poniedziałek, 27 lutego 2017

„Eyes of a Stranger” (1981)

W mieście grasuje seryjny gwałciciel i morderca, który poprzedza swoje zaplanowane ataki telefonowaniem do ofiar i przekazywaniem im obscenicznych treści pełnych jawnych gróźb. Prezenterka telewizyjna, Jane, zaczyna podejrzewać o te zbrodnie swojego sąsiada z naprzeciwka, ale dopóki nie dysponuje żadnymi dowodami postanawia powstrzymać się przed zawiadamianiem policji. Prawnik David, z którym się spotyka próbuje odwieść ją od zamiaru szpiegowania sąsiada, tłumacząc, że wnioski jakie wyciągnęła na podstawie kilku obserwacji są zbyt daleko idące. Jane nie daje się przekonać, a z czasem coraz bardziej utwierdza się w swoich podejrzeniach. Mieszkanie w takiej bliskości seryjnego mordercy napawa ją obawą o bezpieczeństwo jej młodszej siostry Tracy, która na skutek traumatycznego przeżycia w dzieciństwie przestała mówić, słyszeć i widzieć. Kobieta obwinia się o krzywdę siostry, dlatego tak bardzo zależy jej na tym, aby zapewnić jej ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Nawet gdyby miało to oznaczać podjęcie próby zdekonspirowania groźnego przestępcy.

Ken Wiederhorn co prawda nie może pochwalić się bogatą filmografią, ale zdążył nakręcić kilka produkcji, przez które został zaszufladkowany, jako twórca kina grozy. „Shock Waves”, „Eyes of a Stranger”, „Powrót żywych trupów 2”, „Mroczna wieża”, „Dom na wzgórzach” plus oczywiście kilka odcinków serialu „Koszmary Freddy'ego” to cały reżyserski dorobek Kena Wiederhorna w gatunkach horroru i thrillera. Nie tak imponujący, żeby zagwarantować mu miejsce obok najbardziej zasłużonych twórców kina grozy, ale jako takiego doświadczenia na pewno nie można mu odmówić. „Eyes of a Stranger” to trzeci pełnometrażowy film Wiederhorna powstały w oparciu o scenariusz Rona Kurza (jako Mark Jackson). Panowie współpracowali ze sobą już wcześniej, przy komedii „King Frat”, ale ich drugi wspólny projekt spotkał się ze zdecydowanie większym zainteresowaniem opinii publicznej. „Eyes of a Stranger” wielkim hitem nigdy nie był – udało mu się zarobić (trochę ponad milion dolarów przy budżecie sięgającym ośmiuset tysięcy dolarów) i zebrać całkiem sporo pozytywnych recenzji, przy czym reakcje zwykłych widzów były o wiele bardziej entuzjastyczne od zapatrywań krytyków.

W początkowym zamyśle „Eyes of a Stranger” miał być prostym thrillerem o seryjnym gwałcicielu i mordercy. W trakcie kręcenia zmodyfikowano wstępną koncepcję, dążąc do tego, aby film był odbierany jako slasher, w czym miały dopomóc efekty specjalne niezastąpionego Toma Saviniego (z niewielkim wkładem Deana Gatesa). Genialny artysta musiał jednak trochę powściągnąć charakterystyczne dla niego dosadne podejście do swojego fachu, bo twórcom zależało na tym, aby „Eyes of a Stranger” nie dostał kategorii R. To nie do końca się Saviniemu udało (jakżeby inaczej), bo kilka krwawych ujęć i tak musiano wyciąć. Na początku więc produkcję rozpowszechniano w nieco okrojonej wersji, dopiero wydanie DVD zawierało wersję uncut. Ocenzurowany wariant „Eyes of a Stranger” nie zawierał między innymi najbardziej brutalnej sekwencji dekapitacji – podczas jej tworzenia Savini chyba zapomniał o wymogu powściągania swojej śmiałości w szafowaniu przemocą, zresztą tak samo jak operatorzy, którzy nie omieszkali pokazać widzom na dużym zbliżeniu krwawiącego kikuta i odciętej głowy mężczyzny spoczywającej w akwarium. Nie jest to co prawda poziom brutalności, który mógłby zniesmaczyć osoby przyzwyczajone do krwawego kina grozy, ale jak na obraz, który nie miał być dopuszczony jedynie do oczu pełnoletnich odbiorców podejście Saviniego wydaje się dosyć ostre. Pozostałe scenki eliminacji nie są już tak wyraziste (dostajemy trochę klasycznego duszenia i parę poharatanych gardeł), choć operatorzy dbają o to, aby żadna kropla krwi nie umknęła naszej uwadze, wszystkie bezeceństwa portretując na dużym zbliżeniu. Dzięki temu doskonale widać, że Savini zadbał o wysoki stopień realizmu, chociaż jeśli koniecznie miałabym się do czegoś doczepić to powiedziałabym, że nie zaszkodziłoby, gdyby substancja imitująca posokę była odrobinę ciemniejsza, samym obrażeniom natomiast nie jestem w stanie niczego zarzucić. Napisałam, że pokazano nam wszystkie bezeceństwa rozgrywające się na ekranie, ale powinnam doprecyzować, że dotyczy to wyłącznie mordów. Bo widoku gwałtów nam oszczędzono, poprzestając na jednoznacznym zasugerowaniu odbiorcom, co oprawca zamierza za chwilę uczynić (obnażanie piersi, powalenie i przygniecenie kobiety własnym ciałem). Unikanie obrazów z przebiegów wymuszonych stosunków seksualnych nie powstrzymało jednak środowisk feministycznych przed formułowaniem opinii, że „Eyes of a Stranger” jest produkcją mizoginistyczną. W domyśle chodziło chyba o to, że scenariusz propaguje przemoc wobec kobiet bądź jest nacechowany takim wstrętem do płci przeciwnej, że zasługuje wyłącznie na najwyższe potępienie. Seryjny morderca i gwałciciel grasujący w dużym amerykańskim mieście rzeczywiście przedmiotowo traktuje kobiety, ponadto w filmie istotnie pojawia się dosyć sporo wstawek obrazujących krzywdę, jaką wyrządza ofiarom płci żeńskiej i kilka ujęć nagich piersi agresywnie pozbawionych odzienia przez podnieconego napastnika, ale absolutnie żaden kadr nie wskazuje na sympatyzowanie twórców z jego osobą. Scenariusz zdecydowanie potępia jego zachowanie, choć wspomniane feministki pewnie wolałyby, żeby czynił to z pominięciem sekwencji akcentujących okrucieństwo oprawcy względem kobiet, ze szczególnym wskazaniem na odarcie z podtekstu seksualnego. Swoją drogą paru mężczyzn antybohater również pozbawia życia (nie są oni jego głównymi celami, mieli tylko nieszczęście znaleźć się w miejscu aktualnego żerowania potwora w ludzkiej skórze), przym czym należy zauważyć, że rzeczone wstawki w przeciwieństwie do momentów, w których ofiarami są upatrzone kobiety, są całkowicie pozbawione podtekstu seksualnego.

Nadanie scenom mordów formy kojarzącej się z filmami slash moim zdaniem nie wystarczy, aby bez żadnych zastrzeżeń wrzucić „Eyes of a Stranger” w worek opatrzony tą etykietką. Bo scenariusz Rona Kurza zauważalnie bardziej egzystuje w ramach nieskomplikowanego, miejscami nawet trochę naiwnego dreszczowca. Motyw bohatera (w tym przypadku bohaterki), który zaczyna podejrzewać, że jego sąsiad z naprzeciwka ukrywa przed światem jakąś mroczną tajemnicę i w związku z tym zaczyna go obserwować nasuwa skojarzenia z „Oknem na podwórze” Alfreda Hitchcocka. Prezenterka telewizyjna imieniem Jane, w którą w przyzwoitym stylu wcieliła się Lauren Tewes zostaje postawiona właśnie w takiej sytuacji. Początkowo zamierza zwrócić się z tym do przedstawicieli organów ścigania, którzy od dłuższego czasu bezskutecznie poszukują wielokrotnego gwałciciela i mordercy, ale prawnik, z którym pozostaje w nieformalnym związku uświadamia jej, że jej mgliste, niepoparte żadnymi dowodami teorie nie zainteresują policji. Mętne tłumaczenie, ale lepsze takie niż żadne – w końcu Kurz musiał jakoś usprawiedliwić, jakże nośny w kinie grozy motyw jednostki starającej się zdekonspirować niebezpiecznego osobnika. O wiele mniej przekonująco rozegrał kroki, jakie podejmuje zdeterminowana, dążąca do obranego celu Jane. Jak wiemy obawia się o bezpieczeństwo mieszkającej z nią młodszej siostry Tracy (dobra kreacja Jennifer Jason Leigh), która w dzieciństwie została porwana przez mężczyznę. Trauma jaką przeżyła kilkuletnia dziewczynka zaowocowała utratą trzech zmysłów, wywołaną przez jakąś psychiczną blokadę, nie obrażenia fizyczne. Mogłam jeszcze zrozumieć samotne wycieczki do chwilowo pustego mieszkania sąsiada, które tak samo jak wszystkie wypady mordercy bazują na nieznośnym wręcz napięciu emocjonalnym osiągniętym głównie za sprawą nieśpiesznego zmierzania do kulminacji i oczywiście mrocznej, lekko przybrudzonej kolorystyki, której nie znajdziemy we współczesnych hollywoodzkich thrillerach. Jane koniecznie musiała pozyskać jakiś twardy dowód winy sąsiada, ponadto miała wszelkie powody przypuszczać, że znacznie minimalizuje niebezpieczeństwo (poprzez nieobecność gospodarza), dlatego też ten jej krok nie zaskakiwał mnie tak, jak drugi obrany przez nią sposób na obnażenie prawdziwej natury oprawcy. Mowa o telefonowaniu do niego z własnego mieszkania i to w dodatku w momencie, w którym wydaje się nie mieć już żadnych wątpliwości, co do jego winy. Biorąc pod uwagę fakt, że nie zainstalowała podsłuchu trudno tutaj mówić o dążeniu do pozyskania dowodu dla policji - wyglądało mi to bardziej na próbę wytrącenia z równowagi przeciwnika w nadziei, że gdy poczuje się zaszczuty popełni jakiś błąd. Jane nie bierze jednak pod uwagę tego, że oprawca może wzmóc czujność, uważniej obserwować otoczenie, a nawet rozpocząć poszukiwania kobiety, która tak dużo o nim wie. Kłóci się to trochę z obsesyjną wręcz potrzebą Jane zapewnienia szczelnej ochrony jej młodszej siostrze – prezenterka telewizyjna niejako na własne życzenie traci przewagę, jaką miała nad seryjnym mordercą, który przecież do czasu jej nieprzemyślanego postępku nawet nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia. Ta drobna naiwność wkradająca się w przebieg akcji nie zaprzepaszcza całego potencjału drzemiącego w tej opowieści. Prostota, brak irytujących kombinacji procentuje bezproblemowym zaangażowaniem się widza w losy nieprzejednanej Jane i okrutnego oprawcy, a przynajmniej ja błyskawicznie wsiąkłam w tę historię. Nie przeszkadzało mi nawet szybkie wyjawienie tożsamości sprawcy, bo mam wrażenie, że ten wybieg scenarzysty tylko podniósł poziom dramaturgii, zagęścił i tak już wyrazistą atmosferę zagrożenia. Powątpiewanie w winę sąsiada głównej bohaterki zmuszałoby odbiorców do poszukiwania innych typów, a więc oferowałoby jakże popularną w thrillerach zabawę w wypatrywanie prawdziwego sprawcy, ale równocześnie obniżałoby złowrogi wydźwięk położenia, w jakim znalazła się Jane. Który swoją drogą mógł zostać sfinalizowany w dużo bardziej tragiczny sposób – przebieg ostatniej partii z łatwością przewidziałam dużo wcześniej, aczkolwiek cały czas miałam nadzieję na przejaw większej odwagi ze strony scenarzysty, bo akurat ten wybór uważam za najgorszy ze wszystkich możliwych. Tak na marginesie wypada wspomnieć, że w „Eyes of a Stranger” znajdują się dwa wyraźne nawiązania do projektów, w które wcześniej byli zaangażowani Ken Wiederhorn i Tom Savini – urywek „Shock Waves”, filmu wyreżyserowanego przez tego pierwszego i plakat „Świtu żywych trupów” George'a Romero, do którego efekty specjalne tworzył między innymi Savini.

„Eyes of a Stranger” to klimatyczny thriller z elementami slashera, który wydaje się być wręcz idealną propozycją dla osób ceniących sobie fabularną prostotę doprawioną nutką nieprzesadnie krwawej brutalności i którym nie przeszkadza brak elementu zaskoczenia, czy miejscowa naiwność. Nie jest to żadne przełomowe dzieło, które powinno się traktować jako pozycję obowiązkową dla każdego wielbiciela kina grozy, ale i tak ma szansę dostarczyć sporo poszukiwanych wrażeń sympatykom tego rodzaju obrazów. Bo choć przebieg akcji można było trochę doszlifować (nie w całości przemodelować, bo ogólny kształt fabuły jest zadowalający) to już podejście twórców do budowania napięcia, mrocznej atmosfery zaszczucia i realizacji scen mordów ma szansę ukontentować fanów zarówno prostych thrillerów jak i slasherów.

niedziela, 26 lutego 2017

„The Lost” (2006)

Dziewiętnastoletni Ray Pye postanawia zabić dwie nieznane mu młode kobiety obozujące nad jeziorem, Elise Hanlon i Lisę Steiner na oczach swojej dziewczyny Jennifer Fitch i najlepszego przyjaciela Tima Bessa. Elise udaje się przeżyć, ale odnosi poważne obrażenia. Cztery lata później umiera w szpitalu, w którym przez cały czas była podtrzymywana przy życiu. Sprawa przypadła dwóm detektywom z wydziału zabójstw, Charliemu Schillingowi i Edowi Andersonowi. Obaj nigdy nie mieli żadnych wątpliwości, co do winy Raya Pye'a, mimo że nie udało im się znaleźć twardych dowodów obciążających chłopaka. Schilling nadal stara się znaleźć sposób na wytrącenie z równowagi charyzmatycznego Ray'a Pye'a, który większość wolnego czasu spędza w towarzystwie młodych kobiet, a pracuje w motelu prowadzonym przez jego matkę. Gdy do miasta wprowadza się Katherine Wallace Ray od razu zwraca na nią uwagę. Interesuje się również między innymi nowo zatrudnioną sprzątaczką, Sally Richmond, która spotyka się ze znacznie od niej starszym Edem Andersonem. Chłopak nie zważa na uczucia swojej dziewczyny Jennifer. Zastraszonej i uzależnionej od niego dwudziestolatki, która nie ma siły wyrwać się z tej matni.

Psychothriller Chrisa Sivertsona, twórcy między innymi „Wiem kto mnie zabił” i „All Cheerleaders Die”, horroru wyreżyserowanego wspólnie z Luckym McKee, zatytułowany „The Lost” powstał w oparciu o głośną powieść Jacka Ketchuma „Straceni”. Scenariusz napisał sam Sivertson na tyle wiernie trzymając się literackiego pierwowzoru, że można właściwie spokojnie uznać ten obraz za ekranizację, nie adaptację. „The Lost” w 2006 roku był pokazywany na różnego rodzaju festiwalach filmowych, do szerszego obiegu przedostając się w Stanach Zjednoczonych dopiero dwa lata później – na rynek DVD w kilku innych krajach trafił w 2009 roku. Dystrybucja nie była więc zakrojona na dużą skalę, co mogło być spowodowane niewystarczającymi nakładami finansowymi. Jednak mimo utrudnień produkcja Sivertsona zyskał paru fanów, również w gronie filmowych krytyków oraz zagorzałych miłośników prozy Jacka Ketchuma, którzy docenili przede wszystkim niewielką ingerencję scenarzysty w fabułę skonstruowaną przez pisarza. Jack Ketchum pisząc „Straconych” czerpał inspirację z sylwetki mordercy działającego w latach 60-tych. Przystojny i charyzmatyczny dwudziestokilkuletni Charles Howard „Smitty” Schmid Jr., znany również jako „The Pied Piper of Tucson” w latach 60-tych zamordował trzy kobiety. Tak samo jak antybohater Jacka Ketchuma wypychał sobie buty spłaszczonymi puszkami, aby wydawać się wyższym, tak samo jak Ray Pye dbał o swój wygląd zewnętrzny i stworzył sobie sztuczny pieprzyk na policzku oraz brylował w towarzystwie, zwłaszcza młodych, zapatrzonych w niego kobiet. Autor „Straconych” nie trzymał się jednak idealnie życiorysu Smitty'ego, również podczas portretowania jego zbrodniczej działalności – drugi atak Pye'a bardziej nasuwa mi na myśl zabójstwo Sharon Tate i jej znajomych, którego dopuścili się członkowie sekty Charlesa Mansona niźli osobę Charlesa Howarda Schmida Jr.

Nie jestem wielbicielką „Straconych” Jacka Ketchuma, głównie dlatego że nie potrafię się przekonać do warstwy psychologicznej powieści, czyli najważniejszej składowej tej publikacji. Książka miała być przede wszystkim przerażającym studium psychiki mocno zaburzonej jednostki – młodego mężczyzny, który dopuścił się strasznej zbrodni i tak bardzo się w tym rozsmakował, że tylko kwestią czasu było, aż znowu zaatakuje. Problem w tym, że Jack Ketchum nie specjalizuje się w dogłębnych rysach psychologicznych swoich bohaterów. Bazuje raczej na ogólnikach, które zazwyczaj mi wystarczają, aby dobrze poznać daną postać, czasem nawet wbrew utrudnieniom ze strony Ketchuma udaje mi się spenetrować ich psychikę, ale ta sztuka niestety nie udała mi się podczas lektury „Straconych”. Miałam jednak nadzieję, że to czego Ketchum nie zdołał opisać w sposób, który by mnie zadowolił uda się lepiej przedstawić na ekranie. I rzeczywiście, gdybym miała wskazać moim zdaniem jakościowo lepszy produkt to postawiłabym na ekranizację. Innymi słowy miałam tutaj do czynienia z rzadką sytuacją, w której film w moich oczach przebił literacki pierwowzór (z czym większość osób zaznajomionych z obiema wersjami tej historii zapewne się nie zgodzi), niemniej do zachwytów nad produkcją Chrisa Sivertsona jeszcze mi bardzo daleko. „The Lost” to psychothriller w lwiej części ujęty z perspektywy człowieka odczuwającego pociąg do zbrodni. Mordercy dwóch młodych kobiet, któremu udało się uniknąć odpowiedzialności, aczkolwiek nadal znajduje się w centrum zainteresowania zdeterminowanego, prowadzącego tę sprawę detektywa. W gruncie rzeczy więc „The Lost” wpisuje się w znaną, całkiem szeroko wyeksploatowaną konwencję, której jednym z głównych celów jest wprawienie widza w dyskomfort przez danie mu wglądu w psychikę zaburzonej jednostki. Scenariusz Sivertsona tak samo jak książka stara się nieustannie podtrzymywać w odbiorcach przekonanie, że pierwszoplanowa postać, młody Ray Pye jest swoistą „tykającą bombą”, która w każdej może chwili wybuchnąć. Wstępna sekwencja poświęcona pierwszej zbrodni popełnionej przez charyzmatycznego mężczyznę na oczach jego dziewczyny i najlepszego przyjaciela ma uwarunkować w widzach wyżej nadmienionej przeczucie. Uczulić go na postać Raya Pye tak dobitnie, żeby nie miał żadnych wątpliwości, że wkrótce będzie świadkiem kolejnej, zapewne jeszcze bardziej odrażającej rzezi. Ten zabieg naturalną koleją rzeczy determinuje suspens, przy czym zawsze uważałam, że mógłby on być nieporównanie bardziej emocjonujący, gdyby trochę inaczej podejść do rozwoju akcji. Chociaż fabuła „The Lost” nawiązuje do losów Charlesa Howarda Schmida Jr. akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, nie w latach 60-tych XX wieku, co samo w sobie poczytuję na minus. Nie oznacza to jednak, że ujęciu zaprezentowanego przedziału czasowego można cokolwiek zarzucić. Za zdjęcia odpowiadał Zoran Popovic, utalentowany operator, który zdołał wydobyć maksimum potencjału z małomiasteczkowej scenerii, w których toczy się akcja „The Lost”. Choć tę produkcję uważa się za raczej niszowe dziełko realizacji nie brak profesjonalizmu, natomiast klimat, jakim osnuto całość powinien zadowolić wielbicieli lekko mrocznych, sennych kadrów, z których spoziera wyraźna groźba. Małomiasteczkową scenerię sportretowano tak jak zwykł to czynić Stephen King – idylliczna, spokojna fasada ze zgniłym wnętrzem. Owa zgnilizna jak można się tego domyślić toczy postać pierwszoplanową, nie ogół mieszkańców tego zakątka Stanów Zjednoczonych, niemniej degrengolada jednostki znajduje odzwierciedlenie w lekko ponurych zdjęciach. Gdyby nie profesjonalny wkład Zorana Popovica, gdyby zatrudniono mniej utalentowanego filmowca najprawdopodobniej nie dotrwałabym do końca tego niemalże dwugodzinnego seansu, bo sama opowieść nie była w stanie zaangażować mnie w takim stopniu, jak bym tego pragnęła. Oglądało mi się to lepiej niż czytało, przyznaję bez bicia, ale i tak musiałam walczyć z ogarniającą mnie sennością, którą to pokonałam głównie dzięki klimatycznym zdjęciom.

Jaka jest najgorsza rzecz, jaką zrobiłeś?”

Rola Raya Pye'a przypadła w udziale Marcowi Senterowi, do warsztatu którego nie potrafiłam się przekonać. Głównie przez denerwującą manierę oddawania na twarzy wszystkich kłębiących się w jego wnętrzu emocji w mocno przerysowany sposób. Nawet gdyby na początku nie pokazano kto odpowiada za zgony Elise Hanlon i Lisy Steiner nie miałabym absolutnie żadnych wątpliwości, co do winy Pye'a, bo z jego twarzy można czytać, jak z otwartej księgi. Nie dziwi mnie więc, że nadal zajmujący się tą sprawą detektyw Charlie Schilling tylko na nim skupił swoje podejrzenia. Egzaltacja chłopaka znacznie utrudniała mi odbiór kreowanej przez niego postaci, podobnie jak narracja, jaką zdecydowano się obrać. Po makabrycznym wstępie akcja mocno zwalnia i aż do jeszcze brutalniejszej końcówki (choć gwoli ścisłości nieszafującej hektolitrami substancji imitującej krew) koncentruje się przede wszystkim na rysie psychologicznym młodego oprawcy. Moim zdaniem zarysowanym lepiej niż w powieści, ale nie jest to jeszcze poziom, który mogłabym określić mianem „wybitny”. Ray Pye tak samo jak Norman Bates (czego nie omieszkał zauważyć sam scenarzysta) pracuje w motelu. Jest zastępcą kierowniczki i zarazem właścicielki tego przybytku, swojej matki, której jak widać w paru krótkich ujęciach jest całkowicie posłuszny. W wolnych chwilach natomiast Ray poświęca się życiu towarzyskiemu – organizuje imprezy w swoim pokoju motelowym, na których nie brak alkoholu, narkotyków i młodych kobiet, które wręcz lgną do tego przebojowego młodego człowieka. Chłopak może przebierać w przedstawicielkach płci przeciwnej, co zresztą ochoczo czyni, nie zważając na samopoczucie jego dziewczyny Jennifer. W jej postać wcieliła się Shay Astar, która moim zdaniem spisała się o wiele lepiej od Sentera, choć nie postawiono przed nią łatwego zadania. Kreowanie zagubionej kobiety, całkowicie podporządkowanej woli agresywnego mężczyzny, zastraszanej przez niego i niemającej na tyle odwagi, aby zeznawać na jego niekorzyść wcale nie jest łatwiejsze od portretowania mordercy, ale Astar całkiem przekonująco z tego wybrnęła. A jeszcze lepiej zaprezentowała się Robin Sydney wcielająca się w rolę Katherine Wallace, młodej kobiety, która zarówno w powieści, jak i w jej ekranizacji skupiła na sobie więcej mojej uwagi niż postać czołowa. Twórcom filmu, nie bez pomocy samej aktorki, udało się osnuć jej sylwetkę aurą hipnotyzującej tajemnicy, uwypuklić złożoność jej postaci, tak zręcznie, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie powinnam podchodzić do niej z taką nieufnością, jak do Raya Pye'a. Reakcja dziewczyny na makabryczne wyznanie chłopaka jest bowiem tak nietypowa, złowieszcza wręcz, że trudno odsunąć od siebie podejrzenie, iż może mieć taki sam problem co chłopak, z którym aktualnie się spotyka. Ostatnią z istotniejszych sympatii Pye'a jest Sally Richmond, przyzwoicie wykreowana przez Megan Henning. Dziewczyna jest odporna na jego urok osobisty, czym doprowadza coraz bardziej natarczywego względem niej egotystycznego chłopaka do czystej wściekłości. Scenarzysta wzorem Jacka Ketchuma poświęcił trochę miejsca jej relacji z dużo od niej starszym emerytowanym detektywem, który to wątek tak samo jak w przypadku literackiego pierwowzoru odebrałam w kategoriach najnudniejszego przerywnika, niewnoszącego w akcję tyle dramatyzmu, ile powinno wynikać z jego charakteru. Zresztą bolesny brak rzeczonego dramatyzmu dostrzegałam w większości sekwencji wchodzących w skład zbytnio rozwleczonej partii środkowej. Scenarzysta wzorem Jacka Ketchuma zbyt dużo miejsca poświęcił przebojowej egzystencji młodego chłopaka, marginalizując dosadne oznaki jego chorych zapędów. Szał, w jaki wpada po wizycie policjantów, podczas którego na oczach przerażonej Jennifer demoluje swój pokój w motelu, agresywne wtargnięcie do samochodu Sally Richmond, czy wreszcie masturbacja podczas seansu „Nocy żywych trupów” George'a Romero, która tłumaczy jego problemy z erekcją (wydaje się, że największej podniety dostarczają mu brutalne obrazki) – wszystko to plus parę innych drobniejszych incydentów to zdecydowanie za mało, żebym przez cały czas mogła trwać w stanie wzmożonego napięcia, żebym z coraz większą odrazą mogła reagować na pierwszoplanową postać i oczywiście trwogą na myśl o rychłej eskalacji jego szaleństwa. Nudnawych wstawek z towarzyskiego życia Raya Pye'a zawarto w tym obrazie tak wiele, że pomimo starań przez większą część projekcji nie potrafiłam wykrzesać z siebie jakichś żywszych emocji. Taka sama obojętność często wpadająca w niebotyczne znużenie ogarniała mnie podczas lektury „Straconych” - tak samo, jak książka film ożywił mnie pod koniec. Dopiero wówczas zdołałam w pełni wyrwać się z letargu, w jaki zapadłam obcując z tą historią. „W pełni”, bo jednak w środkowej partii „The Lost” pojawiło się parę dobrze przedstawionych wątków, które owszem nie wprawiały mnie w czysty zachwyt, ale przynajmniej nie nudziły w takim stopniu, jak portret zabawowego życia bożyszcza wielu młodych mieszkanek małego miasteczka.

Wielbiciele „Straconych” Jacka Ketchuma (a wiem, że ta grupa jest całkiem pokaźna) mogą bez obaw sięgnąć po jej ekranizację, zwłaszcza jeśli cenią sobie dosyć wierne przeniesienia prozy na ekran - wolą ekranizacje od adaptacji. To oczywiście jest równoznaczne z tym, że ci których tak jak mnie nie porwała wspomniana powieść Ketchuma, jeśli zdecydują się film obejrzeć powinni przygotować się na prawie że „powtórkę z rozrywki”. W moim odczuciu ta opowieść trochę lepiej wypadła na ekranie (chociaż jestem chyba odosobniona w tym przekonaniu), jednak nie aż tak żeby całkowicie przekonać do tej historii nieprzekonanych utworem literackim. Natomiast pozostali niezaznajomieni z ową opowieścią widzowie mogą zaryzykować seans, jeśli cenią sobie delikatniejsze psychothrillery – mnie to dziełko nie wgniotło w fotel, ale należy wziąć pod uwagę fakt, że „The Lost” Chrisa Sivertsona zebrało sporo pozytywnych recenzji, w tym ludzi mających nieporównanie większe pojęcie o kinematografii ode mnie. Więc może rzeczywiście coś zjawiskowego jest w tej historii, coś czego ja zwyczajnie nie dostrzegam.

piątek, 24 lutego 2017

„Shallow Grave” (1987)

Cztery zaprzyjaźnione studentki, Patty, Rose, Sue Ellen i Cindy, wybierają się do Fort Lauderdale. Nieopodal małego miasteczka Medley w stanie Georgia, na rzadko uczęszczanej drodze dziurawi im się opona. Dziewczęta rozdzielają się – Rose i Cindy zostają przy samochodzie, Patty rusza pieszo po pomoc, a Sue Ellen idzie za potrzebą do pobliskiego lasu. Jej uwagę zwraca para kochanków, która właśnie zakończyła miłosne igraszki. Pomiędzy nieznajomymi dochodzi do kłótni. Pogróżki kobiety wymierzone w stronę zdenerwowanego mężczyzny popychają go do zbrodni. Dusi swoją kochankę na oczach przerażonej Sue Ellen, której chwilę potem udaje się niepostrzeżenie uciec. Przeciągająca się nieobecność przyjaciółki zmusza Rose i Cindy do przeszukania lasu. Pech chce, że spotykają mężczyznę, który przed chwilą dopuścił się zbrodni. Tymczasem Sue Ellen dołącza do Patty i relacjonuje jej niedawne wydarzenia. Niedługo potem dziewczęta zostają zatrzymane przez zastępcę szeryfa Scotta, a jeszcze później odkrywają, że winnym morderstwa jest jego przełożony, szanowany obywatel Medley, szeryf Dean, który stara się zniszczyć dowody zbrodni.

Debiutancki obraz Richarda Stylesa, „Shallow Grave”, tak samo jak pozostałe reżyserowane przez niego produkcje nie przyciągnął przed ekrany wielu widzów. Właściwie to niemalże zagubił się w zalewie niskobudżetowych, sobie podobnych horrorów z lat 80-tych. Niemalże, bo istnieje garstka widzów, którym dane było zobaczyć „Shallow Grave”, a wśród nich również tacy, którzy uważają, że warto dać mu szansę. Zwłaszcza jeśli jest się wielbicielem mniej krwawych, acz klimatycznych rąbanek z lat 80-tych XX wieku. Scenariusz George'a Edwarda Fernandeza zręcznie miesza motywy przystające do slashera z elementami kojarzonymi z survival horrorami, tak więc grupa docelowa może być całkiem szeroka. Pod warunkiem oczywiście, że nie ma się zbyt wygórowanych wymagań względem tego typu kina.

Podejrzewam, że prawie każdy, kto chociaż raz w życiu oglądał doskonałą „Psychozę” Alfreda Hitchcocka uśmiechnie się z rozrzewnieniem na widok wstępnej scenki pod prysznicem, która to bez wątpienia miała stanowić hołd dla tego ponadczasowego dzieła. Twórcom „Shallow Grave” nie udało się zaatakować widzów ładunkiem najczystszej grozy na miarę pierwowzoru, ale sama sytuacja w oderwaniu od klimatu i siły elementu zaskoczenia została dosyć wiernie odzwierciedlona na ekranie. Oprawa muzyczna, ruchy dłoni napastnika dzierżącego długi nóż, który jak widzimy na zbliżeniach nie zagłębia się w ciało ofiary, powolne zsuwanie się dogorywającej kobiety po ścianie, a nawet dłuższe ujęcie jej dłoni i moment zrywania ostatkiem sił zasłony prysznicowej – wszystko to nie pozostawia żadnych wątpliwości, że twórcy starali się powtórzyć sławetną scenę pod prysznicem w sposób, który nie pozostawiałby zaznajomionym z „Psychozą” odbiorcom żadnych wątpliwości, że składali należny ukłon w stronę tej kultowej sekwencji. Zaraz potem filmowcy przechodzą do zawiązywania właściwej akcji „Shallow Grave”, która to na początku jest silnie osadzona w konwencji slash. Poznajemy cztery zaprzyjaźnione studentki, które wybierają się do Fort Lauderdale, czyli dostajemy jakże popularny zwłaszcza w rąbankach motyw grupki znajomych, która gdzieś tam wyjeżdża. Domniemaną final girl można wytypować już na początku, jak to zresztą na ogół bywa w slasherach. Patty, całkiem znośnie wykreowana przez Carol Cadby, posiada kilka typowych dla tego rodzaju postaci cech, które scenarzysta ochoczo uwypukla. Czytująca w podróży „Raj utracony” autorstwa Johna Miltona dziewczyna przyjmuje propozycję koleżanek polegającą na odpłatnym napisaniu za nich zadanych wypracowań, co świadczy o tym, że jest pilną uczennicą, której zdobywanie wiedzy sprawia przyjemność. W przeciwieństwie do jej przebojowych koleżanek. I w porównaniu do nich bardzo praktyczną, co najsilniej uwidacznia się po złapaniu gumy, kiedy to okazuje się, że tylko Patty wie jak zmienić koło i tylko jej niestraszna perspektywa zniszczenia paznokci. Niestety, nie ma okazji się wykazać, bo jak się szybko okazuje niezbyt lotna Rose przed podróżą uznała, że aby zmieścić wszystkie bagaże należy pozbyć się koła zapasowego (!). Dziewczęta mają więc dwa wyjścia – albo czekać na tej opustoszałej, mało uczęszczanej drodze usytuowanej nieopodal lasu na jakiegoś kierowcę, który jakimś cudem zapuści się w tę okolicę, albo wyruszyć pieszo po pomoc. Tylko Patty decyduje się na tę drugą opcję – jej wygodnickie koleżanki wolą wszak unikać takiego wysiłku. Może poza Cindy, która jednak musi zostać z pozostałą dwójką i przypilnować, żeby nie zrobiły niczego głupiego. Patty rusza więc w drogę sama, a tymczasem Sue Ellen świadkuje wydarzeniu, które uwarunkuje dalszy rozwój akcji. Podejście twórców do zbrodni popełnionej w głębi niewielkiego lasu każe przypuszczać (jak się okazuje słusznie), że „Shallow Grave” wpisuje się w poczet delikatnych w formie, nieepatujących skrajną drastycznością rąbanek, co akurat w slasherach nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale jeśli nawet od tego nurtu nie oczekuje się multum odstręczających krwawych ujęć to zapewne niejeden ich miłośnik będzie liczył na przynajmniej kilka pomysłowych sekwencji okaleczania i zabijania nieszczęsnych jednostek. Richard Styles nie zaspokoi jednak tego konkretnego wymagania fanów rąbanek, poprzestając na tak pospolitych sposobach odbierania życia, jak duszenie, czy niemalże bezkrwawe dziurawienie ciał za pośrednictwem broni palnej. Najwięcej substancji imitującej krew (dodam, że bardzo nieudolnie) zobaczymy w krótkim ujęciu dłoni pogryzionej przez psa, podczas którego jednak nie sposób dostrzec samych poszarpanych ran. „Shallow Grave” nie jest więc pozycją dla osób nastawiających się na szafowanie budzącą wstręt makabrą, co wcale nie oznacza, że ci którzy od rąbanek oczekują przede wszystkim emocjonującej rozgrywki pomiędzy protagonistami i antybohaterem oraz lekko przybrudzonego klimatu nieustannie zagęszczającego się zagrożenia nie znajdą w tym obrazie nic, na czym można spokojnie zawiesić oko.

Wyświechtane, acz jakże chwytliwe motywy sugerujące podpięcie się George'a Edwarda Fernandeza pod pod konwencję slash (wycieczka grupki zaprzyjaźnionych studentek, utknięcie na rzadko uczęszczanej drodze, świadkowanie zbrodni i oczywiście „nieśmiertelne” rozdzielenie się pozytywnych bohaterek), osnute magiczną atmosferą kina grozy lat 80-tych, z której najsilniej przebija niemalże namacalny zwiastun tragedii były dla mnie zdecydowanie najbardziej atrakcyjnymi elementami pierwszej partii „Shallow Grave”. Byłam jednak przekonana, że z czasem mój entuzjazm osłabnie, bo wszystko wskazywało na to, że twórcy zdecydują się na poprzeciągane w czasie pościgi za ostałymi przy życiu młodymi kobietami, które w dodatku nie będą urozmaicane wymyślnymi i przynajmniej umiarkowanie krwawymi sekwencjami mordów. Scenarzysta zdecydował się jednak na coś zgoła ciekawszego i nieporównanie bardziej trzymającego w napięciu, a mianowicie zamknięcie dwóch studentek w areszcie - na posterunku, w którym władzę sprawuje szeryf Dean (niezła kreacja Tony'ego Marcha), czyli mężczyzna, który wcześniej na oczach jednej z nich zabił swoją kochankę z obawy przed demaskacją ich romansu. Sama ta niecodzienna sytuacja dostarcza sporo emocji, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że zły glina stara się zatrzeć ślady swojej zbrodni, a więc nie zawaha się również przed wyeliminowaniem świadków. Najpierw jednak chce się upewnić, czy Sue Ellen jest w stanie go rozpoznać, bo jak szybko daje się nam do zrozumienia sylwetka Deana miała nieco odbiegać od najpowszechniejszego obrazu slasherowego antybohatera. Szeryf nie jest tak zwaną „maszynką do zabijania”, maniakiem szlachtującym każdego, kogo napotka tylko jednostką, która z własnej winy znalazła się w trudnej sytuacji i stara się zrobić wszystko, aby odsunąć od siebie podejrzenia. Innymi słowy dostajemy typowy motyw zbrodni, która pociąga za sobą kolejne – chcąc zatuszować nieplanowane morderstwo kobiety mężczyzna musi zabić każdego, kto może go zdemaskować. Wspomniany wątek funkcjonuje w otoczeniu małomiasteczkowej, sennej scenerii, w miejscu w którym wszyscy się znają i zdawałoby się, że żadne ważne wydarzenie nie może przejść niezauważone, co tylko utrudnia Deanowi ukrycie jego zbrodniczego czynu. Takie miejsce akcji we wprawnych rękach zawsze doskonale sprawdza się w horrorze. Nie inaczej jest w przypadku tego filmu – hermetyczna społeczność, w której morderca cieszy się dużym zaufaniem i szacunkiem, usytuowana w malowniczym leśnym zakątku, oddana w lekko przyblakłych i przybrudzonych barwach tworzy klaustrofobiczną aurę wyobcowania. Bo jak się wydaje dwie przyjezdne młode kobiety nie mają szans na znalezienie pomocy w gronie ludzi zżytych ze swoim szeryfem, a wręcz jak zobaczymy wkrótce podczas stricte survivalowych pościgowych wstawek niektórych z nich powinny się obawiać. W tym wszystkim z mojego punktu widzenia najsłabiej wypada wątek poświęcony dwóm studentom, Chadowi i Owenowi, którzy starają się odnaleźć niedawno poznane w przydrożnym barze dziewczyny. Głównie dlatego, że w porównaniu do pozostałych wydarzeń ich losy nakreślono bardzo pobieżnie, a biorąc pod uwagę finał ich podróży wydaje się wręcz, że ich ingerencja w akcję była tak znikoma, że z powodzeniem można było darować sobie ich udział. Z drugiej jednak strony niniejsze zakończenie ich wyprawy zauważalnie wychodzi poza ramy schematu, a co za tym idzie całkiem skutecznie pogrywa z oczekiwaniami nawykłego do wszelkiej maści rąbanek odbiorcy. To samo zresztą można powiedzieć o UWAGA SPOILER zaskakującym wyeliminowaniu domniemanej final girl przed jej rozwiązłą seksualnie koleżanką KONIEC SPOILERA. Pochwalić muszę również złowieszcze zamknięcie całej opowieści – niby proste, nieodznaczające się żadną spektakularną wymyślnością, ale i tak pozostawiające widza w stanie wzmożonej czujności, bez dania mu szansy na rozładowanie skumulowanych emocji. Co tylko udowadnia, że kombinacje czasem są wręcz niewskazane, że czasami (moim zdaniem najczęściej) prostota sprawdza się nieporównanie lepiej.

„Shallow Grave” to jeden z mniej znanych slasherów / survival horrorów, do czego w dużej mierze mogła przyczynić się licha dystrybucja. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że tylu oddanych fanów rąbanek z premedytacją ignoruje ten tytuł. Zwłaszcza po ówczesnym zapoznaniu się z opiniami tych, którzy debiutancki film Richarda Stylesa wdzieli, bo z tego grona naprawdę nietrudno wyłowić paru jego entuzjastów, którzy nie bez kozery przyznają, że niniejsza produkcja może pochwalić się mnogością składowych, które są tak cenne dla miłośników rąbanek z lat 80-tych. Nawet jeśli same mordy nie przedstawiają sobą praktycznie żadnej wartości. Klimat i całkiem emocjonujący przebieg akcji powinny bowiem przynajmniej w części zrekompensować ten niedostatek.

środa, 22 lutego 2017

Michel Bussi „Mama kłamie”

Trzyipółletni Malone Moulin rozpowiada w przedszkolu, że jego rodzice nie są jego rodzicami. Psycholog dziecięcy Vasile Dragonman jako jedyny daje wiarę jego zapewnieniom, pozostali dorośli przebywający w otoczeniu Malone'a przypuszczają, że mały ma zbyt wybujałą wyobraźnię. Dragonman zwraca się więc z prośbą o pomoc do komendantki Marianne Augresse, która również podchodzi sceptycznie do tej sprawy. Niemniej psycholog nie ustaje w wysiłkach, aby ją przekonać, że należy jak najszybciej sprawdzić wyznanie Malone'a, zanim wszystkie mgliste wspomnienia, podtrzymywane dzięki rozmowom jakie chłopiec prowadzi ze swoim pluszakiem Gutim, całkowicie zatrą się w jego pamięci. Dragonman nie wyklucza możliwości, że chłopcu może grozić jakieś niebezpieczeństwo, nie tylko związane z traumą, którą bez wątpienia niegdyś przeżył. Pomimo tego, że chłopca wydaje się łączyć silna więź z kobietą, która jak sam utrzymuje nie jest jego matką.

Pierwotnie wydana w 2015 roku powieść „Mama kłamie” autorstwa francuskiego pisarza Michela Bussiego w swoim rodzimych kraju znalazła się w pierwszej dwudziestce najlepiej sprzedających się thrillerów roku. Co w przypadku jego twórczości nie jest żadnym fenomenem – praktycznie każdy utwór Bussiego cieszy się dużą poczytnością, również poza granicami Francji, i sporym uznaniem także ze strony krytyków literackich. Wielokrotnie nagradzany pisarz do perfekcji doprowadził sztukę manipulacji, którą ochoczo wykorzystuje na kartach swoich powieści, sprowadzając odbiorców swojej prozy do pozycji marionetek całkowicie podporządkowanych jego woli. Bussi znajduje przyjemność w pogrywaniu z czytelnikiem, nieustannym udowadnianiu mu, że nie jest w stanie przeniknąć zasłony utkanej z pozorów, nawet wówczas, gdy wydaje mu się, że dysponuje już wszystkimi częściami owej misternej układanki. Przypuszczam, że głównie ta niełatwa sztuka zagwarantowała mu sukces na rynku literackim, co oczywiście nie oznacza, że jego utwory są pozbawione innych zalet.

Akcję „Mama kłamie” zapoczątkowuje zagadkowy wątek, który może nasuwać skojarzenia z „Inwazją porywaczy ciał” Jacka Finneya. Trzyipółletni chłopiec utrzymuje, że jego rodzice tak naprawdę nie są jego rodzicami, choć nie istnieją żadne namacalne dowody na poparcie jego słów. Jeśli miałoby się kierować zasadą brzytwy Ockhama to można by założyć, że mamy do czynienia z owocem wybujałej wyobraźni dziecka, jednak niniejszą hipotezę zdaje się wykluczać informacja podana w prologu. Michel Bussi stwierdza wówczas wprost, że wszystko co mówi chłopiec jest prawdą i daje jasno do zrozumienia, że kluczem do rozwiązania zagadki jest bezgraniczna wiara w zapewniania małego Malone'a Moulina. Pisarz lubi wykorzystywać ten przewrotny zabieg zasadzający się na domniemanym wczesnym wyjawieniu istoty jednej z zagadek wplecionych w fabułę. W gestii czytelnika natomiast leży rozstrzygnięcie, czy powinien zaufać podstępnemu autorowi, który przecież zauważalnie podchodzi do swoich historii jak do gier, w których odbiorca jest jego przeciwnikiem, nie towarzyszem. Michel Bussi rzuca mu wyzwanie, niejako zmusza do „podniesienia rękawicy” i przystąpienia do umysłowej rozgrywki, której celem jest przewidywanie kolejnych posunięć przeciwnika. Autor stara się uwarunkować czytelnika tak, aby jego procesy myślowe biegły przewidywalnym dla niego torem, odbiorca natomiast musi próbować oddzielić prawdę od mylących zagrywek Bussiego, co nie jest wcale łatwe. Nie dlatego, że autor pilnuje, aby pozostawał na straconej pozycji przez choćby niewystarczającą ilość informacji jakimi z jego winy dysponuje, bo tychże nie brakuje – problemem jest zbyt mała ilość pewników. Nawet wówczas, gdy Bussi zapewnia nas o słuszności jakiejś tezy (w tym przypadku radzi podzielić zapatrywania psychologa dziecięcego Vasile'a Dragonmana na problem Malone'a) nie sposób bezkrytycznie podejść do jego słów. Może autor rzeczywiście „daje nam fory”, może istotnie wręcza w nasze ręce klucz do rozwiązania zagadki, ale pamiętając o jego dążeniu do ogrania czytelnika trudno wyzbyć się nieufności. Osoby dobrze zaznajomione z twórczością Bussiego na początku nie powinny mieć problemu z rozwianiem tej wątpliwości, obawiam się jednak, że z biegiem trwania lektury nawet oni zaczną stopniowo uświadamiać sobie, że mimo obrania jak się okazało właściwej ścieżki interpretacyjnej umknęło im to, co najistotniejsze. Podczas gdy oni skupiali się na wątku przewodnim, szukając luźno rozrzuconych dowodów na poparcie słów trzyipółletniego dziecka, autor wplatał w swoją historię nieporównanie ważniejsze informacje trwając w przekonaniu, że zostaną one całkowicie zignorowane przez odbiorcę. Odrzucone jako nieistotne, odbierane w kategoriach, czy to przerywnika służącego do rozbudowania nudnawych wątków pobocznych, czy nieudolnej próby zamieszania mu w głowie poprzez agresywne odciąganie jego uwagi od motywu przewodniego. Nie zdziwiłabym się, gdyby Bussi celowo obniżył jakość ustępów skupiających się na wydarzeniach, w centrum których nie tkwi mały, zagubiony chłopiec. W porównaniu wszak do jego nietypowego problemu drugi szeroko omówiony wątek jawi się dużo mniej atrakcyjnie, nie dostarcza tak silnych emocji, jak losy Malone'a i próbującego mu pomóc Vasile'a Dragonmana. Miejscami nawet wkrada się w niego czysty chaos, jakby Bussi największą wagę przykładał do dynamiki, a nie porywającego ciągu przyczynowo-skutkowego. W zestawieniu z nim bezwładne, naiwne myśli przemykające przez głowę trzyipółletniego chłopca, w które często mamy bezpośredni wgląd wydają się być bardziej spójne i konkretne. Nawet wtedy kiedy próbuje się nas przekonać, że bajkowy świat Malone'a zaludniony przez piratów i ogrów nie jest tylko produktem jego wybujałej wyobraźni. Nawet wtedy, gdy wraz z nim przysłuchujemy się nocnym opowieściom jego pluszaka, Gutiego, które jak sądzi Vasile Dragonman mają za zadanie podtrzymywać pamięć o poprzednim życiu dziecka, chociaż tak na dobrą sprawę nie sposób odnaleźć w tych opowiastkach niczego, co wybiegałoby poza ramy zwykłych bajeczek na dobranoc.

Vasile poczuł nagle ogromną odpowiedzialność, jaka spadła na jego barki, jakby ten dzieciak powierzył mu właśnie swoje własne, gorące i bijące, serce.”

Uczynienie jednego z głównych bohaterów trzyipółletniego chłopca posłużyło Michelowi Bussiemu do wygenerowania nieznośnego wręcz napięcia emocjonalnego. I to nie tylko dlatego, że zagrożenie zdaje się koncentrować na niewinnej, bezbronnej istocie, która budzi jedynie ciepłe uczucia czytelnika. Emocje intensyfikują również informacje o funkcjonowaniu pamięci tak małego dziecka - szeroko omówione przez Vasile'a Dragonmana przekonanie, że Malone wkrótce zapomni wszystko, co jest związane z jego rzekomym poprzednim życiem. Fakt, że czas może działać na niekorzyść chłopca, że przesuwające się wskazówki zegara mogą procentować utratą tych i tak wątłych punktów zaczepienia w formie niejasnych przebłysków wspomnień w głowie chłopca sprawia, że z niecierpliwością oczekujemy podjęcia jakichś konkretnych działań. Popędzamy w myślach upartego psychologa dziecięcego i wykazującą się denerwującą biernością komendantkę Marianne Augresse, drżąc na myśl o tym, co może się stać, jeśli ich śledztwo szybko nie przyniesie żadnych rezultatów. I tak na dobrą sprawę tylko to nas interesuje, nawet wówczas gdy Bussi raz po raz daje nam dowody na bezgraniczną miłość, jaką rzekoma uzurpatorka darzy Malone'a i dobitnie akcentuje duże przywiązanie chłopca do kobiety, która jak uparcie utrzymuje nie jest jego prawdziwą matką. Wspomniana już zasada brzytwy Ockhama nie znajduje zastosowania w „Mama kłamie”, Bussiego wszak nie interesują najprostsze rozwiązania. Czytelnik, który pragnie choćby zbliżyć się do jądra tajemnicy musi opierać się na różnego rodzaju założeniach, nawet wówczas gdy na pierwszy rzut oka wydają się one naciągnięte do granic absurdu. Nie wolno mu odrzucać żadnej, choćby najbardziej nieprawdopodobnej ewentualności. To na początek, zaś z dalszej części lektury musi wyłowić tylko te informacje, które mają jakieś znaczenie i dopasować je do któregoś z wcześniejszych założeń. To niełatwe, bo jak szybko zauważymy Michel Bussi nie szczędzi nam różnego rodzaju tropów, z których część należy traktować jako zwykłe zmyłki, a większość doprawdy trudno wkleić w całości z zachowaniem wszelkiej logiki. Bo cały czas trzeba pamiętać, że uzdolniony Francuz wielką wagę przykłada do tego ostatniego – nie pozwala sobie na naciągane zwroty akcji, nie posiłkuje się prymitywnymi zbiegami okoliczności, choć w pewnych momentach może się tak wydawać. Nie, w jego historiach nie brak spójności, nawet wówczas gdy raczy nas długim ciągiem coraz to bardziej zdumiewających zwrotów akcji, bo jak się niedługo potem okazuje znajdują one wiarygodne uzasadnienie w wydarzeniach zaprezentowanych wcześniej. W „Mama kłamie” Bussi eksperymentuje również z narracją, co jakiś czas wskakując w przyszłość, podczas której zdradza nam podejrzanie dużo o toczącym się śledztwie. Tak jakby miał w poważaniu wszystkie zasady budowania zagadkowej intrygi kryminalnej polegające na utrzymywaniu czytelnika w niepewności, aż do ostatniej partii powieści. Jakby śpieszno mu było do rozwiania aury tajemnicy, co jak można się domyślić jest jedynie zmyślnym sposobem na zdezorientowanie odbiorcy, bo paradoksalnie wprowadza więcej wątpliwości niźli pewności. Drugi wybieg narracyjny, polegający na naprzemiennym wyłuszczaniu całej historii z punktu widzenia kilku kluczowych bohaterów również znacznie komplikuje całą intrygę, ale jednocześnie pomaga w kompleksowym zrozumieniu wszystkich procesów myślowych kluczowych postaci i w przynajmniej paru przypadkach ułatwia wytworzenie silnej więzi pomiędzy nimi i odbiorcami. W czym pomocna okazała się również zdolność Michela Bussiego do kreowania sympatycznych, czasem nawet nieco skomplikowanych psychologicznie postaci. Wspomniany już chaos znamionujący na początku styl Bussiego z biegiem trwania lektury wyparowuje i mimo że autor cały czas operuje niedługimi zdaniami na niedobór treściwych opisów nie można narzekać, również w warstwie stricte psychologicznej.

„Mama kłamie” to kolejne znakomicie skonstruowane, niebywale zaskakujące dzieło wciąż niedocenianego w Polsce francuskiego pisarza, który w sztuce manipulacji prawie nie ma sobie równych. Pozycja obowiązkowa dla osób lubiących mierzyć się z autorami thrillerów, którzy nade wszystko pragną ich zaskakiwać, pogrywać z ich oczekiwaniami poprzez między innymi nietypowe podejście do gatunku. W „Mama kłamie” wszystko wydaje się nie być tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka – ta książka to jedna wielka układanka, której poszczególnych elementów chyba nawet najbardziej przenikliwy czytelnik nie będzie w stanie złożyć w jedną, spójną całość. Będzie oczywiście próbował, ale z czasem najprawdopodobniej uświadomi sobie, że tak naprawdę nie pozostaje mu nic innego, jak pozwalać autorowi „wodzić się za nos”. Cieszyć diablo pasjonującą historią w stanie wzmożonej ciekawości, którą zaspokoić może jedynie sam autor - przełknąć gorycz porażki i przyznać, że stał się kolejną ofiarą manipulacji Michela Bussiego. A przynajmniej ja znowu przegrałam w starciu z tym autorem i bardzo dobrze, bo w przeciwnym wypadku najpewniej nie przewracałabym z taką gorączkowością kolejnych stronic „Mama kłamie”. I co tu dużo mówić z czystym zachwytem nad technikami i pomysłami pisarza, który po raz kolejny dał mi przesłanki do przypuszczenia, że jest jedną z „najjaśniej świecących gwiazd” w panteonie współczesnych autorów thrillerów.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 21 lutego 2017

Zapowiedzi wydawnictwa Dom Horroru

Nie będzie chyba przesadne stwierdzenie, że nowe wydawnictwo Dom Horroru jak na tę chwilę przedstawia najlepszą ofertę dla polskich wielbicieli horroru ekstremalnego – niszowego nurtu, który ostatnimi czasy był traktowany po macoszemu przez naszych rodzimych wydawców. Dom Horroru stara się to naprawić. W przeciwieństwie do aktualnie funkcjonujących na rynku wydawnictw skupia się przede wszystkim na tej niemalże wyklętej prozie. Po debiutanckiej publikacji, zbiorku opowiadań Edwarda Lee oraz dwóch książkach naszych rodaków – zbioru opowiadań Tomasza Czarnego i Karoliny Kaczkowskiej pt. „Ofiarologia” oraz powieści Sylwii Błach pt. „Syndrom Riddocha” (tom pierwszy) zapowiedziano kolejne publikacje, które powinny zwrócić uwagę miłośników horroru ekstremalnego.

W najbliższym czasie nakładem wydawnictwa Dom Horroru mają ukazać się następujące pozycje:

„Zgroza w Innswich” Edwarda Lee

Opis fabuły za Horror Online: Rok 1939. Foster Morley to młody mężczyzna z bogatego domu, który ma prawdziwego bzika na punkcie H.P. Lovecrafta. Utwory Mistrza, jak nazywa „samotnika z Providence”, potrafi cytować z pamięci, odwiedza również miejsca, w których bywał Lovecraft, by jeszcze lepiej zrozumieć jego osobę i twórczość. W ten sposób trafia do Innswich Point, małego rybackiego miasteczka, z zaskakująco dużą liczbą ciężarnych kobiet, którego próżno szukać na oficjalnych mapach. Już sama nazwa – Innswich – budzi u Fostera skojarzenia z osławionym Lovecraftowskim Innsmouth. Morley wkrótce przekona się, że ma ono więcej wspólnego z Lovecraftem niż mógłby przypuszczać, a do tego to, co do tej poru uznawał za literacką fikcję, okaże się brutalną rzeczywistością, wyciągniętą niemal wprost z cthulhowskiego koszmaru. Źródło: http://www.horror.webd.pl/books/recka.php?id=684

„Population Zero” Wratha Jamesa White'a

Opis fabuły za Horror Online: Historia dotyczy niejakiego Todda, faceta pracującego dla opieki społecznej, który ma dość patrzenia jak dilerzy, prostytutki i oszuści starają się za wszelką cenę oszukać system. Tym, co zniesmacza go szczególnie, są kobiety nieodpowiedzialnie zachodzące w ciążę. Jak się okazuje, Todd jest zwolennikiem organizacji Population Zero, której ideologia opiera się na założeniu, że światu grozi skrajne przeludnienie, a każdy przychodzący na świat człowiek staje się przyczyną wyginięcia licznych gatunków zwierząt i destrukcji całych połaci lasów równikowych. Wściekłość Todda doprowadza go do tego, że zaczyna proponować aplikantom zasiłek w zamian za aborcję i sterylizację. Źródło: http://horror.com.pl/books/recka.php?id=590

„Fields Of Flesh” Johna Eversona (tytuł roboczy)

Jak na razie zaprezentowano jedynie projekt polskiej okładki „Zgrozy w Innswich”. Powieść najprawdopodobniej pojawi się jako pierwsza. Przedsprzedaż zaplanowano na marzec 2017 roku. Ujawniono już że będzie rozpowszechniana w limitowanym wydaniu w twardej oprawie i w zwykłym w oprawie miękkiej.

Źródło: https://pl-pl.facebook.com/domhorroru/

niedziela, 19 lutego 2017

„Oczy matki” (2016)

Na niewielkiej farmie mała Francisca spędza czas głównie u boku matki, która stara się przekazać jej swoją wiedzę o anatomii. Ich spokojny żywot zakłóca pojawienie się nieznajomego mężczyzny, Charliego, który prosi o pozwolenie na skorzystanie z ich łazienki. Gdy matka Franny wpuszcza go do domu Charlie niezwłocznie przystępuje do ataku. Przybyły na miejsce ojciec dziewczynki ogłusza napastnika, ale nie może już pomóc żonie. Charlie zostaje uwięziony w stodole, a ciało jego ofiary pozostali członkowie rodziny zakopują w okolicznym lesie. Kiedy Franny jest już dorosłą kobietą traci ojca, co skutkuje dojmującym poczuciem pustki. Towarzystwo okaleczonego Charliego jej nie wystarcza, więc decyduje się znaleźć kogoś, kto pozwoli jej zapomnieć o samotności.

„Oczy matki” to czarno-białe dzieło debiutującego tak w roli reżysera, jak i scenarzysty Nicolasa Pesce. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Sundance Film Festival w styczniu 2016 roku. Do szerszego obiegu trafił dopiero pod koniec rzeczonego roku – w Stanach Zjednoczonych rozpowszechniano go w kinach w ograniczonym zakresie i za pośrednictwem platformy VOD. Gdyby opinie krytyków warunkowały rozwój kariery danego artysty (na szczęście tak nie jest) to przed Pesce rozciągałaby się całkiem świetlana przyszłość, ponieważ „Oczy matki” zebrały sporo pozytywnych recenzji od tak zwanych znawców kina. Zresztą nie tylko od nich, bo spora część zwykłych odbiorców również nie mogła wyjść z podziwu nad dokonaniem początkującego twórcy.

Istnieje pewna rozbieżność zdań wśród osób, które miały okazję już obejrzeć „Oczy matki”, a dotycząca klasyfikacji gatunkowej. Oficjalnie produkcję Nicolasa Pesce uznano za hybrydę dramatu i horroru, jednakże niektórzy widzowie negują choćby częściową przynależność do tego drugiego gatunku. Brutalizm przebijający ze scenariusza, degrengolada jednostki to elementy często przewijające się w obrazach gore, ale jak mniemam od produkcji pretendujących do tego miana współczesna publiczność oczekiwałaby nieco śmielszej formy. Nie cała, bo jednak część widzów bez trudu odnalazła w „Oczach matki” składowe nawiązujące do tradycji gore - ja również, aczkolwiek przyznaję, że nie jest to obraz cechujący się czystością gatunkową. Oprócz miejscowych skrętów w stronę dramatu dostrzegałam w tym obrazie również cechy thrillera psychologicznego, a wszystko to oddane w chłodnej atmosferze takiego bestialstwa, do jakiego zdolny jest tylko człowiek. Mogłoby się wydawać, że czarno-białe zdjęcia utalentowanego Zacha Kupersteina znacznie złagodzą wydźwięk scenariusza, ale jak się okazuje posępne wyprane z kolorów kadry tylko wzmagają oddziaływanie aury wszechobecnego rozkładu. Wynaturzenie głównej bohaterki co prawda niezmiennie wysuwa się na pierwszy plan, to ono napędza fabułę, to ono jest źródłem wszystkich coraz to bardziej druzgocących nieszczęść, ale Nicolas Pesce na tym nie poprzestaje. Robi wszak wszystko, aby zintensyfikować tragizm sytuacyjny poprzez akcentowanie izolacji. Farma położona z dala od skupisk ludzkich, skryta przed wzrokiem ciekawskich zwartą ścianą lasu ułatwia głównej bohaterce (albo raczej antybohaterce) rozwijanie okrutnego procederu zapoczątkowanego już w dzieciństwie. Twórcy „Oczu matki” doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak ważna w kinie grozy jest klaustrofobiczna, wręcz przygniatająca atmosfera wyalienowania, swoistego pozostawania w miejscu, z którego nie sposób szybko się wydostać. Sam wybór scenerii sprzyjającej wytworzeniu takich emocji nie gwarantuje jednak sukcesu. Tutaj z pomocą pośpieszyli przede wszystkim Zach Kuperstein i Ariel Loh, operator i kompozytor, którzy dzięki swojej idealnie zsynchronizowanej pracy w pełni wykorzystali potencjał drzemiący w miejscu akcji. Co ciekawe mniejszą wagę przyłożyli do uwypuklania wpływu tego odizolowanego miejsca na psychikę ofiar bezwzględnej Franny. Bardziej skupili się na niszczącym oddziaływaniu miejsca akcji na samą agresorkę, odczuwającą paniczny lęk przed samotnością, niepotrafiącą egzystować bez jakiegoś towarzysza. Ta ogromna potrzeba bliskości drugiego człowieka determinuje gwałcące normy społeczne zachowanie kobiety, ale nie bez znaczenia jest również wychowanie jakie odebrała. Jej matka przez jakiś czas zajmowała się chirurgią oczu, a kiedy osiadła na farmie u boku małomównego męża i łaknącej wiedzy córeczki starała się zarazić tą drugą swoimi anatomicznymi zainteresowaniami. Francisca od najmłodszych lat świadkowała zarzynaniu zwierząt hodowlanych – miała wgląd w ich wnętrzności, nauczyła się porcjować mięso i dowiedziała się jak wyglądają i funkcjonują organy wewnętrzne człowieka. Zamiast jednak przyjmować owe wiadomości z chłodnym dystansem, spoglądać na nie okiem lekarza, którym jak ufała jej matka zostanie w przyszłości, Franny obserwowała poczynania rodzicielki z narastającą fascynacją, czerpiąc przyjemność z widoku krwi i wnętrzności. Forma jaką obrał Nicolas Pesce pozwala, co prawda na zanurzenie się w chorej psychice głównej bohaterki, nie utrudnia nam taplania się w jej szaleństwie, ale na pewno nie ułatwia zatapiania się w fabułę. Rwana narracja, częste raptowne przeskoki w czasie (nagłe zmiany miejsca i zachowania głównej bohaterki), różne nierzadko wymyślne kąty widzenia kamer (nawet z perspektywy podłogi), które oczywiście potęgują klaustrofobiczne odczucia, ale z całą pewnością nie ułatwiają usilnych prób zaangażowania się w akcję. Na szczęście silnie skontrastowane, długie ujęcia z oddali i powolne najazdy kamer na oddającą się codziennym pracom Franny nieco rekompensują miejscami poszarpaną narrację. Przy okazji wytwarzającą swoistą intymność, szokującą, bo rozciągającą się głównie na postać psychotycznej Franny – jej ofiarom będziemy towarzyszyć jedynie w niedługich zrywach, nie oznacza to jednak, że nie da się nam czasu na współczucie, szczególnie w ostatnim rozdziale.

„Oczy matki” podzielono na trzy rozdziały, będące swoistym przekrojem życia Franny, w którą w bardzo dobrym stylu wcieliły się młoda Olivia Bond i dorosła Kika Magalhaes. Jak można się tego spodziewać każdy kolejny rozdział jest brutalniejszy od poprzedniego, przy czym rzeczona brutalność nie zasadza się na hektolitrach sztucznej krwi i mnogości rekwizytów imitujących ludzkie wnętrzności. Twórcy pokazują dość, żeby nie mieć wątpliwości co do charakteru czynów, jakich dopuszcza się główna bohaterka w zaciszu swojej farmy, ale nie szafują makabrą, większość tego całego ohydztwa skrzętnie skrywając przed wzrokiem widza. Widzimy na przykład jak Franny wkłada do lodówki woreczki z mięsem i choć nie mamy żadnej wątpliwości co do pochodzenia tego pożywienia to poprzedzającemu niniejszą sekwencję porcjowaniu nie pozwala nam się przyjrzeć. Wystarczy jednak świadomość, że Franny zamierza skonsumować owe mięso, żeby rozbudzić w nas niesmak - atakowanie naszego wzorku mocno krwawymi ujęciami nie jest nieodzowne do wzbudzenia takich skrajnych emocji. To samo można powiedzieć o naszych reakcjach na osoby więzione w stodole. Nie musimy widzieć zabiegów wykonanych na ich ciałach, wystarczy bowiem widok zaszytych oczu i poszarpanych również zszytych cięć na ich szyjach, żeby wiedzieć jak okrutnie Franny się z nimi obeszła. I przynajmniej w przypadku jednego z jej więźniów zareagować z wręcz druzgocącą litością i swego rodzaju solidarnością, łącznia się z ową osobą w niedoli, jaka ją spotkała. Nie mniej niesmaczne i równocześnie dosłownie przeładowane niemalże namacalną rozpaczą są krótkie wstawki mające uwypuklić tęsknotę Franny i jej trudne do zwalczenia przywiązanie do zmarłych rodziców. Widząc zdruzgotaną kobietę przytulającą się w wannie do bezwładnego ciała ojca, czy wykopującą czaszkę matki po to, aby przygarnąć ją do piersi wprost nie sposób odsunąć od siebie niesmaku. Nie przyćmiewa on jednak poczucia straty i pustki (odczuwalnych, acz przynajmniej w moich oczach nieocieplających wizerunku Franny), które trawią samotną młodą kobietę pragnącą przede wszystkim tego, żeby rodzice do niej wrócili, bo w przeciwieństwie do choćby takiego Eda Geina doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ich straciła. Niemniej jest przekonana, że duch matki nieustannie jej towarzyszy i pomaga odnaleźć szczęście u boku jakiegoś nieszczęśnika. Doprawdy ciężki to film, niosący tak ogromny ładunek emocjonalny, w dodatku kumulujący się na niezdrowej jednostce dopuszczającej się skrajnie okrutnych czynów, że chwilami trzeba walczyć z przemożnym pragnieniem przerwania tego spektaklu szaleństwa. Zwłaszcza podczas ostatniego, niebywale przygnębiającego, może nawet szokującego rozdziału, w którym choroba tocząca psychikę głównej bohaterki osiąga punkt krytyczny, z naszej perspektywy, bo ona sama jest przekonana, że znalazła wreszcie upragnionego towarzysza. „Oczy matki” przyjmuje się z tym mniejszym komfortem, z tym większym poczuciem obcowania z czymś niebywale ciężkim, bo przebieg akcji odstaje od zwyczajowych szkieletów fabularnych. Można wręcz powiedzieć, że fabułę nakreślono dosyć szczątkowo, nie przywiązując wagi do wyraźnego zarysowywania wstępu, rozwinięcia i zakończenia, poza eskalacją przypadłości, z jaką boryka się główna bohaterka. Bo na tym praktycznie zasadza się cały scenariusz – obrazie szaleństwa, jakie dotknęło Franny, które notabene rzutuje na egzystencję paru innych osób.

„Oczy matki” pomimo minimalizacji krwawych scen z całą pewnością nie jest obrazem kręconym z myślą o szerokiej grupie odbiorców. Jeśli ktoś nie zapatruje się przychylnie na obrazy, które nade wszystko starają się zniesmaczyć, zaszokować oglądającego to powinien trzymać się z dala od tej pozycji. Bo Nicolas Pesce wcale nie musiał posiłkować się mocno krwawymi efektami specjalnymi, żeby wywołać emocje, których nie powstydziłby się żaden film pretendujący do miana gore. Początkujący twórca podszedł do tego głównie od psychologicznej strony, co nie oznacza, że oddziałuje ona z mniejszą siłą na spragnionego mocnych wrażeń odbiorcę. Dobre, bezkompromisowe dziełko, które powinno zadowolić wielbicieli tak zwanych chorych horrorów, aczkolwiek nie jestem przekonana, czy w pełni, bo nie da się ukryć, że konstrukcja scenariusza wespół z miejscowymi wybijającymi z rytmu kombinacjami operatorów i montażystów nieco utrudniają odbiór całości, obniżając zaangażowanie, pomimo tego że niektóre ze wspomnianych technik wpływają korzystnie na przytłaczający klimat degrengolady jednostki, wyalienowania i samotności. Klaustrofobiczną i niebywale złowieszczą atmosferę mentalnego zepsucia doprawioną nutką osobistej niedoli, która jednak przegrywa w starciu z okrucieństwem. Trudno wszak współczuć borykającej się z samotnością zrozpaczonej kobiecie, która szukając ratunku wykazuje się takim bestialstwem, nawet wziąwszy pod uwagę jej ewentualną chorobę, pomimo starań twórców również w tym kierunku.

sobota, 18 lutego 2017

H.P. Lovecraft „W górach szaleństwa i inne opowieści”

Przeszło 700-stronicowa publikacja wydawnictwa Zysk i S-ka w twardej oprawie z poruszającą wyobraźnię grafiką na okładce zatytułowana „W górach szaleństwa i inne opowieści” to kolejny godny najwyższej pochwały ukłon w stronę miłośników prozy Howarda Phillipsa Lovecrafta, jednego z najważniejszych autorów weird fiction. Mimo że wszystkie utwory zamieszczone w niniejszym zbiorze są doskonale znane fanom prozy Samotnika z Providence – jestem bowiem przekonana, że z ochotą uświetnią oni swoje prywatne kolekcje tą przecudną publikacją. Istnieje również spore prawdopodobieństwo, że propozycja Zysk i S-ka zwróci uwagę szerszego grona czytelników, zachęci osoby, które dotychczas nie miały okazji zapoznać się z twórczością osławionego H.P. Lovecrafta do wypuszczenia się w pierwsze podróże z nim w roli przewodnika po światach, w których króluje najczystsza groza. Wydawcy wszak zdecydowali się zebrać w jednym miejscu siedemnaście w ich mniemaniu najbardziej reprezentatywnych utworów Lovecrafta, dzieł z którymi każdy czytelnik odczuwający pociąg do literatury grozy winien się zapoznać. Opowiadania i minipowieści króla weird fiction zamieszczone w niniejszym zbiorku wydają się być niemalże doskonałą propozycją dla osób dopiero wkraczających w świat jego niezmierzonej wyobraźni, ponieważ większość opowieści wchodzących w skład tej publikacji można śmiało traktować jako swoiste kamienie milowe w historii literatury grozy. Jeśli kogoś nie porwą historie zamieszczone w tej książce to najprawdopodobniej już nic nie przekona go do twórczości H.P. Lovecrafta.

Z wszystkimi utworami wchodzącymi w skład zbiorku „W górach szaleństwa i innych opowieści” miałam przyjemność zapoznać się już wcześniej. Z większością pierwotnie zaznajomiłam się przy okazji lektur „Zgrozy w Dunwich i innych przerażających opowieści” oraz „Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne”, wyłączając „Przyczajoną grozę”, którą jednak jakiś czas temu znalazłam w zbiorku zatytułowanym „Coś na progu”. Lektura „W górach szaleństwa i innych opowieści” była więc dla mnie powrotem do znanych i w większości lubianych historii. Jednak abstrahując od kilku wyjątków utwory te nie były mi obce w innym tłumaczeniu - nieocenionego Macieja Płazy władającego dużo bogatszym słownictwem (ktoś może powiedzieć, że bardziej kwiecistym) od tłumaczy przewijających się w niniejszym wydaniu. Nie ukrywam, że wolę warsztat Macieja Płazy, ale wykazałabym się skrajną niesprawiedliwością, gdybym zdeprecjonowała omawiany zbiorek tylko dlatego, że tłumaczenie okazało się nieco słabsze. Podkreślam „nieco”, bo biorąc pod uwagę ogół polskich publikacji zagranicznych autorów to i tak jest całkiem wysoki poziom.

Gdybym miała wskazać utwór H.P. Lovecrafta, który darzę największą sympatią to wahałabym się pomiędzy „Coś na progu” a „Kolorem z przestworzy”. Oba opowiadania widnieją w omawianym zbiorku – nie mogłoby przecież zabraknąć takich arcydzieł literatury grozy w książce, która w zamyśle miała zawierać najbardziej reprezentatywne dzieła Samotnika z Providence. „Coś na progu”, tak samo zresztą jak „Piekielną ilustrację”, „Zapomniane miasto”, „Herberta Westa – Reanimatora” i „Model Pickmana” w skrócie omówiłam już w recenzji „Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne”, więc wstrzymam się od powtarzania (przestrzegam jednakże, że tytuły mogą się trochę różnić). Natomiast wyszczególniony wyżej „Kolor z przestworzy” to osadzona w wiejskich realiach, wprost emanująca atmosferą wyalienowania opowieść o rolniczej rodzinie, której dotychczasowy spokój zostaje zburzony przez meteoryt o doprawdy niezwykłych właściwościach. Lovecraft w tym utworze doszedł do perfekcji w budowaniu zagęszczającej się aury niezdefiniowanego zagrożenia, tym większej że doprawionej potężną dawką wyobcowania, wszak niepokojące zjawiska mające miejsce na farmie pięcioosobowej familii szybko skutkują ostracyzmem ze strony pozostałych mieszkańców okolicznego obszaru. W twórczości H.P. Lovecrafta można zauważyć pewną tendencję, polegającą na nadmiernym rozwlekaniu końcowych partii jego opowieści, w których to wcześniej nakreślona i z czasem znacznie zintensyfikowana groza wreszcie osiąga apogeum. W „Kolorze z przestworzy” udało mu się tego uniknąć – zamiast zdawałoby się niekończącej się, drobiazgowo wyłuszczonej ucieczki bohatera dostajemy niezwykle spektakularny pokaz morderczej siły, który skutkuje wręcz przygniatającą aurą zagrożenia spowijającą nieszczęsnych protagonistów. Od wspomnianej tendencji Lovecraft odstąpił również w dziele, które śmiało można nazwać minipowieścią – opowieści o młodzieńcu zafiksowanym na punkcie historii, który zaczyna interesować się swoim zmarłym przodkiem budzącym niegdyś lęk okolicznych mieszkańców ze względu na swoje demoniczne praktyki. „Przypadek Charlesa Dextera Warda” znamionuje, co prawda nudnawy wstęp, w którym autor pokusił się o szczegółowe opisy architektoniczne, ale cierpliwość czytelnika wkrótce zostanie nagrodzona niezwykle klimatyczną opowiastką o budzących odrazę praktykach i zatracaniu swojego „ja”, sfinalizowaną w całkiem zaskakujący sposób. W tym utworze Lovecraft obficie unaocznił swoje zamiłowanie do retrospekcji – zaglądania w przeszłe wydarzenia, które rzutują na teraźniejszość jego bohaterów, proponując nam doprawdy intrygującą historię podszytą czystym szaleństwem. Retrospektywne wstawki odgrywają prawie równie ważną rolę w „Widmie nad Innsmouth”, opowieści o mieście zamieszkiwanym przez dziwacznych osobników, którzy przez paktowanie z niewyobrażalnymi stworami sprowadzili na siebie przekleństwo. Małomiasteczkowy klimat zamkniętej społeczności skrywającej przed resztą świata jakieś odrażające sekrety, w budowaniu którego Lovecraft nie ma sobie równych, barwne opisy osobliwej anatomii członków wyklętego społeczeństwa i przewrotny finał to zdecydowanie najsilniejsze składowe tego opowiadania, właściwie gwarantujące każdemu spragnionemu mocnych wrażeń wielbicielowi horroru wprost niezapomniane wrażenia. „Widmo nad Innsmouth”, podobnie jak wiele innych tekstów zamieszczonych w tym zbiorze, jest silnie osadzone w mitologii Cthulhu, opus magnum Samotnika z Providence. Opowieściach o Wielkich Przedwiecznych (w zależności od tłumaczenia nazywanych również Wielkimi Starymi Bogami), czyli potężnych szkaradnych bytach, które przyszły na świat na długo przed pojawieniem się człowieka. Spotkałam się już z opiniami głoszącymi, że proza Lovecrafta jest monotematyczna, że wszystkie opowiadania i minipowieści tego autora cechuje denerwująca powtarzalność. Bohaterzy pojawiający się na kartach jego utworów rzeczywiście mogą irytować odarciem z indywidualności - każda pozytywna postać stworzona przez Lovecrafta upodabnia się do pozostałych, tak bardzo, że ciężko spamiętać który protagonista pojawiał się w danej opowieści. Nie zgadzam się jednak z twierdzeniem, że Lovecraft w kółko mielił ten sam motyw, bo wystarczy choćby bliżej przyjrzeć się stworzonej przez niego mitologii, aby odkryć, że cechuje ją porywająca różnorodność, że wymyślił bardzo złożone uniwersum, pełne naprawdę zróżnicowanych stworów wymykających się wyobraźni pierwszego lepszego, przeciętnego artysty. Ogólny schemat zasadzający się na konfrontacji jakiegoś nieszczęśnika z siłą niepochodzącą ze znanego nam świata może tworzyć ułudę obcowania z tym samym, ale jeśli pochylić się nad szczegółami nie sposób nie zauważyć mnogości poruszających wyobraźnię koncepcji.

Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami.
Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.”

Poza zamiłowaniem do retrospekcji H.P. Lovecrafta cechował również między innymi pociąg do motywu lokalnych legend, które to w mniejszym lub większym stopniu przewijają się w wielu jego utworach. Wyraźne echa tego zamiłowania odnajdziemy między innymi w „Przyczajonej grozie”, „Szczurach w murach”, czy „Szepczącym w ciemności” - właściwie to można śmiało założyć, że gdyby nie odniesienia do lokalnego folkloru owe opowieści straciłyby na atrakcyjności. Gdyby nie szczegółowe opisy lękliwych postaw okolicznych mieszkańców względem danego w ich mniemaniu przeklętego miejsca wymienione opowiadania nie przygniatałyby taką złowieszczością, tak obezwładniającym zwiastunem niebezpieczeństwa, makabryczne szczegóły którego, jak można się tego spodziewać, z czasem dane nam będzie zgłębić. Kolejnym często przewijającym się motywem w twórczości Samotnika z Providence jest wyprawa naukowa, celem której jest poszerzenie wiedzy ludzkości. Wydawcy „W górach szaleństwa i innych opowieści” pamiętali o zamieszczeniu historii poruszających również ten charakterystyczny dla prozy Lovecrafta wątek. Najsilniej przebija on z minipowieści „W górach szaleństwa”, która moim zdaniem natchnęła Dana Simmonsa do napisania znakomitego „Terroru”. Akcję Lovecraft umieścił na Antarktydzie, zaśnieżonym pustkowiu skrywającym pod lodem przerażające tajemnice, które na swoje nieszczęście odkrywa grupa dociekliwych naukowców. Autor z nawiązką wykorzystał dobrodziejstwa płynące z tej mroźnej, odizolowanej scenerii, przez długi czas z wprawą prawdziwego wirtuoza słowa pisanego (którym przecież był) podsycając klimat niedookreślonego zagrożenia, który z największą siłą uderzył we mnie w ustępie poświęconym implikacjom pierwszego ataku nieznanego, mającego miejsce w obozie rozbitym przez część naukowców. Wyprawa napędzana pragnieniem zgłębiania tajemnic wszechświata jest też jednym z głównych wątków „Cienia spoza czasu”, aczkolwiek w tej odsłonie nie wzbudził on we mnie porównywalnego zachwytu. Oddane w mocno onirycznej stylistyce, niezwykłe mentalne podróże głównego bohatera, w snach i wizjach, miały dla mnie jedynie taką korzyść, że przybliżały ważne detale związane z mitologią Cthulhu, bo już przystająca bardziej do fantasy niźli horroru atmosfera emanująca z kart tego opowiadania nie potrafiła zadowolić mnie w takim stopniu, jak to miało miejsce w przypadku poprzednio omówionego dziełka. Mniejszą sympatią darzę również „Przybysza”, który zauważalnie miał cały swój w zamyśle zaskakujący potencjał unaocznić w ostatniej partii. Problem w tym, że wcześniej Lovecraft nieopatrznie wyjawił tajniki swojego fortelu króciutkim, acz łatwym do zinterpretowania wtrętem. Skupiający się na opuszczonym, niszczejącym kościele, które jest siedliskiem złych mocy „Duch ciemności” w moim pojęciu wypada dużo lepiej, może dlatego, że Lovecraft położył tutaj silny nacisk na kreślenie atmosfery zagrożenia silnie promieniującej z odpychającego budynku, o którym krążą jakieś niesamowite historie, zamiast rozwodzić się przede wszystkim nad nudnawymi szczegółami wydostawania się delikwenta z zamkniętej twierdzy. Z jeszcze lepszej strony pokazał się w „Muzyce Ericha Zanna”, traktującej o skrywającym mroczną tajemnicę starszym mężczyźnie komponującym przepiękne utwory muzyczne i w opowiadaniu zatytułowanym „Zew Cthulhu”, które jak sam tytuł wskazuje jest silnie osadzone w lovecraftowskiej mitologii i dosyć szczegółowo portretuje specyfikę dziwacznego kultu, przybliża nam charakter obsesyjnych wyznawców Wielkich Przedwiecznych oddających się przerażającym praktykom oraz pewną mrożącą krew w żyłach wyprawę, która utwierdza głównego, bohatera w przekonaniu, że owe pierwotne istoty naprawdę istnieją. I cierpliwie czekają, aż czas ich niepodzielnego panowania nad wszechświatem znowu nadejdzie.

„W górach szaleństwa i inne opowieści” jest publikacją przeznaczoną głównie dla posiadających żyłkę kolekcjonerską długoletnich wielbicieli prozy H.P. Lovecrafta, parających się gromadzeniem różnych wydań utworów ich ulubionego autora oraz dla bibliofilii przywiązujących dużą wagę do estetyki wydania. Nie wolno jednak zapominać o osobach, które dotychczas nie miały okazji zapoznać się z twórczością Howarda Phillipsa Lovecrafta, bo owa publikacja wydaje się być wręcz idealną pozycją wyjściową – swoistą podróżą przez wiele bardziej wartościowych dzieł Samotnika z Providence, którą to moim zdaniem najlepiej odbyć na starcie. Jeśli zamieszczone w tym zbiorze opowiadania i minipowieści króla weird fiction nie rozbudzą czyjegoś apetytu to chyba żaden inny jego utworów już tego nie dokona. Jeśli ktoś chce się przekonać, czy jest w stanie pokochać jego prozę to proponuję właśnie to wydanie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 16 lutego 2017

„Havenhurst” (2016)

Jackie po opuszczeniu ośrodka odwykowego wynajmuje dom w starej kamienicy. Właścicielka budynku, starsza kobieta Eleanor, zapewnia ją, że będzie mogła mieszkać tutaj jak długo zechce pod warunkiem, że nie wróci do nałogu alkoholowego. Ta zasada dotyczy wszystkich lokatorów kamienicy, składających się z ludzi borykających się z różnego rodzaju zgubnymi uzależnieniami. Jackie zajmuje mieszkanie swojej przyjaciółki Danielle, której aktualnego miejsca pobytu nie jest w stanie ustalić. Kobietę na tyle niepokoi jej zniknięcie, że zwraca się z prośbą o odnalezienie Danielle do znajomego detektywa z wydziału zabójstw Tima. Wkrótce Jackie poznaje nieletnią lokatorkę kamienicy, Sarah, która daje jej do zrozumienia, że eksmisje osób powracających do nałogu nie przebiegają w typowy sposób. Tymczasem kolejni lokatorzy znikają w tajemniczych okolicznościach, co utwierdza Jackie w przekonaniu, że z tym miejscem coś jest mocno nie w porządku.

Reżyser i scenarzysta Andrew C. Erin w pełnym metrażu debiutował w 2006 roku horrorem „Jezioro Sam”. Z czasem skupił się na produkcjach telewizyjnych, tworząc między innymi takie obrazy, jak „Klinika zbrodni”, „Strzeż się sąsiada” i „Zabójczy sekret Clary”. Jeden z nowszych filmów Erina, „Havenhurst”, pierwotnie wyświetlony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes był szansą dla mało znanego twórcy na spopularyzowanie jego nazwiska, zwłaszcza, że film przedostał się do szerszego obiegu – na wielkie ekrany, aczkolwiek w ograniczonym zakresie. Jak na razie jednak nie przyciąga rzeszy zainteresowanych, co po części może być spowodowane lichą kampanią reklamową, ale nie umniejszałabym również roli recenzentów, z krytykami włącznie, wśród których znajduje się spora grupa osób niepotrafiąca dopatrzeć się żadnych dobrych stron w omawianym przedsięwzięciu Andrew C. Erina.

Z mojego punktu widzenia Andrew C. Erin popełnił w „Havenhurst” identyczny błąd, co w swoim pierwszym pełnometrażowym obrazie „Jezioro Sam”. Lata doświadczeń w branży filmowej nie pomogły mu go uniknąć, może dlatego, że poświęcił się głównie tworzeniu telewizyjnych thrillerów, uciekając od gatunku, którym zaczynał swoją karierę, a może zwyczajnie nie jest w stanie należycie wykorzystać potencjału drzemiącego w swoich filmach. Scenariusz „Havenhurst” pisał wespół z Danielem Farrandsem, między innymi współautorem scenariusza „Dziewczyny z sąsiedztwa”, produkcji opartej na głośnej powieści Jacka Ketchuma pod tym samym tytułem. I choćby już z tego powodu miało się prawo podwyższyć oczekiwania względem najnowszego tworu Andrew C. Erina, a przynajmniej oczekiwać czegoś więcej od fabuły niźli zaobserwowanej nijakości. Tak bowiem można w skrócie podsumować niniejszy projekt, chociaż początkowe sceny sugerowały coś dużo lepszego. Główną bohaterkę, Jackie, dobrze wykreowaną przez Julie Benz, poznajemy w chwili, w której opuszcza ośrodek odwykowy. Uzależniona od alkoholu kobieta jakiś czas temu była sprawczynią tragedii, którą w szczegółach scenarzyści objaśnią dużo później, aczkolwiek widz już dużo wcześniej powinien bez nadwerężania mózgownicy domyślić się jej charakteru. Kiedy Jackie wprowadza się do mrocznej kamienicy, której właścicielką jest podejrzanie przesadnie urocza starsza kobieta Eleanor, prowadząca cały interes z pomocą syna Ezry, łatwo dojść do przekonania, że fabułę zainspirowało kultowe „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Mamy bowiem starą kamienicę, w której jak wiemy z prologu (gdzie pojawia się znana fanom kina grozy Danielle Harris) dzieją się dziwne rzeczy oraz sympatyczną staruszkę, która z miejsca powinna zaalarmować każdego średnio obeznanego z kinem grozy odbiorcę, zwłaszcza wówczas, gdy wręcza nowej lokatorce do podpisania umowę wcześniej informując ją o zasadzie, której złamanie będzie skutkować natychmiastową eksmisją. W tym momencie wprost nie mogłam się oprzeć skojarzeniom z motywem cyrografu, paktu z diabłem, co z kolei kazało mi sądzić, że fabuła „Havenhurst” będzie poruszać się w ramach konwencji horroru satanistycznego. Nie miałabym twórcom za złe gdyby rzeczywiście tak było, bo nie mam nic przeciwko pospolitym rozwiązaniom fabularnym, pod warunkiem oczywiście, że wyłuszcza się je w sposób, który uważam za atrakcyjny. W tym przypadku jednak o atrakcyjności nie mogło być mowy, bo szybko okazało się, że chwytliwe miejsce akcji nie zostało należycie wykorzystane. Mroczna kamienica pełna budzących niepokój, podejrzanie się zachowujących lokatorów to wręcz wymarzona sceneria dla nastrojowego horroru, w którym na początku dominuje aura jakiejś złowieszczej tajemnicy, podsycanej zagadkowymi incydentami z udziałem bliżej nieokreślonej istoty w roli agresora i paru mieszkańców, którzy na swoje nieszczęście nie zastosowali się do warunków umowy najmu. Wydawało się więc, że wystarczy uwzględnić te wszystkie wyżej wymienione elementy, aby zagwarantować widzom kawał mocno klimatycznego kina, który miałby szansę może niekoniecznie przestraszyć dobrze zaznajomionego z horrorem odbiorcę, ale przynajmniej wprawić go w lekki niepokój wypływający z przeświadczenia, że głównej bohaterce grozi śmiertelne niebezpieczeństwo być może ze strony jakiegoś stwora niepochodzącego z tego świata. Bo tak od pewnego momentu można zapatrywać się na wydarzenia mające miejsce w mrocznej kamienicy – widzimy bowiem jakąś zamazaną postać wyrastającą za placami przerażonej ofiary, która wcale nie musi być człowiekiem. Na co wskazywałyby zagadkowe okoliczności, w jakich znikają „nieposłuszni” mieszkańcy tego budynku. Gwałtowny skręt z rzekomego horroru satanistycznego w domniemaną ghost story każe nam sądzić, że scenarzyści porwali się na mały eksperyment, swoisty miszmasz popularnych nurtów horroru, który pomijając wszystko inne miał za zadanie pogrywać sobie z oczekiwaniami odbiorców.

Mało odkrywcze, acz zachęcające do oglądania zagrywki scenarzystów zapewne wypadłyby nieporównanie lepiej gdyby poświęcono więcej czasu budowaniu dramaturgii, której w „Havenhurst” pomimo tekstowych wybiegów twórców właściwie nie było. Zdecydowanie zbyt mało miejsca poświęcono głównej bohaterce, oferując nam jedynie kilka ogólników na jej temat, które nie sprzyjały wytworzeniu silnej więzi pomiędzy Jackie i oglądającym. Ponadto wydawało się, że cały ciężar budowania klimatu zagrożenia „zrzucono na barki” miejsca akcji i zagadkowych zniknięć lokatorów – nawet nie pomyślano o wstawieniu kilku dłuższych, trzymających w napięciu sekwencji poprzedzających atak tajemniczego osobnika, stawiając na dynamiczny przebieg tego rodzaju incydentów. Mało widowiskowych, bo pozbawionych nawet tak prymitywnych zagrywek, jak jump scenki, o upiornych rekwizytach już nie wspominając, przez co szybko zacierających się w pamięci widza (może z wyjątkiem zbliżenia na odcięte palce pedofila), sprowadzonych głównie do błyskawicznych porwań nieszczęśników, osnutych gęstą ciemnością. No właśnie, na tym chyba w pojęciu Erina polega budowanie klimatu grozy – mocne przyciemnienie obrazu według niego chyba było tym, czego opinia publiczna wymaga od sekwencji poprzedzających pojawienie się agresora. Myślał chyba, że to całkowicie zrekompensuje denerwujący pośpiech cechujący dosłownie każde zagadkowe zaniknięcie danego lokatora, w moich oczach owocujący całkowitym wyjałowieniem z napięcia. Na domiar złego tak wprawnie nakreślona na początku filmu aura tajemnicy szybko wyparowała z winy samych twórców, którzy zdecydowanie zbyt wcześnie zdradzili nam istotę koszmarnego procederu mającego miejsce w wielkiej kamienicy. Wówczas to pojawia się najbardziej krwawe ujęcie przepołowionego mężczyzny, które tak na dobrą sprawę wydaje się być jedynym przebłyskiem śmiałości ze strony filmowców. Wszystko inne jest tak ugrzecznione, oddarte z emocji oraz widomego zagęszczania się klimatu zagrożenia, tak spłycone, mało charakterystyczne i pozbawione pasji, że aż człowiek zaczyna się zastanawiać, czy istnieje równie skuteczny sposób na zaprzepaszczenie potencjału drzemiącego w pomyśle wyjściowym. Tak samo, jak w „Jeziorze Sam” Andrew C. Erin zrobił wiele, aby zepsuć mi dobrze zapowiadający się seans, zresztą z pomocą scenarzysty, od którego oczekiwałam wiele dobrego, bo nie da się ukryć, że akcja z czasem wpada w taką samą nijakość, co realizacja, oferując przyjemny zryw dopiero w finale. Do tego czasu jednak przyjdzie nam zmagać się z nudnawym zgłębianiem tajemnicy budynku mieszkalnego przez Jackie i wpierającego ją Tima, której istotę notabene my sami odkryjemy dużo wcześniej. UWAGA SPOILER Przy okazji uświadamiając sobie, że scenarzyści poza wspomnianymi delikatnymi ukłonami w stronę dwóch popularnych podgatunków horroru zdecydowali się również na liźnięcie konwencji slashera KONIEC SPOILERA. Czy jednak przeprowadzili nas przez ten eksperyment na tyle poprawnie, aby zwrócić uwagę wielu długoletnich fanów kina grozy? Śmiem w to wątpić.

„Havenhurst” to w moim pojęciu kolejny bezbarwny twór będący doskonałym przykładem na to, jak łatwo dokumentnie zniszczyć dobrze zapowiadający się pomysł wyjściowy, jak łatwo zaprzepaścić potencjał przebijający z początkowych partii scenariusza. Wystarczy wyjść z błędnego założenia, że miłośnicy nastrojowych horrorów oczekują przede wszystkim gęstych ciemności i dynamicznych sekwencji bazujących na bezpośrednim zagrożeniu życia protagonistów oddanych w chwytliwych wnętrzach mrocznej kamienicy, że takie „szczególiki”, jak długie generowanie napięcia, upiorne efekty specjalne, czy sprzyjająca żywszym emocjom, intensywna aura tajemniczości obecna aż do ostatnich partii filmu nie mają dla publiczności większego znaczenia. To drugie byłabym jeszcze w stanie Andrew C. Erinowi wybaczyć, ale pozostałe uchybienia w moim pojęciu drastycznie obniżyły jakość tego obrazu, zresztą tak samo jak nudnawy rozwój akcji.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...