wtorek, 21 marca 2017

„Odwieczny wróg” (1998)

Doktor Jennifer Pailey mieszka w małym górskim miasteczku Snowfield, podczas gdy jej młodsza siostra Lisa żyje z nadużywającą alkoholu matką w Los Angeles. Chcąc spędzić trochę czasu w towarzystwie siostry, która według niej potrzebuje relaksu Jennifer postanawia ugościć Lisę w swoim domu w Snowfield. Kiedy jednak obie docierają na miejsce uświadamiają sobie, że w miasteczku wydarzyło się coś strasznego. Na ulicach nie dostrzegają żadnych przechodniów, nie słyszą niczego, co świadczyłoby o obecności kogoś jeszcze, a w domu Jennifer odnajdują ciało jej gosposi. Zaraz potem natrafiają na kolejne ciała i ich fragmenty, które sprawiają, że skłaniają się ku teorii, że mieszkańcy Snowfield padli ofiarami jakiegoś okrutnego maniaka. To nie wyjaśnia jednak wszystkich dziwacznych okoliczności ich śmierci, które siostry Pailey stopniowo odkrywają w towarzystwie szeryfa Bryce'a Hammonda i jego zastępcy Stuarta Wargle'a, jak się wydaje jedynych mieszkańców miasteczka, którym udało się ujść z życiem pod nieobecność Jennifer. Jeszcze tego samego wieczora dostają oni dowody bytowania w tym miejscu jakiejś pradawnej istoty, która stara się zmusić ich do sprowadzenia doktora Timothy'ego Flyte'a, aktualnie zajmującego się pisaniem niestworzonych historii publikowanych na łamach brukowca.

„Odwieczny wróg” to amerykańsko-japońska adaptacja powieści Deana Koontza pierwotnie opublikowanej w 1983 roku. I splagiatowanej (we fragmentach, nie w całości) przez Dawn Pauline Dunn i Susan Hartzell w ich dwóch wspólnych utworach, które po interwencji prawnej ze strony zespołu reprezentującego Koontza wydawnictwo wycofało ze sprzedaży. Swoją drogą to nie jedyny raz, kiedy skradziono coś z artystycznego dorobku Deana Koontza – w „Bladym strachu” Alexandre Aja odnajdziemy wszak wiele podobieństw do „Intensywności” autorstwa tego pierwszego. Film „Odwieczny wróg” wyreżyserowany przez Joego Chappelle'a plagiatem nie jest – to oficjalna adaptacja, przy której w roli scenarzysty pracował sam twórca literackiego pierwowzoru, Dean Koontz, którego wkład swoją drogą rozczarował niejednego wielbiciela jego prozy. Niektórzy miłośnicy powieściowej wersji nie byli w stanie wybaczyć Koontzowi licznych modyfikacji i uproszczeń, ubolewając również nad tym, że opuścił co poniektóre według nich znaczące wątki tej opowieści. „Odwieczny wróg” miał być wszak adaptacją, nie ekranizacją, a takowe na ogół cieszą się mniejszym uznaniem osób zaznajomionych z ich archetypami. Mnie ten trend nie dotyczy, dlatego też potrafię spoglądać łaskawszym okiem na omawiane przedsięwzięcie Joego Chappelle'a.

Wstępne sekwencje „Odwiecznego wroga” to jedne z najbardziej klimatycznych i trzymających w napięciu ustępów, jakie dotychczas miałam okazję zobaczyć na ekranie, choć oczywiście w książkowej wersji efekt jest jeszcze bardziej piorunujący. Scenariusz Deana Koontza tak samo jak książka, na kanwie której powstał, niemalże od razu wrzuca nas w sam środek koszmaru. Po króciótkim wprowadzeniu w akcję odbywającemu się w samochodzie doktor Jennifer Pailey, w którym oprócz niej znajduje się również jej młodsza siostra Lisa scenarzysta niezwłocznie przechodzi do problematyki stricte horrorowej. Kiedy kobiety docierają do malowniczego Snowfield usytuowanego w górach widz nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że to wymarłe miejsce, jeszcze zanim jego oczom ukaże się pierwsze ciało. Tak samo jak chociażby w „Desperacji”, czy „Dzieciach kukurydzy” Stephena Kinga to miejsce spowija iście przytłaczająca cisza. Potęgowana brakiem choćby jednej żywej istoty, która przechadzałaby się po wąskich uliczkach i przymglonym wczesnozimowym czy też późnojesiennym światłem zalegającym nad tym odizolowanym od większych skupisk ludzkich zakątkiem. Gdy zadowalająco wykreowane przez Joannę Going i Rose McGowan siostry Pailey docierają do domu tej starszej (Jennifer) znajdują ciało gosposi spoczywające na podłodze. Szybkie obejście okolicy owocuje jeszcze bardziej przerażającymi oznakami krwawej działalności jakiejś mocno zaburzonej jednostki, której próbkę twórcy filmu prezentują nam z zachowaniem wszelkich zasad budowania napięcia i generowania niemalże ściskającej krtań gęstej aury niezdefiniowanego zagrożenia. Mroczna kolorystyka i nastrojowa ścieżka dźwiękowa akompaniująca niepokojącej wędrówce sióstr przez skrawek wymarłego Snowfield intensyfikuje grozę jeszcze bardziej niż ich makabryczne znaleziska. Co wcale nie oznacza, że siła ich rażenia jest znikoma, bo nie dość, że twórcy idealnie wyliczyli w czasie chwile, w których ich pojawienie się z punktu widzenia widza łaknącego mocnych wrażeń będzie najskuteczniejsze to w dodatku wykorzystano bardzo realistyczne rekwizyty, wyobrażające odcięte dłonie zaciśnięte na wałku do ciasta, czy głowy z nagła wpadające do piekarnika. I oczywiście ciała co poniektórych mieszkańców Snowfield, wyglądające tak jakby niewiele im brakowało do zaawansowanego stadium rozkładu. Wydawać by się mogło, że gdy na planie pojawi się dwóch przedstawicieli organów ścigania, tj. miejscowy szeryf Bryce Hammond w wykonaniu nieco „usztywnionego” Bena Afflecka i jego zastępca Stuart Wargle, w doskonałym stylu wykreowany przez Lieva Schreibera, złowroga atmosfera spowijająca miejsce akcji momentalnie wyparuje. Obecność uzbrojonych, wyszkolonych osobników nie obniża jednak w drastyczny sposób niepokojącej siły przekazu, co najwyżej odrobinę ją łagodzi. Aczkolwiek z całą pewnością nie w scenie rozgrywającej się w tutejszym zajeździe, gdzie z pokoju na piętrze nagle rozbrzmiewa stary szlagier tym samym alarmując aktualnie przebywających na parterze bohaterów filmu. Z następującej zaraz potem wędrówki po schodach i wąskim korytarzu emanuje nieznośne wręcz napięcie podsycane skąpym oświetleniem, które nie rozprasza zalegającej w licznych kątach złowrogiej ciemności. Obejście piętra skutkuje konfrontacją z kolejną zagadką, której na pierwszy rzut oka nijak nie można racjonalnie wytłumaczyć. Otóż, bohaterowie wchodzą do zamkniętego od wewnątrz pokoju bez okiem, z którego jakimś cudem zniknęła kobieta, wcześniej zostawiając na lustrze napisaną szminką wiadomość brzmiącą: „Timothy Flyte odwieczny wróg”. Innymi słowy mamy do czynienia z sytuacją rodem z przygód Sherlocka Holmesa (tajemnicą zamkniętego pomieszczenia), tym bardziej zagadkową, że doprawioną informacją, iż sprawca tej całej rzezi potrafi niezauważony przez nikogo podrzucać i wykradać ciała i ich fragmenty niemalże sprzed nosa patrzących. I wykazuje niezrozumiałe zamiłowanie do wyciągania z wnętrza swoich ofiar urządzeń medycznych. Żeby tego było mało potrafi powoływać do życia fantomy – zjawy wyobrażające zamordowane przez niego osoby, które mają nieprzyjemny zwyczaj nagłego wyrastania za plecami ostałych przy życiu bohaterów. Moim zdaniem zdecydowanie najlepszą sekwencją z udziałem takiego fantomu jest incydent w toalecie, kiedy to obok Lisy widmo pojawia się w idealnie wyliczonym, najmniej spodziewanym ułamku sekundy, wymuszając na odbiorcy mimowolne poderwanie się z fotela.

Po tym wszystkim, co napisałam wyżej wydawać by się mogło, że jestem wprost zachwycona filmową wersją „Odwiecznego wroga”, że Joe Chappelle z pomocą swojej ekipy dokonał czegoś nadzwyczajnego. Tak różowo jednak nie jest, choć pierwsza mniej więcej połowa seansu szafuje samymi superlatywami to dalsze minuty już mocno odstają od wysokiego poziomu wcześniejszych sekwencji. Powodem tego jest znaczne zdynamizowanie akcji podlanej sporą dawką efekciarstwa kosztem napięcia i atmosfery podskórnej, przyczajonej grozy. Gdybym miała zgadywać to powiedziałabym, że twórcy adaptacji „Odwiecznego wroga” czerpali inspirację z ponadczasowego „Coś” Johna Carpentera. Oślizgłe macki, szlamowate organizmy pełne niezdrowo się prezentujących guzowatych narośli płynnie zmieniające swój kształt nie były jeszcze dla mnie tak jednoznacznym wyznacznikiem takowej inspiracji, bo już choćby H.P. Lovecraft na kartach swoich utworów chętnie odmalowywał zbliżone anatomicznie maszkary, które notabene w lwiej części oddano na ekranie z poszanowaniem wysokiego stopnia wiarygodności, aczkolwiek z denerwującą minimalizacją mocno krwawych wstawek. I co jeszcze gorsze bez uprzedniego należycie rozbudowanego w czasie pełnego napięcia wprowadzenia w dany atak pradawnej istoty. Nie zmienia to jednak faktu, że żywe opisy poczynione ręką Deana Koontza na kartach jego powieści odmalowywały w wyobraźni czytelnika nieporównanie bardziej niepokojące wizje, że pomimo dużej dbałości o realistyczny wygląd Odwiecznego Wroga i poddawanych licznym dziwacznym metamorfozom fantomów pilnujących bohaterów filmu, twórcom efektów specjalnych nawet nie udało się zbliżyć do owoców upiornej wyobraźni autora. A przynajmniej nie do tych, które ja sobie wyobrażałam podczas lektury tej jednej z najlepszych powieści jego autorstwa spośród tych, które dane mi było do tej pory przeczytać. Wracając jednak do mojej wcześniejszej myśli na temat domniemanej inspiracji twórców „Odwiecznego wroga” - na ten trop naprowadził mnie fantomowy pies, w ciele którego zalęgła się cząstka Odwiecznego Wroga. Wielki miłośnik tych czworonogów jakim bez wątpienia jest Dean Koontz zdążył już przyzwyczaić swoich fanów do częstego czynienia z nich bohaterów swoich utworów. Nie inaczej było w scenariuszu „Odwiecznego wroga” jego autorstwa, przy czym akurat w tym przypadku wydawał się pozostawać pod silnym wpływem najgłośniejszego horroru Johna Carpentera, choć mogę się mylić. Czy uważam, że przemawia to na niekorzyść tego obrazu? Wprost przeciwnie: myślę, że to całkiem zgrabny ukłon w stronę tego zjawiskowego dzieła, bez względu na to czy zamierzony, czy też zupełnie przypadkowy. Szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o całościowym kształcie dynamicznych wstawek zaserwowanych w dalszych partiach filmu. Ubolewam, że praktyczne efekty specjalne wtłoczono wówczas w całość bez większego poszanowania napięcia, bo choć ciemna kolorystyka obrazu została zachowana, a i większość rekwizytów prezentowała się bardzo przekonująco to niemalże wszystkie pojawiające się wówczas ujęcia w porównaniu do diablo klimatycznych wcześniejszych ustępów wydają się oddarte z emocji. Każda bardziej dosadna wstawka emanuje przede wszystkim chaotycznym efekciarstwem, zamiast jak można by tego oczekiwać po obejrzeniu pierwszej połowy filmu najczystszą grozą i szarpiącym nerwy nagromadzeniem potężnego napięcia. Nie dlatego, żeby sama w sobie jawiła się sztucznie tylko głównie przez wzgląd na rażące zaniedbanie przez twórców emocjonalnej płaszczyzny produkcji, zepchnięcie wszystkiego innego niemalże poza nawias. Abstrahując rzecz jasna od wizualizacji Odwiecznego Wroga w całej jego przekoloryzowanej okazałości, która w końcowej partii dosłownie poraża budzącą skrajny niesmak sztucznością.

„Odwieczny wróg”, horror science fiction w reżyserii Joego Chappelle'a na podstawie scenariusza Deana Koontza opartego z kolei na kanwie jego własnej powieści, jak dla mnie mógł być jednym z najlepszych reprezentantów tego gatunku, gdyby tylko twórcy powściągnęli swoje efekciarskie zacięcie. Albo chociaż więcej uwagi poświęcili koegzystencji klimatu i napięcia z bardziej dosadnymi wstawkami. Pierwsza mniej więcej połowa seansu, nie przesadzając, skradła moje serce, ale już nazbyt dynamiczny rozwój akcji mocno rozczarowuje. Nie deprecjonuje jednak całości, nie skutkuje moim negatywnym zapatrywaniem na ten obraz. Mimo wszystko uważam, że to całkiem zacna produkcja, godna polecenia przede wszystkim tym fanom horrorów science fiction, którzy albo nie znają literackiego pierwowzoru, albo nie mają nic przeciwko licznym modyfikacjom tekstowym. Niemniej z całą pewnością efekt mógł być nieporównanie lepszy...

niedziela, 19 marca 2017

Zapowiedź: Stephen King, Owen King „Sleeping Beauties”

(Źródło: https://twitter.com/waterstonesmorp)

„Co by było, gdyby świat został pozbawiony kobiet?” - między innymi takie pytanie zadawali sobie Stephen King i jego syn Owen pracując nad swoim wspólnym projektem. Powieść zatytułowana „Sleeping Beauties” ma ukazać się w Stanach Zjednoczonych 26 września 2017 roku i liczyć sobie ponad siedemset stron. Data polskiego wydania nie jest jeszcze znana. Poniżej przytaczam skrótowy opis fabuły zamieszczony na polskiej stronie internetowej poświęconej Stephenowi Kingowi. Swoją drogą przebija z tego delikatna inspiracja „Inwazją porywaczy ciał” - cóż, mam nadzieję, że polscy wydawcy nie będą zwlekać i już jesienią dowiem się, czy moje podejrzenia były słuszne.

Opis fabuły: Spektakularna współpraca ojca z synem, Stephena Kinga i Owena Kinga to opowieść o tym co by się stało gdyby kobiety zniknęły ze świata mężczyzn. W przyszłości tak nieodległej, że mogłoby to być teraz coś dziwnego dzieje się z kobietami idącymi spać – ich ciała pokrywa cieniutki kokon. Jeśli się przebudzą lub kokon zostanie naruszony, kobiety staną się niezwykle agresywne, ale jeśli będą spały, przeniosą się w inne miejsce... Mężczyźni zostają sami, zostawieni na łaskę swych coraz bardziej pierwotnych zachowań. Jednak jedna kobieta, tajemnicza Evie, okazuje się odporną na błogosławieństwo czy też przekleństwo jakim jest choroba snu. Czy Evie to medyczna anomalia, którą można zbadać czy może demon, którego trzeba zgładzić? Umiejscowiona w małym miasteczku, gdzie głównym pracodawcą jest więzienie dla kobiet, powieść „Sleeping Beauties” to prowokująca, absorbująca kolaboracja Stephena i Owena Kingów.” Źródło: http://stephenking.pl/

sobota, 18 marca 2017

„Lavender” (2016)

W październiku 1985 roku mała Jane straciła rodziców i siostrę. Była w domu w czasie ich śmierci, ale całkowicie wyparła z pamięci ten zbrodniczy akt, podobnie jak wszystko inne co miało związek z jej rodziną. Teraz, w dorosłym życiu, Jane zajmuje się fotografowaniem domów, równocześnie wychowując córkę Alice wraz ze swoim mężem Alanem. Pewnego dnia kobieta ma wypadek samochodowy, na skutek którego traci wiele wspomnień. Psychiatra doradza jej podróż do rodzinnego domu, przekonując, że pobyt w tym miejscu może przywrócić jej pamięć. Jane wraz z mężem i córką wyrusza więc do małego domku usytuowanego w zacisznej okolicy w pobliżu pola kukurydzy, uprawianej przez jej wujka Patricka, o istnieniu którego dopiero niedawno się dowiedziała. Tymczasowe zamieszkanie w miejscu, w którym przed laty zginęła jej rodzina nie jest dla niej łatwe, ale prawdziwe kłopoty zaczynają się dopiero wówczas, gdy Jane zaczyna czy to konfrontować się z dotychczas blokowanymi wspomnieniami, czy może duszami bliskich nawiedzającymi to miejsce.

Kanadyjsko-amerykański film pt. „Lavender” w reżyserii Eda Gassa-Donnelly'ego, twórcy między innymi sequela „Ostatniego egzorcyzmu” w 2016 roku był pokazywany głównie na festiwalach, w 2017 roku zaś pojawił się w amerykańskiej telewizji i na platformie VOD. Choć scenariusz autorstwa Colina Frizzella i Eda Gassa-Donnelly'ego nawiązuje do konwencji ghost story, a i narracja, jaką obrali twórcy zauważalnie zmierza w stronę prób zaniepokojenia odbiorców, „Lavender” oficjalnie sklasyfikowano jako dramat, thriller. Nie mam bladego pojęcia dlaczego – dla mnie to czysty horror, jakościowo może nie najwyższej próby, ale na tle sobie podobnych nastrojówek z ostatnich lat w mojej ocenie i tak wyróżnia się na plus. Przy czym uczciwie muszę zaznaczyć, że moja ocena jak na tę chwilę plasuje się w zdecydowanej mniejszości. 
 
Już jakiś czas temu zauważyłam, że współcześni twórcy kina grozy coraz częściej odchodzą od dynamizmu i plastikowego efekciarstwa na rzecz swoistego powrotu do korzeni gatunku. To znaczy celowego spowalniania akcji w celu zmuszenia odbiorcy do wzmożonego skupienia na fabule, znacznego ograniczenia roli twórców efektów specjalnych i pozostawiania większego pola do popisu dla operatorów, oświetleniowców i dźwiękowców, na barkach których spoczywa największy ciężar gatunkowy. To przede wszystkim oni, a nie twórcy efektów specjalnych mają dostarczać ludziom takich wrażeń, jakich oczekują od kina grozy. Choć prawdę powiedziawszy we współczesnym świecie takie podejście do horroru na ogół spotyka się z mniejszą przychylnością masowych odbiorców niźli wysokobudżetowe efekciarskie twory tak namiętnie wyświetlane na wielkich ekranach. Więc można chyba powiedzieć, że filmowcy, którzy decydują się stworzyć coś nieporównanie bardziej stonowanego wykazują się sporą odwagą. I bądź co bądź poszanowaniem takich odbiorców, jak ja – zmęczonych bzdurnym efekciarstwem, wszędobylskim plastikiem i zawrotnym tempem akcji. „Lavender” Eda Gassa-Donnelly'ego jest właśnie wynikiem takiego minimalistycznego spojrzenia na kino grozy, dlatego też nie zdumiewają mnie skrajnie negatywne reakcje tak wielu widzów. Wzmożona krytyka z ich strony z całą pewnością bierze się również z samej historii, która do odkrywczych bez wątpienia nie należy. Właściwie to jest tak pospolita, że bardziej już chyba nie można, a jak wiadomo istnieje spora grupa widzów, której skończyła się już cierpliwość do konwencjonalnych opowiastek z dreszczykiem, którzy szukają oryginalnych rozwiązań fabularnych, a nie bezustannego powielenia pomysłów innych. Ja na szczęście wciąż potrafię się radować na widok wielu wyświechtanych motywów, pod warunkiem oczywiście, że zostają wyłuszczone w jakimś preferowanym przeze mnie stylu i z taką właśnie sytuacją miałam do czynienia w przypadku „Lavender”. Już na początku seansu uwidacznia się wielka rola dźwiękowców w budowaniu złowrogiej otoczki omawianego obrazu – ilekroć w tle rozbrzmiewają dudniące, diablo klimatyczne tony widz ma poczucie nieuchronnego zbliżania się jakiejś nieokreślonej tragedii, choć na ekranie nieczęsto dostrzega coś, co dobitnie by na to wskazywało. Małe białe pudełeczka przewiązane czerwoną wstążką podrzucane Jane przez jakiegoś niezidentyfikowanego osobnika, zawierające drobne przedmioty nawiązujące do jej dzieciństwa ze szczególnym wskazaniem na przedwczesną śmierć jej najbliższych to we wstępnej partii filmu jedna z wyraźniejszych oznak tego, że główna bohaterka stanęła u progu tajemnicy, która może mieć dla niej opłakane skutki. Druga takowa złowieszcza sekwencja ma miejsce w okolicach niewielkiego opuszczonego domku stojącego w pobliżu pola kukurydzy, który tak ją intryguje, że postanawia uwiecznić go na zdjęciach. Przy czym wówczas „pierwsze skrzypce” powierzono dźwiękowcom, którzy to samą muzyką tworzą taki dramatyzm, że człowiek momentalnie napina wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na rychłe pojawienie się jakiejś maszkary dotychczas ukrywającej się wśród kukurydzy. Powolne wręcz leniwe zawiązywanie całej złowieszczej intrygi łącznie z częstym statecznym portretowaniem wściekle zielonych krajobrazów rozciągających się pod śnieżnobiałym niebem może zniecierpliwić co poniektórych widzów, ale wydaje mi się, że znajdzie się również kilku osobników, którzy docenią cierpliwość filmowców. Bo w moich oczach nieśpieszny rozwój fabuły ułatwiał pełną koncentrację nad należycie złowrogą oprawą audiowizualną zręcznie podsycaną nutką tajemnicy, która wyrasta z krwawego wydarzenia mającego miejsce na rodzinnej farmie Jane w 1985 roku.

Przewodni wątek „Lavender” rozpoczyna się tuż po wypadku samochodowym z udziałem Jane, na skutek którego traci prawie wszystkie wspomnienia. Nie poznaje nawet swojego męża Alana i córeczki Alice, choć już w szpitalu doświadcza jakichś przebłysków, które dają nadzieję na odzyskanie przynajmniej większości wspomnień. Żeby wspomóc ten proces, za radą psychiatry (w tej roli znany wielbicielom kina grozy z między innymi „Smakosza” Justin Long), decyduje się na pobyt w odziedziczonym po biologicznych rodzicach niepozornym domku, który już parę dni wcześniej zwrócił jej uwagę, ale wówczas jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że niegdyś w nim mieszkała. W 1985 roku zginęła w nim jej najbliższa rodzina – tylko Jane udało się ujść z życiem, ale szybko wyparła z pamięci nie tylko ten zbrodniczy akt, ale również wszystko inne co wydarzyło się wcześniej. Teraz główna bohaterka „Lavender” (w którą z takim sobie skutkiem wcieliła się Abbie Cornish) zmaga się z problemem kolejnych może nie tyle utraconych, co zablokowanych wspomnień. I żeby je odzyskać postanawia skonfrontować się z przeszłością, co biorąc pod uwagę fakt, że istnieją drobne przesłanki wskazujące na to, że to właśnie Jane mogła w jakiś sposób przyczynić się do śmierci swoich najbliższych, jest wielce ryzykowne. Jeszcze większe niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy kobieta zaczyna świadkować niepokojącym zjawiskom zachodzącym w jej rodzinnym domu, z których najwidoczniej zdaje sobie sprawę również jej córeczka Alice. W ten oto sposób scenarzyści naświetlają nam jeden z bardziej znanych motywów wszelkiego rodzaju straszaków – dostajemy opowieść najszerzej poruszającą się w ramach konwencji ghost story, ale starającą się zdezorientować odbiorcę odniesieniami do horroru psychologicznego poprzez aluzje do tego, że wszystko co widzimy może rozgrywać się jedynie w głowie głównej bohaterki. Może być tylko częścią procesu odzyskiwania wspomnień, a nie dowodem nawiedzenia odziedziczonego przez nią skromnego domku. Nie miałam żadnych problemów z rozszyfrowaniem właściwej natury zjawisk zachodzących w tym miejscu, bo scenarzyści podrzucili zdecydowanie zbyt dużo wiele mówiących tropów – udało mi się nawet dojść do prawdy (choć nie we wszystkich szczegółach) na temat tragedii z 1985 roku na długo przed Jane, ale ta duża przewidywalność (tylko jeden zwrot mnie zaskoczył) nie wpłynęła negatywnie na mój ogólny odbiór „Lavender”. Ten mankament zrekompensowała mi wszak konsekwencja twórców w budowaniu klimatu – należycie mrocznego wewnątrz feralnego domku pełnego zakurzonych, starych przedmiotów i często jeszcze bardziej trzymającego w napięciu w scenkach rozgrywających się na polu kukurydzy i w obskurnej stodole. Przy czym złowieszczy wydźwięk sekwencji mających miejsce na podwórzu wydawał mi się jednym z największych osiągnięć twórców, bo naprawdę niełatwo jest wytworzyć tak wyrazistą atmosferę zewsząd czającej się grozy w ujęciach zrobionych w pełnym świetle dziennym. Muszę pochwalić również wszystkie manifestacje zmarłej siostry Jane, zwłaszcza moment, w którym biegnie na czworakach w kierunku przerażonej kobieta sfinalizowany mocnym uderzeniem w szafie, kiedy to zza ubrań nagle wyskakuje jej ręka. Niby nic nadzwyczajnego, szczególnie, że twórcy nie uznali za stosowne zadbać o zdecydowanie upiorne oblicze duszka (projekcji umysłu) dręczącego Jane, ale maksymalna dbałość o napięcie i mroczną oprawę wizualną wespół z idealnym wyliczeniem w czasie momentów pojawienia się małej dziewczynki, która umarła w 1985 roku sprawiły, że owe ujęcia szczytowej grozy zadziałały na mnie mocniej (nie straszyły raczej wprawiały w swoisty dyskomfort emocjonalny) niż najbardziej wymyślne charakteryzacje, którymi zwykło nas raczyć tak wielu współczesnych twórców horrorów.

„Lavender” to zdecydowanie jeden z lepszych współczesnych horrorów nastrojowych, jakie dane mi było obejrzeć w ostatnim czasie. Zamiast irytującego plastiku, niszczącego wszelkie zalążki klimatu nadmiernego pośpiechu w wyłuszczaniu całej intrygi i przesadnego efekciarstwa dostałam kawałek naprawdę nastrojowego, minimalistycznego kina grozy, który nie traktuje fabuły jako pretekstu do popisywania się nowoczesną technologią i „teledyskowym montażem”. Sama opowieść jest mocno konwencjonalna i nie ukrywając bardzo przewidywalna, ale sposób w jaki Ed Gass-Donnelly do niej podszedł zrekompensował mi to drugie. A pierwsze? No cóż, wespół z Colinem Frizzellem wykorzystał motywy, które lubię, więc nie zamierzam się za to gniewać. Inaczej sprawa będzie się zapewne przedstawiała z być może większością widzów, którzy sięgną po tę produkcję, bo to tego rodzaju kino, które nie stara się dostosować do aktualnych trendów, a i na gruncie fabularnym nie pokazuje praktycznie niczego, czego fani kina grozy jeszcze by nie widzieli, więc osoby, które cenią sobie oryginalność również mogą poczuć się mocno zawiedzeni.

piątek, 17 marca 2017

Ove Logmansbo „Prom”

Podczas swojego dziewiczego rejsu prom Morgenrode zatrzymuje się na wodach przybrzeżnych Wysp Owczych. Na pokładzie znajduje się duńska policjantka Katrine Ellegaard, która za parę dni oficjalnie przestanie pełnić służbę. Szybko okazuje się, że prom został przejęty przez terrorystów, którzy grożą zdetonowaniem ładunku wybuchowego, jeśli władze nie spełnią ich żądań. Hallbjorn Olsen, Farer, z którym Katrine zaczęła układać sobie wspólne życie zostaje tymczasem wtajemniczony w śledztwo prowadzone przez tutejszą policję. Niezidentyfikowany mężczyzna padł ofiarą okrutnego morderstwa, które może mieć związek z porwaniem promu przez zamachowców. Przedmiot, który znaleziono na miejscu zbrodni wskazuje na to, że sytuacja jest dużo poważniejsza niż zakładano, że terroryści mogą sprowadzić śmierć nie tylko na pasażerów i załogę Morgenrode. Olsen decyduje się wspomóc farerskie i duńskie organy ścigania, a Ellegaard tymczasem próbuje znaleźć sposób na przechytrzenie zamachowców poprzez odpowiednie działania na pokładzie.

Jakiś czas temu Polskę obiegła wiadomość, że Ove Logmansbo to pseudonim znanego pisarza Remigiusza Mroza, nie zaś personalia początkującego autora pochodzącego z Wysp Owczych, jak przez dłuższy czas utrzymywali wydawcy i sam pisarz. Mróz wyznał, że nigdy nie był na Wyspach Owczych, a swoją trylogię stworzył głównie w oparciu o różnego rodzaju materiały przybliżające mu tamtejsze realia i że wydawcę wtajemniczył w swój plan dopiero wówczas, gdy jego tekst został zaaprobowany. Takie zagrywki nie są żadnym novum w światku literackim, zresztą Mróz przyznał, że zainspirowały go posunięcia kilku znanych pisarzy, a kierowało nim pragnienie chwilowego postawienia się na miejscu debiutantów. Tak więc wszystko co napisałam o autorze trylogii z Wysp Owczych przy okazji recenzji dwóch pierwszych tomów zatytułowanych „Enklawa” i „Połów” jest z gruntu fałszywe i dowodzi tego, że padłam ofiarą zwykłego podstępu. Tak samo, jak wielu innych odbiorców niniejszych pozycji.

Wszystko wskazuje na to, że „Prom” jest ostatnią publikacją Ove Logmansbo, a przynajmniej ostatnią książką wchodzącą w skład cyklu o Katrine Ellegaard i Hallbjornie Olsenie. Remigiusz Mróz zamierza chyba poprzestać na trylogii, co patrząc na poziom niektórych wielotomowych literackich serii kryminalnych, które po znakomitym początku notują drastyczny spadek jakościowy, wydaje się całkiem mądrym posunięciem. Z drugiej jednak strony chciałoby się trochę dłużej potowarzyszyć duńskiej policjantce Katrine Ellegaard i Farerowi Hallbjornowi Olsenowi mierzącym się z różnego rodzaju zbrodniami mającymi miejsce w tym zacisznym zakątku świata, jakim są chłodne, malownicze Wyspy Owcze. „Enklawa”, „Połów” i „Prom” jak się okazało zostały napisane przez Polaka zainspirowanego skandynawskimi kryminałami, który w moim pojęciu niczym nie odstawał od wielu swoich kolegów po piórze z tego regionu Europy. A nawet przebił większość tamtejszych znanych mi autorów. Nie podejrzewałam, że kiedykolwiek to powiem (napiszę) o moim rodzimym współczesnym autorze kryminałów, ale jestem dumna z dokonania rodaka, bo doprawdy niełatwe jest tak znakomite odwzorowanie atmosfery kryminalnej literatury z Europy Północnej, gdy wychowało się w polskich realiach, a jeszcze trudniej jest zaprezentować moim zdaniem wyższy poziom od paru swoich inspiratorów. Gdyby w moje ręce nie trafiła trylogia z Wysp Owczych powiedziałabym, że to niemożliwe, upierałabym się, że żaden polski pisarz nigdy nawet nie zbliży się do fenomenu skandynawskiej prozy kryminalnej. Mogłabym się o to wręcz założyć i jak widać przegrałabym z kretesem, bo Remigiusz Mróz dobitnie udowodnił, że trwałam w całkowicie błędnym przekonaniu. Zakładając, że „Prom” to ostatnia część cyklu z Wysp Owczych (zakładając, bo wieloletnie obcowanie z tego typu literaturą nauczyło mnie, żeby z rezerwą podchodzić do wszelkich aluzji odnośnie zakończenia serii) muszę przyznać, że to godne ukoronowanie tego przedsięwzięcia Remigiusza Mroza. Być może po raz ostatni jako Ove Logmansbo, poczytny polski pisarz w „Promie” zaserwował swoim czytelnikom prawdziwe apogeum napięcia, nieco odchodząc od estetyki „Enklawy” i „Połowu”. W poprzednich tomach sporo miejsca poświęcał płaszczyźnie dramatycznej, nie szczędząc kompleksowych opisów kluczowych postaci – ich charakterów, kłębiących się w nich emocji i dosyć szczegółowych przemyśleń. Tymczasem w „Promie” skupił się przede wszystkim na właściwie nieustającej akcji, bo i nie musiał już dokładnie zaznajamiać nas z czołowymi bohaterami, skoro tak wyczerpująco uczynił to w dwóch poprzednich odsłonach trylogii. Osobom niezaznajomionym z „Enklawą” i „Połowem” rysy psychologiczne poszczególnych postaci mogą wydawać się nazbyt szczątkowe, pozostali natomiast powinni odebrać tę pozycję, jako wielce pasjonujące zwieńczenie niebezpiecznych przygód doskonale znanych im bohaterów. Dlatego też przed zapoznaniem się z „Promem” doradzam sięgnięcie po poprzednie książki wchodzące w skład tej trylogii, bo najprawdopodobniej wówczas znacznie zintensyfikują swoje wrażenia z lektury omawianej publikacji. Zimny, tajemniczy klimat Wysp Owczych, swoista aura pozornie spokojnej enklawy pod powierzchnią której czai się jakaś poważna groźba, została w pełni zachowana. Ove Logmansbo nie zrezygnował z podtrzymywania tej hipnotyzującej atmosfery, aczkolwiek nasycił ją dużo bardziej zawrotną akcją niźli miało to miejsce w „Enklawie” i „Połowie”. Intryga rozsnuta na kartach „Promu” ma kilka etapów, z których każdy kolejny następuje tuż po mniej lub bardziej zaskakującym zwrocie akcji, coraz bardziej utwierdzając nas w przekonaniu, że nic nie jest tak oczywiste, jak wydawało się na początku.

I to stanowiło smutną kwintesencję dzisiejszego świata […] Nie potrzeba było już ładunków wybuchowych, aby wysadzić wszystko w powietrze. Wystarczyło uprawdopodobnić ich istnienie. Wystarczył strach.”

Fabułę „Promu” zawiązuje zajęcie tytułowego środka transportu przez terrorystów. Na pokładzie znajduje się szacunkowo ponad tysiąc pasażerów, w tym doskonale znana czytelnikom Ove Logmansbo duńska policjantka Katrine Ellegaard. Porywacze starają się zmusić władze do spełnienia ich żądań wykorzystując do tego celu groźbę detonacji ładunku wybuchowego umieszczonego na pokładzie. Sytuacja komplikuje się z chwilą odnalezienia na Farojach zmasakrowanych zwłok mężczyzny, przy których zostaje odnaleziony przedmiot każący domniemywać, że porwanie promu ma jakiś związek z Camp Century amerykańską bazą badawczą funkcjonującą niegdyś w Grenlandii. Ove Logmansbo szybko przechodzi do pierwszego zwrotu akcji mającego miejsce na promie, tym samym sygnalizując czytelnikowi, że skonfrontuje go z iście przewrotną opowieścią, w której dosłownie wszystko może się wydarzyć. Po czym niemalże niezwłocznie przystępuje do spełniania tej obietnicy. W „Promie” nie znajdziemy żadnych półśrodków, żadnych przejawów tchórzliwości, czy usilnych prób złagodzenia siły przekazu. Remigiusz Mróz publikujący pod pseudonimem Ove Logmansbo może i przywiązał się do Katrine Ellegaard i Hallbjorna Olsena, może i zależało mu na ich losie, ale to nie powstrzymało go przed wrzuceniem obojga w sam środek koszmaru o sile, z którą nigdy wcześniej się nie spotkali. Autor nie cofa się przed niczym w swoich dążeniach do ogłuszania czytelnika coraz to większymi okrucieństwami do jakich tylko zdolny jest człowiek. Nie boi się rozbudzać w odbiorcach, którzy do tego czasu bardzo zżyli się z głównymi bohaterami trylogii z Wysp Owczych, skrajnego wzburzenia „na widok” losu, jaki ich spotyka. Pokazuje tym samym, że potrafi tworzyć bezkompromisowe historie, których wstrząsający wydźwięk jest równie ważny co złożona, skomplikowana intryga owiana gęstą aurą uwierającej wręcz tajemniczości. Logmansbo na kartach „Promu” prezentuje nam osobników, którzy nie cofną się przed niczym, aby dopiąć swego, którzy nie mają litości absolutnie dla nikogo – właściwie już pierwsza wprowadzająca we właściwą akcję partia powieści każe przypuszczać, że w tej historii nie będzie żadnych kompromisów, że autor nie jest zainteresowany podtrzymywaniem czytelnika na duchu, poklepywaniem go po plecach i mówieniem, że wszystko skończy się dobrze. Nie, on pragnie sponiewierać swoich bohaterów i czyni to w doprawdy emocjonującym stylu. Równocześnie dbając o logiczny, w pełni przemyślany przebieg śledztwa z udziałem Hallbjorna Olsena, który za sprawą kilku diablo złowieszczych akcentów i zdumiewających zwrotów akcji nieustannie trzyma czytelnika w paszczy nieznośnego napięcia, a w ostatnich etapach praktycznie przykleja go do stronic powieści. Dzieje uwięzionej na promie zawłaszczonym przez zamachowców Katrine Ellegaard i kilku innych pasażerów oraz coraz bardziej rozpaczliwe posunięcia jej życiowego partnera Hallbjorna Olsena, starającego się ocalić ukochaną śledziłam z autentycznie zaciśniętą krtanią. I to już we wstępnych fazach, a wierzcie mi to dopiero preludium przed prawdziwym koszmarem, z jakim zetknie się tych dwoje, zresztą nie tylko oni. Bo realne zagrożenie ze strony terrorystów może zmienić oblicze całych Wysp Owczych, na zawsze pozbawić ich nazwijmy go statusu bezpiecznego schronienia przed największymi bestialstwami tego świata.

„Prom” to jak dla mnie najlepszy tom wchodzący w skład trylogii z Wysp Owczych, znakomite zwieńczenie literackiego przedsięwzięcia Remigiusza Mroza piszącego pod pseudonimem Ove Logmansbo. Moją ocenę tej pozycji uwarunkowały jednak dwie poprzednie powieści – gdyby autor wcześniej tak dogłębnie nie sportretował czołowych bohaterów cyklu to zapewne byłabym zawiedziona zbyt pobieżnymi rysami psychologicznymi nakreślonymi w „Promie”. Właśnie z tego względu, że poprzednie tomy są mi doskonale znane nie miałam nic przeciwko powtórzeniu jedynie ogólników na temat znanych mi postaci i skoncentrowaniu się przede wszystkim na szczegółach koszmaru, z jakim musieli się zmierzyć. Z zachowaniem emocjonalnego wydźwięku, który przez wzgląd na wspomniane ogólnikowe przedstawienie postaci może jednak być mniej druzgocący dla osób niezaznajomionych z „Enklawą” i „Połowem”. Dlatego te osoby przed skonfrontowaniem się z „Promem” gorąco zachęcam do sięgnięcia po dwie poprzednie części trylogii z Wysp Owczych, zwłaszcza wówczas jeśli gustują w skandynawskich powieściach kryminalnych. Bo jak się okazuje pochodzenie powieściopisarza nie przeszkadza w stworzeniu opowieści, które wprost emanują magicznym duchem tego rodzaju utworów z tamtych stron Europy, a przynajmniej nie z mojego punktu widzenia.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 15 marca 2017

„Spustoszenie” (2015)

Dwóch młodych Australijczyków, Geordie i Oscar, zaprzyjaźnia się z Amerykanami, którzy jakiś czas temu przybyli w ich strony: Mayą, Amelią i bratem tej drugiej Tobym. Podczas jednego ze wspólnie spędzanych wieczorów Oscar opowiada przy ognisku australijską legendę miejską, która mówi o duchu motocyklisty rzekomo pojawiającym się na drodze Lemon Tree Passage w Nowej Południowej Walii tylko wówczas gdy przemierza się ją z dużą prędkością. Złaknieni przygód młodzi ludzie postanawiają przekonać się, czy tak jest w istocie. Bez dłuższego zastanowienia ruszają na wskazaną przez Oscara drogę i zgodnie z jego wytycznymi przemierzają ją z zawrotną prędkością. W pewnym momencie rzeczywiście dostrzegają kulę białego światła, która może być duchem motocyklisty. Wszyscy poza Mayą, którą wkrótce zaczynają dręczyć makabryczne wizje. Następnego wieczora młodzi ludzie ponownie wybierają się na Lemon Tree Passage, gdzie nieoczekiwanie będą musieli zmierzyć się z prawdziwym koszmarem.

„Spustoszenie” jest pełnometrażowym debiutem reżyserskim Australijczyka Davida Campbella, do którego scenariusz napisał razem z Ericą Brien. Inspirację czerpali z urban legend, która ponoć powstała w oparciu o doniesienia paru kierowców, którzy utrzymywali, że zwiększenie prędkości na drodze Lemon Tree Passage w australijskiej Nowej Południowej Walii skutkuje pojawieniem się ducha. Historyjka ma stanowić przestrogę przed poruszaniem się na drodze z zawrotną prędkością, ale dla niektórych młodych ludzi jest zachętą do przyśpieszania na owianym złą sławą odcinku. David Campbell i Erica Brien na fundamentach tej legendy miejskiej zbudowali swoją własną opowieść, która nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem widzów. Częstym zarzutem wymierzanym w ich scenariusz było zbyt długie utrzymywanie odbiorcy w niepewności poprzez zamierzoną chaotyczność. Zamiast bowiem podejść do konwencji ghost story w uproszczonym stylu Campbell i Brien trochę poeksperymentowali z narracją w sposób, który zirytował większą część widowni. „Spustoszeniu” wyrzucano również między innymi brak logiki, zbyt małą dbałość o nastrój grozy i niepoświęcanie należytej uwagi stopniowaniu napięcia.

Pod niektórymi obserwacjami przeciwników australijskiego „Spustoszenia” jestem skłonna się podpisać, przy czym w przeciwieństwie do nich nie uważam ażeby debiutanckie pełnometrażowe dziełko Davida Campbella wypadało fatalnie na tle nastrojowych horrorów z ostatnich lat. Podejrzewam, że początkujący reżyser i scenarzysta oraz wspomagająca go Erica Brien postąpiliby mądrzej, gdyby swoją opowieść wtłoczyli w ramy slashera, bo każdorazowy z nielicznych skrętów w stronę składowych kojarzących się z tym nurtem jak dla mnie prezentował się dużo lepiej niźli próby straszenia zjawiskami nadprzyrodzonymi. Zresztą oprawa audiowizualna i miejsce akcji w moim pojęciu również lepiej by się wpasowały w schemat filmu slash. David Campbell jednak najwidoczniej uznał, że większe pole do popisu będzie miał w konwencji ghost story, w której notabene utrzymano też urban legend będącą źródłem jego inspiracji. Zauważalnie nie pragnął jednak w pełni wzorować się na współczesnych mainstreamowych straszakach, pomimo nawiązania do legendy miejskiej. Powstało już całkiem sporo horrorów opartych na urban legends, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, więc ogólnie rzecz ujmując nie jest to żadnym novum. Campbell i Brien dla odmiany wzorowali się na australijskiej, nie amerykańskiej miejskiej legendzie, choć w jednej krótkiej sekwencji pokusili się o mały ukłon w stronę tej drugiej. Turystka Amelia, która przybyła do Australii ze Stanów Zjednoczonych wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Mayą i bratem Tobym zapoznaje ich nowych znajomych z tych stron z popularną legendą miejską ukutą w Stanach Zjednoczonych. Tutejsi młodzi mężczyźni, Geordie i Oscar, nigdy wcześniej się z nią nie zetknęli – pozostała trójka natomiast nigdy nie słyszała historii, jaka krąży o drodze Lemon Tree Passage, którą z kolei Oscar w odpowiedzi na niepokojącą opowiastkę Amelii raczy wszystkich zebranych przy ognisku. Ta sytuacja przywodzi na myśl „Koszmar minionego lata” - tam również grupka młodych ludzi pod osłoną nocy zabawiała się w opowiadanie znanej legendy miejskiej przy ognisku. Na tym jednak kończą się podobieństwa pomiędzy tymi dwoma obrazami, bo scenarzyści „Spustoszenia” ani myśleli serwować widzom kolejnej opowiastki o mordercy z hakiem, choć ich protagoniści też będą musieli walczyć o życie z jakimś bytem. Czy jest nim duch motocyklisty pojawiający się na feralnym odcinku jednej z australijskich dróg, czy jakaś inna zjawa, która z sobie tylko znanych powodów postanowiła pozbawić ich życia? A może agresorem jest człowiek, istota z krwi i kości? Odpowiedź powinna dosyć szybko nasunąć się każdemu odbiorcy „Spustoszenia”, bo i scenarzyści nie uznają za stosowne skrzętnie tego ukrywać. Starannie zaciemniają jednak kompleksowy obraz całej intrygi – tyle że skupiają się na ukrywaniu szczegółów wydarzenia, które zaowocowało nawiedzeniem drogi Lemon Tree Passage i jej leśnych okolic, nie zaś na skrywaniu natury postaci, która zagraża młodym protagonistom. Campbell i Brien szybko przechodzą do właściwej akcji filmu, ograniczając wstępne zapoznanie widzów z głównymi bohaterami do absolutnego minimum. Mimo tego niezrozumiałego pośpiechu udało mi się jednak nieco zaznajomić z ich sylwetkami, wyłączając brata Geordiego, Sama, dręczonego przez jakiś złośliwy byt. Enigmatyczność przy kreśleniu tej postaci była zamierzona, to samo zresztą można powiedzieć o nadprzyrodzonych zjawiskach, które co jakiś czas mają miejsce w jego otoczeniu. Nie wiemy kim jest zjawa, która go dręczy, nie wiemy dlaczego, ani w jakim celu, ale nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości co do tego, że Sam wkrótce odegra jakąś ważną rolę w toczącym się dramacie. Do tego czasu będziemy jednak musieli przeboleć gwałtowne skręty z wątku przewodniego w kierunku jego osoby, które nie dość, że wybiją nas z właściwego rytmu to jeszcze najpewniej rozczarują wielu widzów poszukujących mocniejszych wrażeń. Bo absolutnie wszystkie manifestacje nadnaturalnego zagrożenia są pozbawione czegoś na tyle charakterystycznego, żeby na dłużej osiąść w naszej pamięci. Na domiar złego pojawiają się bez uprzedniego należycie trzymającego w napięciu, długiego zwiastowania niebezpieczeństwa.

Dużo lepiej prezentują się w moim mniemaniu wydarzenia z udziałem piątki młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście postanowili sprawdzić czy owiana złą sławą droga Lemon Tree Passage rzeczywiście jest nawiedzona przez ducha motocyklisty, który niegdyś poniósł na niej śmierć przez nieuwagę podróżującej samochodem grupy nastolatków. Lwia część akcji rozgrywa się w okolicznym lesie, w mojej ocenie odpowiednio mrocznym, choć wielu widzów sądzi inaczej. Nieco przymglona czerń, która sprawia, że nie ma się żadnych problemów z dostrzeżeniem szczegółów wszystkich wydarzeń, gęsto zalesione pustkowie i całkiem nastrojowe dźwięki wybrzmiewające w tle razem tworzą tak bardzo pożądaną aurę wyalienowania i zewsząd czyhającego niebezpieczeństwa. Dobitniej zasygnalizowanego nieoczekiwanym zgonem jednego z bohaterów filmu, a nieco później zagadkowym zniknięciem jego ciała oraz dziwacznymi wizjami, jakich doświadcza Maya. Pojawiają się one między innymi wówczas, gdy któreś ze zwłok, nad którymi się pochyli raptownie otworzą oczy, błyszczące upiornie się prezentującą bielą, co moim zdaniem stanowiło najbardziej udane odniesienie do nadprzyrodzonego horroru. Natomiast halucynacjom, z którymi borykała się Maya zabrakło czegoś bardziej wyrazistego, jakiejś śmiałej migawkowej wstawki, która zdołałaby nieco mną wzruszyć. Ten sam zarzut zresztą wystosowałam w stosunku do wszystkich konfrontacji Sama z nieznanym, bo brocząca krwią dłoń, wymuszona próba samobójcza, czy krótkie przemowy zjawy to zdecydowanie za mało, żeby sprostać moim wymaganiom względem ghost stories. Podobał mi się za to pomysłowy przebieg jednej sceny mordu, choć same drastyczne szczegóły niezmiennie ukrywano przed moim wzrokiem – trochę krwi się pojawia, ale o skrajnej makabrze nie może być mowy, ponieważ twórcy odżegnują się od pornograficznych zbliżeń na odniesione obrażenia, a i charaktery mordów do najbardziej odstręczających nie należą. Rozwiązanie całej tak pieczołowicie budowanej przez większą część seansu zagadki również w miarę mnie zadowoliło, choć należy zaznaczyć, że scenarzyści nie wykazali się tutaj zbyt dużą kreatywnością, poprzestając na okrutnym, acz nierzadko poruszanym w kinematografii grozy motywie. Innowacyjność nie jest jednak dla mnie wartością nadrzędną, bardziej zależy mi na emocjonalnym wydźwięku, który podczas wyłuszczania szczegółów wydarzenia owocującego nawiedzeniem feralnej australijskiej drogi i jej leśnych okolic wybrzmiał całkiem dobitnie. Czego nie mogę niestety powiedzieć o finale – taka problematyka sprzyjała jakiemuś mocnego uderzeniu w ostatnich ujęciach filmu, ale scenarzyści, ze szkodą dla mnie, nie zdecydowali się wykorzystać okazji.

W przeciwieństwie do wielu widzów, którzy mieli już okazję obejrzeć australijskie „Spustoszenie” w reżyserii Davida Campbella nie uważam tej pozycji za „obraz nędzy i rozpaczy”. Z pewnością nie jest to jedna z najlepszych filmowych ghost story z ostatnich lat, jaką dane mi było zobaczyć, ale do kompletnego gniota jeszcze sporo jej brakuje. Szczegóły zapewne szybko wyparują z mojej pamięci, bo i nie ma tutaj nic na tyle charakterystycznego, żeby było inaczej, ale przynajmniej seans nie upłynął mi pod znakiem cierpień. Powyżej przeciętnej „Spustoszenie” w mojej ocenie się nie wspina, ale z braku innych propozycji można obejrzeć. Pod warunkiem, że dysponuje się nadmiarem wolnego czasu i nie oczekuje się zbyt wiele od nastrojowego horroru.

Za seans bardzo dziękuję

wtorek, 14 marca 2017

„Blackburn” (2015)

Zaznajomieni młodzi ludzie, Jade, Ryan, Shaun, Chelsea i Luke, wybierają się do domku w górach, gdzie zamierzają trochę się zrelaksować. Niedługo po wjechaniu w leśne okolice lawina kamieni uniemożliwia im dalszą podróż do obranego celu. Docierają jednak do stacji benzynowej prowadzonej przez dwie kobiety w podeszłym wieku, które przestrzegają ich przed wypuszczaniem się do starej kopalni, utrzymując że jest nawiedzona przez agresywne duchy. Krótko po wyruszeniu w dalszą drogę młodzi ludzie znajdują samochód stojący nieopodal owianej złą sławą kopalni i niegdysiejszego szpitala psychiatrycznego. Chcąc odnaleźć właścicieli wozu wchodzą do środka, nie bacząc na niedawne przestrogi miejscowych kobiet. Wkrótce przekonają się, że historie krążące o tym miejscu nie są w całości produktem wyobraźni miejscowych, mającym zaniepokoić przyjezdnych.

Kanadyjski horror „Blackburn” (inny tytuł: „The Blackburn Asylum”) jest drugim pełnometrażowym filmem w reżyserii Lauro Chartranda – po „W odwecie za śmierć”, filmie akcji ze Stevenem Seagalem w roli głównej. Nie oznacza to, że to jedna z nowych twarzy w światku filmowym, bo Chartrand od wielu lat zajmuje się aktorstwem i kaskaderką, szczególnie na tym drugim polu z dużym sukcesem. Nie wiem co go podkusiło, żeby spróbować swoich reżyserskich sił w horrorze, zamiast uderzyć w stylistykę kina akcji, którym najwidoczniej najbardziej się interesuje. Może szukał jakiegoś urozmaicenia, może pragnął się sprawdzić w gatunku, o którym nie ma większego pojęcia – jeśli to drugie to reakcje wielu widzów na „Blackburn” powinny uświadomić mu, że z takim podejściem daleko nie zajedzie, że nie tak powinno się kręcić filmowe rąbanki jeśli chce się zadowolić dużą część publiki.

Za scenariusz „Blackburn” odpowiada Natasha Baron, która założę się trochę horrorów w życiu obejrzała, bo „jak na dłoni widać”, że za punkt honoru postawiła sobie podpięcie się pod motywy często przewijające się w tym gatunku. Sam zamysł nie był zły, zwłaszcza że Baron wybrała lubiane przeze mnie rozwiązania fabularne – problem tylko w tym, że nie potrafiła wykrzesać z nich takich emocji, jak zwykli czynić to jej bardziej obeznani z gatunkiem koledzy po fachu. Jej interpretacja okazała się tak sucha, a chwilami nawet toporna, że nie miałam żadnych wątpliwości, iż artystka w ogóle nie czuje tej stylistyki i nawet nie próbuje ukryć tego faktu. Naprawdę, wyglądało to jakby Baron wręcz zmuszała się do popychania akcji – zamiast płynnego przechodzenia z jednego motywu w drugi dostałam próbkę „ciężkostrawnej niezgrabności”, która na dodatek nie ograniczała się jedynie do scenariusza. To samo można powiedzieć o oprawie wizualnej, w której nie odnalazłam ani krztyny złowieszczego, przybrudzonego klimatu za to mnóstwo plastiku, na który nie przesadzając mam jakieś uczulenie. Ale po kolei. Scenariusz „Blackburn” zawiązuje motyw grupki przyjaciół, która wypuszcza się się w leśne ostępy, czyli standardowo, niemniej dla mnie bardzo obiecująco. Pierwszy zgrzyt ujawnia się już chwilę po szczątkowym ujęciu malowniczego miejsca akcji, podczas konwersacji młodych protagonistów, którzy postanowili na chwilę wyjść z samochodu, aby rozprostować nogi i nacieszyć oczy przepięknym krajobrazem. Z ich ust pada wówczas kilka głupawych kwestii, świadczących chyba o próbie ukłonienia się nurtowi slash, tak jaskrawo zwerbalizowanej, że w ogólnym rozrachunku ocierającej się o zwykłą groteskę. Która zaowocowała moim zdystansowaniem do pozytywnych bohaterów, notabene powiększanym z każdą kolejną sekundą „przebywania w ich towarzystwie”. Cechy final girl uwidaczniają się w osobie Jade, wykreowanej przez Sarah Lind, która przez niemożność przekonującego wykrzesania z siebie jakichkolwiek żywszych emocji irytowała mnie zdecydowanie najbardziej. Bardziej nawet od trzpiotowatej farbowanej blondynki, żywej reklamy Barbie, którą bez wątpienia była jej najlepsza przyjaciółka Chelsea wykreowana przez egzaltowaną Emilie Ullerup. Stacja benzynowa prowadzona przez dwie podstarzałe kobiety parające się taksydermią („spotkanie” Jade z kotem o imieniu Rigor Mortis to zdecydowanie najzabawniejszy moment w filmie) również nie jest w ty gatunku żadnym novum, zresztą podobnie jak przestroga, jaka pada z ich ust na użytek młodych przyjezdnych. Dotyczy ona starej kopalni, ale Baron w swojej mądrości uznała chyba, że to nie wystarczy, że nie zaszkodzi, jeśli rozszerzy się niniejszy złowróżbny pierwiastek o niegdysiejszy, obecnie niszczejący szpital psychiatryczny, w którym przed laty wybuchł pożar. Bo i po co ograniczać się do jednego rzekomo nawiedzonego miejsca, jak można sięgnąć również po drugie i to jeszcze silniej osadzone w tradycji horroru? A że skutkowało to zwykłym przesytem twórcom najwyraźniej w ogóle nie przeszkadzało. Ważne, że zyskali więcej miejsca na „akcyjne” wstawki, bo do zintensyfikowania mrocznego klimatu na pewno się ono nie przysłużyło. Bowiem Lauro Chartrand uznał, że nie ma sensu zawracać sobie głowy „takimi szczególikami”, jak stopniowanie napięcia (abstrahując od końcówki), czy generowanie dobitnie złowieszczej atmosfery, chyba że za takowe uznać ciemne zdjęcia, które jednak są tak dalece „wypieszczone”, że o żadnym naturalizmie nie może być mowy. A biorąc pod uwagę obietnicę zawartą w takiej chwytliwej scenerii efekt jest tym bardziej rozczarowujący.

Wstęp „Blackburn” pomimo śledzenia perypetii bohaterów, którzy nijak nie potrafili uzyskać mojej sympatii, jakoś jeszcze przebolałam. Ale już środkową część musiałam oglądać na raty, bo dłuższe przyglądanie się pościgom wyjałowionym z emocji i klimatu grozy, sporadycznie przerywanym niezwykle sztucznymi umiarkowanie krwawymi ujęciami, w których nie zauważyłam ani grama kreatywności, sprawiało, że bezwiednie opadały mi powieki. Tak więc, żeby nie zasnąć w trakcie robiłam sobie kilkunastominutowe przerwy na rozbudzenie. Łatwiej byłoby oczywiście zrezygnować z dalszej części tego marnego pokazu i zająć się czymś bardziej produktywnym niż bezmyślne wpatrywanie się w starcie nieciekawych protagonistów z oszpeconymi mieszkańcami popadającego w ruinę przybytku, ale obiecałam sobie, że wytrwam, że nie dam się pokonać temu gniotowi. Nie mogę powiedzieć, że samozaparcie wyszło mi na dobre, bo jednak lwia część seansu upłynęła mi pod znakiem nudy, ale końcowe partie sprawiły, że przynajmniej nie miałam poczucia całkowitego zmarnotrawienia czasu poświęconego na tę pozycję. Wówczas to pojawia się trochę emocji, głównie za sprawą małego dziecka uwięzionego w murach niefunkcjonującego już, zaniedbanego szpitala psychiatrycznego i dłuższej tortury, jakiej jest poddawana jedna z bohaterek filmu. Ciekawa okazała się również swoista zmyłka zaserwowana przez scenarzystkę polegająca na zasygnalizowaniu końca makabrycznych przeżyć tylko po to, aby zaraz potem przystąpić do kolejnego starcia z napastnikami, do których dwoje ocalałych postanawia na powrót się zbliżyć. Co najlepsze Natashy Baron udało się zawiązać ten decydujący wątek bez naciągania okoliczności - w przeciwieństwie do większości wcześniejszych posunięć protagonistów ryzykanckie zachowanie niedobitków pod koniec projekcji jest wiarygodnie uzasadnione. A następstwa tego śmiałego posunięcia całkiem dobrze poprowadzone, choćby przez napięcie, które nareszcie po tak długim oczekiwaniu zaczyna emanować z decydującej potyczki z agresorami. Sam finał gorszy już być nie mógł, choć na plus muszę odnotować pojawienie się sióstr Soska tuż przed napisami końcowymi, które powinny być doskonale znane osobom dobrze zaznajomionym ze współczesnym kinem grozy.

Slasher, survival horror, czy też backwoods horror – w sumie wszystkie te określenia pasują do „Blackburn”, więc każdy może sobie wybrać ten, który najbardziej mu się podoba. Po obejrzeniu filmu rzecz jasna, czego jeśli mnie ktoś zapyta poradzę nie robić, bo całkiem emocjonująca końcówka to zdecydowanie za mało, abym mogła z czystym sumieniem rekomendować ten film. Komukolwiek, nawet oddanym miłośnikom rąbanek, bo na pewno powstało wiele lepszych horrorów bazujących na tej stylistyce, których jeszcze nie widzieli. Uważam, że lepiej by zrobili, gdyby skoncentrowali się na poszukiwaniu innych propozycji, bo znajomość tejże raczej do niczego im się nie przyda. Chyba, bo jak zwykle w kwestii gustów absolutnej pewności mieć nie mogę.

niedziela, 12 marca 2017

„Slaughterhouse” (1987)

Lester Bacon, właściciel zamkniętej już i popadającej w ruinę rzeźni zostaje poinformowany przez paru prominentnych mieszkańców wioski, że niedługo jego ziemię przejmie państwo z powodu zaległości podatkowych. Wkrótce potem mężczyzna odkrywa, że jego niedorozwinięty, zachowujący się jak wieprz syn Buddy, zamordował dwoje nastolatków za to, że drażnili jego świnie. Lester tłumaczy mu, że jedynymi osobami, które zasługują na śmierć z ich rąk są ludzie, którzy próbują odebrać im ziemię. Po czym niezwłocznie z pomocą syna przystępuje do wprowadzania swojego planu w życie. Tymczasem zaprzyjaźnieni młodzi ludzie, córka szeryfa Liz Borden, jej chłopak Skip oraz Annie i Buzz, postanawiają zabawić się w niegdysiejszej rzeźni Lestera. Natomiast ojciec tej pierwszej zaczyna mieć złe przeczucia, co do dużej liczby zaginięć zaistniałych w ostatnim czasie w tej wiejskiej okolicy. Stara się więc rozwikłać tę niepokojącą zagadkę, nie wiedząc jeszcze, że jego jedyna córka wypuszcza się do miejsca, w którym składowane są okaleczone ciała ofiar.

Do „Slaughterhouse” zdążyła już przylgnąć etykietka pochodnej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera. Zwłaszcza fani gatunku chętnie wspominali o podobieństwach pomiędzy tymi dwoma slasherami, czasami konkludując, że powstały trzynaście lat później obraz jest nieudolną kopią jednego z najsłynniejszych dokonań Hoopera. Tak dalece w ocenie bym nie wybiegała, aczkolwiek nie mam zamiaru podważać tych wniosków widzów, które głoszą, że pomysłodawca niniejszej historii musiał zainspirować się „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”. Nie uważam jednak, żeby uczynił to w aż takim stopniu, że uzasadnione byłoby podsumowywanie jego dziełka słowem „kopia”. Reżyserem i scenarzystą „Slaughterhouse” jest Rick Roessler, człowiek który w swoim życiu stworzył tylko ten jeden obraz dysponując budżetem rzędu stu dziesięciu tysięcy dolarów. Jego jedyny filmowy projekt oficjalnie sklasyfikowano jako horror komediowy, co pomimo obecności kilku humorystycznych wstawek uważam za sporą przesadę. Nie ma ich wszak aż tyle żeby od razu szufladkować „Slaughterhouse” również jako komedię.

„Slaughterhouse” to jeden z tych slasherów z dekady ekspansji tego nurtu, który nie przetrwał próby czasu, nawet w latach 80-tych pozostając w cieniu innych pozycji, przyciągających nieporównanie większą liczbę zainteresowanych odbiorców. Wówczas mogła zawinić licha dystrybucja, wszak w Stanach Zjednoczonych film wpuszczono na duże ekrany w ograniczonym zakresie, rozpowszechniając go głównie na VHS-ach w kilku krajach świata (w Wielkiej Brytanii w wersji ocenzurowanej). Po latach „Slaughterhouse” doczekał się jednak wydań DVD, ale jak się okazało nawet to nie przerwało złej passy poprzez rozbudzenie ciekawości większej grupy widzów. A szkoda, bo choć przedsięwzięcie Ricka Roesslera do przełomowych dzieł z całą pewnością nie należy to w gronie typowych reprezentantów kina slash z lat 80-tych jakościowo całkiem dobrze się odnajduje. Na tyle przyzwoicie, żeby w mojej ocenie mieć szansę zadowolić przynajmniej zwolenników tego konkretnego nurtu kina grozy. W scenariuszu przewidziano miejsce dla dwóch działających w zmowie morderców, spośród których uwagę przyciąga głównie młodszy członek owego okrutnego duetu, Buddy. Rosły, wiecznie brudny, spocony i zarośnięty mężczyzna potrafi wydawać z siebie jedynie świńskie odgłosy (kwiczenie i chrumkanie), co jest spowodowane jego niedorozwojem oraz przebywaniem od najmłodszych lat w otoczeniu tych zwierząt przeznaczonych na ubój. Jego ojciec, Lester Bacon, przez wiele lat pracował w swojej rzeźni ucząc fachu Buddy'ego. Okres świetności jego firma ma już jednak za sobą obecnie popadając w ruinę na zarośniętym, oddalonym od centrum spłachetku spalonej słońcem ziemi. Teraz Buddy spędza czas głównie na doglądaniu paru świnek, które są jego najlepszymi przyjaciółmi, Lester natomiast ma do rozwiązania pewien niecierpiący zwłoki problem, który zamierza zażegnać z pomocą swojego syna. W kreacji Buddy'ego wyraźnie uwidacznia się akcent komediowy – już samo upodobnienie wielkiego mężczyzny do wieprza nosi w sobie znamiona dowcipu, ale nie można pominąć milczeniem również kilku sekwencji z jego udziałem, których nijak nie można potraktować z powagą. Weźmy na przykład celowo przejaskrawioną scenkę, w której Buddy zabawia się w Strażnika Teksasu, okraszoną dostosowaną do okoliczności muzyką, która to w połączeniu z obrazem zgodnie z zamiarem twórców jawi się iście groteskowo. Drugą wartą wzmianki prześmiewczą sekwencją z udziałem Buddy'ego jest moment, w którym stara się zmusić zdechłego ptaka do wzbicia się w powietrze, reagując wściekłością na jego „złośliwą bierność”. Poza powyższymi przykładami nie zauważyłam w „Slaughterhouse” nic, co mogłabym uznać za próbę rozweselenia publiczności. Wszystko inne garściami czerpie z tradycji kina slash, bez komediowych przejaskrawiań, chyba że za takowe uznać typowe dla tego podgatunku horroru nieprzemyślane posunięcia bohaterów, które to owszem niektórych na ogół śmieszą, innych irytują, a jeszcze innych zwyczajnie cieszą, gdyż potrafią oni spoglądać na nie jak na naturalną wręcz oczekiwaną składową nadmienionego nurtu. Ja zazwyczaj zasilam tę ostatnią grupę widzów, choć przyznaję, że czasem bywa tak, iż nijak nie przekonuje mnie jakieś co bardziej toporne podejście twórców do takich wybiegów. W „Slaughterhouse” nie dostrzegłam wspomnianej toporności – wszystkie nieprzemyślane, patrząc „chłodny okiem” wręcz nielogiczne zachowania bohaterów odebrałam jako zgrabny ukłon w stronę konwencji znacznie windujący napięcie spowodowane nieoczekiwanym spotkaniem z mordercą / mordercami. Z powyższych najwięcej frajdy dostarczyła mi ucieczka jednej z napadniętych kobiet do samochodu, którego nie uznaje za zasadne uruchomić, zamiast tego woląc kulić się na siedzeniu i wrzeszczeć wniebogłosy. Ale porzucenie pistoletu w decydującej partii przez domniemaną final girl również poczytuję jako zręczne, bo dosyć subtelne podpięcie się pod omawiane prawidło konwencji slash.

Scenariusz Ricka Roesslera wbrew moim przewidywaniom wywołanym wstępną partią nie podąża najbardziej powszechną ścieżką fabularną. Zamiast portretować niemalże wyłącznie losy kilku nastoletnich poszukiwaczy mocnych wrażeń, którzy włamują się do niefunkcjonującej już rzeźni, gdzie grasuje morderczy duet, scenarzysta postanowił zaserwować widzom ujęcie tematu również z innych perspektyw. W ten oto sposób oprócz najbardziej standardowego wątku grupy młodych ludzi walczących o życie w stojącym na pustkowiu, niszczejącym, mrocznym i przepastnym budynku dostajemy wstawki z między innymi życia antagonistów i stróżów prawa, ze szczególnym wskazaniem na szeryfa, ojca domniemanej final girl Liz Borden (czyżby drobne nawiązanie do autentycznej postaci Lizzie Borden?). Nie jestem pewna, czy taka narracja wypadła bardziej interesująco, bo jednak wprost przepadam za rozciągniętym na cały (czy też prawie cały) scenariusz motywem nastolatków mierzących się z agresorami w jakiejś zacisznej okolicy, ale nie zamierzam narzekać. Bo lekkie, nienapuszone podejście Roesslera do całej intrygi sprawiło, że oglądało mi się to całkiem przyjemnie, bez przekonania o wprowadzaniu niepotrzebnego zamętu. Prostota, czyli w moim pojęciu jeden z największych superlatywów nurtu slash, mimo wspomnianych skrętów została zachowana, bo i charakter absolutnie wszystkich wydarzeń do skomplikowanych z całą pewnością nie należał. Na plus mogę jeszcze odnotować sceny mordów, poza pokazywanym w trakcie czołówki tragicznym losem nieszczęsnych świń – nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby oszczędzono mi tych przygnębiających wstawek. To jednak tylko drobny dodatek do warstwy gore, która pomijając wstęp zasadza się tylko i wyłącznie na okrutnym obchodzeniu się z paroma przedstawicielami rasy ludzkiej. Jak na typowy slasher przystało nieprzesadnie krwawym, co więcej niezbyt wymyślnym, ale w tych momentach, w których filmowcy nie uciekają przed drastycznymi widoczkami na brak realizmu narzekać nie można. Dostajemy kilka zbliżeń na poszatkowane tasakiem ciała (również twarze) nieszczęśników, które wkrótce zawisną na hakach w rzeźni, na odciętą dłoń, miażdżenie głowy gołymi rękoma, mielenie mężczyzny przez ostrza wmontowane w maszynę wykorzystywaną niegdyś w pracach nad wieprzowiną, miażdżenie głowy kołem samochodu, czy najbardziej „bolesny” dla mnie moment powolnego przecinania opuszka palca. Ale choć owych zbliżeń na drastyczne detale jest całkiem sporo to jednak twórcy nie przekraczają granic dobrego smaku, w ogólnym rozrachunku raczej oszczędnie szafując sztuczną posoką, dlatego też wątpię ażeby osoby nawykłe do dużej śmiałości twórców krwawego kina grozy byli w pełni zadowoleni. Wielbiciele slasherów natomiast, tj. ci którzy rozumieją, że głównym zadaniem tego nurtu nie jest szafowanie obrzydliwościami, mają większą szansę docenić ten element „Slaughterhouse”. Może im brakować natomiast większej kreatywności w procesie eliminacji ofiar. Mnie ten niedostatek zrekompensował złowieszczy, lekko przybrudzony klimat filmu odczuwalny przez dosłownie cały seans i całkiem sporo trzymających w napięciu, powolnych sekwencji poprzedzających atak agresora / agresorów zrealizowanych w doprawdy ponurym, poruszającym wyobraźnię miejscu jakim jest niszczejąca rzeźnia, pełna ciemnych kątów i starych sprzętów służących do oporządzania mięsa.

„Slaughterhouse” to kolejny slasherek z lat 80-tych, który wprawił mnie w iście sentymentalny nastrój, który zintensyfikował moją tęsknotę do starego, dobrego kina grozy. Arcydziełem horroru bym go nie nazwała, przełomowym slasherowym dokonaniem również, niemniej na tle sobie podobnych całkiem nieźle się sprawdza. Rick Roessler moim zdaniem nie ma się czego wstydzić, bo nie dość, że pokazał dobre rozeznanie w konwencji tego podgatunku to jeszcze udowodnił, że tworzenie odpowiednio mrocznej oprawy wizualnej nie przysparza mu absolutnie żadnych trudności. To samo zresztą można powiedzieć o budowaniu napięcia i wiarygodnych efektach specjalnych, choć akurat tych ostatnich nie uświadczymy tutaj w nadmiarze. Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak polecić ten niestety mało znany obraz szczególnie sympatykom slasherów, chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby osoby opowiadające się za innymi nurtami kina grozy również znaleźli w nim coś dla siebie.

czwartek, 9 marca 2017

„The Attic” (1980)

Bibliotekarka Louise Elmore od lat opiekuje się niepełnosprawnym ojcem, który na ogół zwraca się do niej obcesowo i stara się ją kontrolować. W Wichita w stanie Kansas, gdzie oboje mieszkają, Louise ma opinię osoby borykającej się z problemami psychicznymi. W młodości spotykała się z niejakim Robertem, który według niej zaginął. Od tego czasu Louise czeka na jego powrót, nie przyjmując do wiadomości najbardziej prawdopodobnej ewentualności, że może już nigdy go nie zobaczyć. Opinie jakie o niej krążą w mieście utrudniają jej nawiązywanie bliższych relacji z ludźmi, ale z czasem wbrew przeciwnościom udaje jej się zaprzyjaźnić z młodą bibliotekarką Emily Perkins, która obdarowuje ją wymarzonym szympansem. Ojciec Louise sprzeciwia się obecności zwierzęcia w ich domu, ale kobieta nie zwraca uwagi na jego utyskiwania. Roztacza nad szympansem, któremu daje na imię Dickie, troskliwą opiekę, dbając również o zacieśnianie więzi ze swoją jedyną przyjaciółką. Cały czas jednak wisi nad nią widmo rychłego pożegnania się z pracą, zostaje wszak zwolniona za wywołanie pożaru w bibliotece podczas jednego ze swoich napadów. Ponadto często fantazjuje o tym, jak wyrządza krzywdę swojemu zrzędliwemu ojcu, któremu z kolei nie podoba się, że spędza w jego towarzystwie coraz mniej czasu.

„The Attic” to thriller psychologiczny w reżyserii debiutującego w tej roli George'a Edwardsa i niewymienionego w czołówce Gary'ego Gravera, za życia płodnego twórcę, któremu jednak nie udało się należycie wypromować swojego nazwiska - niewykluczone, że uniemożliwiła mu to słaba jakość wielu jego obrazów bądź mizerna dystrybucja. „The Attic” z całą pewnością nie został należycie rozpowszechniony. W latach 80-tych przyciągnął przed ekrany niewielką grupę widzów, co mogło być spowodowane słabą kampanią promocyjną. W 2002 roku firma MGM wypuściła na rynek wydanie DVD zawierające dwa filmy: „The Attic” i „Krwawy nałóg”, ale nawet to nie pomogło omawianej produkcji „wyjść z cienia”. Obraz George'a Edwardsa i Gary'ego Gravera „pokrywa gruba warstwa kurzu” i nic nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek miało się to zmienić. Rzecz zdumiewająca zważywszy na fakt, że „The Attic” prawie wcale się nie zestarzał...

Spotkałam się już z opiniami, że scenariusz „The Attic” autorstwa Tony'ego Crechalesa i George'a Edwardsa wpisuje się w schemat rasowego horroru, natknęłam się nawet na określenie „slasher” (!), ale albo to ja mam problemy z odróżnianiem gatunków, albo niektórzy widzowie trochę się zagalopowali. Wszak „The Attic” to moim zdaniem modelowy przykład thrillera psychologicznego, zarówno na gruncie fabularnym, jak i technicznym. Z nutką czarnego humoru, wprowadzanego z takim wyczuciem, że nie ma absolutnie żadnej mowy o spychaniu wszystkiego innego na dalszy plan (jak to nierzadko się zdarza w thrillerach i horrorach „ozdabianych” akcentami komediowymi). Scenariusz w wielkim skrócie jest swoistym studium samotności, która doprowadza główną bohaterkę na skraj „psychicznej przepaści”. Opowieść rozpoczyna ujęcie podciętego nadgarstka Louise Elmore, czym twórcy dają nam do zrozumienia, że postanowiła odebrać sobie życie. Krótko potem, po interwencji lekarzy, kobieta zdaje się rezygnować z owego rozpaczliwego kroku. Nie powtarza próby samobójczej, a nawet pilnuje, aby nie wdało się zakażenie. Jej ojciec w typowy dla siebie kąśliwy sposób reaguje na to z dużym zdziwieniem – rozśmieszyła mnie jego ocena zachowania Louise, wskazująca na swoisty paradoks cechujący jej podejście do tej sprawy. Bo oto kobieta, która pragnie umrzeć boi się zakażania... Oczywiście poruszający się na wózku inwalidzkim mężczyzna w podeszłym wieku mocno upraszcza, bowiem jak już wspomniałam po powrocie ze szpitala Louise nie wykazuje już chęci odebrania sobie życia i tym samym zakończenia swoich cierpień. Bo kobieta istotnie bardzo cierpi, choć nieczęsto to pokazuje, na ogół mimowolnie maskując swój stan pozorną beztroską i odzwierciedlającą się na jej twarzy radością, z której jednak przebija jakaś fałszywa nutka. Jej oblicze często spowija cień, choćby przez ułamek sekundy, tak jakby w umyśle Louise niezmiennie trwała walka, której wynik przesądzi o finalnej kondycji jej psychiki. Wcielająca się w tę postać Carrie Snodgress niezwykle przekonująco unaocznia wspomniany konflikt, głównie za pomocą dykcji i mimiki, nierzadko celowo przerysowanych, co zaskakująco wzmaga realizm zamiast go obniżać. Niecierpliwi widzowie najprawdopodobniej i tak nie dadzą się przekonać „The Attic”, podejrzewam że wielu śmiałków nie dotrwa nawet do końca seansu, bo narracja, jaką obrali twórcy do dynamicznych na pewno nie należy. Akcja rozwija się bardzo wolno, koncentrując się głównie na technicznie mało widowiskowym portrecie psychologicznym głównej bohaterki, z którego jednak bije taki ogrom różnych emocji, że zapewne nie przejdą one niezauważone przez sympatyków tego typu kina. Osób przykładających dużą wagę do szczegółów, wiarygodnych, wnikliwie przedstawionych sylwetek bohaterów i nieagresywnej, czającej się gdzieś pod powierzchnią czystej grozy płynącej z rozchwianej psychiki danej jednostki. Postać Louise Elmore jest głównym nośnikiem napięcia, ale przez długi czas dominującą emocją, która towarzyszy widzowi śledzącemu jej smutne dzieje powinno być współczucie, bo scenarzysta naprawdę robi wszystko, co w ludzkiej mocy, aby pomóc nam zrozumieć procesy myślowe zachodzące w jej głowie, z taką dokładnością przedstawiając realia w jakich przyszło jej żyć, że nie ma się absolutnie żadnych wątpliwości, iż kobieta jest postacią tragiczną, która jeśli chce uniknąć cierpienia musi zmierzyć się z własnymi słabościami. Największą słabością Louise jest wspomnienie jej młodzieńczej miłości, Roberta, jedynego partnera jakiego w życiu miała, który według niej zaginął przed laty. Od tego czasu kobieta cierpliwie czeka na jego powrót, karmiąc się mrzonkami, żyjąc niemożliwym do urzeczywistnienia marzeniem o ponownym połączeniu z Robertem. Widać w tym sporo infantylizmu, który zresztą często uwidacznia się również w jej zachowaniu. Wydaje mi się, że scenarzyści tworząc jej postać mieli przed oczami bohaterki powieści gotyckich – lubiące uciekać w świat fantazji, naiwne, na pierwszy rzut oka bezbronne dziewczęta, które nie chcą bądź nie potrafią dorosnąć.

Twórcy „The Attic” zbudowali oprawę wizualną swojego filmu w oparciu o jasne barwy, które o dziwo tylko potęgują złowieszczy charakter scenariusza. Bardzo pomocna okazała się chwilami szarpiąca nerwy, a innymi razy przygnębiająca ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Hoda Davida Schudsona, który moim skromnym zdaniem za swój wkład w tę produkcję powinien zostać uhonorowany jakąś prestiżową nagrodą. A właściwie to nie jedną, choćby z tego powodu, że wielokrotnie praktycznie w pojedynkę bez ingerencji niepokojących obrazków wywoływał we mnie jakieś nieokreślone poczucie zagrożenia. Przed operatorami również postawiono wymóg sporadycznych ucieczek w większą dosadność, co abstrahując od finału widać zwłaszcza w ujęciach imaginacji, kiedy to Louise szuka pociechy w wyobrażaniu sobie, jak krzywdzi własnego ojca. Z tych przerywników bije spora groteska, ale oprócz nadmiernie komicznego ujęcia z wielką małpą takie podejście i tak z łatwością wpasowuje się w złowróżbną otoczkę, wypracowaną przez scenariusz, kolorystykę i oprawę dźwiękową. Najwięcej dramatyzmu pojawia się jednak z chwilą przyprowadzenia do domu przez Louise szympansa, któremu daje na imię Dickie. Niesforna małpa, która znajduje przyjemność w dokuczaniu opryskliwemu ojcu kobiety powinna z miejsca zdobyć serca widzów, co jest o tyle niewygodne, że patrząc na jej burzliwe pożycie ze zrzędliwym starcem szybko nabiera się przekonania, że zdecydowanie lepiej dla odbiorcy byłoby, gdyby nie przewidziano roli dla tego zwierzęcia. Zresztą mnogość sygnałów świadczących o poważnych problemach psychicznych Louise Elmore również nie pozwala nam z ufnością spoglądać w przyszłość niewinnego szympansa, pomimo ewidentnego przywiązania, jakie kobieta wykazuje w stosunku do niego. Fabułę „The Attic” zbudowano w taki sposób, aby osoba gustująca w produkcjach opartych na powolnie rozwijających się wątkach trwała w ciągłej niepewności, co do ostatecznych losów toczącej smutny żywot, borykającej się z problemami psychicznymi Louise, jej aroganckiego ojca i oczywiście sympatycznej małpki, która opuściła sklep zoologiczny po to, aby wejść do domu zamieszkiwanego przez osobników, których zachowanie nierzadko przyprawia o gęsią skórkę. Już w pierwszych partiach filmu łatwo się domyślić, że scenarzyści na koniec przygotowali dla nas jakąś przewrotną, być może nawet mrożącą krew w żyłach niespodziankę. Nie ma się absolutnie żadnych wątpliwości, że finał w zamyśle ma nami wstrząsnąć i nawet jeśli lwia część jego składowych dla współczesnego widza będzie łatwa do przewidzenia to niezwykle uczuciowe wręcz druzgocące ujęcie tej tragedii najprawdopodobniej poruszy niejedno serce.

Klimatyczny, wnikliwy thriller psychologiczny George'a Edwardsa i Gary'ego Gravera pt. „The Attic” wydaje się być wymarzoną pozycją dla osób wprost przepadających za minimalistycznymi w formie, acz maksymalistycznymi w emocjonalnym przekazie obrazami o nieco skrzywionych jednostkach, które toczą doprawdy rozczulający żywot i znajdują się w samym centrum jakiejś tajemnicy mogącej przyczynić się do ich mentalnego upadku. Nie jest to obraz kręcony z myślą o sympatykach zawrotnych akcji pełnych spektakularnych efektów specjalnych, dlatego poszukiwaczom takich produkcji radzę nawet nie zbliżać się do „The Attic” - a przynajmniej nie wówczas, gdy czują, że brakuje im cierpliwości do wolno rozwijających się fabuł, bo oczywiście może się zdarzyć, że przy odpowiednim nastawieniu i w sprzyjającym czasie co poniektórzy z nich również dadzą się przekonać tej produkcji. Niemniej do seansu zachęcam głównie miłośników stonowanych w formie thrillerów psychologicznych, lubiących koncentrować się na detalach, a nie rozpraszać drogimi efektami specjalnymi, ponieważ... tak jest po prostu bezpieczniej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...