonale widać dwie części mózgu i obraz wiszącej głowy mężczyzny broczącej krwią również mogą się pochwalić dwoma wyżej wymienionymi superlatywami, choć rzecz jasna są nieco mniej drastyczne niż te najbardziej charakterystyczne krwawe wstawki. W dalszej partii filmu kamera „zaczyna uciekać” od Terry'ego popełniającego kolejne zbrodnie, co moim zdaniem stanowi klasyczny przykład błędnego rozłożenia środków ciężkości. Makabra powinna eskalować, zresztą podobnie jak napięcie, a zamiast tego oba te pierwiastki (ten drugi nawet wcześniej jest niezbyt mocno wyczuwalny) z biegiem trwania filmu sukcesywnie tracą na wyrazistości. Wszystko co najlepsze twórcy wrzucili w pierwsze partie filmu, a na dalszą część brakło im już pomysłu – stracili cały impet z jakim weszli w tę opowieść i z którym do pewnego momentu ją rozwijali, acz z pewnymi zgrzytami. O ile większych wrażeń by mi dostarczyli, gdyby krwawe efekty specjalne oddzielały od siebie większe przedziały czasowe, najlepiej przynajmniej w części wypełnione nieporównanie silniej intensyfikującymi napięcie, długimi zwiastunami rychłego zagrożenia. I gdyby nie uparli się na takie szatkowanie fabuły, te przeskoki pomiędzy bohaterami i czarnym charakterem, bo nie dość, że nie pozwalały mi one należycie wczuć się w koszmarną sytuację tych pierwszych, a co za tym idzie choćby umiarkowanie się do nich przywiązać (nawet do final girl, którą udało mi się bezbłędnie wytypować pomimo tego, że poświęcono jej irytująco mało miejsca) to na dodatek wybijały mnie z rytmu narzuconego przez działalność mordercy. Obserwowanie robiącej porządki, zdenerwowanej matki Terry'ego albo Todda odwiedzającego niektóre miejsca zbrodni wpychało mnie w stan zobojętnienia – więcej napięcia generowały wstawki z udziałem znajomych i dziewczyny Terry'ego, ale nie potrafiłam zrozumieć dlaczego tak ich zmarginalizowano. W tym bowiem przypadku klasyczne podejście do slashera w formie największego skupienia na młodych ludziach stanowiących jeden z celów mordercy sprawiłoby się o niebo lepiej od tego rozpraszającego uwagę i łagodzącego emocje skakania z miejsca na miejsce i jednocześnie z jednej postaci na inną.

Slasher „Blood Rage” w mojej ocenie posiada tylko jeden bezsprzeczny plus. A mianowicie w miarę dużą ilość odważnych i zarazem realistycznych scen mordów – może się pochwalić dosyć odważnym podejściem do warstwy gore i bardzo solidną robotą twórców efektów specjalnych. Wszystko inne, łącznie z klimatem, który nie jest wystarczająco mroczny i nie generuje zadowalającej porcji napięcia, przegrywa w starciu z wyżej wymienioną zaletą „Blood Rage”. We wszystkich pozostałych składowych tej produkcji łatwo dostrzec jakieś, mniejsze lub większe, niedostatki, które niestety mocno obniżyły moją ocenę tej produkcji. Przez nie mogę nadać jej jedynie miano średniaka, choć same efekty specjalne bez wątpienia zasługują na wyższe uznanie.

czwartek, 21 września 2017

Zapowiedź: „Zabicie świętego jelenia”

Nowy film jednego z najbardziej oryginalnych, kontrowersyjnych i utalentowanych współczesnych reżyserów, twórcy filmów „KIEŁ” i „LOBSTER” (nominacja do OSCARA za najlepszy scenariusz).

Colin Farrell, Nicole Kidman i Alicia Silverstone we wciskającej w fotel opowieści o człowieku stojącym przed niewyobrażalnie trudnym wyborem. Bez względu na to jaką decyzję podejmie, stanie się sprawcą tragedii we własnej rodzinie. A wszystko za sprawą nastoletniego chłopca, który dotąd był dla niego jak syn. Pełen napięcia na granicy szaleństwa i klaustrofobicznego poczucia zagrożenia mroczny thriller z elementami szatańskiego poczucia humoru.

ZABICIE ŚWIĘTEGO JELENIA
(THE KILLING OF A SACRED DEER)
PREMIERA: 8 GRUDNIA 2017
REŻYSERIA: Yorgos Lanthimos („Kieł”, „Lobster”, „Alpy”)
OBSADA: Colin Farrell („Lobster”, „Niepokonani”, „Pamięć absolutna”, „Miami Vice”, „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” – ZŁOTY GLOB), Nicole Kidman („Lion. Droga do domu”, „Godziny” – OSCAR, „Oczy szeroko zamknięte”, „Wzgórze nadziei”, „Dogville”, „Zanim zasnę”)
GATUNEK: thriller
PRODUKCJA: USA 2017
POLSKI ZWIASTUN: tutaj

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Rabbit Action Sp. z o.o.

środa, 20 września 2017

„Jackals” (2017)

Lata 80-te XX wieku. Andrew i Kathy Powellowie wynajmują niejakiego Jimmy'ego Levine'a do pomocy w wyrwaniu ich syna Justina ze szponów sekty. Wraz ze swoim drugim synem Campbellem oraz dziewczyną Justina, Samanthą i ich kilkumiesięczną córeczką, zajmują domek w lesie, w którym zamierzają zrealizować najważniejszą część swojego planu. Po porwaniu i związaniu Justina przystępują więc do prób uświadomienia mu, w jak złe towarzystwo wpadł i nakłonienia go do powrotu do domu. Ale młodego mężczyzny nie przekonują ich argumenty. Po zapadnięciu zmroku, ku wielkiemu zadowoleniu Justina, przed domem pojawiają się zamaskowani członkowie sekty, do której chłopak przynależy. Szybko okazuje się, że są gotowi zrobić absolutnie wszystko, byle tylko odzyskać Justina.

Kevin Greutert, reżyser szóstej i siódmej części „Piły”, „Klątwy Jessabelle” i „Mrocznych wizji”, tym razem wziął na warsztat scenariusz Jareda Riveta (który to nie może się pochwalić się dużym doświadczeniem w tym zawodzie), proponujący widzom historię osadzoną w konwencji home invasion. Opatrzoną etykietką „oparte na prawdziwych wydarzeniach” produkcję pt. „Jackals” dystrybuuje się na o wiele mniejszą skalę niźli miało to miejsce w przypadku wcześniejszych filmów Greuterta. Daleka jestem jednak od twierdzenia, że mamy tutaj do czynienia filmem celującym w wąską grupę odbiorców, z obrazem, który w zamyśle twórców miał odcinać się od głównego nurtu, bo zaobserwowałam wręcz odwrotne zjawisko.

Gdy dowiedziałam się, że akcję „Jackals” osadzono w latach 80-tych XX wieku obudziło się we mnie podejrzenie, że to jeden z tych horrorów, które starają się przywołać ducha kina grozy z rzeczonej dekady. Skrótowy opis fabuły kazał mi ponadto domniemywać (i to przypuszczenie było już dużo słabsze), że Kevin Greutert postanowił złożyć hołd slasherom, ale jak się okazało „Jackals” ani nie jest horrorem, ani nie widać w nim bezapelacyjnych odniesień do XX-wiecznych filmów slash. A przynajmniej ja takowych nie dostrzegam. Bo osadzenie akcji w latach 80-tych w małym domku stojącym w lesie to dla mnie zdecydowanie za mało, abym mogła z pełnym przekonaniem uznać, że mam do czynienia z hołdem składanym wspomnianemu podgatunkowi. Fabuła bez wątpienia egzystuje w ramach innego nurtu, a mianowicie home invasion, a w warstwie technicznej nie widać upodobnień do XX-wiecznych rąbanek. Ekipa wystrzegała się jaskrawych kolorów i silnych kontrastów, operując ciemnymi i ponurymi barwami, przy czym „niepobrudzonymi” w sposób, który choćby delikatnie nasuwałby na myśl krwawe albo umiarkowanie krwawe horrory z poprzedniego wieku. W ciemnościach, lekko rozpraszanych sztucznym oświetleniem nie czai się potężny ładunek nieokiełznanej grozy. Zdjęciom za które odpowiadał Andrew Russo, brakuje takiej intensywności - powiedziałabym raczej, że są aż nazbyt ugrzecznione, wydelikacone do takiego stopnia, że trzeba się mocno natrudzić, aby poczuć choćby zalążek emocjonalnego napięcia. A fabuła wcale tego nie ułatwia. Nie wiem, czy scenariusz oparto na jednym konkretnym wydarzeniu z przeszłości starając się wiernie przenieść go na ekran, czy mamy tutaj do czynienia ze zbitką różnych zdarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości, czy może luźną reinterpretacją danego wydarzenia (w takim przypadku stawiałabym na inspirację Charlesem Mansonem i jego sektą). Wiem natomiast, że Jaredowi Rivetowi nie zależało zbytnio na wyrwaniu się z ciasnych ram konwencji home invasion, co dla wielbicieli tego nurtu zapewne będzie dużym plusem „Jackals”, gdy tymczasem dla osób czy to już zmęczonych, czy w ogóle nieprzepadających za tym odłamem kina grozy najprawdopodobniej będzie trudne do wytrzymania. Powstało kilka thrillerów spod znaku home invasion, które przypadły mi do gustu, ale oglądałam też takie (i chyba było ich więcej), które doskonale sprawdzały się jako środek nasenny. „Jackals” niestety mnie nie usypiał – a ubolewam nad tym dlatego, że wtedy miałabym z niego jakąś korzyść... Wgapiałam się w ekran z obojętnością co jakiś czas zastępowaną niemałą irytacją, ale oczy jakoś nie chciały się zamykać. I nie pytajcie mnie dlaczego w takim razie uparcie trwałam przed ekranem, bo naprawdę nie wiem. Teraz wiem, że powinnam była to zrobić, ale jak to się mówi: „mądry Polak po szkodzie”. Straciłam kawałek wolnego czasu na twór, który w moim oczach nie przedstawia sobą absolutnie żadnej wartości, na opowieść, która była mi kompletnie obojętna. No dobrze, może nie kompletnie, bo jednak zależało mi na losie kilkumiesięcznego dziecka, ale pomiędzy mną i pozostałymi bohaterami „Jackals” nie wytworzyła się porównywalna więź. W dużej mierze dlatego, że scenarzysta „wrzucił mnie” w sam środek akcji, rezygnując ze stosownego wprowadzenia w dramat rodziny Powellów, a ich osobowości wykreślał w międzyczasie. Czyniąc to w bardzo ogólnikowy sposób i na dodatek przekazując niektóre fakty z ich życia w bardzo temu niesprzyjających okolicznościach. Dom zostaje otoczony przez zamaskowanych, wrogo nastawionych członków niebezpiecznej sekty, ale to wcale nie przeszkadza jego tymczasowym, zaszczutym lokatorom dzielić się z widzami wydarzeniami ze swojej przeszłości. To częsta przypadłość filmowych rąbanek, element, który moim zdaniem nieco obniża wiarygodność prezentowanego koszmaru – bo raczej trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś w chwili takiego bezpośredniego zagrożenia życia miałby ochotę porozmawiać z towarzyszami niedoli o dawnych dziejach... Tak myślę, ale mogę się mylić.

Pozytywni bohaterowie „Jackals” tworzą bardzo typową dla wszelkiej maści rąbanek zbieraninę osobowości, w które scenarzysta nie zagłębiał się na tyle, żebym poczuła do nich silne przywiązanie. Dostajemy bogatych rozwodników, Andrew i Kathy Powellów, którzy nade wszystko pragną odzyskać swojego młodszego syna, Justina. Ten pierwszy prezentuje sobą typ walecznej „głowy rodziny”, kobietą natomiast targa sentymentalizm, kieruje się emocjami, nie racjonalnymi przesłankami – jest typem matki, która dla swojego dziecka zrobi absolutnie wszystko, choćby miało się to wiązać z koniecznością postawienia samej siebie w sytuacji bez wyjścia. Nie zauważyłam żadnych niedostatków w warsztatach odtwórców tych ról, Johnathona Schaecha i Deborah Kary Unger, to samo zresztą mogę powiedzieć o pozostałych członkach obsady (m.in. Stephenie Dorffie i Chelsea Ricketts), ale aktorstwo, choć dobre nie było w stanie wydobyć sylwetek z otchłani miałkości. Wymienionemu już niegdysiejszemu małżeństwu towarzyszy dziewczyna ich młodszego syna Justina, Samantha (i on sam, choć dobrowolnym towarzyszem nie można go nazwać) oraz ich kilkumiesięczna córeczka, nad którą kobieta stara się roztoczyć jak najlepszą opiekę. Ponadto w domku umiejscowionym w jednym z amerykańskich lasów przebywa starszy syn Powellów, Campbell, któremu najmniej zależy na losie brata i który pała niechęcią do również zasilającego to grono człowieka wynajętego przez rodziców do pomocy w odzyskaniu Justina, niejakiego Jimmy'ego Levine'a. Ten ostatni dysponuje wiedzą i umiejętnościami niezbędnymi do wyrwania członka sekty spod wpływu tego zgubnego środowiska – jego zadaniem jest nie tylko przechwycenie chłopaka, ale także nakłonienie go do powrotu na łono rodziny. To ostatnie jest najtrudniejsze, bo Justin został poddany gruntownemu „praniu mózgu”. Członków sekty, do której wstąpił traktuje jak braci i siostry, a do swoich krewnych i dziewczyny zdaje się żywić tylko i wyłącznie ogromną nienawiść. Myślę, że gdyby twórcy niżej pochylili się nad sylwetką Justina, rozciągnęli w czasie proces, który ma wyrwać go spod zgubnego wpływu sekty, silnie zagłębiając się przy tym w jego psychikę to „Jackals” dałby mi przynajmniej jeden udany motyw, jeden wątek, który dostarczyłby mi jakichś silniejszych emocji, wpasowany w konwencję thrillera psychologicznego. Ale zamiast zawracać sobie głowę dogłębną psychologią postaci woleli oni postawić na szybką akcję. Szamotaniny, bieganiny po domu i rzadziej po otaczającym go lesie, kilka niemalże bezkrwawych mordów, z których tylko podpalenie dłoni lekko pobrzmiewa jakąś malutką kreatywnością ze strony twórców i najlepsze z tego wszystkiego, ale niestety niezbyt częste ujęcia przymglonego podwórza, na którym tkwią zamaskowani osobnicy. Dynamiczne te scenki z pewnością są, problem tylko w tym, że twórcy „Jackals” nie przykładają się należycie do budowania dramaturgii, nie stopniują napięcia i nie wykazują się większą empatią w stosunku do pozytywnych bohaterów. Wszystko, oprócz końcówki, jest zwyczajnie beznamiętne, nijakie i totalnie ugrzecznione. Ostatnie sekwencje rzeczywiście trochę mnie ożywiły, niemniej na miejscu twórców wprowadziłabym jedną poprawkę do scenariusza: UWAGA SPOILER kazałabym pozostałym członkom sekty paść na kolana przed Justinem, tym samym wyraźnie dając widzom do zrozumienia, że to on jest ich przywódcą, że to on założył owe zgromadzenie, zamiast być jak kazano im dotychczas myśleć ofiarą środowiska, w które na swoje nieszczęście, wpadł KONIEC SPOILERA.

Nie jestem w stanie ocenić, czy oddani miłośnicy nurtu home invasion mają dużą szansę zapałać ogromną sympatią do „Jackals” Kevina Greuterta. Pewnie w tej grupie znajduje się najwięcej potencjalnych fanów tej produkcji, ale to wcale nie musi oznaczać, że przynajmniej większość z zasilających ją osób uzna to przedsięwzięcie za chociaż częściowo udane. Przypuszczam, że oni wcześniej czy później po niego sięgną, choćby z czystego obowiązku – może nawet paru z nich zakocha się w tym thrillerze. Ale i tak nie zamierzam, ani ich, ani tym bardziej osób niewpisujących się w krąg fanów home invasion do tego posunięcia zachęcać. Na to nie potrafię się zdobyć.

wtorek, 19 września 2017

David Lagercrantz „Mężczyzna, który gonił swój cień”

Do odsiadującej karę w więzieniu dla kobiet Lisbeth Salander dociera informacja o pojawieniu się dokumentów na temat jej przeszłości. Kobieta uznaje wówczas, że nadeszła pora na zgłębienie wszystkich tajemnic osnuwających jej dzieciństwo. W swoje dochodzenie angażuje przyjaciela, Mikaela Blomkvista, dziennikarza śledczego pracującego dla magazynu „Millennium”, prosząc go o zebranie informacji na temat bogatego maklera giełdowego Leo Mannheimera, ale nie wyjaśniając dlaczego się nim interesuje. Lisbeth koncentruje się ponadto na sprawie jednej ze współwięźniarek, muzułmanki Farii Kazi, dręczonej przez szczególnie niebezpieczną osadzoną, której boją się nawet strażnicy. Salander chce jej pomóc, nie tylko poprzez zapewnienie jej ochrony przed nieustępliwą prześladowczynią. Kobieta ma bowiem przeczucie, że jej sprawa nie jest tak prosta, jak ukazali ją śledczy i zamierza zrobić wszystko, co w jej mocy, aby odkryć prawdę.

„Mężczyzna, który gonił swój cień” to druga powieść szwedzkiego dziennikarza i pisarza Davida Lagercrantza spod znaku „Millennium” i zarazem piąta część tej serii. Pierwsze trzy odsłony autorstwa Stiega Larssona („Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, „Dziewczyna, która igrała z ogniem”, „Zamek z piasku, który runął”) odniosły spektakularny międzynarodowy sukces, a po jego śmierci kontynuację owego projektu powierzono Davidowi Lagercrantzowi. Napisana przez niego czwarta część „Millennium”, „Co nas nie zabije”, odnotowała bardzo dobre wyniki sprzedaży i zebrała sporo pozytywnych recenzji, pomimo kontrowersji jakie narosły wokół sprawy odziedziczenia majątku Stiega Larssona przez jego ojca i brata, a nie jego długoletnią partnerkę, która to popchnęła część fanów trylogii do zbojkotowania przedsięwzięcia Lagercrantza.

„Co nas nie zabije” w mojej ocenie nie dorównało pierwszym trzem tomom „Millennium” (na co zresztą w ogóle nie liczyłam), ale daleka jestem od twierdzenia, że David Lagercrantz nie podołał wyzwaniu, którego się podjął - czwarta odsłona osiągnęła na tyle dobry poziom, żeby chciało mi się sięgnąć po kolejną część „Millennium” pióra Lagercrantza. I tak też się stało. Ale mam niestety mieszane odczucia względem „Mężczyzny, który gonił swój cień”. Spadek formy był dla mnie doskonale widoczny – wyglądało to tak, jakby Lagercrantz nie tyle całkowicie stracił, ile powoli tracił zapał do tego przedsięwzięcia, jakby „jechał na autopilocie” chcąc wręczyć czytelnikom tak bardzo wyczekiwaną pozycję, ale nie potrafiąc tak dobrze przyłożyć się do tego zadania, jak uczynił to w przypadku „Co nas nie zabije”. Takie wrażenie odniosłam, ale wcale nie musi ono pokrywać się z rzeczywistym stanem rzeczy. Nie twierdzę, że „Mężczyzna, który gonił swój cień” to jakiś chłam, nie chcę, żeby ktoś odniósł wrażenie, że moje zapatrywania na tę powieść są skrajnie negatywne, bo absolutnie tak nie jest. Uważam, że to najsłabsza część „Millennium”, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że w tym przypadku zdecydowanie jest z czego schodzić to na tle całego gatunku i tak wypada całkiem nieźle. David Lagercrantz w „Mężczyźnie, który gonił swój cień” przedstawia nam dwie sprawy, korzeni których należy szukać w przeszłości, co w przypadku jednej z nich na początku wcale łatwe nie jest. Wątek nawiązujący do traumatycznej przeszłości diablo inteligentnej hakerki i mścicielki Lisbeth Salander zostaje bowiem zawiązany nicią, której nijak nie można połączyć z ową bohaterką. Sama zainteresowana prawdopodobnie doskonale wie, co łączy maklera giełdowego Leo Mannheimera z nią samą, ale nie dzieli się swoją wiedzą z Mikaelem Blomkvistem, dziennikarzem śledczym, któremu powierza rozpracowanie rzeczonego bogatego mężczyzny, a Lagercrantz jeszcze przez długi czas oczywiście nie uznaje za stosowne niczego czytelnikom rozjaśniać. Stawia ich w pozycji „błądzącego we mgle” Mikaela Blomkvista, nie dając im wglądu w przemyślenia Salander na ten temat. Równocześnie zaznajamia ich z wątkiem Farii Kazi, imigrantki, która odsiaduje wyrok w tym samym więzieniu dla kobiet, co Lisbeth. Ta odnoga fabuły jest nieporównanie mniej tajemnicza, Lagercrantz stawia tutaj na większą przejrzystość, przeplatając aktualne dzieje Farii Kazi z retrospekcjami, ale zachowując przy tym taki porządek, żeby odbiorca bez trudu mógł dobrze rozeznać się w całej intrydze. Autor „Mężczyzny, który gonił swój cień” porusza tutaj problematykę imigrantów/uchodźców i islamskiego fundamentalizmu szerzącego się w Szwecji, unikając jednak (co bardzo mnie cieszyło) propagowanej przez niektóre środowiska generalizacji w formie demonizowania wszystkich muzułmanów szukających azylu (i/lub większej gotówki) na terenie Europy. Lagercrantz pisze o okrucieństwie radykalnych wyznawców islamu, ale stara się również pokazać (tym, którzy tego nie wiedzą), że w tej grupie egzystują również osoby, które są ofiarami, że istnieją wyznawcy tej religii, którzy codziennie przeżywają istne męki i którym należy pomóc, a nie ich napiętnować. Lagercrantz w tym temacie zbliża się do ekstremum – nie wpada w skrajną makabrę, ale robi kilka kroków w tym kierunku, czasami stając tak blisko niej, że przywołując na myśl „Dziewczynę z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Nasuwając delikatne skojarzenia z tą pozycją, ale na porównywalną bezkompromisowość radzę się nie nastawiać. Lagercrantz na kartach omawianej powieści porusza również inne obecnie bardzo medialne problemy Europy. Nie poprzestaje na islamskich imigrantach - choć z nich wszystkich temu tematowi zdecydowanie poświęca najwięcej miejsca, znajduje również sposobności na wspomnienie o między innymi szkodliwym populizmie rozprzestrzeniającym się na świecie i tzw. postprawdzie, ostatnio bardzo modnym pojęciu, które mówi o kształtowaniu opinii publicznej poprzez odnoszenie się do sfery emocjonalnej, a nie twardych faktów. Nie mam bladego pojęcia dlaczego nie nazywa się tego po prostu kłamstwem, ale prawdziwości samej tej obserwacji podważać nie zamierzam – bo rzeczywiście taka oto zaraza panoszy się obecnie w przynajmniej większości krajów świata i nie wydaje się, żeby w najbliższym czasie można było ten proces zatrzymać. Lagercrantz wspomina o tym (czy to wprost, czy między wierszami), że fakty przestają mieć znaczenie, prawda powoli staje się przeżytkiem – zostaje wyparta przez takie kłamstwa, które silniej przemawiają do naszych emocji. O tym między innymi pisze Lagercrantz i bardzo dobrze, bo wydaje mi się, że to jeden z tych tematów, którym współcześni powieściopisarze powinni poświęcać więcej uwagi, ale no właśnie – Lagercrantz nie dał mu tyle miejsca, ile bym chciała. Traktując go skrótowo, ale przynajmniej spoglądając na niego z odpowiedniej perspektywy.

UWAGA SPOILER Motyw pseudonaukowych eksperymentów z ludźmi w rolach królików doświadczalnych KONIEC SPOILERA nie jest żadnym novum tak w literaturze, jak w kinematografii. Nie sposób tutaj oddać Lagercrantzowi oryginalności, a przynajmniej ja nie umiem spoglądać na ten wątek, jak na powiew świeżości, ale akurat na innowacyjności niespecjalnie mi zależy. Nie mam nic przeciwko częstemu spotykaniu się z lubianymi przeze mnie konwencjami, a wspomniana wyżej zdecydowanie wpisuje się w poczet tychże, dlatego z umiarkowanym entuzjazmem zapatrywałam się na drugą odnogę fabuły „Mężczyzny, który gonił swój cień”. Umiarkowanym, bo nie mogłam przekonać się do pomysłu dobudowania do przeszłości Lisbeth Salander kolejnego, że tak powiem „pięterka”. Wychodziłam z założenia, że Stieg Larsson wyczerpał ten temat – przedstawił tak spójną, sensowną, kompletną opowieść, że każda próba jej rozszerzenia musi skończyć się fiaskiem. Tak źle nie było, bo jednak propozycja Lagercrantza zdołała dosyć silnie mnie zainteresować, ale nie mogę oprzeć się przeświadczeniu, że prezentowałaby się jeszcze lepiej, gdyby autor zrezygnował z wiązania jej z przeszłością Lisbeth Salander. Mógł w inny sposób zaangażować ją w tę sprawę, nie wplatać jej w biografię owej hakerki tylko ograniczyć te haniebne praktyki do nowych postaci. Tym bardziej, że jak na moje oko brakło mu tutaj inwencji, a jeszcze bardziej konsekwencji. Wyglądało mi to na działanie siłowe – miałam wrażenie, że Lagercrantz działa bez żadnego planu, że wciska Lisbeth tam gdzie się da, po czym szybko spycha ją poza margines, a przypomina sobie o niej dopiero wówczas, gdy nadarzy się kolejna okazja do, według niego, przekonującego wplecenia jej osoby w opisywany proceder. W parze z tym naciąganiem faktów z czasem zaczęła iść przewidywalność – początkowa, jakże intrygująca tajemniczość wkrótce całkowicie wyparowała. Zaczęłam wyprzedzać autora przynajmniej o jeden krok, bez większego wysiłku przewidywać jego kolejne posunięcia, rozszyfrowywać kształt przygotowanych przez niego niespodzianek, przez co owe w zamyśle zaskakujące akcenty nie wywoływały zamierzonej reakcji. Niemniej sama opowieść o Leo Mannheimerze i pewnej kobiecie, która zrobi absolutnie wszystko, żeby uniemożliwić osobom trzecim dojście do prawdy całkiem mocno mnie porwała. Potrafiłam się w to zaangażować, pomimo wspomnianej przewidywalności i pomimo rażąco topornych wpleceń w tę intrygę postaci Lisbeth Salander. Bez tych dwóch, moim zdaniem, uchybień historię Leo i pewnej złej kobiety przyswajałoby mi się o wiele lepiej – jestem przekonana, że budziłaby we mnie silniejsze emocje, że wypadłaby zdecydowanie bardziej atrakcyjnie, ale na szczęście te niemałe przecież zgrzyty nie zepsuły mi całkowicie lektury „Mężczyzny, który gonił swój cień”.

Piąta odsłona „Millennium” w mojej ocenie jest słabsza od swoich poprzedniczek, ale nie plasuje się na tak niskim poziomie, żebym mogła obarczyć ją zjadliwą krytyką. W mojej ocenie ta pozycja na tle współczesnych kryminałów/thrillerów wypada całkiem nieźle, aczkolwiek nie dosięga poprzeczki zawieszonej sobie przez Davida Lagercrantza w części czwartej (tym bardziej tej zawieszonej przez Stiega Larssona). Wprowadzenie kilku, niewielu, modyfikacji prawdopodobnie zaowocowałoby zgoła odmienną sytuacją – jestem niemalże przekonana, że gdyby Lagercrantz wyeliminował te w moich oczach słabsze elementy, o których wspomniałam wyżej, to oddałabym wyższość „Mężczyźnie, który gonił swój cień” nad „Co nas nie zabije”. Ale nie zrobił tego, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zarzucić mu spadek formy – na szczęście nie aż tak drastyczny, żeby negatywne odczucia dominowały we mnie nad pozytywnymi, ale i tak mocno rzucający się w oczy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...