niedziela, 24 września 2017

Kara Thomas „Mroczne zakamarki”

Osiemnastoletnia Tessa Lowell przybywa do małego miasteczka Fayette w stanie Pensylwania, w którym mieszkała w dzieciństwie. Zamierza spotkać się ze swoim osadzonym w więzieniu, umierającym ojcem, a potem wrócić na Florydę, do babci, która przyjęła ją pod swój dach, gdy opuściły ją matka i starsza siostra Joslin. W Fayette Tessa zatrzymuje się w domu Greenwoodów, Maggie, Ricka i ich osiemnastoletniej córki Callie, z którą przyjaźniła się w dzieciństwie. Gdy się przeprowadziła ich kontakt się urwał, a teraz Callie jest wyraźnie wrogo do niej nastawiona. Jako ośmiolatki obie złożyły zeznania obciążające niejakiego Wyatta Stokesa, postawionego w stan oskarżenia pod zarzutem zabójstwa kilku młodych kobiet. Seryjny morderca w mediach był nazywany „Potworem znad Rzeki Ohio”. Między innymi zeznania Tessy i Callie przyczyniły się do skazania Stokesa na śmierć, ale kary do dzisiaj nie wykonano. Tessa ma wątpliwości co do jego winy, a w obliczu nowych okoliczności jej zdanie zaczyna podzielać Callie. Młode kobiety postanawiają przeprowadzić własne śledztwo, w którym pojawi się kilka tropów prowadzących do rodziny Lowellów. Tessa będzie musiała skonfrontować się z tajemnicami swoich bliskich, których od lat nie widziała.

Kara Thomas jest amerykańską powieściopisarką, która na rynku literackim zadebiutowała w 2013 roku thrillerem młodzieżowym zatytułowanym „Prep School Confidential” i opublikowanym pod pseudonimem Kara Taylor, który dotychczas doczekał się dwóch kontynuacji. W 2017 roku w Stanach Zjednoczonych ukazała się powieść Kary Thomas niewchodząca w skład cyklu „Prep School Confidential” pt. Little Monsters”, tak samo jak opublikowana rok wcześniej powieść „The Darkest Corners”, która w Polsce ukazała się w roku 2017 pod tytułem „Mroczne zakamarki”. Ale choć „Little Monsters” i „Mroczne zakamarki” nie są fabularnie połączone z „Prep School Confidential” Thomas nie odchodzi w nich od specyfiki swojego cyklu literackiego (jak na razie trylogii, ale to może, acz wcale nie musi, się zmienić) – w tych powieściach również konfrontuje czytelników z tajemniczymi sprawami osadzonymi w konwencji thrillera, z którymi muszą zmierzyć się młodzi ludzie.

Thriller młodzieżowy nie jest jednym z moich ulubionych typów literatury, głównie z powodu rażącej wręcz naiwności emanującej z tak wielu fabuł konstruowanych przez autorów tego rodzaju publikacji. Zazwyczaj już na początku wiem, jak rozwinie się dana historia, często nie mam również żadnych problemów z przedwczesnym odgadnięciem kształtu, jaki przybierze finał takiej opowieści. Ale to i tak nic w porównaniu do powierzchownie scharakteryzowanych postaci, którym muszę towarzyszyć. Od czasu do czasu sięgam jednak po tego rodzaju prozę, bo mimo wszystko można się przy niej odprężyć – nie trzeba myśleć, analizować, porządkować bezwładnie porozrzucanych informacji, wystarczy jedynie na bieżąco chłonąć proste fakty i oczekiwać momentu dojścia do prawdy przez protagonistów. Do prawdy, którą najprawdopodobniej wielu długoletnich wielbicieli literackich thrillerów rozszyfrowuje na długo przed nimi. A teraz, kiedy już to wszystko napisałam, muszę stwierdzić, że „Mroczne zakamarki” niezbyt przypominają powieściowe thrillery młodzieżowe, z którymi dotychczas się zetknęłam. Albo inaczej: w moich oczach książka ta zasila mniejsze grono dobrej prozy młodzieżowej, plasuje się na wyższym poziomie od tego, z którym najczęściej się spotykam podczas obcowania z tego rodzaju literaturą. Rzadko zwracam uwagę na okładki książek, ale polskie wydanie „Mrocznych zakamarków” przykuło mój wzrok – doprawdy mroczna, hipnotyzująca wręcz grafika zachęciła mnie do zapoznania się z opisem fabuły, który z kolei dał mi powody przypuszczać, że Kara Thomas sięgnęła po klimaty, za którymi wprost przepadam. Małomiasteczkowa sceneria, którą spowija jakaś mroczna tajemnica mająca korzenie w przeszłości to zdecydowanie coś dla mnie. Okazało się, że omawiana opowieść nie jest (aż) tak mroczna, jak sugeruje polska okładka, ale prowincjonalna atmosfera została przez Karę Thomas całkiem zgrabnie wykreślona. To samo zresztą mogę powiedzieć o amatorskim dochodzeniu, którego podjęły się dwie osiemnastoletnie kobiety, Tessa Lowell i Callie Greenwood, przyjaciółki z dzieciństwa, których kontakt się urwał po przeprowadzce tej pierwszej na Florydę. Ich śledztwo określiłam, jako „amatorskie”, ale prawdę powiedziawszy wykazują się one dużo większym profesjonalizmem niż policjanci z Fayette, małego miasteczka w stanie Pensylwania, w którym przed dziesięcioma laty doszło do serii morderstw, za które obwiniono, i skazano na śmierć, niejakiego Wyatta Stokesa. Motyw seryjnego mordercy nie jest oczywiście żadnym novum w tego rodzaju literaturze - właściwie to można go uznać za jeden z najczęściej eksploatowanych wątków zarówno w literackim, jak i filmowym thrillerze. Podejrzenie, że za okrutne zbrodnie skazano niewinnego osobnika także nie może być odbierane jako powiew świeżości. To samo można powiedzieć o rodzinnych tajemnicach, które zdają się łączyć z wątkiem seryjnego mordercy, któremu media nadały przydomek „Potwora znad Rzeki Ohio”. Osoby optujące za innowacyjnymi rozwiązaniami, za daleko idącą oryginalnością, tchnącą nową jakość w gatunek thrillera prawdopodobnie będą więc zawiedzeni pierwszą opublikowaną w Polsce powieścią Kary Thomas. Ale ci, którzy nie są jeszcze zmęczeni wyżej wymienionymi tematami, którzy wręcz poszukują takich historii powinni całkiem nieźle odnaleźć się w tej propozycji. I mają dużą szansę docenić sposób, w jaki Thomas splata ze sobą wątek seryjnego mordercy z motywem rodzinnej tajemnicy, w którą nie została wtajemniczona jej najmłodsza członkini, główna bohaterka i zarazem narratorka „Mrocznych zakamarków”, Tessa Lowell.

Nie ma na świecie takiego miejsca, które jest bezpieczne. Nieważne, jak daleko będziemy próbowały uciec przed wspomnieniami, zmory tamtego wieczoru wszędzie nas dopadną.”

Tessa Lowell nie jest typem nastoletniej bohaterki, która najchętniej rozprawia o chłopakach, godzinami przesiaduje przed lustrem i często chadza na suto zakrapiane alkoholem imprezki w gronie swoich rówieśników. Nieco zbliżona do tego typu jest jej przyjaciółka z dzieciństwa, z którą po latach łączy siły w dochodzeniu do prawdy, Callie Greenwood, ale tylko odrobinę – Kara Thomas nie pozwala bowiem, aby którakolwiek z jej postaci atakowała czytelnika irytującym narcyzmem i uciążliwym infantylizmem. Tessa Lowell musiała wcześnie dorosnąć. W głównej mierze przez to, co przeżyła stała się wycofana, nieufna, zamknięta w sobie i nieśmiała. Ale też pragmatyczna, trzeźwo spoglądająca na otaczającą ją rzeczywistość, odpowiedzialna, twardo stąpająca po ziemi, myśląca kategoriami osoby dużo starszej, mierzącej się z dorosłymi, a nie nastoletnimi problemami. Nadanie głównej bohaterce takich cech bardzo pomagało w przyswajaniu tej opowieści – gdyby autorka „Mrocznych zakamarków” na pierwszym planie postawiła mniej poważną osóbkę to fabuła najpewniej straciłaby na ciężkości, a w przypadku takiej w miarę lekkiej opowieści wszelki spadek na wadze zaowocowałby odrzucającą nijakością. Omawiana książka wpisuje się w poczet tych lżejszych, odprężających lektur z powodu prostego stylu, którym operuje autorka. Krótkie, nieskomplikowane zdania sprawiają, że „Mroczne zakamarki” czyta się bardzo szybko, co dla jednych będzie plusem, a dla innych już niekoniecznie. Ja miałam mieszane odczucia, bo wolę bardziej złożone słownictwo, zdecydowanie dłuższe, bardziej wyczerpujące zdania, ale z drugiej strony nie miałam wrażenia poważnego zaniedbania rysów psychologicznych czołowych postaci. A i krótkie opisy miejsc i sytuacji odmalowywały przed moimi oczami, jeśli już nie kompletne to na pewno wystarczające do należytego wczucia się w nie, obrazy. Oczywiście, daleka jestem od oddania protagonistkom psychologicznej głębi, od chwalenia Kary Thomas za tak drobiazgową konstrukcję osobowości protagonistek, że miało się wrażenie towarzyszenia żywym, nie wyimaginowanym młodym kobietą, w psychikę których ma się całkowity wgląd. Autorce udało się stworzyć sylwetki, których losy chce się śledzić, z którymi łatwo się zaprzyjaźnić, i których motywacje oraz absolutnie wszystkie posunięcia są dla czytelnika w pełni zrozumiałe, logiczne, a co za tym idzie całkowicie akceptowalne. O Tessie i Callie dowiedziałam się tyle, ile było potrzeba do sympatyzowania z nimi, aczkolwiek nie zaszkodziłoby gdyby Kara Thomas dała mi nieco szerszy wgląd w ich osobowości. Za to w wymyślonej przez nią intrydze nie zmieniałabym prawie niczego, bo środki ciężkości rozłożyła niemalże bezbłędnie, nie pozwalając sobie na nużące przestoje, ani wpadanie w nadmierną dynamikę, spychającą wszystko inne, łącznie z małomiasteczkowym klimatem na dalszy plan. A i zwrotom akcji nie mogę zarzucić przewidywalności (nie wpadłam na rozwiązanie żadnej zagadki zaproponowanej przez autorkę). Ale jeden mały szczegół, aż prosił się o doprecyzowanie – być może nieistotny, ale z jakiegoś powodu zwrócił on moją uwagę, doprowadzając do przekonania, że Thomas zwyczajnie zapomniała o poczynionej wcześniej sugestii. UWAGA SPOILER A mianowicie takiej, że kontakt Tessy i Callie nie został zerwany przez tę drugą, jak narratorka przez wszystkie lata, które spędziła z dala od Fayette myślała – dopatrywałam się w tym udziału matki Callie, podejrzewałam, że to ona nie informowała swojej córki o telefonach Tessy. Ale niestety nie dowiedziałam się, czy moje przypuszczenia były słuszne KONIEC SPOILERA.

Dobry thriller młodzieżowy. Nieczęsto to mówię, ale akurat „Mroczne zakamarki” wydają mi się w pełni zasługiwać na nadanie im takiej rangi. Na tle całego gatunku oczywiście ta powieść Kary Thomas nie prezentuje się szczególnie zjawiskowo, nie mamy tutaj do czynienia z godną najwyższego uznania wirtuozerią, z perłą współczesnej literatury popularnej, ale już w zestawieniu z innymi thrillerami młodzieżowymi mocno się wyróżnia. W kategoriach czysto rozrywkowych bardzo dobrze się sprawdza – odpręża, intryguje, wciąga i przede wszystkim nie każe walczyć z narastającym pragnieniem przerwania lektury. Wręcz przeciwnie: zmusza do poszukiwania momentu, w którym można bez żalu odłożyć książkę na później po to aby dać odpocząć oczom. To znaczy ja tak odbierałam „Mroczne zakamarki”. To mnie było ciężko na jakiś czas oderwać się od tej opowieści, ale nie mogę być pewna tego, że każdy wielbiciel powieściowych dreszczowców z porównywalną siłą zaangażuje się w tę historię.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 23 września 2017

Zapowiedź: „Leatherface”

Czas poznać prawdziwą twarz jednego z najbardziej przerażających bohaterów w historii kina.
Oparta na faktach historia, która stała się inspiracją dla cyklu kultowych horrorów.
„LEATHERFACE” w kinach w Halloween.
Film producentów kultowych horrorów: „PIŁA”, „POLTERGEIST”, „TEKSAŃSKA MASAKRA PIŁĄ MECHANICZNĄ”.
 
W zapomnianym przez świat szpitalu psychiatrycznym na amerykańskiej prowincji przetrzymywane są dzieci o zaburzeniach tak niebezpiecznych, że medycyna nie widzi dla nich ratunku. Przemoc fizyczna i psychiczna, gwałty i terror są tutejszą codziennością. Pewnego dnia grupa pacjentów ucieka, porywając młodą pielęgniarkę. Na ich czele stoi ten, który wkrótce krwawo zapracuje sobie na przydomek Leatherface. Tropem uciekinierów rusza ambitny i bezlitosny szeryf, który okaże się przeciwnikiem godnym najgorszego psychopaty. Tak zaczyna się koniec.

UWAGA: Specjalne pokazy filmu odbędą się wyłącznie w okresie Halloween, od 27 do 31 października 2017 roku w wybranych kinach. Będzie to jedyna okazja żeby obejrzeć ten film na wielkim ekranie.

LEATHERFACE (Leatherface)

Reżyseria: Aexandre Bustillo, Julien Maury
Obsada: Stephen Dorff („Immortals: bogowie i herosi”, „Wrogowie publiczni”, „Zoolander”), Lili Taylor („Obecność”, „Więzień labiryntu”, „Okup”, „Wrogowie publiczni”), Finn Jones („Gra o tron”, „Iron Fist”)
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2017
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Polski zwiastun: tutaj

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Rabbit Action Sp. z o.o.

piątek, 22 września 2017

„Blood Rage” (1987)

W 1974 roku małoletni Terry zabija młodego mężczyznę i wrabia w tę zbrodnię swojego brata bliźniaka Todda. Dziesięć lat później przebywającemu w zakładzie psychiatrycznym Toddowi wracają wspomnienia z nocy, która zniszczyła mu życie. Wyznaje swojej psychiatrze, doktor Berman, że został ukarany za morderstwo popełnione przez jego brata bliźniaka, a w Święto Dziękczynienia ucieka z zakładu. Doktor Berman podejrzewa, że Todd skieruje się do domu, w którym mieszkają jego matka, jej narzeczony i Terry, postanawia więc wraz ze swoim asystentem sprawdzić otaczający go teren. Wcześniej informuje rodzinę Todda o ucieczce jej pacjenta. Tymczasem w Terrym zaczynają budzić się mordercze instynkty. Staje się zagrożeniem dla osób przebywających w okolicy, w tym jego znajomych i dziewczyny Karen. Wszyscy są jednak przekonani, że muszą uważać na prawdopodobnie czającego się gdzieś w pobliżu Todda, a nie na jego brata bliźniaka.

Slasher „Blood Rage”, znany również pod tytułami „Nightmare at Shadow Woods” i po prostu „Slasher”, to drugi (po „False Face” z 1977 roku) i ostatni film Johna Grissmera. Scenariusz napisał Bruce Rubin, który w tamtym czasie również mógł się pochwalić pracą nad tylko jednym tytułem – komedią science fiction pt. „Zapped!”. Drugi film Grissmera był gotowy już w 1983 roku, ale na swoją premierę (w Stanach Zjednoczonych) musiał czekać aż do roku 1987. Wersja, którą wpuszczono na wielkie ekrany była mocno okrojona. Późniejsze amerykańskie wydanie VHS zostało rozszerzone o wycięte wcześniej sekwencje, nie zawierało jednak jednej, która pojawiła się w wersji kinowej.

Z „Blood Rage” z pewnością było co wycinać – cenzorzy nie musieli usilnie wypatrywać przebłysków krwawej makabry, bo twórcy tej produkcji nie bali się przystawać podczas mocniejszych sekwencji. Do pewnego momentu, bo dalsza partia filmu pod tym kątem jawi się dużo łagodniej. Już prolog obudził we mnie przekonanie, że mam do czynienia z jednym ze śmielszych slasherów, z projektem wprost szafującym gore (z czasem nieco zmodyfikowałam ten pogląd), co nie jest zbyt częstym zjawiskiem w tym podgatunku. Ostatecznie okazało się, że na tle całego kina grozy „Blood Rage” nie prezentuje się tak ekstremalnie, jak wcześniej myślałam, ale jeśli zestawić go z innymi slasherami to od razu rzuca się w oczy dosyć duża drastyczność. Nie największa, bo jednak istnieją bardziej krwawe filmy slash, ale poza średnią na pewno wybiega. Pierwsza scena mordu polega na kilkukrotnym zatopieniu ostrza siekiery w głowie młodego mężczyzny, a widz ma okazję dokładnie przyjrzeć się nie tylko efektowi końcowemu tj. głębokim ranom szpecącym twarz ofiary, ale również procesowi, który do niego doprowadził. Możemy zobaczyć jak ostrze spotyka się z ciałem nieszczęśnika, a taka sposobność w tym nurcie nie nadarza się zbyt często, nie jest to zjawisko powszechne w slasherach – o wiele częściej poprzestaje się na zbliżeniach na już zadane obrażenia. Po przesunięciu akcji o dekadę do przodu, po wskoczeniu w rok 1984 twórcy „Blood Rage” tylko na moment wytracają tempo narzucone sobie w prologu. Wtedy ogólnikowo wykreślają kontekst tej opowieści, boleśnie zaniedbując przy tym postacie protagonistów. Skupiają się przede wszystkim na Terrym (w tej roli trochę przerysowany Mark Soper – wcielił się on również w brata bliźniaka tej sylwetki, Todda, w „skórze którego” odnalazł się dużo lepiej), jemu poświęcają najwięcej miejsca, ale unikają zdecydowanego wnikania w jego psychikę, bo to typowy slasher, a nie psychothriller. Bruce Rubin nie ukrywał tożsamości sprawcy. Już podczas prologu zdradził kto jest mordercą, co pozbawiło mnie przyjemności szukania winnego w gronie bohaterów i nie pozostawiło we mnie żadnej nadziei na element zaskoczenia. Z drugiej jednak strony ta oddarta z tajemnicy perspektywa pasowała do prezentowanej historii – może faktycznie film wypadłby lepiej, gdyby aż do finału kazano oglądającemu zastanawiać się, który z bliźniaków jest mordercą, ale uczulenie go na jedną konkretną postać, skumulowanie całej antypatii na Terrym, postawienie odbiorcy w pozycji w pełni uświadomionego oplatało sekwencje, w których pojawiał się on w towarzystwie innych osób większą złowieszczością, bo nieosłabianą mniejszymi lub większymi wątpliwościami co do jego zbrodniczej natury. Terry szybko przystępuje do eliminacji osób, znajdujących się w pobliżu jego domu. Właściwa akcja „Blood Rage” jest osadzona podczas Święta Dziękczynienia i jak to w slasherach sprowadza się do wykańczania osób mających nieszczęście akurat przebywać w pobliżu Terry'ego. Tym co obniża atrakcyjność prezentowanej historii nie jest jej konwencjonalność (a przynajmniej nie dla mnie, fanki slasherów) tylko pośpiech narzucony sobie przez twórców. Dłuższe wprowadzenie w temat, podczas którego dano by mi możliwość należytego zapoznania się z bohaterami i dłuższe, potęgujące napięcie scenki poprzedzające uderzenia mordercy moim zdaniem przysłużyłyby się tej produkcji. Emocje byłyby silniejsze, temat z czasem najprawdopodobniej wcale by mi nie spowszedniał, jak to niestety miało miejsce w takim rozrachunku.

Sceny mordów może i wielce pomysłowe nie są, ale nie ma to większego znaczenia w zderzeniu z realistyczną formą i oczywiście bezpośredniością twórców efektów specjalnych. Najbardziej zapadają w pamięć ujęcia odciętej dłoni z drgającymi palcami, trzymającej puszkę i kikutem tryskającym krwią oraz zbliżenia na dwie połowy ciała kobiety, które niedługo potem zrozpaczony Todd złoży do kupy. Ale długie ujęcie przepołowionej głowy pod takim kątem, że doskonale widać dwie części mózgu i obraz wiszącej głowy mężczyzny broczącej krwią również mogą się pochwalić dwoma wyżej wymienionymi superlatywami, choć rzecz jasna są nieco mniej drastyczne niż te najbardziej charakterystyczne krwawe wstawki. W dalszej partii filmu kamera „zaczyna uciekać” od Terry'ego popełniającego kolejne zbrodnie, co moim zdaniem stanowi klasyczny przykład błędnego rozłożenia środków ciężkości. Makabra powinna eskalować, zresztą podobnie jak napięcie, a zamiast tego oba te pierwiastki (ten drugi nawet wcześniej jest niezbyt mocno wyczuwalny) z biegiem trwania filmu sukcesywnie tracą na wyrazistości. Wszystko co najlepsze twórcy wrzucili w pierwsze partie filmu, a na dalszą część brakło im już pomysłu – stracili cały impet z jakim weszli w tę opowieść i z którym do pewnego momentu ją rozwijali, acz z pewnymi zgrzytami. O ile większych wrażeń by mi dostarczyli, gdyby krwawe efekty specjalne oddzielały od siebie większe przedziały czasowe, najlepiej przynajmniej w części wypełnione nieporównanie silniej intensyfikującymi napięcie, długimi zwiastunami rychłego zagrożenia. I gdyby nie uparli się na takie szatkowanie fabuły, te przeskoki pomiędzy bohaterami i czarnym charakterem, bo nie dość, że nie pozwalały mi one należycie wczuć się w koszmarną sytuację tych pierwszych, a co za tym idzie choćby umiarkowanie się do nich przywiązać (nawet do final girl, którą udało mi się bezbłędnie wytypować pomimo tego, że poświęcono jej irytująco mało miejsca) to na dodatek wybijały mnie z rytmu narzuconego przez działalność mordercy. Obserwowanie robiącej porządki, zdenerwowanej matki Terry'ego albo Todda odwiedzającego niektóre miejsca zbrodni wpychało mnie w stan zobojętnienia – więcej napięcia generowały wstawki z udziałem znajomych i dziewczyny Terry'ego, ale nie potrafiłam zrozumieć dlaczego tak ich zmarginalizowano. W tym bowiem przypadku klasyczne podejście do slashera w formie największego skupienia na młodych ludziach stanowiących jeden z celów mordercy sprawiłoby się o niebo lepiej od tego rozpraszającego uwagę i łagodzącego emocje skakania z miejsca na miejsce i jednocześnie z jednej postaci na inną.

Slasher „Blood Rage” w mojej ocenie posiada tylko jeden bezsprzeczny plus. A mianowicie w miarę dużą ilość odważnych i zarazem realistycznych scen mordów – może się pochwalić dosyć odważnym podejściem do warstwy gore i bardzo solidną robotą twórców efektów specjalnych. Wszystko inne, łącznie z klimatem, który nie jest wystarczająco mroczny i nie generuje zadowalającej porcji napięcia, przegrywa w starciu z wyżej wymienioną zaletą „Blood Rage”. We wszystkich pozostałych składowych tej produkcji łatwo dostrzec jakieś, mniejsze lub większe, niedostatki, które niestety mocno obniżyły moją ocenę tej produkcji. Przez nie mogę nadać jej jedynie miano średniaka, choć same efekty specjalne bez wątpienia zasługują na wyższe uznanie.

czwartek, 21 września 2017

Zapowiedź: „Zabicie świętego jelenia”

Nowy film jednego z najbardziej oryginalnych, kontrowersyjnych i utalentowanych współczesnych reżyserów, twórcy filmów „KIEŁ” i „LOBSTER” (nominacja do OSCARA za najlepszy scenariusz).

Colin Farrell, Nicole Kidman i Alicia Silverstone we wciskającej w fotel opowieści o człowieku stojącym przed niewyobrażalnie trudnym wyborem. Bez względu na to jaką decyzję podejmie, stanie się sprawcą tragedii we własnej rodzinie. A wszystko za sprawą nastoletniego chłopca, który dotąd był dla niego jak syn. Pełen napięcia na granicy szaleństwa i klaustrofobicznego poczucia zagrożenia mroczny thriller z elementami szatańskiego poczucia humoru.

ZABICIE ŚWIĘTEGO JELENIA
(THE KILLING OF A SACRED DEER)
PREMIERA: 8 GRUDNIA 2017
REŻYSERIA: Yorgos Lanthimos („Kieł”, „Lobster”, „Alpy”)
OBSADA: Colin Farrell („Lobster”, „Niepokonani”, „Pamięć absolutna”, „Miami Vice”, „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” – ZŁOTY GLOB), Nicole Kidman („Lion. Droga do domu”, „Godziny” – OSCAR, „Oczy szeroko zamknięte”, „Wzgórze nadziei”, „Dogville”, „Zanim zasnę”)
GATUNEK: thriller
PRODUKCJA: USA 2017
POLSKI ZWIASTUN: tutaj

Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Rabbit Action Sp. z o.o.

środa, 20 września 2017

„Jackals” (2017)

Lata 80-te XX wieku. Andrew i Kathy Powellowie wynajmują niejakiego Jimmy'ego Levine'a do pomocy w wyrwaniu ich syna Justina ze szponów sekty. Wraz ze swoim drugim synem Campbellem oraz dziewczyną Justina, Samanthą i ich kilkumiesięczną córeczką, zajmują domek w lesie, w którym zamierzają zrealizować najważniejszą część swojego planu. Po porwaniu i związaniu Justina przystępują więc do prób uświadomienia mu, w jak złe towarzystwo wpadł i nakłonienia go do powrotu do domu. Ale młodego mężczyzny nie przekonują ich argumenty. Po zapadnięciu zmroku, ku wielkiemu zadowoleniu Justina, przed domem pojawiają się zamaskowani członkowie sekty, do której chłopak przynależy. Szybko okazuje się, że są gotowi zrobić absolutnie wszystko, byle tylko odzyskać Justina.

Kevin Greutert, reżyser szóstej i siódmej części „Piły”, „Klątwy Jessabelle” i „Mrocznych wizji”, tym razem wziął na warsztat scenariusz Jareda Riveta (który to nie może się pochwalić się dużym doświadczeniem w tym zawodzie), proponujący widzom historię osadzoną w konwencji home invasion. Opatrzoną etykietką „oparte na prawdziwych wydarzeniach” produkcję pt. „Jackals” dystrybuuje się na o wiele mniejszą skalę niźli miało to miejsce w przypadku wcześniejszych filmów Greuterta. Daleka jestem jednak od twierdzenia, że mamy tutaj do czynienia filmem celującym w wąską grupę odbiorców, z obrazem, który w zamyśle twórców miał odcinać się od głównego nurtu, bo zaobserwowałam wręcz odwrotne zjawisko.

Gdy dowiedziałam się, że akcję „Jackals” osadzono w latach 80-tych XX wieku obudziło się we mnie podejrzenie, że to jeden z tych horrorów, które starają się przywołać ducha kina grozy z rzeczonej dekady. Skrótowy opis fabuły kazał mi ponadto domniemywać (i to przypuszczenie było już dużo słabsze), że Kevin Greutert postanowił złożyć hołd slasherom, ale jak się okazało „Jackals” ani nie jest horrorem, ani nie widać w nim bezapelacyjnych odniesień do XX-wiecznych filmów slash. A przynajmniej ja takowych nie dostrzegam. Bo osadzenie akcji w latach 80-tych w małym domku stojącym w lesie to dla mnie zdecydowanie za mało, abym mogła z pełnym przekonaniem uznać, że mam do czynienia z hołdem składanym wspomnianemu podgatunkowi. Fabuła bez wątpienia egzystuje w ramach innego nurtu, a mianowicie home invasion, a w warstwie technicznej nie widać upodobnień do XX-wiecznych rąbanek. Ekipa wystrzegała się jaskrawych kolorów i silnych kontrastów, operując ciemnymi i ponurymi barwami, przy czym „niepobrudzonymi” w sposób, który choćby delikatnie nasuwałby na myśl krwawe albo umiarkowanie krwawe horrory z poprzedniego wieku. W ciemnościach, lekko rozpraszanych sztucznym oświetleniem nie czai się potężny ładunek nieokiełznanej grozy. Zdjęciom za które odpowiadał Andrew Russo, brakuje takiej intensywności - powiedziałabym raczej, że są aż nazbyt ugrzecznione, wydelikacone do takiego stopnia, że trzeba się mocno natrudzić, aby poczuć choćby zalążek emocjonalnego napięcia. A fabuła wcale tego nie ułatwia. Nie wiem, czy scenariusz oparto na jednym konkretnym wydarzeniu z przeszłości starając się wiernie przenieść go na ekran, czy mamy tutaj do czynienia ze zbitką różnych zdarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości, czy może luźną reinterpretacją danego wydarzenia (w takim przypadku stawiałabym na inspirację Charlesem Mansonem i jego sektą). Wiem natomiast, że Jaredowi Rivetowi nie zależało zbytnio na wyrwaniu się z ciasnych ram konwencji home invasion, co dla wielbicieli tego nurtu zapewne będzie dużym plusem „Jackals”, gdy tymczasem dla osób czy to już zmęczonych, czy w ogóle nieprzepadających za tym odłamem kina grozy najprawdopodobniej będzie trudne do wytrzymania. Powstało kilka thrillerów spod znaku home invasion, które przypadły mi do gustu, ale oglądałam też takie (i chyba było ich więcej), które doskonale sprawdzały się jako środek nasenny. „Jackals” niestety mnie nie usypiał – a ubolewam nad tym dlatego, że wtedy miałabym z niego jakąś korzyść... Wgapiałam się w ekran z obojętnością co jakiś czas zastępowaną niemałą irytacją, ale oczy jakoś nie chciały się zamykać. I nie pytajcie mnie dlaczego w takim razie uparcie trwałam przed ekranem, bo naprawdę nie wiem. Teraz wiem, że powinnam była to zrobić, ale jak to się mówi: „mądry Polak po szkodzie”. Straciłam kawałek wolnego czasu na twór, który w moim oczach nie przedstawia sobą absolutnie żadnej wartości, na opowieść, która była mi kompletnie obojętna. No dobrze, może nie kompletnie, bo jednak zależało mi na losie kilkumiesięcznego dziecka, ale pomiędzy mną i pozostałymi bohaterami „Jackals” nie wytworzyła się porównywalna więź. W dużej mierze dlatego, że scenarzysta „wrzucił mnie” w sam środek akcji, rezygnując ze stosownego wprowadzenia w dramat rodziny Powellów, a ich osobowości wykreślał w międzyczasie. Czyniąc to w bardzo ogólnikowy sposób i na dodatek przekazując niektóre fakty z ich życia w bardzo temu niesprzyjających okolicznościach. Dom zostaje otoczony przez zamaskowanych, wrogo nastawionych członków niebezpiecznej sekty, ale to wcale nie przeszkadza jego tymczasowym, zaszczutym lokatorom dzielić się z widzami wydarzeniami ze swojej przeszłości. To częsta przypadłość filmowych rąbanek, element, który moim zdaniem nieco obniża wiarygodność prezentowanego koszmaru – bo raczej trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś w chwili takiego bezpośredniego zagrożenia życia miałby ochotę porozmawiać z towarzyszami niedoli o dawnych dziejach... Tak myślę, ale mogę się mylić.

Pozytywni bohaterowie „Jackals” tworzą bardzo typową dla wszelkiej maści rąbanek zbieraninę osobowości, w które scenarzysta nie zagłębiał się na tyle, żebym poczuła do nich silne przywiązanie. Dostajemy bogatych rozwodników, Andrew i Kathy Powellów, którzy nade wszystko pragną odzyskać swojego młodszego syna, Justina. Ten pierwszy prezentuje sobą typ walecznej „głowy rodziny”, kobietą natomiast targa sentymentalizm, kieruje się emocjami, nie racjonalnymi przesłankami – jest typem matki, która dla swojego dziecka zrobi absolutnie wszystko, choćby miało się to wiązać z koniecznością postawienia samej siebie w sytuacji bez wyjścia. Nie zauważyłam żadnych niedostatków w warsztatach odtwórców tych ról, Johnathona Schaecha i Deborah Kary Unger, to samo zresztą mogę powiedzieć o pozostałych członkach obsady (m.in. Stephenie Dorffie i Chelsea Ricketts), ale aktorstwo, choć dobre nie było w stanie wydobyć sylwetek z otchłani miałkości. Wymienionemu już niegdysiejszemu małżeństwu towarzyszy dziewczyna ich młodszego syna Justina, Samantha (i on sam, choć dobrowolnym towarzyszem nie można go nazwać) oraz ich kilkumiesięczna córeczka, nad którą kobieta stara się roztoczyć jak najlepszą opiekę. Ponadto w domku umiejscowionym w jednym z amerykańskich lasów przebywa starszy syn Powellów, Campbell, któremu najmniej zależy na losie brata i który pała niechęcią do również zasilającego to grono człowieka wynajętego przez rodziców do pomocy w odzyskaniu Justina, niejakiego Jimmy'ego Levine'a. Ten ostatni dysponuje wiedzą i umiejętnościami niezbędnymi do wyrwania członka sekty spod wpływu tego zgubnego środowiska – jego zadaniem jest nie tylko przechwycenie chłopaka, ale także nakłonienie go do powrotu na łono rodziny. To ostatnie jest najtrudniejsze, bo Justin został poddany gruntownemu „praniu mózgu”. Członków sekty, do której wstąpił traktuje jak braci i siostry, a do swoich krewnych i dziewczyny zdaje się żywić tylko i wyłącznie ogromną nienawiść. Myślę, że gdyby twórcy niżej pochylili się nad sylwetką Justina, rozciągnęli w czasie proces, który ma wyrwać go spod zgubnego wpływu sekty, silnie zagłębiając się przy tym w jego psychikę to „Jackals” dałby mi przynajmniej jeden udany motyw, jeden wątek, który dostarczyłby mi jakichś silniejszych emocji, wpasowany w konwencję thrillera psychologicznego. Ale zamiast zawracać sobie głowę dogłębną psychologią postaci woleli oni postawić na szybką akcję. Szamotaniny, bieganiny po domu i rzadziej po otaczającym go lesie, kilka niemalże bezkrwawych mordów, z których tylko podpalenie dłoni lekko pobrzmiewa jakąś malutką kreatywnością ze strony twórców i najlepsze z tego wszystkiego, ale niestety niezbyt częste ujęcia przymglonego podwórza, na którym tkwią zamaskowani osobnicy. Dynamiczne te scenki z pewnością są, problem tylko w tym, że twórcy „Jackals” nie przykładają się należycie do budowania dramaturgii, nie stopniują napięcia i nie wykazują się większą empatią w stosunku do pozytywnych bohaterów. Wszystko, oprócz końcówki, jest zwyczajnie beznamiętne, nijakie i totalnie ugrzecznione. Ostatnie sekwencje rzeczywiście trochę mnie ożywiły, niemniej na miejscu twórców wprowadziłabym jedną poprawkę do scenariusza: UWAGA SPOILER kazałabym pozostałym członkom sekty paść na kolana przed Justinem, tym samym wyraźnie dając widzom do zrozumienia, że to on jest ich przywódcą, że to on założył owe zgromadzenie, zamiast być jak kazano im dotychczas myśleć ofiarą środowiska, w które na swoje nieszczęście, wpadł KONIEC SPOILERA.

Nie jestem w stanie ocenić, czy oddani miłośnicy nurtu home invasion mają dużą szansę zapałać ogromną sympatią do „Jackals” Kevina Greuterta. Pewnie w tej grupie znajduje się najwięcej potencjalnych fanów tej produkcji, ale to wcale nie musi oznaczać, że przynajmniej większość z zasilających ją osób uzna to przedsięwzięcie za chociaż częściowo udane. Przypuszczam, że oni wcześniej czy później po niego sięgną, choćby z czystego obowiązku – może nawet paru z nich zakocha się w tym thrillerze. Ale i tak nie zamierzam, ani ich, ani tym bardziej osób niewpisujących się w krąg fanów home invasion do tego posunięcia zachęcać. Na to nie potrafię się zdobyć.

wtorek, 19 września 2017

David Lagercrantz „Mężczyzna, który gonił swój cień”

Do odsiadującej karę w więzieniu dla kobiet Lisbeth Salander dociera informacja o pojawieniu się dokumentów na temat jej przeszłości. Kobieta uznaje wówczas, że nadeszła pora na zgłębienie wszystkich tajemnic osnuwających jej dzieciństwo. W swoje dochodzenie angażuje przyjaciela, Mikaela Blomkvista, dziennikarza śledczego pracującego dla magazynu „Millennium”, prosząc go o zebranie informacji na temat bogatego maklera giełdowego Leo Mannheimera, ale nie wyjaśniając dlaczego się nim interesuje. Lisbeth koncentruje się ponadto na sprawie jednej ze współwięźniarek, muzułmanki Farii Kazi, dręczonej przez szczególnie niebezpieczną osadzoną, której boją się nawet strażnicy. Salander chce jej pomóc, nie tylko poprzez zapewnienie jej ochrony przed nieustępliwą prześladowczynią. Kobieta ma bowiem przeczucie, że jej sprawa nie jest tak prosta, jak ukazali ją śledczy i zamierza zrobić wszystko, co w jej mocy, aby odkryć prawdę.

„Mężczyzna, który gonił swój cień” to druga powieść szwedzkiego dziennikarza i pisarza Davida Lagercrantza spod znaku „Millennium” i zarazem piąta część tej serii. Pierwsze trzy odsłony autorstwa Stiega Larssona („Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, „Dziewczyna, która igrała z ogniem”, „Zamek z piasku, który runął”) odniosły spektakularny międzynarodowy sukces, a po jego śmierci kontynuację owego projektu powierzono Davidowi Lagercrantzowi. Napisana przez niego czwarta część „Millennium”, „Co nas nie zabije”, odnotowała bardzo dobre wyniki sprzedaży i zebrała sporo pozytywnych recenzji, pomimo kontrowersji jakie narosły wokół sprawy odziedziczenia majątku Stiega Larssona przez jego ojca i brata, a nie jego długoletnią partnerkę, która to popchnęła część fanów trylogii do zbojkotowania przedsięwzięcia Lagercrantza.

„Co nas nie zabije” w mojej ocenie nie dorównało pierwszym trzem tomom „Millennium” (na co zresztą w ogóle nie liczyłam), ale daleka jestem od twierdzenia, że David Lagercrantz nie podołał wyzwaniu, którego się podjął - czwarta odsłona osiągnęła na tyle dobry poziom, żeby chciało mi się sięgnąć po kolejną część „Millennium” pióra Lagercrantza. I tak też się stało. Ale mam niestety mieszane odczucia względem „Mężczyzny, który gonił swój cień”. Spadek formy był dla mnie doskonale widoczny – wyglądało to tak, jakby Lagercrantz nie tyle całkowicie stracił, ile powoli tracił zapał do tego przedsięwzięcia, jakby „jechał na autopilocie” chcąc wręczyć czytelnikom tak bardzo wyczekiwaną pozycję, ale nie potrafiąc tak dobrze przyłożyć się do tego zadania, jak uczynił to w przypadku „Co nas nie zabije”. Takie wrażenie odniosłam, ale wcale nie musi ono pokrywać się z rzeczywistym stanem rzeczy. Nie twierdzę, że „Mężczyzna, który gonił swój cień” to jakiś chłam, nie chcę, żeby ktoś odniósł wrażenie, że moje zapatrywania na tę powieść są skrajnie negatywne, bo absolutnie tak nie jest. Uważam, że to najsłabsza część „Millennium”, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że w tym przypadku zdecydowanie jest z czego schodzić to na tle całego gatunku i tak wypada całkiem nieźle. David Lagercrantz w „Mężczyźnie, który gonił swój cień” przedstawia nam dwie sprawy, korzeni których należy szukać w przeszłości, co w przypadku jednej z nich na początku wcale łatwe nie jest. Wątek nawiązujący do traumatycznej przeszłości diablo inteligentnej hakerki i mścicielki Lisbeth Salander zostaje bowiem zawiązany nicią, której nijak nie można połączyć z ową bohaterką. Sama zainteresowana prawdopodobnie doskonale wie, co łączy maklera giełdowego Leo Mannheimera z nią samą, ale nie dzieli się swoją wiedzą z Mikaelem Blomkvistem, dziennikarzem śledczym, któremu powierza rozpracowanie rzeczonego bogatego mężczyzny, a Lagercrantz jeszcze przez długi czas oczywiście nie uznaje za stosowne niczego czytelnikom rozjaśniać. Stawia ich w pozycji „błądzącego we mgle” Mikaela Blomkvista, nie dając im wglądu w przemyślenia Salander na ten temat. Równocześnie zaznajamia ich z wątkiem Farii Kazi, imigrantki, która odsiaduje wyrok w tym samym więzieniu dla kobiet, co Lisbeth. Ta odnoga fabuły jest nieporównanie mniej tajemnicza, Lagercrantz stawia tutaj na większą przejrzystość, przeplatając aktualne dzieje Farii Kazi z retrospekcjami, ale zachowując przy tym taki porządek, żeby odbiorca bez trudu mógł dobrze rozeznać się w całej intrydze. Autor „Mężczyzny, który gonił swój cień” porusza tutaj problematykę imigrantów/uchodźców i islamskiego fundamentalizmu szerzącego się w Szwecji, unikając jednak (co bardzo mnie cieszyło) propagowanej przez niektóre środowiska generalizacji w formie demonizowania wszystkich muzułmanów szukających azylu (i/lub większej gotówki) na terenie Europy. Lagercrantz pisze o okrucieństwie radykalnych wyznawców islamu, ale stara się również pokazać (tym, którzy tego nie wiedzą), że w tej grupie egzystują również osoby, które są ofiarami, że istnieją wyznawcy tej religii, którzy codziennie przeżywają istne męki i którym należy pomóc, a nie ich napiętnować. Lagercrantz w tym temacie zbliża się do ekstremum – nie wpada w skrajną makabrę, ale robi kilka kroków w tym kierunku, czasami stając tak blisko niej, że przywołując na myśl „Dziewczynę z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Nasuwając delikatne skojarzenia z tą pozycją, ale na porównywalną bezkompromisowość radzę się nie nastawiać. Lagercrantz na kartach omawianej powieści porusza również inne obecnie bardzo medialne problemy Europy. Nie poprzestaje na islamskich imigrantach - choć z nich wszystkich temu tematowi zdecydowanie poświęca najwięcej miejsca, znajduje również sposobności na wspomnienie o między innymi szkodliwym populizmie rozprzestrzeniającym się na świecie i tzw. postprawdzie, ostatnio bardzo modnym pojęciu, które mówi o kształtowaniu opinii publicznej poprzez odnoszenie się do sfery emocjonalnej, a nie twardych faktów. Nie mam bladego pojęcia dlaczego nie nazywa się tego po prostu kłamstwem, ale prawdziwości samej tej obserwacji podważać nie zamierzam – bo rzeczywiście taka oto zaraza panoszy się obecnie w przynajmniej większości krajów świata i nie wydaje się, żeby w najbliższym czasie można było ten proces zatrzymać. Lagercrantz wspomina o tym (czy to wprost, czy między wierszami), że fakty przestają mieć znaczenie, prawda powoli staje się przeżytkiem – zostaje wyparta przez takie kłamstwa, które silniej przemawiają do naszych emocji. O tym między innymi pisze Lagercrantz i bardzo dobrze, bo wydaje mi się, że to jeden z tych tematów, którym współcześni powieściopisarze powinni poświęcać więcej uwagi, ale no właśnie – Lagercrantz nie dał mu tyle miejsca, ile bym chciała. Traktując go skrótowo, ale przynajmniej spoglądając na niego z odpowiedniej perspektywy.

UWAGA SPOILER Motyw pseudonaukowych eksperymentów z ludźmi w rolach królików doświadczalnych KONIEC SPOILERA nie jest żadnym novum tak w literaturze, jak w kinematografii. Nie sposób tutaj oddać Lagercrantzowi oryginalności, a przynajmniej ja nie umiem spoglądać na ten wątek, jak na powiew świeżości, ale akurat na innowacyjności niespecjalnie mi zależy. Nie mam nic przeciwko częstemu spotykaniu się z lubianymi przeze mnie konwencjami, a wspomniana wyżej zdecydowanie wpisuje się w poczet tychże, dlatego z umiarkowanym entuzjazmem zapatrywałam się na drugą odnogę fabuły „Mężczyzny, który gonił swój cień”. Umiarkowanym, bo nie mogłam przekonać się do pomysłu dobudowania do przeszłości Lisbeth Salander kolejnego, że tak powiem „pięterka”. Wychodziłam z założenia, że Stieg Larsson wyczerpał ten temat – przedstawił tak spójną, sensowną, kompletną opowieść, że każda próba jej rozszerzenia musi skończyć się fiaskiem. Tak źle nie było, bo jednak propozycja Lagercrantza zdołała dosyć silnie mnie zainteresować, ale nie mogę oprzeć się przeświadczeniu, że prezentowałaby się jeszcze lepiej, gdyby autor zrezygnował z wiązania jej z przeszłością Lisbeth Salander. Mógł w inny sposób zaangażować ją w tę sprawę, nie wplatać jej w biografię owej hakerki tylko ograniczyć te haniebne praktyki do nowych postaci. Tym bardziej, że jak na moje oko brakło mu tutaj inwencji, a jeszcze bardziej konsekwencji. Wyglądało mi to na działanie siłowe – miałam wrażenie, że Lagercrantz działa bez żadnego planu, że wciska Lisbeth tam gdzie się da, po czym szybko spycha ją poza margines, a przypomina sobie o niej dopiero wówczas, gdy nadarzy się kolejna okazja do, według niego, przekonującego wplecenia jej osoby w opisywany proceder. W parze z tym naciąganiem faktów z czasem zaczęła iść przewidywalność – początkowa, jakże intrygująca tajemniczość wkrótce całkowicie wyparowała. Zaczęłam wyprzedzać autora przynajmniej o jeden krok, bez większego wysiłku przewidywać jego kolejne posunięcia, rozszyfrowywać kształt przygotowanych przez niego niespodzianek, przez co owe w zamyśle zaskakujące akcenty nie wywoływały zamierzonej reakcji. Niemniej sama opowieść o Leo Mannheimerze i pewnej kobiecie, która zrobi absolutnie wszystko, żeby uniemożliwić osobom trzecim dojście do prawdy całkiem mocno mnie porwała. Potrafiłam się w to zaangażować, pomimo wspomnianej przewidywalności i pomimo rażąco topornych wpleceń w tę intrygę postaci Lisbeth Salander. Bez tych dwóch, moim zdaniem, uchybień historię Leo i pewnej złej kobiety przyswajałoby mi się o wiele lepiej – jestem przekonana, że budziłaby we mnie silniejsze emocje, że wypadłaby zdecydowanie bardziej atrakcyjnie, ale na szczęście te niemałe przecież zgrzyty nie zepsuły mi całkowicie lektury „Mężczyzny, który gonił swój cień”.

Piąta odsłona „Millennium” w mojej ocenie jest słabsza od swoich poprzedniczek, ale nie plasuje się na tak niskim poziomie, żebym mogła obarczyć ją zjadliwą krytyką. W mojej ocenie ta pozycja na tle współczesnych kryminałów/thrillerów wypada całkiem nieźle, aczkolwiek nie dosięga poprzeczki zawieszonej sobie przez Davida Lagercrantza w części czwartej (tym bardziej tej zawieszonej przez Stiega Larssona). Wprowadzenie kilku, niewielu, modyfikacji prawdopodobnie zaowocowałoby zgoła odmienną sytuacją – jestem niemalże przekonana, że gdyby Lagercrantz wyeliminował te w moich oczach słabsze elementy, o których wspomniałam wyżej, to oddałabym wyższość „Mężczyźnie, który gonił swój cień” nad „Co nas nie zabije”. Ale nie zrobił tego, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zarzucić mu spadek formy – na szczęście nie aż tak drastyczny, żeby negatywne odczucia dominowały we mnie nad pozytywnymi, ale i tak mocno rzucający się w oczy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 16 września 2017

„Annabelle: Narodziny zła” (2017)

Lata 50-te XX wieku. Niegdysiejszy wytwórca lalek Samuel Mullins i jego żona Esther, którzy przed dwunastoma laty stracili swoją małą córeczkę Bee, decydują się przyjąć do swojego domu kilka dziewcząt z sierocińca i ich opiekunkę, zakonnicę Charlotte. Jej podopieczne zostają poinformowane, że pani Mullins z powodu choroby nie opuszcza sypialni i dostają zakaz wchodzenia do pokoju należącego kiedyś do Bee. Jedna z nich zmagająca się z polio, objawiającym się paraliżem jednej nogi, Janice, pewnej nocy łamie ten zakaz. W dawnym pokoju małej Bee znajduje pomieszczenie, w którym spoczywa lalka zrobiona przed laty przez Samuela Mullinsa. Ma w nim również miejsce zjawisko, którego nie sposób racjonalnie wytłumaczyć, a które mrozi jej krew w żyłach. Od tego momentu Janice żyje w przekonaniu, że w domu Mullinsów tkwi jakaś siła, która może zagrażać wszystkim domownikom. Kilka innych dziewcząt wespół z najlepszą przyjaciółką Janice, Lindą, również zauważa niepokojące zjawiska zachodzące w ich nowym lokum, a wiele wskazuje na to, że owa nieczysta moc koncentruje się w lalce, która wydostała się z małego pomieszczenia umieszczonego w pokoju Bee.

„Annabelle: Narodziny zła” to drugi, po „Kiedy gasną światła”, pełnometrażowy film Davida F. Sandberga, będący prequelem „Annabelle” Johna R. Leonettiego z 2014 roku, spin-offu „Obecności” Jamesa Wana z roku 2013. Scenariusz omawianego obrazu został napisany przez Gary'ego Daubermana (m.in. „Annabelle”, „Wataha u drzwi”, „W ukryciu” i druga adaptacja „To” Stephena Kinga), a jego szacowany budżet opiewał na sumę piętnastu milionów dolarów. Druga pełnometrażowa produkcja Sandberga odniosła niemały sukces kasowy, w czym nie ma niczego zaskakującego, bo moda na horrory powstałe na fali popularności „Obecności” cały czas trwa i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie wygasła. Niektórych zaskoczyć może natomiast to, że amerykańska krytyka o wiele lepiej przyjęła prequel „Annabelle” niż rzeczoną pozycje Johna R. Leonettiego, a wielu fanów gatunku podpisało się pod tymi opiniami.

Włączam się do całkiem szerokiej grupy osób oddających prequelowi wyższość nad pierwowzorem (w moim przypadku niedużą), ale jestem daleka od nazywania go arcydziełem kina grozy. Omawiane przedsięwzięcie Davida F. Sandberga to w gruncie rzeczy ukłon w stronę tradycji. Sam reżyser w wywiadach często przyznaje, że jest fanem starszych horrorów, a pracując nad „Annabelle: Narodziny zły” wedle jego własnych słów czerpał inspirację ze „Lśnienia” Stanleya Kubricka (udźwiękowienie) i z „Nawiedzonego domu” Roberta Wise'a (sfera wizualna). Przyznał ponadto, że nie wierzy w zjawiska nadprzyrodzone, z czego można wysnuć tylko jeden wniosek: że sceptycznie zapatrywał się na rzekomo prawdziwą historię, w której zarówno jego film, jak i wcześniejsza „Annabelle” Johna R. Leonettiego znajdują swoje korzenie. Tego sceptycyzmu nie widać jednak w jego produkcji – widać za to tak często wyrażaną przez niego sympatię do starszych horrorów. Gary Dauberman nie pochylał się nad losami Donny i Angie, które to w latach 70-tych XX wieku miały zmagać się z lalką Annabelle, a ściślej siłą która wprawiała ją w ruch i które z czasem znalazły pomoc u między innymi sławnych badaczy zjawisk paranormalnych Eda i Lorraine Warrenów. Scenarzysta poprzestał na wyciągnięciu jakichś szczególików z tej historii (np. karteczki z napisami skreślonymi dziecięcą ręką) i wpleceniu ich w wymyśloną przez siebie opowieść. W fabułę zbudowaną z popularnych motywów kina grozy, które to bardzo pasowały do koncepcji Davida F. Sandberga. Jeśli bowiem reżyser faktycznie chciał złożyć hołd starszym horrorom nastrojowym (a mocno rzucało się to w oczy) to obecność takich klasycznych wątków była dla niego jak najbardziej pomocna. Wszak jakiekolwiek duże kombinacje, nadmierne udziwnianie w formie odchodzenia od tradycjonalizmu najpewniej oddaliłyby od widza poczucie obcowania z produkcją nawiązującą do tradycji tego gatunku. Sama realizacja i osadzenie większej części akcji na początku drugiej połowy XX wieku moim zdaniem nie wystarczyłyby do osiągnięcia takiego efektu, głównie dlatego, że twórcy poprzestali na delikatnej stylizacji na obraz z dawnych lat. Wyblakłe barwy idą tutaj w parze z rażąco nowoczesnymi wyrazistymi konturami i brakiem ziarna, o które moim zdaniem akurat te zdjęcia, aż się prosiły. Odpowiadającemu za nie, Maxime'owi Alexandre'owi, udało się natomiast „nie wpaść w objęcia plastiku”, głównie dzięki unikaniu jaskrawości, nieoperowaniu żywymi, silnie nasyconymi barwami. Dominują przygaszone żółcie i pomarańcze, które doskonale współgrają z wyjałowioną scenerią - rozpościerającymi się wokół domu Mullinsów, wydawać by się mogło, nieskończonymi, lekkimi wzniesieniami obrosłymi aktualnie wysuszoną trawą, na które za dnia padają gorące promienie słoneczne. W takim odizolowanym od reszty społeczeństwa miejscu musi zadomowić się kilka dziewcząt z sierocińca i ich opiekunka, zakonnica Charlotte. Wśród tych pierwszych jest borykająca się z polio Janice (błyszcząca w tej roli Talitha Eliana Bateman), która jako pierwsza nabiera przekonania, że w domu Mullinsów tkwi jakaś mroczna siła, pragnąca skrzywdzić wszystkich domowników, zwłaszcza ją samą. Przeprowadzka do nowego domu to jeden z bardziej znanych motywów horroru nastrojowego zwłaszcza ghost stories, przy czym scenarzyści najczęściej serwują nam jakąś rodzinę, która zmienia miejsce zamieszkania. Gary Dauberman postanowił natomiast osadzić w tej pozycji kilka dziewcząt z sierocińca i ich ciemnoskórą opiekunkę, czego nie sposób chyba odebrać jako wyrwanie się z ram silnie wyeksploatowanego schematu. Moim zdaniem taki szczególik to za mało, żeby mówić o rzeczonym zjawisku, ale jak już wcześniej dałam do zrozumienia, w moich oczach konwencjonalność działa na korzyść „Annabelle: Narodzin zła”, a przynajmniej do pewnego stopnia tak jest.

Praca kamer w „Annabelle: Narodzinach zła” wydaje się być dziełem osób, które przestudiowały jakiś podręcznik zawierający wskazówki dla twórców horrorów nastrojowych i zdecydowali się ściśle ich trzymać. Kąty nachylenia kamer, sposób ich prowadzenia, zbliżania i oddalania obrazu, dla dobrze zaznajomionego z tego typu kinem widza nie powinny być żadną niespodzianką. W końcu przynajmniej większość z zastosowanych trików musiał już wielokrotnie widzieć na ekranie, również podczas seansów niektórych XX-wiecznych horrorów. Plus jest więc taki, że nie tylko fabuła i kolorystyka zdjęć omawianego filmu mogą nasuwać skojarzenia z kinem grozy z dawnych lat, ale również praca kamer, co z kolei przynajmniej mnie doprowadziło do przekonania, że David F. Sandberg pragnął przywoływać rzeczone skojarzenia na przynajmniej większości pól, jeśli nie na wszystkich, że nie zadowalał się półśrodkami. Ale ta „podręcznikowa” praca kamer przyniosła mi także pewne poważne uniedogodnienie, a mianowicie takie, że z łatwością mogłam wyczuć moment, w którym nastąpi jakieś uderzenie, w zamyśle twórców mające lekko unieść moje pośladki z fotela. Przez to te całkiem liczne, ale ilościowo i tak nieprzesadzone jump scenki w moim przypadku nie odniosły żadnego rezultatu. Na szczęście sekwencje je poprzedzające, scenki podczas których ekipa silnie koncentrowała się na intensyfikowaniu aury niezdefiniowanego zagrożenia całkiem mocno trzymały w napięciu i co równie ważne dało się wówczas odczuć dobrze wyliczone, wyważone i na szczęście rozciągnięte w czasie, konsekwentne narastanie wrogości – dawało to poczucie zbliżania się jakiegoś tajemniczego, acz bez wątpienia agresywnego bytu do upatrzonej ofiary. Podobał mi się również trik zastosowany podczas jednej ze scen z małą Lindą wpatrującą się w mroczną czeluść szafy, a ściślej finalizacja niniejszego ustępu podczas której obraz szybko zbliżał się do dziewczynki, a w tle słychać było tupot kogoś biegnącego – miało się wówczas wprost piorunujące wrażenie wbiegania jakiejś bestii na skamieniałą z przerażenia młodocianą bohaterkę filmu. David F. Sandberg przez długi czas wystrzegał się efekciarstwa i zawrotnej prędkości – stawiał na klimat i swego rodzaju niedookreśloność, przez większość czasu był propagatorem minimalistycznego podejścia do horroru nastrojowego (wyłączając na szczęście krótkie wtręty w postaci mało przekonujących demonicznych twarzy z nagła wypełniających ekran i równie sztucznych nieludzkich rąk) i w takiej formie spisywał się całkiem dobrze. Szkoda tylko, że (moim zdaniem nazbyt rozciągniętą w czasie) dalszą, dynamiczniejszą partię filmu okrasił bardziej zabawnymi niźli niepokojącymi efekciarskimi dodatkami zamiast starać się wówczas uderzać w wyłącznie taki ton, jaki zaprezentował podczas, w mojej ocenie najbardziej udanej scenki z białymi oczami wznoszącymi się na czarnym tle albo w trakcie tylko odrobinę mniej widowiskowej sekwencji z wyginającym się pod nieprawdopodobnymi kątami ciałem dziewczyny. Scena z żarówką rozbawiła mnie chyba najbardziej (zamiast uciekać oknem jedna z bohaterek filmu dokręca żarówkę wykręcaną przez jakąś siłę, a gdy robota zostaje wykonana następuje pac i żarówki nie ma), a mnogość wrogich jednostek, z których to jeden w dodatku prezentuje się doprawdy groteskowo (chyba go już gdzieś widziałam i chyba nawet wiem gdzie...) dała mi nieprzyjemne wrażenie przesytu. Moim zdaniem taki rozmach był kompletnie niepotrzebny, zdecydowanie przedobrzony UWAGA SPOILER (znalazło się nawet miejsce dla stracha na wróble, a dołączył on do ducha, opętanej dziewczyny, złej lalki i – chyba – Szatana, czyli do innych znanych wielbicielom kina grozy mrocznych sylwetek. Dobre było natomiast zamknięcie tej historii – przemyślane, sensowne zespolenie jej z „Annabelle” z 2014 roku KONIEC SPOILERA.

Jak więc wynika z powyższego zachwycona prequelem „Annabelle” nie jestem. Daleko mi do tego, ale poczucia straconego czasu również nie mam, bo na tle współczesnych mainstreamowych horrorów i w porównaniu do pierwowzoru projekt Davida F. Sandberga wypada całkiem nieźle. Wolę jego „Kiedy gasną światła”, ale i przed tym obrazem nie zamierzam nikogo przestrzegać, nawet długoletnich fanów kina grozy. „Annabelle: Narodziny zła” została bowiem skrojona tak, aby sprostać oczekiwaniom szerokiej grupy odbiorców, nie zapominając przy tym o miłośnikach gatunku. Ci ostatni także mają dużą szansę znaleźć w tej produkcji coś dla siebie – nie wydaje mi się tylko, żeby wielu z nich ogarnęła czysta ekstaza na widok tego dokonania. Ale kto powiedział, że można dobrze się bawić tylko podczas oglądania filmów doskonałych w dosłownie każdym calu?

czwartek, 14 września 2017

„Czwarty człowiek” (1983)

Mieszkający w Amsterdamie kontrowersyjny powieściopisarz, Gerard Reve, zostaje poproszony przez Klub Literacki z Vlissingen o wygłoszenie odpłatnego wykładu o swojej twórczości w ich mieście. Przyjeżdża więc do Vlissingen i przystępuje do realizacji postawionego przed nim zadania. Podczas owego spotkania autorskiego poznaje księgową Klubu Literackiego, właścicielkę dobrze prosperującego salonu piękności, Christine Halsslag. Bogata wdowa zaprasza go na noc do siebie, a rano wyraźnie daje Gerardowi do zrozumienia, że nie chce, aby wyjeżdżał. Reve zostaje we Vlissingen, ale nie informuje Christine, że do podjęcia takiej decyzji skłoniło go odnalezione w jej domu zdjęcie młodego mężczyzny, niejakiego Hermana, z którym kobieta od jakiegoś czasu się spotyka. Gerarda oszałamia jego wygląd zewnętrzny, jest nim tak zafascynowany, że nie zamierza opuszczać Vlissingen dopóki go nie pozna. Reve'a od jakiegoś czasu dręczą koszmary senne i niepokojące wizje, które go przerażają, ale za dnia nie przywiązuje do nich większej wagi. Jednak wkrótce dociera do niego, że nie może dłużej ignorować ich związków z rzeczywistością.

Zanim Paul Verhoeven nakręcił takie hollywoodzkie hity, jak „Pamięć absolutna”, „Nagi instynkt” i „Żołnierze kosmosu” tworzył w swojej rodzimej Holandii, a jego bodaj najbardziej docenianym osiągnięciem z tamtego okresu jest „Czwarty człowiek” - thriller z elementami horroru i surrealizmu oparty na kontrowersyjnej powieści Gerarda Reve'a pt. „De vierde man”. Scenariusz napisał Gerard Soeteman. Wyróżniony na kilku festiwalach, bardzo pozytywnie opiniowany przez krytyków i zwykłych odbiorców, zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych, „Czwarty człowiek”, przez samego Verhoevena jest określany jako „duchowy prequel” do „Nagiego instynktu”, jego późniejszego przeboju z Sharon Stone i Michaelem Douglasem w rolach głównych. Natomiast inspirację Verhoeven czerpał z twórczości Alfreda Hitchcocka, Ingmara Bergmana i Luisa Bunuela.

Już podczas pierwszej połowy seansu „Czwartego człowieka” nabrałam przekonania, że ten obraz zasili grono moich ulubionych filmowych thrillerów. Właściwie to nie mogę sobie darować, że tak późno się z nim spotkałam, że tak długo był mi kompletnie nieznany, bo jest to osiągnięcie bez wątpienia mistrzowskie. Nie powiem, że Paul Verhoeven zaskoczył mnie swoim talentem, bo mam za sobą seanse kilku jego amerykańskich produkcji, w którym rzeczony talent unaoczniał się z ogromną wyrazistością, ale mogę z całą stanowczością stwierdzić, że dotychczas nie dane mi było oglądać takiego artystycznego oblicza tego reżysera. „Czwarty człowiek” bowiem jest mieszanką thrillera i horroru (z przewagą tego pierwszego) skąpaną w surrealistycznym, onirycznym i paranoicznym sosie, w którym makabra przeplata się z szaleństwem, to z kolei z erotyzmem, a wokół tego wszystkiego krążą akcenty religijne, spośród których przynajmniej jeden można odebrać jak bluźnierstwo. Verhoeven powiedział kiedyś, że w „Czwartym człowieku” pokazał swoje spojrzenie na chrześcijaństwo – religię mającą tendencję do zahaczania o magię czy okultyzm, a równocześnie starającą się zracjonalizować ludzką egzystencję, co określił jako przejaw schizofrenii. Literacki pierwowzór pióra nieżyjącego już Gerarda Reve'a, jeśli wierzyć informacjom zamieszczonym w Sieci (książki nie czytałam) również sięgał po motywy chrześcijańskie i tak samo, jak jego filmowa adaptacja dotykał tematyki homoseksualnej. Takie połączenie wzbudziło niemałe kontrowersje w światku wydawniczym, ale twórcom filmu nie brakło odwagi bez wątpienia potrzebnej do przełożenia takiego miksu na ekran. Ortodoksyjnych chrześcijan może to dogłębnie zaszokować, a najsilniej podczas obrazoburczej scenki w kościele, w trakcie której główny bohater, Gerard, zdejmuje bieliznę z ukrzyżowanego Hermana, niemalże cały czas pieszcząc jego nagie ciało. Finalizacja owej sekwencji stanowi natomiast ukoronowanie całego tego bluźnierstwa (które dla Verhoevena wcale bluźnierstwem nie jest), ogłusza bezkompromisowością z równą (jeśli nie większą) skutecznością. Symbolika religijna często przewija się gdzieś w tle, ale poza wspomnianą sceną i końcową partią filmu nie atakuje widza dosadnością – twórcy zachęcają go raczej do samodzielnego poszukiwania owych religijnych naleciałości. Na zdjęciach dominuje kolor czerwony, który to odgrywa największą rolę w tworzeniu surrealistycznej aury. Głównie dzięki niemu (i fabule) widz ma wrażenie przebywania w jakiejś równoległej rzeczywistości, w uniwersum skrojonym na modłę koszmaru sennego albo halucynacji dręczących jakiegoś paranoika. W owej czerwieni również dopatrywano się związków z chrześcijaństwem – niektórzy recenzenci wykazywali, że miała ona symbolizować krew Marii, matki Jezusa Chrystusa. Po wielce odrażającej (dla mnie) czołówce z pajęczycą w kościele, która jak dowiemy się później może, ale nie musi odnosić się do postaci Christine Halsslag, bardzo dobrze wykreowanej przez Renee Soutendijk (ale w mojej ocenie Sharon Stone w roli Catherine Tramell z „Nagiego instynktu” spisała się jeszcze lepiej), przychodzi pora na właściwą akcję tego jakże mrocznego filmu. W roli głównej wystąpił przekonujący Jeroen Krabbe – wcielił się on w postać zmagającego się z koszmarami sennymi i osobliwymi wizjami, kontrowersyjnego pisarza, który zbliża się do bogatej wdowy mieszkającej i prowadzącej własny biznes we Vlissingen w Holandii. Już podczas pierwszej sceny z udziałem kobiety czuć emanujące z niej niebezpieczeństwo. Twórcy „Czwartego człowieka” już wówczas wzniecają w widzach nieufność do tej postaci, głównie za sprawą zbliżeń na jej tajemnicze uśmiechy i wystudiowane gesty oraz mocno rzucające się w oczy usilne starania zjednania sobie głównego bohatera. Paul Verhoeven tym z pozoru niewinnym „wieczorkiem zapoznawczym” warunkuje widza – uczula go na postać Christine Halsslag, w której zaznajomieni z „Nagim instynktem” widzowie powinni dostrzec kilka cech Catherine Tramell, a to z oczywistych względów zapewne dodatkowo spotęguje ich nieufność do tej sylwetki. Ale najbardziej alarmistyczna (w tej kwestii) sekwencja pojawi się trochę później, już podczas pobytu Gerarda w domu Christine. Już wcześniej twórcy kazali nam domniemywać, że Reve miewa prorocze sny, że jego koszmary senne sprawdzają się w rzeczywistości, dlatego makabryczne wydarzenie, które wyśnił podczas pierwszej nocy spędzonej z Christine jest dla nas najsilniejszym ostrzeżeniem, stanowi najdobitniejszą sygnalizację złych zamiarów czołowej kobiecej postaci.

W „Czwartym człowieku” Paul Verhoeven kilka razy, mniej lub bardziej agresywnie, zahacza o stylistykę gore – najczęściej czyni to poprzez makabryczne ujęcia wypływającego oka, ale obcięcie penisa nożyczkami, choć nie pokazane już z porównywalną dokładnością tak silnie porusza wyobraźnię, że co poniektórym może się wydawać iż z maksymalną szczegółowością przeprowadzono ich przez cały ten, krótki, ale jakże miażdżący w swojej wymowie, raptowny proces pozbawiania głównego bohatera „jego męskości”. Gore najczęściej uwidacznia się w koszmarach sennych i wizjach głównego bohatera – oba te elementy świadczą o poruszaniu się Paula Verhoevena również w konwencji horroru, ale co ciekawe, jednoznacznie oniryczne wstawki wcale nie zostały osnute cięższą atmosferą od tej spowijającej realną egzystencję filmowego Gerarda Reve'a. Sceny rozgrywające się w jego prawdziwym, nie wyśnionym, czy urojonym życiu oddano w równie mrocznym, przygniatającym wręcz klimacie i także tutaj starano się (skutecznie) wywrzeć na odbiorcy wrażenie tkwienia w zwichrowanym umyśle jednostki bądź długim koszmarze sennym, z którego nie można się wybudzić. Paul Verhoeven bez wątpienia chciał, żeby oba te światy, urojony-wyśniony i rzeczywisty, splatały się ze sobą. Sukcesywnie zacierał granice rozpościerające się pomiędzy nimi, przez co z czasem zaczęłam podawać w wątpliwość wiarygodność dosłownie wszystkiego, co zobaczyłam. Zaczęłam bowiem wyrabiać w sobie przekonanie, że Gerard wyśnił, czy uroił sobie relację z Christine Halsslag, że nie jest ona realną postacią świata przedstawionego „Czwartego człowieka” tylko projekcją być może paranoicznego umysłu głównego bohatera UWAGA SPOILER (ale finalnie inaczej sobie to wytłumaczyłam). Bo z czasem Gerard rzeczywiście zaczyna zachowywać się jak paranoik, jak człowiek opętany szaleńczymi, fantastycznymi teoriami na temat swojej domniemanej prześladowczyni. Główny bohater w swoim mniemaniu ma powody przypuszczać, że Christine jest czarną wdową i wiedźmą KONIEC SPOILERA, że pragnie skrzywdzić jego bądź Hermana, ale widz przez cały czas nie może mieć absolutnej pewności, co do stabilności jego kondycji psychicznej. Ani nawet co do bytowania głównego bohatera w realnym świecie. Paul Verhoeven i jego ekipa w niezwykle wysmakowany, trzymający w napięciu, zmuszający do myślenia, czasami nawet lekko dowcipny i przede wszystkim piorunująco nastrojowy sposób przeprowadzają widza przez nowe podniety głównego bohatera, które stopniowo przekształcają się w istną mękę. Z czasem z taką mocą intensyfikują unaocznioną już wcześniej atmosferę szaleństwa, z taką gwałtownością i z takim zdecydowaniem atakują oglądającego coraz to bardziej intrygującymi i w pewnej mierze upiornymi wstawkami, które można tłumaczyć sobie na kilka różnych sposobów, że nawet jeśli bardzo by się tego chciało nie można oderwać wzroku od ekranu. To znaczy ja nie mogłam – mnie ten obraz autentycznie zahipnotyzował, to ja aż do napisów końcowych nie mogłam wyrwać się spod jego wpływu, oprzeć niewyobrażalnemu magnetyzmowi emanującemu z ekranu.

„Czwarty człowiek” to jeden z najlepszych widzianych przeze mnie thrillerów. Istna perła holenderskiej kinematografii, film obok którego trudno przejść obojętnie. Klimatyczny, niejednoznaczny, bezkompromisowy i niesamowicie wciągający obraz, który zaprasza widza do nie tyle przyglądania się, ile wzięcia udziału w szaleńczym spektaklu – wpycha go w zwichrowany umysł jednostki, w szpony niepokojącego koszmaru sennego albo w osobliwą rzeczywistość, w realny (umowny) świat przedstawiony, w którym dosłownie wszystko może się zdarzyć, dlatego że nie rządzą nim znane nam prawa fizyki. Moim zdaniem to produkcja, której żadnemu wielbicielowi kina grozy nie wolno przegapić, pozycja obowiązkowa zarówno dla fanów filmowych thrillerów, jak i horrorów, bo echa tego drugiego gatunku w „Czwartym człowieku” również wybrzmiewają, i to bardzo wyraźnie. Tak więc jeśli ktoś zasilający wymienioną grupę widzów jeszcze tego dokonania Paula Verhoevena nie widział niechaj stara się jak najszybciej to naprawić. Bo spotkania z istnym mistrzostwem nie ma sensu odwlekać.

wtorek, 12 września 2017

„Przeobrażenie” (2016)

Nastoletni Milo mieszka ze swoim starszym bratem Lewisem w niebezpiecznej dzielnicy. Większość czasu spędza w samotności, będąc obiektem kpin i ofiarą fizycznej przemocy młodych mężczyzn z sąsiedztwa oraz swoich rówieśników. Wielką pasją Milo są wampiry. Nałogowo ogląda horrory o krwiopijcach i czyta książki o nich traktujące. Od jakiegoś czasu żyje w przekonaniu, że sam jest wampirem i w związku z tym musi raz na jakiś czas zaspokajać głód krwi. Wkrótce Milo zaprzyjaźnia się z nową sąsiadką, Sophie, ale nie dzieli się z nią swoim sekretem. Wkrótce pomiędzy nastolatkami zawiązuje się romans. Młodzi ludzie znajdują oparcie w sobie nawzajem, ale relacja z Sophie wcale nie zabija niszczących instynktów trawiących Milo. Czy chłopak naprawdę jest wampirem, czy tylko to sobie uroił?

Amerykanin Michael O'Shea od dawna marzył o reżyserowaniu, ale długo uciekał od realizacji tych zawodowych pragnień, żył bowiem w przekonaniu, że nie posiada wystarczających nakładów pieniężnych. W 2009 roku przyrzekł sobie, że jeśli przez najbliższe dziesięć lat nie uda mu się zrealizować swoich marzeń to przestanie się nimi zadręczać. W końcu postanowił nakręcić minimalistyczny, tańszy obraz, producentką którego została jego dziewczyna, mająca już pewne doświadczenie w branży filmowej Susan Leber. Scenariusz O'Shea pisał sam, a za temat przewodni wybrał motyw wampiryzmu: czy to faktycznego, czy urojonego. W jednym z wywiadów wyznał, że zawsze uwielbiał horrory, dlatego wybór takiej, a nie innej problematyki swojego debiutanckiego obrazu wydawał mu się najbardziej naturalny. „Przeobrażenie” O'Shea ku jego własnemu zaskoczeniu zostało wciągnięte do programu Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes w 2016 roku – właśnie tam odbył się jego pierwszy pokaz, co dla początkującego reżysera było dużym zaszczytem.

Horror? Dramat? Thriller psychologiczny? „Przeobrażenie” można dopasować do każdego z tych gatunków, bo Michael O'Shea nie zawracał sobie głowy ciasnymi szufladkami. Takie podejście nie jest żadnym novum w kinematografii – właściwie to powstaje całkiem sporo produkcji, w których zacierają się granice gatunkowe, co ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ponadto, co bardzo mnie cieszy, twórcy kina grozy coraz częściej nadają swoim opowieściom wyciszoną, powolną formę – uciekają od nadmiernego efekciarstwa i dynamicznej akcji, starając się obudzić w widzach silne emocje za pomocą dużo oszczędniejszych środków przekazu. „Przeobrażenie” jest właśnie takim filmem – dziełkiem, w którym nie znajdziemy jump scenek, wygenerowanych komputerowo wszelkiej maści kreatur i „teledyskowego montażu”, obrazem, który kładzie nacisk na psychologię i klimat zagrożenia, który to praktycznie ani na moment nie traci na sile. Powolne, intymne najazdy kamer na sylwetki bohaterów i antybohaterów, leniwa narracja i przygaszone barwy to środki, które wielbicielom takich kontemplacyjnych produkcji wprost gwarantują „oderwanie się od rzeczywistości”, tj. wsiąknięcie w daną historię tak głęboko, że ani się obejrzą, a staną się jej uczestnikami, nie jedynie obserwatorami. Nie sądzę, żeby wielu widzów „Przeobrażenia” zdołało osiągnąć wspomniany stan, bo Michael O'Shea ewidentnie nie starał się przypodobać wielomilionowej publiczności, celował raczej w pewną niszę, którą jak się okazało zasilają również amerykańscy krytycy, ponieważ nie szczędzili oni pochwał dla jego debiutanckiego przedsięwzięcia. „Przeobrażanie” to jeden z tych filmów, które obierają perspektywę zbrodniarza, to on tkwi na pierwszym planie, to w jego psychikę dostajemy największy wgląd. To jemu towarzyszymy, z nim dzielimy ból istnienia i przez niego jesteśmy popychani w otchłań szaleństwa. Michael O'Shea stwierdził, że w „Przeobrażeniu” spotykają się „Martin” George'a Romero i „Henry – Portret seryjnego mordercy” Johna McNaughtona i jak mniemam miał wówczas na myśli czarnoskórego Milo, czołową postać swojego filmu. Eric Ruffin w tej niełatwej przecież roli wypadł wprost fenomenalnie – bił z niego taki niebezpieczny magnetyzm, taki smutek doprawiony nieokiełznaną demonicznością, taki ciężar trudnej egzystencji i ewidentne szaleństwo, że same tylko patrzenie na niego, nieupiększane żadnymi realizatorskimi sztuczkami targało moim wnętrzem, niszczyło wszelkie bariery bezpieczeństwa w sferze emocjonalnej. O'Shea w swoim scenariuszu wysuwa dwie hipotezy odnośnie osobliwego przypadku Milo. Pierwsza, zdecydowanie „ciszej” formułowana mówi, że nastolatek rzeczywiście jest wampirem, któremu podobnie jak Louisowi z „Wywiadu z wampirem” (to porównanie nie pada, to już moja obserwacja) bardzo ciąży ten los. Druga, o wiele dobitniej wyrażana, skłania się w stronę choroby psychicznej, być może wywołanej przez fascynację naszego bohatera połączą z podatnością na wpływy z zewnątrz. Chłopiec od jakiegoś czasu ma obsesję na punkcie filmów i książek o wampirach. W jego pokoju widzimy kolekcję horrorów o krwiopijcach na VHS-ach, które oczywiście często ogląda. Ponadto nierzadko ślęczy nad książkami na temat rzeczonych kreatur i snuje długie wywody na ich temat. Milo interesują tylko realistyczne (jak sam je określa) filmy o wampirach – nie jest w stanie zaakceptować nowszej koncepcji wymuskanych, świecących, rozkochanych w nastolatkach krwiopijców. Woli klasykę, co swoją drogą stanowi komentarz O'Shea do współczesnej kondycji tego nurtu horroru – jest swoistą formą krytyki wymierzonej w „Zmierzch” i twory jemu podobne. W każdym razie scenarzysta daje nam do zrozumienia, że na psychikę Milo zgubny wpływ miała właśnie jego fascynacja filmowymi i literackimi wampirami, że jego pasja „wepchnęła go w ramiona” takiego, a nie innego szaleństwa. Taką sugestię wysnuwa, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że gdzieś między wierszami wybrzmiewa również wyżej wspomniana druga ewentualność widz tak naprawdę nie wie pod jakim kątem spoglądać na przypadek nastoletniego chłopca.

Michael O'Shea w swoim „Przeobrażeniu” nie podszedł do horroru wampirycznego w konwencjonalny sposób. Mam wrażenie, że starał się raczej wyrobić w odbiorcy przekonanie, że ogląda film o wampirze, w którym nie ma wampira. Wiem, jak bezsensownie to brzmi, ale dokładnie taki paradoks nasuwał mi się na myśl podczas podróży przez mękę nastoletniego chłopca. Brałam jednak pod uwagę również drugą możliwość. A mianowicie taką, że Milo istotnie jest wampirem. Nurzałam się w egzystencjalnej beznadziei, w dotkliwym smutku targającym młodym antybohaterem, przyglądałam się strasznym, mocno realistycznym (pewnie dlatego, że nieszafującym efektami specjalnymi tylko miażdżącymi emocjami) czynom, których się dopuszczał i zastanawiałam się, czy do kogoś dotrze jego „niemy krzyk” rozpaczy. Czy ktoś ocali nie tyle jego, co jego przyszłe ofiary? Czy ktoś przerwie ten spektakl przemocy, którego Milo jest reżyserem i wykonawcą? Gdy dotychczas odrzucany przez rówieśników, zaniedbywany przez starszego brata Lewisa, który jest jego opiekunem prawnym i gnębiony przez młodych mężczyzn z osiedla, chłopiec, znajduje wreszcie „bratnią duszę” widza równocześnie nawiedzają dwa sprzeczne odczucia. Pojawia się nadzieja na uratowanie chłopca, a co za tym idzie niewinnych ludzi, które w przyszłości zapewne stałyby się jego ofiarami, na wyrwanie go z matni, w której od dłuższego czasu tkwi. Ale w oglądającym budzi się również silna obawa o życie młodej kobiety. Przez to zaczynają konkurować w nim dwie różne postawy – pragnie zarówno zachęcać Sophie do zacieśniania więzi z Milo, jak i nawoływać, aby trzymała się z dala od niego. Chłopak ewidentnie czerpie pociechę z towarzystwa nowej sąsiadki, widać, że bardzo mu brakowało kogoś, z kim mógłby dzielić się swoimi przemyśleniami, kto by go akceptował takim, jaki jest, kto by go nie osądzał tylko dzielił z nim trudy życia. Korzyści płynące z tej relacji nie są jednak jednostronne, bo Sophie również znajduje w nim tak rozpaczliwie poszukiwane oparcie. Pytanie tylko, czy niniejszy związek finalnie przyniesie obojgu więcej korzyści niż strat, czy aby nie skończy się on jakąś nieodwracalną tragedią. Z narastającą podejrzliwością i w szargającym nerwy poczuciu nieustającego osuwania się w otchłań szaleństwa przyglądałam się sennemu rozwojowi tej relacji. Mocno klimatycznym, wręcz emanującym rozbuchaną grozą, przyblakłym kadrom, które na dodatek nieustannie spowijała aura przygniatającej beznadziei. Degrengolada jednostki wynikła nie ze świadomie obranego haniebnego systemu wartości tylko narzucona przez panoszącą się chorobę psychiczną bądź przekleństwo faktycznego wampiryzmu, w „Przeobrażeniu” dosłownie atakuje wszystkie zmysły widza, przenika go na wskroś. Mrożące promienie kompletnego upadku moralności sieją spustoszenie w umyśle widza, nie zmieniając wyznawanych przez niego wartości tylko coraz bardziej odpychając go od pierwszoplanowej postaci. Coraz silniej utwierdzając go w przekonaniu, że ma do czynienia z iście niebezpieczną jednostką, której tragedia polega na tym, że wcale nie chce toczyć takiego żywota. Nie chce, ale musi.

Mam nadzieję, że Michael O'Shea nie poprzestanie na tym jednym podejściu do kina grozy, że będzie się realizował właśnie w tego rodzaju opowieściach i że nie porzuci owej minimalistycznej w formie, acz maksymalistycznej w przekazie specyfiki, którą wraz ze swoją utalentowaną ekipą stworzył w „Przeobrażeniu”. Naprawdę marzę o tym, żeby nie uległ kuszeniom komercji, żeby nie zasilił grona reżyserów próbujących przypodobać się szerokiej publiczności. Wówczas na pewno zarobi więcej, pewnie nawet zyska więcej fanów, ale także znacznie zminimalizuje swoją szansę na zapisanie się „złotymi literami” w historii zarówno horroru, jak i thrillera psychologicznego. Bo talent potrzebny do tworzenia w mojej ocenie naprawdę wartościowych reprezentantów obu tych gatunków, a nie plastikowych wydmuszek, z pewnością posiada. Zobaczymy tylko czy go wykorzysta.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...