wtorek, 16 października 2018

Michelle Adams „Moja siostra”

Irini Harringford od trzeciego roku życia była wychowywana przez ciotkę i wuja, bo rodzice z jakiegoś nieznanego jej powodu zdecydowali się im ją oddać. Teraz Irini jest anestezjologiem i mieszka w Londynie wraz ze swoim chłopakiem, Włochem Antoniem Molinaro. Przed laty często spotykała się ze swoją starszą siostrą Elle, którą wychowali ich rodzice i która wbrew ich woli zawsze dążyła do utrzymywania kontaktów z Irini. Ta ostatnia po jakimś czasie zaczęła jej jednak unikać, ukrywać się przed nią, w przekonaniu, że z Elle coś jest nie w porządku. Starsza siostra dzwoni do niej jednak pewnej nocy z informacją o śmierci ich matki. Irini postanawia polecieć do Szkocji na pogrzeb rodzicielki, mając nadzieję, że uda jej się dowiedzieć dlaczego rodzice ją oddali. Z Elle spotyka się w Edynburgu i chociaż wolałaby zatrzymać się w hotelu, podporządkowuje się decyzji starszej siostry o ulokowaniu jej w rodzinnej posiadłości Harringfordów leżącej w wiosce Horton. Tam Irini spotyka ojca, który sprawia wrażenie niezadowolonego z jej pobytu w tym miejscu. Kobieta nie czuje się dobrze w tym domostwie, ale nie traci nadziei, że uda jej się dowiedzieć dlaczego to właśnie ona była niechcianym dzieckiem Harringfordów.
 
Urodzona w Anglii w 1981 roku, obecnie mieszkająca na Cyprze, Michelle Adams, od dzieciństwa marzyła o zostaniu pisarką. Na swojej oficjalnej stronie internetowej wyznała, że pragnienie to roznieciła w niej „Gra Geralda”, powieść Stephena Kinga, którą przeczytała mniej więcej w dziewiątym roku życia. Gdy postanowiła w końcu zrealizować to marzenie, pięć lat zajęło jej samo planowanie i gromadzenie notatek. „Moją siostrę”, swoją debiutancką powieść, skończyła pisać w 2015 roku, a w 2017 roku w Wielkiej Brytanii pojawiło się pierwsze wydanie książki. Thrillera psychologicznego dotąd wypuszczonego w kilkunastu krajach świata. W Polsce w roku 2018.

Literackie i filmowe historie o mrocznych tajemnicach rodzinnych zawsze leżały w kręgu moich zainteresowań, a że już sam skrótowy opis fabuły „Mojej siostry” nie pozostawił mi wątpliwości, że właśnie tego rodzaju opowieść Michelle Adams zdecydowała się tutaj rozsnuć, uznałam, że warto dać jej szansę. Nie spodziewałam się perły thrillera (z elementami horroru) na miarę choćby „Nocnego filmu” Marishy Pessl, czy tak dobrego dreszczowca, jak na przykład „Obserwując Edie” Camilly Way, mimo że ta ostatnia pisarka nie ukrywa swojego zachwytu nad „Moją siostrą”. Wolałam nie obiecywać sobie zbyt wiele, ażeby się nie rozczarować, ale dopuściłam do siebie nadzieję na w miarę przyjemną lekturę. I rzeczywiście historia ta bywała umiarkowanie zajmująca, ale zdarzało się też tak, że z niemałym trudem przedzierałam się przez jej stronice. Największy problem miałam z główną bohaterką i zarazem narratorką „Mojej siostry”, bo chociaż jej współczułam to były momenty, w których ogarniała mnie pewność, że jest osobą skłonną do wyolbrzymień, że zanadto się nad sobą użala i co gorsza nie do końca wie, czego tak naprawdę chce. Niby nade wszystko pragnie dowiedzieć się dlaczego gdy miała trzy latka rodzice porzucili ją, a zatrzymali jej starszą siostrę Elle, ale czasami sprawia wrażenie jakby robiła wszystko, żeby tego celu nie osiągnąć. Elle zawsze sprawiała większe problemy wychowawcze niż jej młodsza siostra. Irini urodziła się z dysplazją stawu biodrowego, ale Adams szybko daje odbiorcom swojej debiutanckiej książki do zrozumienia, że to Elle, a nie Irini potrzebowała więcej uwagi rodziców. Wygląda więc na to, że w decyzji państwa Harringfordów o oddaniu młodszej córki jej ciotce i wujowi, wada wrodzona Irini nie grała decydującej roli. To znaczy nie mogli uczynić tego dlatego, że nabrali pewności, iż nie będą w stanie poradzić sobie z opieką nad niepełnosprawną córką, bo ta druga wymagała dużo większej uwagi. Adams od początku buduje w nas pewność, że to Elle jest czarnym charakterem „Mojej siostry”, niebezpiecznym pierwiastkiem, do którego to Irini ma ambiwalentne odczucia. Starsza siostra ją przeraża, główna bohaterka ma pewności, że boryka się ona z poważnymi problemami psychicznymi, ale choć od lat jej unika w głębi serca chce zostać przez nią odnaleziona. Irini kocha siostrę pomimo tych wszystkich złych wspomnień z nią związanych, które Adams będzie odkrywać stopniowo i w porównaniu do umownej teraźniejszości bardzo ogólnikowo. Nie należy jednak przez to rozumieć, że aktualne wydarzenia z życia Irini początkująca pisarka przedstawia w sposób barwny, dojrzały, maksymalnie pobudzający wyobraźnię i dostarczający szczególnie silnych emocji, bo w jej warsztacie ujawnia się ten brak doświadczenia, a pragnę zauważyć, że nie o każdym literackim debiucie można to samo powiedzieć. Mocno uproszczony język mogłabym jeszcze znieść, ale w połączeniu z tak nierówną narracją i z tendencją autorki do przedwczesnego zdradzania czytelnikom (bo jakimś cudem Irini te oczywistości umykały) ważnych faktów w rozmowach poszczególnych postaci wykreowanych w „Mojej siostrze”. Bo z tychże faktów łatwo przedwcześnie sklecić przynajmniej ogólny obraz tego, co w zamyśle autorki miało wkrótce nas zaskoczyć. Przyznaję, że wszystkich przygotowanych przez Adams niespodzianek nie udało mi się przewidzieć, ale większość bez trudu rozszyfrowałam. Z winy autorki. Przez to, że tak uparcie podrzucała mi właściwe tropy i nie potrafiła odciągnąć mojej uwagi od nich jakimiś mylącymi śladami.

Tacy jesteśmy, my, ludzie. Czekamy, aż w życiu innych stanie się coś złego, a potem siadamy wygodnie i przyglądamy się temu, jakby to był serial telewizyjny.”

Akcja „Mojej siostry” długo się rozkręca, w czym według mnie nie byłoby niczego złego, gdyby Michelle Adams wykrzesała z tego zdecydowanie więcej napięcia i osnuła to dużo gęstszą atmosferą tajemniczości. Wydaje mi się, że celowała w stylistykę gotycką, że dążyła do stworzenia takiej aury, z jaką możemy się spotkać w wielu utworach literackich tego typu. Wiekowe, wiejskie domostwo; mroczna rodzinna tajemnica; jakieś zagrożenie czyhające na dosyć naiwną, bardzo wrażliwą kobietę, która wreszcie dostaje szansę poznania sekretu, do którego zawsze chciała zostać dopuszczona. Chce wiedzieć, dlaczego rodzice ją oddali, a zatrzymali jej starszą siostrę, ale ilekroć stoi u progu prawdy czym prędzej się wycofuje. Wygląda to mniej więcej tak: Irini zaczyna podejrzewać, że rodzice też mogli być ofiarami, ale jakoś szczególnie nie stara się nawiązać kontaktu z jedynym wciąż żyjącym członkiem tego małżeństwa, a gdy ten znajduje wreszcie okazję by z nią porozmawiać ona akurat znów ma pewność, że odpowiedzialność za jej krzywdę ponosi tylko on, ewentualnie on i jej matka, nikt inny. Nie pozawala więc ojcu niczego sobie wytłumaczyć, a jednak zostaje żeby odkryć prawdę, z poznania której właśnie zrezygnowała... Bo potem znowu zaczyna podejrzewać, że za odrzuceniem jej przez rodziców kryje się coś więcej niż niechęć Harringfordów do ich własnego dziecka, przelanie całej rodzicielskiej miłości na ich pierworodne dziecko. Niekonsekwentne zachowanie czołowej bohaterki trochę mnie wymęczyło, tak samo zresztą jak jej samoumartwianie. Owszem, łatwo jej współczuć, bo nie dość, że rodzice ją oddali to jeszcze wybrali rodzinę, która zawsze traktowała ją jak „piąte koło u wozu”, podczas gdy jej sprawiająca o wiele większe problemy wychowawcze starsza siostra mogła żyć sobie spokojnie w kokonie bezgranicznej rodzicielskiej miłości. Ale współczułabym Irini bardziej, gdyby nie jej ciągłe użalanie się nad sobą, to trwanie w przeświadczeniu, że nigdy nie będzie szczęśliwa, bo nosi piętno dziecka niechcianego. Jej się wydaje, że bardzo się stara wyjść z tej matni, jakoś ułożyć sobie życie bez korzeni, ale z punktu widzenia odbiorcy tej powieści może to wyglądać zupełnie inaczej. Mnie w każdym razie jawiło się to tak, jakby Irini zadawała sobie dodatkowe, zupełnie niepotrzebne ciosy, jakby uciekała od szczęścia, z otwartymi ramionami przyjmując od życia tylko to, co ją rani, co utwierdza ją w przekonaniu, że jest skazana na nieszczęście. Nieporównanie bardziej zadowoliła mnie charakterystyka Elle, starszej siostry głównej bohaterki. Nie, żebym z nią sympatyzowała, bo i nie taką rolę miała tutaj pełnić – po prostu według mnie Michelle Adams była skuteczniejsza w kreśleniu postaci, co do której miało się żywić największe podejrzenia, która była niczym tykająca bomba, w każdej chwili mogąca doszczętnie zniszczyć główną bohaterkę i najprawdopodobniej nie tylko ją. Gdyby nie ta postać mogłabym mieć spore problemy z przebrnięciem przez pierwszą partię „Mojej siostry”. Przez ten kilkudniowy pobyt Irini w domostwie Harringfordów, u boku, jak wiele na to wskazuje, niebezpiecznej siostry, przestraszonego ojca i miłej gosposi. Bo choć Michelle Adams zawarła tutaj parę składników kojarzących się z tak uwielbianą przeze mnie literaturą gotycką, to nie potrafiła stworzyć odpowiednio mrocznej, tajemniczej atmosfery, o dawkowaniu napięcia już nie wspominając. Zamiast narastającego napięcia czułam coraz większe znudzenie, na szczęście co jakiś czas rozpraszane niektórymi wystąpieniami Elle. Akcja w końcu ruszy z kopyta, ale nie wiem, czy znajdzie się wielu odbiorców „Mojej siostry” którym starczy cierpliwości, którzy dotrwają do tego momentu. Czy warto czekać? Cóż, mnie te dalsze partie nie zachwyciły. Daleko było mi do tego, ale oceniam je dużo lepiej niż przydługi wstęp. Wreszcie zaangażowałam się w tę opowieść na tyle, żeby nie dopadało mnie poczucie kompletnego marnotrawienia czasu, bo wcześniej faktycznie czasami mnie ono ogarniało. Wciągnęłam się w to pomimo dużej przewidywalności i niezmiennie uproszczonego języka, bo narracja była już bardziej wyrównania, wydarzenia dużo bardziej dramatyczne, a i napięcia troszkę udało się Adams z tego wykrzesać.

Nie mogę powiedzieć, że lektura „Mojej siostry” była dla mnie jakimś tragicznym przeżyciem, że czytając to nic tylko cierpiałam, tocząc niemal heroiczny bój z pragnieniem zrezygnowania z poznania dalszych losów Irini Harringford i pozostałych postaci przewijających się w jej życiu. Nie, aż tak źle nie było – książka ta w mojej ocenie ma sporo niedociągnięć, ale nie składa się wyłącznie z wad. Plusy też posiada. Nieszczególnie duże, ale wystarczy żebym mogła uznać debiutancką powieść Michelle Adams za taką średniawkę, za taki sobie thriller psychologiczny, po który z braku lepiej zapowiadających się pozycji można sięgnąć. Ale myślę, że nie należy podchodzić do tego utworu jak do lektury obowiązkowej, nawet gdy jest się namiętnym czytelnikiem dreszczowców.
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 14 października 2018

„Zabij i żyj” (2018)

Jackie i Julie przyjeżdżają do domu w lesie należącego do tej pierwszej, by uczcić pierwszą rocznicę ślubu. Na początku dobrze się bawią, i nawet gdy Jules poznaje nowe fakty z życia swojej żony szybko wybacza jej to, że wcześniej nie została w nie wtajemniczona. Wkrótce jednak Jackie diametralnie się zmienia. Ku przerażaniu i niezrozumieniu Julie jej ukochana próbuje ją zabić. Kiedy pierwsza próba morderstwa nie powodzi się, doskonale znająca te dzikie tereny kobieta rozpoczyna polowanie na okaleczoną partnerkę. Na osobę, która obdarzyła ją bezgraniczną miłością, która była gotowa zrobić dla niej prawie wszystko. Nie była za to przygotowana na koszmar, jaki postanowiła zgotować jej osobą, którą dotychczas uważała za miłość swojego życia.

Colin Minihan to jeden z członków duetu tworzącego pod nazwą The Vicious Brothers (drugim jest Stuart Ortiz). Razem do tej pory wyreżyserowali tylko jeden film, horror „Tropiciele mogił”, ale napisali scenariusze jego sequela, „Extraterrestrial” i już pod własnymi nazwiskami „Krwi na piasku”. Te dwa ostatnie obrazy wyreżyserował sam Colin Minihan. Doceniony przez krytyków kanadyjski film „Zabij i żyj” to samodzielne dzieło Minihana. W sensie: sam stworzył scenariusz i sam zasiadł na krześle reżyserskim, w efekcie dając miłośnikom szeroko pojętego kina grozy coś, co można traktować jak hołd dla umiarkowanie krwawego horroru, ale równie dobrze można rozpatrywać go w kategoriach thrillera.

Backwoods horror? Survival? Thriller psychologiczny? Według mnie echa wszystkich tych rodzajów kina dosyć głośno wybrzmiewają w „Zabij i żyj”. W filmie, który przypomniał mi, że umiarkowanie krwawy horror jeszcze nie umarł, że całkowicie nie zapomniano jeszcze o wielbicielach takich produkcji i co równie ważne, że na tym poletku można jeszcze stworzyć coś wartościowego (z mojego punktu widzenia, rzecz jasna). Takich zgrabnych rąbanek w dzisiejszych czasach powstaje stanowczo za mało i owszem, owa posucha mogła mieć dodatni wpływ na moją ocenę „Zabij i żyj” - „na bezrybiu i rak ryba”, ktoś mógłby zauważyć. Ale mogę zagwarantować, że nawet jeśli moja tęsknota za umiarkowanie krwawym kinem grozy miała jakieś znaczenie dla mojego odbioru najnowszego filmu Colina Minihana to na pewno było ono niewielkie. Brittany Allen i Hannah Emily Anderson, odtwórczynie czołowych ról w „Zabij i żyj” (obie wystąpiły w „Pile: Dziedzictwie” i obie mają już doświadczenie w aktorstwie, choć ta pierwsza większe) właściwie nie pozwalały mi odrywać od nich wzroku. Jako że wprost uwielbiam filmowe (literackie zresztą też) kobiece czarne charaktery wydawać by się mogło, że Jackie miała u mnie łatwiej, ale nie do końca tak jest. Od odtwórczyni tego rodzaju postaci oczekuję charyzmy, nierejestrowanej gołym okiem, ale wyczuwalnej iskry, która będzie miała działanie zarazem odpychające jak przyciągające. Ale to nie wszystko. Bo jeśli po drugiej stronie barykady też umieszcza się kobietę, a ja nie czuję tych fascynujących wyładowań elektrycznych pomiędzy nimi to całe ich starcie zazwyczaj przyjmuję z dużą obojętnością. Jakkolwiek by się ono nie prezentowało. Krótko: w takich filmach aktorstwo ma dla mnie duże znaczenie, a Brittany Allen i Hannah Emily Anderson nie dały mi absolutnie żadnych powodów do narzekań. Tak naprawdę to otrzymałam od nich więcej niż dość. Fabuła natomiast... no cóż dla poszukiwaczy oryginalności Colin Minihan najpewniej tego filmu nie kręcił, a że ja się do nich nie zaliczam to zupełnie mi to nie przeszkadzało. Swoją historię zbudował na doskonale znanym kinomaniakom motywie konfrontacji dwóch osób przebywających w jakimś oddaleniu od innych ludzi. Scenarzysta i zarazem reżyser „Zabij i żyj” wybrał las, terytorium, z którym każdy długoletni miłośnik horrorów zdążył już się doskonale zaznajomić. Las pośrodku którego znajduje się jezioro, nieopodal którego z kolei przycupnął drewniany, z zewnątrz pomalowany na zielono dom, który Jackie odziedziczyła po rodzicach. Po drugiej stronie jeziora natomiast mieszkają najbliżsi sąsiedzi dwóch kobiet, które postanowiły spędzić swój rocznicowy weekend (pierwsza rocznica ślubu) w tych ostępach. To pozostający w związku małżeńskim Sarah i Daniel: kobieta, która dobrze zna Jackie (tyle że pod innym imieniem) i mężczyzna, który będzie miał okazję po raz pierwszy ją zobaczyć i samemu ocenić zasadność podejrzeń od lat żywionych przez Sarah względem jej niegdysiejszej przyjaciółki. Colin Minihan nie przedłużał zanadto wstępu, nie rozkręcał akcji w tempie ślimaczym, ale też nie pozwolił by widz wkroczył w tę opowieść z pozycji osoby niewystarczająco zaznajomionej z postaciami. Silnie skontrastowana kolorystyka zdjęć Davida Schuurmana podkreśla naturalne piękno leśnego krajobrazu, ale nie wydobywa z tej scenerii tyle mroku, ile chciałoby się dostać od horroru czy thrillera (moim zdaniem to hybryda). Sytuację na szczęście uratowało towarzyszące mi już od pierwszych scen filmu poczucie zaszczucia i wyalienowania. Emocjonalne napięcie wzmagające się z minuty na minutę, które zawdzięczałam także warstwie wizualnej (dźwiękowej zresztą też), nie tylko fabule. Bo horror/thriller wcale nie musi być przesycony mrokiem, żebym jak na szpilkach mogła śledzić rozwój akcji – jak się okazuje nawet takie silnie skontrastowane, ładne, a nie odpychające, złowieszcze, ponure zdjęcia mogą czynnie uczestniczyć w budowaniu i intensyfikowaniu napięcia.

- Co zmieniło cię w tego potwora?
- To natura, nie wychowanie.”

Mogę się założyć, że wielu odbiorców „Zabij i żyj” będzie wyrzucało Julie i Jackie (a zwłaszcza tej pierwszej) nielogiczne zachowania. Nieprzemyślane, skrajnie ryzykowne posunięcia, których to nie będą w stanie umotywować. Wieloletnich miłośników wszelkiej maści mniej czy bardziej krwawych horrorów, ze szczególnym wskazaniem na slashery, nie powinno to dotyczyć. Przede wszystkim oni bowiem docenią tego typu zagrywki Colina Minihana. Mogę się mylić, ale mnie wyglądało to jak celowy zabieg scenarzysty i zarazem reżysera, odbierałam to jako swego rodzaju hołd dla rąbanek z dawnych lat (zwłaszcza slasherów) i zarazem próbę reaktywacji tego, co chyba tylko w oczach ich największych fanów wypada tak bardzo urokliwie (zresztą większość z tychże zachowań moim zdaniem można usprawiedliwić paniką w przypadku Julie i nadmierną pewnością siebie jeśli chodzi o Jackie). Doskonale widać że Minihan dobrze zna reguły, jakimi rządzi się umiarkowanie krwawy horror osadzony w leśnej scenerii - że traktuje je zarazem poważnie, jak z niejakim dystansem (w scenariuszu nie brakuje czarnego humoru, nieprzejaskrawionego, akuratnego, takiego, który na mnie zawsze działał) – i to samo można powiedzieć o thrillerze psychologicznym, który najsilniej uwidacznia się w wątku znanym choćby z powieści „Misery” Stephena Kinga i/lub filmu powstałym na jej kanwie w reżyserii Roba Reinera. To prawda, Jackie chce zabić swoją żonę Julie, to jest jej główny cel, ale „Zabij i żyj” to nie tylko polowanie na wcześniej poważnie okaleczoną kobietę toczące się w lesie znacznie oddalonym od skupisk ludzkich (wsi, miasteczek, miast), ale również rozgrywka psychologiczna pomiędzy rasową psychopatką i kobietą, która dotąd uważała ją za miłość swojego życia. Colin Minihan wykazuje się tutaj znajomością definicji osobowości dyssocjalnej. Jackie, jak na psychopatkę przystało, jest wyzuta z empatii, na związki z innymi ludźmi patrzy jedynie w kategoriach ich przydatności dla siebie, a na to, co zdrowych ludzi w najlepszym przypadku przyprawia o szybsze bicie serca, jej organizm w ogóle nie reaguje. Jackie to też typ przestępcy zorganizowanego UWAGA SPOILER seryjnej morderczyni, głównie kobiet: swoich przyjaciółek, kochanek, żon KONIEC SPOILERA. Jest inteligentna, pewna siebie i charyzmatyczna. Wykazuje się ponadprzeciętną znajomością pracy organów ścigania i wykorzystuje tę wiedzę do maksymalnego zminimalizowania ryzyka posądzenia jej o zabójstwo Jules. Co więcej, gdy jej pierwotny plan się nie powodzi (tutaj od razu pomyślałam o „Revenge” Coralie Fargeat, aczkolwiek w wydaniu Minihana to było bardziej realistyczne, bo i stylistyka „Zabij i żyj” jest inna, nie tak przejaskrawiona), Jackie nie „ucieka z podkulonym ogonem”, nie poddaje się, nie traci zimnej krwi, nie panikuje, tylko rozpoczyna to, w czym czuje się wprost wybornie, czyli polowanie. Tym razem jednak nie na zwierzynę tylko na swoją własną żonę. W „Zabij i żyj” jest kilka umiarkowanie krwawych ujęć, ale efekt nieco psuje substancja mająca udawać posokę, bo więcej tu różu niż czerwieni. Rozczłonkowywanie ofiary mogło być chociaż troszkę mocniejsze (od razu po uderzeniu w ciało następuje cięcie, przeskok kamery na inny fragment pomieszczenia), ale już poranionemu ciału Jules możemy się w miarę dokładnie przyjrzeć – nawet złamany palec i najpoważniejsza rana, na brzuchu, w pewnych momentach wypełniają ekran, a prawdziwą wisienką na torcie dla miłośnika umiarkowanie krwawych horrorów powinien być zabieg naprędce przeprowadzony przez Julie na jej własnym ciele. Myślę, że trzeba też wspomnieć o tym, że w „Zabij i żyj” pojawia się sekwencja, która po prostu nie może nie kojarzyć się z „Funny Games” Michaela Hanekego, a wziąwszy pod uwagę moment, w którym antagonistka patrzy prosto na nas można domniemywać, że nie był to przypadek, że Colin Minihan w pełni świadomie nawiązywał do tego arcydzieła światowej kinematografii. Radzę jednak nie nastawiać się na taki gwałt na umyśle, jaki (przynajmniej u części widzów) dokonuje wspomniane dzieło Hanekego i jego remake, bo „Zabij i żyj” to zdecydowanie delikatniejsze kino. Niesiejące takiego spustoszenia w głowach odbiorców, ale to wcale nie znaczy, że niegodne polecenia fanom tak horrorów, jak thrillerów o psychopatach. Tutaj o psychopatce działającej w odizolowanym od cywilizacji, malowniczym zakątku Kanady. Ale finał mógłby być lepszy. UWAGA SPOILER I nie chodzi o dobrowolny powrót Jules do koszmaru, z którego ledwo udało jej się wyrwać, bo według mnie Minihan chciał w ten sposób odnieść się do tradycji final girl, kobiety, która już się nie boi, którą wcześniejsze przejścia tak zahartowały, że może wreszcie stawić czoła złu zamiast przed nim uciekać. A piszę o tym, bo jestem przekonana, że ta decyzja Jules spotka się z największą krytyką widzów KONIEC SPOILERA. Rozczarowała mnie ostatnia scena. Tylko ten moment. Tak, mojej satysfakcji nie zmniejszyło nawet to, że w końcówce wreszcie zrobiono coś, o czym myślałam od dawna, wręcz dziwiłam się, że jedna z tych dwóch czołowych postaci tak późno o tym pomyślała. Bo jakoś bardziej zależało mi na zobaczeniu czegoś takiego (tego czegoś, czego się spodziewałam), niż na uderzeniu we mnie czymś na wskroś zaskakującym.

Wątpię, żeby znalazło się wielu długoletnich miłośników umiarkowanie krwawych horrorów, do których „Zabij i żyj” nie zdoła przemówić. Jakości XX-wiecznych rąbanek oczywiście nie należy się spodziewać, ale jak na obecne standardy tego typu kina naprawdę nie jest źle. Fani thrillerów psychologicznych też powinni dać szansę temu obrazowi, ale tylko ci, którzy nie celują wyłącznie w ambitniejsze pozycje tego gatunku. Ja natomiast, czyli osoba, która nie ma dużych wymagań od kina grozy, oddana miłośniczka umiarkowanie krwawych horrorów, mogę tylko pogratulować sobie wyboru „Zabij i żyj”. Drugiej, po „Nieznajomych: Ofiarowaniu”, tegorocznej rąbanki, którą oglądało mi się z prawdziwą przyjemnością (jakkolwiek to brzmi, gdy mowa o filmie traktującym o polowaniu na człowieka) – większą nawet niż w przypadku tej pierwszej.

Za seans bardzo dziękuję


Film wchodzi w skład 3. Przeglądu Horrorów Fest Makabra

sobota, 13 października 2018

„Sleepwalker” (2017)

Po śmierci męża i rocznej psychoterapii Sarah Foster wraca do przerwanych niegdyś studiów doktoranckich. Ciągle doświadcza jednak problemów ze snem: trudno jej zasnąć, ma napady bezdechu sennego, dręczą ją koszmary i lunatykuje. Somnambulizm niepokoi ją najbardziej, zwłaszcza że zaczyna budzić się na ulicy. Sarah decyduje się poszukać pomocy w ośrodku leczenia zaburzeń snu prowadzonym przez doktora Scotta White'a. Wkrótce po rozpoczęciu badań w życiu kobiety zaczynają zachodzić niepokojące zmiany. Każdy, kto ją zna utrzymuje, że nazywa się Sarah Wells, a i jej otoczenie z dnia na dzień staje się dla niej coraz bardziej obce. Wspomnienia kobiety stoją w sprzeczności ze stanem faktycznym, a i ten stan faktyczny co jakiś czas ulega zmianie.

Dramat „Love Is the Drug” (2006), kryminał „Blitz” (2011), dramat „Słowik” (2014), dramat/thriller „Po katastrofie” (2017) – to prawie wszystkie pełnometrażowe filmy urodzonego w Londynie Elliotta Lestera. Prawie, bo w lutym 2017 roku na Santa Barbara International Film Festival zadebiutował jego „Sleepwalker”, amerykański thriller na podstawie scenariusza Jacka Olsena („Kołysz się, dziecino” z 2016 roku), niektórym mogący nasuwać skojarzenia z filmografią Davida Lyncha. Ja jednak oglądając ten film miałam przed oczami przede wszystkim hasło „Witajcie w Strefie Mroku”.

Poznajcie Sarah Foster. Kobietę po przejściach, która próbuje na nowo ułożyć sobie życie, ale przeszkadzają jej w tym problemy ze snem. Lunatykowanie, bezsenność, koszmary, bezdech senny – to wszystko sprawia, że Sarah nie może porządnie wypocząć, a więc trudno jej zrealizować swój plan polegający na ukończeniu studiów doktoranckich. Zwraca się więc o pomoc do psychiatry, doktor Cooper (dobra kreacja Izabelli Scorupco) i udaje się do ośrodka leczenia zaburzeń snu. Najpierw trafia pod opiekę doktora Koslova (jak zwykle przekonujący mnie Kevin Zegers), ale później przejmuje ją sam dyrektor placówki, Scott White (przyzwoity Richard Armitage), który, jak już wtedy wiemy, z wyglądu jest typem mężczyzny, z jakim Sarah gotowa byłaby się związać. Ahna O'Reilly wcielająca się w rolę główną dosyć dobrze wybrnęła z nie tak łatwego zadania stworzenia apatycznej, zamkniętej w sobie, cierpiącej psychicznie kobiety, ale ważniejsze było dla mnie to, że scenarzysta Jack Olsen należycie scharakteryzował tę postać. Owszem, obraz psychologiczny Sarah Foster mógł być bardziej pogłębiony, spokojnie można było pokusić się o szersze omówienie tej bohaterki, ale to nie było nieodzowne. Przynajmniej nie dla mnie, bo bez trudu wczułam się w sytuację Sarah. Co nie znaczy, że rozumiałam co się z nią dzieje, że odgadłam z jakim zjawiskiem mam tutaj do czynienia. Moment gdy główna bohaterka pojawiła się w klinice leczenia zaburzeń snu uruchomił dzwonek alarmowy w mojej głowie. Już wtedy byłam pewna, że popełniła ogromny błąd, bo horrory i thrillery zazwyczaj przedstawiają wszelkiego rodzaju placówki medyczne jako źródło kłopotów protagonistów. W tego rodzaju filmach takie miejsca zawsze są podejrzane i nie inaczej jest w przypadku „Sleepwalker”. Bo jeśli nawet znajdą się osoby, które w momencie przybycia Sarah do ośrodka prowadzonego przez doktora Scotta White'a nie będą podawać w wątpliwość tego, że personelowi zależy na dobru pacjentów, to najpewniej już wkrótce zaczną to robić. Trudno jednak o absolutną pewność – twórcy na to nie pozwalają, chcą żebyśmy szukali też innych wyjaśnień przypadku Sarah Foster, zachęcają nas do tego, jednocześnie gdzieś między słowami dając do zrozumienia, że i tak nie uda nam się wpaść na właściwy trop. Traktuje się to jak wyzwanie, wygląda to tak jakby zapraszano nas do gry i naprawdę ciężko tę propozycję odrzucić. W tej rozgrywce twórcy stawiają widza w pozycji Sarah. To w jej skórę wejdziemy - w skórę osoby, w ogląd sytuacji której będziemy mocno powątpiewać, ale będziemy też łapać się na tym, że patrzymy na nią jak na jedyną godną zaufania osobę w całym tym szaleństwie. Bo to jest szaleństwo – pytanie tylko, czy zrodziło się ono w umyśle głównej bohaterki, czy patrzymy na zakrojony na dosyć szeroką skalę spisek? Czy Sarah Foster traci zmysły na skutek traumatycznych przeżyć i problemów ze snem, czy padła ofiarą jakiegoś nowatorskiego eksperymentu przeprowadzonego przez personel ośrodka specjalizującego się w leczeniu zaburzeń snu, do którego zwróciła się z prośbą o pomoc? Tak myślałam, ale... No właśnie, brałam też pod uwagę inne, przyznam że coraz to dziwaczniejsze, możliwości. Zaburzenie chronologii dni jak w „Przeczuciu” Mannana Yapo? Za tym przemawiało to, że życie Sarah zmieniało się po niemal każdym przebudzeniu i nie tak drastycznie, żeby nie było widać związków pomiędzy nimi. A może chodzi o taki banał, jak wizja życia po śmierci? A Haley Joel Osment (tak, tak „Szósty zmysł”) w roli prześladowcy Sarah Foster/Sarah Wells? Jak on ma się do tego wszystkiego? I co ważniejsze gdzie w tym wszystkim umiejscowić doktora Scotta White'a, bo scenarzysta i w tym przypadku nielicho miesza.

Oglądając filmy w rodzaju „Sleepwalker” łatwo o frustrację. Twórcy konsekwentnie podsycają ciekawość widza, ale jej nie zaspokajają. Domyślamy się oczywiście, że w finale wszystko się wyjaśni, ale nawet co do tego nie możemy mieć absolutnej pewności. Niby chcemy już, teraz rozszyfrować zamysł scenarzysty, ale jednocześnie nie pociąga nas perspektywa spotkania z zakończeniem, które zdążyliśmy przewidzieć. Tak, bywałam sfrustrowana, ale nie znudzona. Były chwile, w których załamywałam ręce, poddawałam się, dochodząc do wniosku, że najlepiej po prostu poczekać na wyjaśnienie tego wszystkiego. Nie bez nadziei, że tak się nie stanie. Bo uznałam że pozostawienie mnie w głębokiej niewiedzy, niezaspokojenie mojej niemałej ciekawości byłoby ciekawym zagraniem. Pewnie nie z punktu widzenia osób lubiących filmy niepozostawiające pola do domysłów, podające wszystko na tacy, ale już osoby skore do szukania własnych interpretacji mieliby wtedy nie lada wyzwanie. Pomyślałam sobie: takie zamknięcie na pewno zapadałoby w pamięć, taka złośliwość to byłoby coś, czego ofiarą warto byłoby paść. Ale z drugiej strony ta koncepcja dawała twórcom możliwość uderzenia czymś zaskakującym, może nawet na wskroś oryginalnym. UWAGA SPOILER I gdyby tylko darowano sobie tę ostatnią scenę, ten banalny epilog to byłabym w miarę zadowolona. Nie w pełni, bo cały czas nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niewyjaśnianie niczego miałoby większy urok KONIEC SPOILERA. W „Sleepwalker” pojawia się też trochę słabszych z mojego puntu widzenia wątków. Wspomniany już prześladowca Sarah Foster nie dość, że został potraktowany po macoszemu, jak zapychacz czasu, to na dodatek nie bardzo pasował mi do tej akurat koncepcji (pomijam fakt, że zmęczył mnie już motyw stalkera w filmie). Ale jeszcze mniej zajmujący okazał się dla mnie wątek relacji głównej bohaterki z doktorem Scottem White'em, bodaj najbardziej przewidywalny składnik fabuły, ale nie dlatego tak irytujący. „Sleepwalker” utrzymano w dosyć mrocznym, jak na standardy współczesnego kina, klimacie. I co równie ważne starano się (moim zdaniem dosyć skutecznie) stworzyć aurę intymności poprzez powolne najazdy kamer na poszczególne miejsca i bohaterów, budowanie dramaturgii opowieścią i zagęszczającą się atmosferą paranoi, a nie wymyślnymi efektami specjalnymi. I to przyjmowałam z otwartymi ramionami, chyba że owa intymność dotyczyła coraz to bardziej mdłej relacji kobiety i mężczyzny.

„Sleepwalker” Elliotta Lestera nie jest thrillerem idealnym, filmem pozbawionym wad, bo podejrzewam, że będą one dostrzegalne nawet dla osób wprost przepadających za takimi schizofrenicznymi opowieściami, za wielce zagadkowymi fabułami, które wprost zmuszają widza do ciągłego poszukiwania odpowiedzi na pytanie: o czym tak naprawdę opowiada ten film? Dla mnie nie były to na tyle duże niedogodności, żebym pożałowała wyboru właśnie tej pozycji. I żeby powstrzymywało mnie to od polecenia tej pozycji przede wszystkim wyżej wymienionej grupie widzów, ale podejrzewam, że i wśród miłośników mniej zagadkowych, bardziej klarownych filmowych thrillerów znajdą się osoby, których zaintryguje propozycja Elliotta Lestera.

piątek, 12 października 2018

3. Przegląd Horrorów Fest Makabra

Najciekawsze i najoryginalniejsze horrory tego sezonu premierowo w Polsce!
3. Przegląd Horrorów FEST MAKABRA w kinach od 26 października
 
FEST MAKABRA to ogólnopolski przegląd horrorów, prezentujący najciekawsze i najoryginalniejsze dokonania światowego kina grozy ostatniego sezonu. W programie wydarzenia znajdują się mrożące krew w żyłach filmy z różnych stron świata, w zdecydowanej większości pokazywane w Polsce premierowo.

Seanse FEST MAKABRY odbywają się w kinach studyjnych i lokalnych w całej Polsce oraz na nocnych maratonach największych sieci kin. Organizatorem wydarzenia jest dystrybutor filmowy Kino Świat.

W ramach poprzednich edycji Przeglądu Horrorów FEST MAKABRA polscy widzowie mogli obejrzeć m.in. takie filmy, jak: „Lament”, „Zombie Express”, „Słudzy diabła”, „Szklana trumna”, „Pamiętam Cię” i „Bodom”.

Oficjalny plakat 3. Fest Makabry:
 
Autor plakatu: Albert Krajewski

 
Program 3. Przeglądu Horrorów FEST MAKABRA:
 
MROK
95 min. | Horror | Reż. Justin P. Lange | Austria 2018
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=ggu9GWhkTj8&t=23s

Porównywana do kultowego obrazu „Pozwól mi wejść” mroczna i brutalna historia o przyjaźni dwojga samotnych nastolatków i ich nieokiełznanych instynktach. Odważny debiut reżysera i scenarzysty Justina P. Lange’a w błyskotliwy sposób łączy krwawy horror o zombie z przejmującym motywem dorastania i społecznego wykluczenia. W roli głównej hipnotyzująca Nadia Alexander, laureatka nagrody dla Najlepszej aktorki na festiwalu FrightFest. „Mrok” został nagrodzony za Najlepszy Scenariusz na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Fantastycznych Fantaspoa.

Ukrywająca się w lasach nieumarła nastolatka (Nadia Alexander) w trakcie polowania spotyka niewidomego chłopca (Toby Nichols), który właśnie wydostał się z rąk przetrzymującego go porywacza. Oboje doświadczyli ogromnego okrucieństwa ze strony dorosłych, co sprawia, że szybko nawiązują bliską więź. Ich zaskakująca przyjaźń i wspólna walka z demonami przeszłości zaczną zbierać krwawe żniwo.

NOC POŻERA ŚWIAT
93 min. | Horror | Reż. Dominique Rocher | Francja 2018
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=k9zMtlCPQuU

Jak przetrwać inwazję zombie i nie zwariować? „Noc pożera świat” to niezwykle pomysłowy, niepozbawiony humoru i przerażający francuski horror, który łączy w sobie szaleństwo „28 dni później” i humor „Wysypu żywych trupów”. W doborowej obsadzie: Anders Danielsen Lie („Personal Shopper”, „Oslo, 31 sierpnia”), Golshifteh Farahani („Paterson”, „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”) i Denis Lavant („Holy Motors”). Film prezentowany m.in. na festiwalach Nowe Horyzonty, Tribeca, Fantasia i FrightFest.

Młody mężczyzna budzi się po imprezie w paryskiej kamienicy i z przerażeniem odkrywa, że miasto zostało opanowane przez hordy wygłodniałych żywych trupów. Aby przetrwać, musi zabarykadować się w starym domu i przystosować się do nowych ekstremalnych okoliczności.
 
WYLECZENI
95 min. | Horror | Reż. David Freyne | Irlandia 2017
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=2x8oUhQFi_8&t=1s

Błyskotliwy, przerażający i nowatorski w podejściu do tematyki zombie irlandzki horror o świecie po apokalipsie, w którym udało się wynaleźć antidotum na wirusa zamieniającego ludzi w zombie. Znakomicie przyjęty na festiwalu filmowym w Toronto pełnometrażowy debiut reżyserski Davida Freyne’a z nominowaną do Oscara Ellen Page („Incepcja”, „Juno”), Samem Keeleyem („Wszystkie odloty Cheyenne’a”) i Tomem Vaughan-Taylorem („Avengers: Wojna bez granic”).

Po wielu latach globalnej epidemii wirusa, zamieniającego ludzi w krwiożercze bestie, zostaje wynaleziony lek, który kładzie kres apokalipsie. Zarażeni wracają do życia, a świat staje przed problemem reintegracji byłych zombie z resztą społeczeństwa niedotkniętą zarazą. Wyleczeni traktowani są z pogardą i nienawiścią, co doprowadza do poważnych społecznych napięć i aktów przemocy. Jednym z wyleczonych jest Senan (Sam Keeley) - młody mężczyzna prześladowany wspomnieniami bestialskich czynów, który trafia pod dach swojej bratowej Abbie (Ellen Page). Jego próba powrotu do codzienności staje się coraz trudniejsza w obliczu nasilającej się społecznej opresji i agresywnych nastrojów.

ZABIJ I ŻYJ
98 min. | Horror, Thriller | Reż. Colin Minihan | Kanada 2018
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=2J7vp2dQNsI&t=3s
 
Co zrobisz, gdy Twoja ukochana osoba niespodziewanie zwróci się przeciwko Tobie? „Zabij i żyj” to żywiołowa, pełna fabularnych twistów i pozbawiona hamulców filmowa jazda bez trzymanki z rewelacyjnymi rolami Brittany Allen i Hannah Emily Anderson. Bezlitosny horror o miłości, która potrafi być zabójcza. Film w reżyserii Colina Minihana, twórcy cenionych horrorów „Krew na piasku” i „Tropiciele mogił” (jako połowa duetu The Vicious Brothers. Światowa premiera „Zabij i żyj” odbyła się podczas festiwalu filmowego SXSW w Austin.

Jackie (Hannah Emily Anderson) i Jules (Brittany Allen) wyjeżdżają do malowniczego domu nad jeziorem, aby uczcić pierwszą rocznicę ślubu. Żadna z kobiet nie spodziewa się, że idylliczne lasy, będące scenerią dla gorącego uczucia, staną się areną przemocy i makabrycznej gry w kotka i myszkę.

PORONIONY
87 min. | Horror, Thriller | Reż. Brandon Christensen | Kanada 2017
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=_SYcph-ZYAk&t=1s

Kultowe obrazy „Dziecko Rosemary” i „Babadook” dobitnie uświadamiają, że macierzyństwo nie jest po prostu trudne – jest ekstremalnie przerażające. Porównywany do „Paranormal Activity”, „Ducha” i wspomnianego arcydzieła Romana Polańskiego, gęsty od napięcia kanadyjski horror o wyczekiwanym macierzyństwie, które zamienia się w koszmar i desperacką walkę o przetrwanie. Laureat nagrody dla Najstraszniejszego filmu na festiwalu The Overlook.

Utrata jednego z bliźniąt podczas porodu wywołuje u Mary wielką traumę. Zdruzgotana śmiercią dziecka, popada w szaleństwo, podejrzewając, że na ocalałe niemowlę czyha złowroga siła, która nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swój okrutny plan.

3. Przegląd Horrorów FEST MAKABRA w kinach od 26 października
 
Oficjalna strona: http://festmakabra.pl/
Facebook: https://www.facebook.com/festmakabra/
 
Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

czwartek, 11 października 2018

Peter Straub „Upiorna opowieść”

Lata 70-te XX wieku. W małym amerykańskim miasteczku Milburn w stanie Nowy Jork działa nieformalne stowarzyszenie funkcjonujące pod nazwą Stowarzyszenie Chowder. Obecnie należy do niego czterech starszych mężczyzn: prawnicy Frederick Hawthorne i Sears James, lekarz John Jaffrey oraz lowelas Lewis Benedikt. Wcześniej grupa ta liczyła pięć osób, ale zajmujący się pisaniem autobiografii znanych ludzi Edward Wanderley zmarł przed rokiem. Stowarzyszenie Chowder to w istocie zaprzyjaźnieni starsi panowie, którzy spotykają się, by opowiadać sobie upiorne historie. To mężczyźni, których od jakiegoś czasu dręczą koszmary senne, którzy zaczynają podejrzewać, że znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie. Mają powody by przypuszczać, że ktoś lub coś ich prześladuje. Jakaś nadnaturalna siła, która nie bez ich winy ściągnęła do Milburn. Pomocy członkowie Stowarzyszenia Chowder postanawiają poszukać u siostrzeńca ich nieżyjącego już przyjaciela, Donalda Wanderleya, pisarza specjalizującego się w horrorze.

Pierwotnie wydana w 1979 roku „Upiorna opowieść”, opus magnum amerykańskiego pisarza Petera Strauba, autora między innymi „Julii”, „Krainy cieni”, „Zaginionego, zaginionej”, „Pana X”, „Tajemnicy” oraz napisanych wspólnie ze Stephenem Kingiem „Talizmanu” i „Czarnego domu”. Jedna z najbardziej reprezentatywnych pozycji literackiego horroru nastrojowego, przeniesiona na ekran w 1981 roku przez Johna Irvina (z pominięciem wielu istotnych wątków, w dużym uproszczeniu), doceniana przez krytyków, wychwalana przez niezliczonych długoletnich fanów literatury grozy, „Upiorna opowieść” powstała z natchnienia innymi wielkimi dziełami gatunku, ale i sama stanowiła (stanowi) źródło inspiracji dla innych artystów. W Polsce była znana jedynie nielicznym, bo wydano ją tylko raz (wydawnictwo Rebis) i to w 1993 roku. Do niedawna więc, jeśli szczęście dopisało, można było zakupić jedynie używany egzemplarz „Upiornej opowieści”. Egzemplarz, do tłumaczenia którego miałam spore zastrzeżenia, ale to wcale nie powstrzymywało mnie przed wracaniem do tej powieści. Nie będę się pastwić nad starym wydaniem, bo gdyby nie ono, nie poznałabym wcześniej tego wyjątkowego dzieła. Przyszłoby mi długo na to czekać... aż do roku 2018, kiedy to „Upiorna opowieść” Petera Strauba doczekała się wreszcie polskiego wydania godnego rangi, jaką książka ta posiada w światku literatury grozy. Wydawnictwo Vesper przygotowało dla polskich czytelników nakład w twardej oprawie, z klimatyczną okładką, poprawionym tłumaczeniem (hurra!), krótkim wstępem Roberta Ziębińskiego i obszerniejszym posłowiem Piotra Borowca, tekstem, z którego bije ogromna miłość do horroru (tutaj literackiego). A takie analizy wprost uwielbiam.

W mojej biblii, „Danse Macabre”, Stephen King zauważa, że „Upiorna opowieść” ma w sobie coś z wcześniejszej, mniej znanej, powieści Petera Strauba zatytułowanej „Julia”. I rzeczywiście pod pewnymi względami ta ostatnia może jawić się niczym wprawka do omawianego arcydzieła jednego z najlepszych autorów literatury grozy, wciąż ewidentnie zaniedbywanego przez polskich wydawców. W „Danse Macabre” znajdziemy także wypowiedź samego Petera Strauba, w której to przyznaje się, że świadomie nawiązywał do wybranych wielkich dzieł literatury grozy (zresztą nigdy tego nie ukrywał) i jak się okazało jest to jedna z głównych atrakcji „Upiornej opowieści”. „Legenda o Sennej Kotlinie” Washingtona Irvinga,
„W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa, „Wielki Bóg Pan” Arthura Machena to tylko niektóre ze źródeł, z jakich czerpał Straub podczas pracy nad „Upiorną opowieścią”. O nich często się wspomina w różnego rodzaju omówieniach tej ostatniej pozycji, ale myślę, że z pozostałych licznych muz Strauba warto jeszcze wymienić „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. Autor „Upiornej opowieści” tego również nie ukrywa (znowu „Danse Macabre”), ale nawet gdyby tak było żadnemu miłośnikowi twórczości niekoronowanego króla współczesnego literackiego horroru nie mogłyby umknąć podobieństwa do „Miasteczka Salem” (te opisy losów pobocznych postaci żyjących w małym amerykańskim miasteczku, które wzięło we władanie najczystsze zło). Ja jednak będę się upierać, że główną inspiracją Strauba było fenomenalne opowiadanie Arthura Machena pt. „Wielki Bóg Pan”, większą nawet niż „W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa, z której to przecież autor omawianego arcydzieła zaczerpnął motyw ludzi opowiadających sobie straszne historie, czyli jeden z ważniejszych wątków „Upiornej opowieści”. Ale według mnie istnieją dwie istotniejsze składowe – wątek femme fatale i konstrukcja tej historii. 


Zaczynamy od pytania, które później pożyczy sobie nieżyjący już Jack Ketchum na użytek swojej powieści „Straceni”. „Jaka była najgorsza rzecz, którą kiedykolwiek zrobiłeś?” Wystarczy, żeby zaintrygować czytelnika, prawda? Z pewnością, ale Straub w prologu na tym nie poprzestaje – rozpościera przed naszymi oczami obraz człowieka, który z jakiegoś powodu porwał małą dziewczynkę. Dziewczynkę, w której widzi zagrożenie, a i my szybko zaczynamy tak na nią patrzeć. Pod koniec prologu padają dwa zdania, po których ja podczas swojej pierwszej lektury „Upiornej opowieści” autentycznie skamieniałam. Przez dłuższą chwilę nie mogłam się ruszyć, a gdy ten stan minął jeszcze długo czułam się nieswojo. W „Danse Macabre” Stephen King poświęca trochę miejsca na omówienie tych dwóch krótkich zdań, stara się wyjaśnić ich fenomen, ubrać w słowa czysty geniusz ujawniony w zaledwie kilku słowach. Moim zdaniem właśnie tutaj znajdujemy jądro tej opowieści, to jest moment, w którym ujawnia się najczystsza groza, horror w najpiękniejszym, najpotężniejszym i najskuteczniejszym wydaniu. W „Upiornej opowieści” Peter Straub zastosował narrację, która przypomina tę wykorzystaną przez Arthura Machena w jego „Wielkim Bogu Panu”. W tamtym opowiadaniu też mamy pomieszanie różnych okresów czasowych i podawanie czytelnikom wielu istotnych faktów za pośrednictwem opowieści snutych przez niektórych bohaterów na użytek innych postaci. To podobieństwo niemałej wagi, ale nie jestem pewna, czy bym to zauważyła, gdyby nie tajemnicza kobieta, czarny charakter występujący pod różnymi nazwiskami, a w „Upiornej opowieści” również pod różnymi postaciami. I nawet nie chodzi o postać femme fatale samą w sobie, ani też o skrupulatne budowanie w odbiorcach obu tych dzieł pewności, że dana zarazem piękna i odpychająca niewiasta jest istotą nadnaturalną, że kimkolwiek by nie była, na pewno nie jest człowiekiem. Rzecz w tym, że czytając „Upiorną opowieść” my, czytelnicy, w przeciwieństwie do protagonistów od początku wiemy kto zacz – gdy w jednej z retrospekcji Straub opisuje tragicznie zakończone przyjęcie urządzone na cześć pewnej młodej aktorki, nie mamy żadnych wątpliwości, że już ją poznaliśmy, tyle że w dużo młodszym wydaniu. Gdy rok później do Milburn zawita inaczej wyglądająca i przedstawiająca się młoda kobieta, my wiemy, że to ta sama osoba, którą porwie Don Wanderley i którą niegdyś gościł jego wuj. Kobieta zmienia co prawda imiona i nazwiska, ale inicjały prawie zawsze są takie same. Prawie, bo dalszy rozwój wypadków pokaże, że bardzo długie korzenie tej historii sięgają innego inicjału. A Straub jest zdecydowany przeprowadzić nas przez to wszystko bez zachowania chronologii, podobnie jak przed nim, w mniejszej skali, uczynił to Arthur Machen w swoim „Wielkim Bogu Panu”. W tamtym mistrzowskim opowiadaniu grozy czytelnik też będzie mógł z łatwością uprzedzać wnioski protagonistów jeśli chodzi o postać femme fatale – przynajmniej raz wpadnie na jej trop dużo szybciej od nich, właściwie to natychmiast po ponownym pojawieniu się jej w Londynie pod innym nazwiskiem. Ale jak już wspomniałam to, według mnie, świadomie rozegrane przez Strauba (myślę, że przez Machena też) stawianie czytelnika w roli bardziej uświadomionego od głównych bohaterów powieści (jeśli chodzi o każde kolejne i poprzednie, bo nie zapominajmy o retrospekcjach, wcielania czołowego czarnego charakteru) zostało przedstawione z dużo większym rozmachem, miało nieporównanie większą skalę, cechowało się większą śmiałością, energicznością i przede wszystkim tajemniczością. Ta ostatnia dosłownie oblepia niemal każdą stronicę „Upiornej opowieści”, emanuje z kart tego utworu z siłą, której nie powstydziliby się główni reprezentanci literatury gotyckiej i horroru nadnaturalnego. Tak, podejrzewam, że nawet H.P. Lovecraft i Edgar Allan Poe byliby pod ogromnym wrażeniem atmosfery stworzonej przez Petera Strauba w jego opus magnum, w powieści, która przyniosła mu w pełni zasłużoną sławę.

Akcja „Upiornej opowieści” rozgrywa się w różnych okresach czasowych i w różnych miejscach, przy czym najszerzej autor omawia czasy współczesne czołowym bohaterom powieści, czyli lata 70-te XX wieku. Z pięciu członków Stowarzyszenia Chowder zostało tylko czterech, ich przyjaciel bowiem, Edward Wanderley zmarł przed rokiem w dosyć zagadkowych okolicznościach. Ale już wkrótce na ich wezwanie w niewielkim, sennym miasteczku Milburn, w którym wszyscy oni mieszkają, pojawi się młody siostrzeniec zmarłego, powieściopisarz Don Wanderley. Przedtem jednak autor na chwilę cofnie akcję o rok, przenosząc nas na przyjęcie, które jak już wiemy będzie miało tragiczny koniec, a jeszcze wcześniej przeniesie nas jeszcze dalej wstecz poprzez opowieść Searsa Jamesa snutą podczas jednego ze zwyczajowych spotkań Stowarzyszenia Chowder. Ta historia to prawdziwa kwintesencja nurtu ghost story, opowieść, której się nie zapomina i bynajmniej nie dlatego, że poraża oryginalnością, czy wstrząsa bezkompromisowością (choć kontrowersyjny temat też porusza). Nie, ona po prostu hipnotyzuje niebywale mrocznym klimatem, odpycha i zarazem przyciąga, zupełnie jak femme fatale wykreowana przez Strauba na kartach „Upiornej opowieści”. Pod kątem atmosfery ten fragment w mojej ocenie nie ustępuje nawet takiej perle, jak „Nawiedzony” (inny tytuł: „Nawiedzony dom na wzgórzu”) Shirley Jackson, ale chociaż to ogromna pochwała to muszę przyznać, że w „Upiornej opowieści” jest historia, która wywarła na mnie jeszcze większe wrażenie. Niegdysiejsze przejścia Dona Wanderleya z pewną tajemniczą kobietą to rzecz, którą każdorazowo czytam z zapartym tchem, z wypiekami na twarzy, z narastającym poczuciem zagrożenia czyhającego nie tyle na głównego bohatera i zarazem narratora tej opowieści, ile na mnie osobiście, bo ilekroć czytam tę historię wpadam w coś w rodzaju transu. Nie żartuję – tak się w tym pogrążam, że jeśli w tym czasie ktoś chce nawiązać ze mną kontakt najpierw musi mną potrząsnąć (przekonała się o tym pewna bliska mi osoba), a i potem trochę odczekać, bo po takiej prozatorskiej bombie nie potrafię błyskawicznie wracać do rzeczywistości, szybko odzyskiwać przytomność, że tak się wyrażę. Najlepsze jednak w całej tej powieści jest to, że Peter Straub praktycznie nieustannie daje nam dowody na to, że subtelnością, niedookreślonością, enigmatycznością wręcz można wstrząsnąć czytelnikiem dużo mocniej niźli szczegółowymi opisami odrażających istot, w skrajnie makabryczny sposób odbierających życie wybranym osobnikom. Finezja i tajemniczość to połączenie dużo efektywniejsze od wszelkich dosłowności tak chętnie stosowanych przez wielu autorów literatury grozy – Peter Straub był tego w pełni świadom podczas pisania „Upiornej opowieści”, a wiem to, bo tę wiedzę unaocznił w owym cudeńku. Nie zdziwiłabym się, gdyby te przebłyski dosłowności, których najwięcej jest w ostatnich partiach omawianej książki Straub wtłoczył nie z potrzeby wzmocnienia zaniepokojenia czytelnika tylko po to, by poprzez zestawienie tej wcześniejszej subtelności z późniejszą dosłownością doszedł on do wniosku, że to drugie wypada zwyczajnie śmiesznie, że pomiędzy tymi dwiema formami literackiego horroru rozciąga się szeroka i głęboka przepaść. Bo subtelność i tajemniczość sięgają aż do podświadomości, wwiercają się w umysł odbiorcy danego dzieła i zostają tam przynajmniej na jakiś czas, podczas gdy wszelkiego rodzaju szczegółowo ukazane ekstremum przez mgnienie gra na niższych ludzkich instynktach, nie docierając do tej głęboko ukrytej struny w naszych umysłach, do tego tajemnego mechanizmu, który jeszcze nie raz, nie dwa zostanie wprawiony w ruch podczas bezsennych nocy, kiedy to umysł odbiorcy „Upiornej opowieści” bez jego woli zawędruje do Milburn w stanie Nowy Jork i kilku innych miejsc tak sugestywnie przedstawionych przez Petera Strauba w tym nieziemskim utworze.

Jeśli uchowali się jeszcze jacyś długoletni miłośnicy literatury grozy, którzy „Upiornej opowieści” Petera Strauba jeszcze nie przeczytali (a to wielce prawdopodobne zważywszy na małą dostępność wcześniejszego polskiego wydania) to według mnie najlepiej zrobią, jak bez zastanowienia sięgną po tę pozycję teraz, gdy wreszcie doczekała się ona godnego sobie wydania w języku polskim. W mojej ocenie to horror z tak wysokiej półki (najwyższej mówiąc ściśle), że nawet jeśli ktoś ze wspomnianej grupy akurat ma mocno ograniczone fundusze to lepiej zrobi zaoszczędzając na jedzeniu niż odkładając w czasie lekturę tego arcydzieła. A w każdym razie, gdybym ja była na ich miejscu, gdyby parę lat temu mi się nie poszczęściło i nie zdobyłabym pierwszego polskiego wydania „Upiornej opowieści” (dodam że w dobrym stanie i aż nieprzyzwoicie niskim kosztem), nie miałabym możliwość otrzymania egzemplarza do recenzji od wydawnictwa Vesper i było u mnie krucho z pieniędzmi, to bez namysłu odjęłabym sobie od ust, żeby tylko wreszcie to przeczytać. I nie pożałowałabym tej decyzji. Czy Wy również nie pożałujecie lektury tej opowieści, czy Wy także obdarzycie ja dozgonną miłością? Nie wiem, ale szansy nie powinniście jej odmawiać. Nie, jeśli jesteście oddanymi wielbicielami literatury grozy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 10 października 2018

„Na krańcu świata” (1971)

John Grant, nauczyciel z Tiboonda w Australii, postanawia odwiedzić swoją dziewczynę mieszkającą w Sydney. Pociągiem dociera do miasta Bundanyabba, przez miejscowych nazywanego Yabba, gdzie planuje spędzić trochę czasu przed wejściem na pokład samolotu, który zabierze go do Sydney. Sytuacja finansowa Granta ulega jednak drastycznemu pogorszeniu, przez co nauczyciel jest zmuszony przedłużyć swój pobyt w przesadnie gościnnym mieście. John poznaje paru mężczyzn, którzy pokazują mu jak wygląda życie w Yabba. Całonocne zabawy suto zakrapiane alkoholem, hazard, seks bez zobowiązań i polowania na zwierzynę to codzienność tutejszych mężczyzn, a Grant stopniowo się do nich dopasowuje. Spokojny dotychczas nauczyciel oddaje się prymitywnym rozrywkom z grubiańskimi ludźmi bez perspektyw, odnajdując w tym taką przyjemność, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał.

W 1961 roku w Australii wypuszczono pierwsze wydanie powieści Kennetha Cooka, pt. „Wake in Fright”. Jakiś czas potem kupiono prawa do jej ekranizacji/adaptacji, napisanie scenariusza filmu powierzono Evanowi Jonesowi, a na reżysera filmu wybrano Kanadyjczyka Teda Kotcheffa. Zdjęcia ruszyły w 1970 roku, a pierwszy pokaz odbył się na Festiwalu Filmowym w Cannes w roku 1971. Oryginalny tytuł filmu pokrywa się z tytułem jego literackiego pierwowzoru („Wake in Fright”), acz istnieje też alternatywna nazwa „Outback”. W Polsce natomiast film funkcjonuje pod tytułem „Na krańcu świata”. Zrealizowany za, w przybliżeniu, osiemset tysięcy dolarów australijskich, thriller psychologiczny Teda Kotcheffa wzbudził niemałe kontrowersje, co obok lichej dystrybucji, jest uważane za jedną z przyczyn jego komercyjnej porażki. Przez lata produkcja ta była rozpowszechniana na bardzo wąską skalę. Dysponowano jedynie niskiej jakości kopią ocenzurowanej wersji omawianego obrazu. Ale odpowiadający za montaż „Na krańcu świata” Anthony Buckley po latach bezowocnych poszukiwań w końcu trafił na dobrą kopię filmu. Znalezisko to odrestaurowano i w 2009 roku wypuszczono na DVD i Blu-ray. W 2017 roku pojawił się miniserial „Wake in Fright” - readaptacja powieści Kennetha Cooka o tym samym tytule bądź remake thrillera psychologicznego Teda Kotcheffa. Nie jestem w stanie tego stwierdzić, ponieważ rzeczona książka i nowa wersja „Wake in Fright” nie są mi znane.

Australijsko-amerykańsko-brytyjski „Na krańcu świata” przez niektórych jest przypisywany do kina exploitation (rzadziej ozploitation), bo został zrealizowany tanim kosztem i porusza kontrowersyjne tematy. Mnie jednak tak do końca nie pasuje ten obraz do exploitation. Pomijam to, że jego techniczna jakość jest nieporównanie wyższa od tej, którą zazwyczaj można zaobserwować w tego typu kinie, bo (niestety) widziałam odrestaurowaną wersję tego filmu (jak pewnie każdy dzisiejszy odbiorca niniejszego obrazu), nie potrafię więc sformułować w tej materii żadnego wniosku. Tematyka „Na krańcu świata” to już zupełnie inna sprawa. Przeciętny Australijczyk, zwłaszcza ten mieszkający w mniejszych skupiskach ludzkich (miasteczka, wsie) ma prawo czuć się oburzony. W sumie to i mężczyzn mieszkających w innych rejonach świata takie spojrzenie na ich płeć może mocno bulwersować. Zresztą i kobietom się tutaj dostaje, więc wychodzi na to, że grupa rozgniewanych powinna być szeroka... Tak, tylko czy rzeczywiście u odbiorców tego filmu taka reakcja będzie dominować? W Sieci można znaleźć informację (nie wiadomo czy pokrywa się ona z prawdą), że podczas jednego z kinowych pokazów „Na krańcu świata” w Australii, jakiś widz wstał, wskazał na ekran i krzyknął „To nie my!”, na co aktor Jack Thompson (jeden z członków obsady omawianego filmu) odpowiedział „Usiądź kolego, to my”. I faktycznie ciężko zarzucić twórcom tego obrazu mijanie się z prawdą i nie chodzi tutaj tylko o australijską prowincję. Jedyne co można w tym miejscu im wytknąć (albo autorowi książki, bo nie wiem w jakim stopniu trzymali się oryginału) to stronniczość – pokazanie tylko „jednej strony medalu”, ukazanie całego skupiska ludzkiego w jednym, negatywnym świetle. Tacy ludzie, jak ci pokazani w „Na krańcu świata” istnieją i nie jest ich mało, ale obok nich egzystują przecież ich całkowite przeciwieństwa, których to w rzeczonym filmie nie znajdziemy. To może co poniektórych widzów drażnić, ale ja nie czynię z tego zarzutu, bo fikcyjne miasto Byndanyabba, w którym toczy się lwia część akcji filmu, dla mnie było czymś w rodzaju oazy dla prymitywnych jednostek i zarazem miejscem, które pobudzało ciemniejszą stronę ludzkiej natury, jednocześnie powoli uśmiercając tę jasną. Yabba nie jest przekrojem całego świata, według mnie absolutnie nie należy tak na to patrzeć. To raj dla alkoholików, chamów, leniów, hazardzistów i ludzi niepotrafiących powściągać swoich seksualnych popędów (i to ostatnie nie dotyczy tylko mężczyzn). To środowisko, które silnie oddziałuje nawet na dotychczas spokojne, poważne, praworządne, pracowite jednostki, bo przecież perspektywa robienia tego co się chce i kiedy tylko się chce ma prawo być dla nich bardzo nęcąca. Domyślam się, że nieobiektywne podejście do postaci zaludniających ten obraz miało wzmagać potępiający wydźwięk fabuły – nie da się bowiem nie zauważyć, że scenariusz piętnuje hulaszczy tryb życia, że twórcy wymierzają oskarżycielski palec w tych samców, którzy myślą wyłącznie o swoich własnych potrzebach, o zaspokajaniu swoich pragnień i o zarażaniu takim myśleniem innych ludzi. Tylko że jak się to ogląda to ma się nieodparte wrażenie, że filmowcy zwracają się bezpośrednio do nas, że to na nas kierują te pełne odrazy oskarżenia, zapytując przy tym, czy naprawdę chcemy tak żyć. Serio, nawet jeśli stroni się od alkoholu można pokryć się rumieńcem wstydu w reakcji na pijaństwo pokazywane na ekranie, można poczuć się osobiście dotkniętym takim ujęciem postaci, bo przynajmniej chwilowo mogą się oni wydawać odzwierciedleniem nas samych. I wierzcie mi, dokładnym odbiciem niezliczonych ludzi stąpających po ziemi (anty)bohaterowie „Na krańcu świata” faktycznie są.

Pustynny krajobraz i przybrudzone, lekko zamglone zdjęcia tworzą doprawdy duszny klimat wyalienowania, potęgując ponadto degrengoladę członków gatunku ludzkiego obserwowanych na ekranie. Ludzi, którym naprawdę nie chce się towarzyszyć, z którymi nie sposób sympatyzować, na których nie da się nie spoglądać ze sporą odrazą. I czołowa postać filmu nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. John Grant (niezła, aczkolwiek miejscami egzaltowana kreacja Gary'ego Bonda) jest ubogim nauczycielem z małego miasteczka Tiboonda, który decyduje się spędzić Święta Bożego Narodzenia w Sydney, ze swoją mieszkającą tam dziewczyną. Pech chce, że robi sobie postój w mieście Bundanyabba, którego mieszkańcy, jak szybko zauważa, wykazują się agresywną wręcz gościnnością. Grant staje się kolejną ofiarą hazardu. Zostaje bez pieniędzy, ale znajduje się w mieście zamieszkanym przez ludzi, którzy aż palą się do pomagania turystom. Tyle że pomaganie rozumieją jako zapewnianie im stałego dostępu do piwa, wciąganie ich w swoje całonocne imprezy, podczas których zdarza im się niszczyć cudze mienie i wdawać ze sobą w bójki. Potrzebującym oferują też dach nad głową – Granta gości u siebie miejscowy lekarz-alkoholik, Clarence F. Tydon, niepobierający wynagrodzenia za swoją wątpliwej jakości pracę, w którego w znakomitym stylu wcielił się Donald Pleasence, fanom horrorów znany przede wszystkim jako doktor Samuel Loomis (oryginalna seria „Halloween”). Ale to potem. Najpierw zostaje ugoszczony przez niejakiego Tima Hynesa, którego córka, Janette, jest nimfomanką. Twórcy nie mówią o tym wprost, ale ze słów Tydona można wywnioskować, że ta kobieta nie odmawia nawet swojemu ojcu, że z nim też sypia. Podkreślam jednak, że wyczytałam to jedynie między słowami, a to zdecydowanie za mało, żebym z pełną stanowczością mogła stwierdzić, że Ted Kotcheff odważył się poruszyć także wątek kazirodczy. To samo mogę powiedzieć o homoseksualizmie. To zostało tylko zasugerowane i to tak, aby nasza wyobraźnia stworzyła dość niewygodny obraz takiego stosunku seksualnego i bynajmniej nie dlatego, że dotyczy to dwóch osób tej samej płci. Największe kontrowersje wzbudzają jednak innego rodzaju scenki – pokazane w najdrobniejszych szczegółach i tym bardziej szokujące, że będące autentycznym zapisem śmierci, często w straszliwych męczarniach. UWAGA SPOILER Przemoc koncentruje się na zwierzętach, przede wszystkim kangurach, ale mamy też lisa i królika. To może niektórym wystarczy do włożenia „Na krańcu świata” do szufladki opatrzonej napisem „exploitation”, ale ja jakoś nie potrafię tak patrzeć na film, w którym nie ma ofiar z ludzi (w którym nie padają oni trupem, bo w psychologicznym sensie są ofiary, ofiary własnych autodestrukcyjnych zapędów). Rzeź kangurów jest jednak straszna, to bez wątpienia. Tym bardziej traumatyczna, bo prawdziwa – to nie jest sztuka, to autentyczny zapis polowania z udziałem ludzi w tym wyspecjalizowanych (i ponoć przy tym pijanych), włączony do filmu po konsultacji z obrońcami praw zwierząt z Australii i Wielkiej Brytanii, jako sprzeciw wobec polowań na zagrożoną wyginięciem zwierzynę. Twórcy filmu wyraźnie dają tutaj do zrozumienia, że na kangury poluje się głównie dla sportu, dla rozrywki, a nie dla pożywienia, a sposób w jaki to ukazują jest tak bezlitosny, tak wstrząsający, tak rozbrajająco szczery, że niejeden widz faktycznie może zwątpić w zasadność polowań na zwierzynę. Filmowcy chcieli obrzydzić widzom to zajęcie, maksymalnie je potępić, pokazać jakim barbarzyńskim gatunkiem jesteśmy. Mnie przekonywać do tego nie musieli, bo już dawno to wiem. I szczerze mówiąc wolałabym, żeby nie pokazywali mi prawdziwych mordów kangurów, bo nie uważam tego za sztukę – w tym miejscu sztuką byłoby stworzenie wiarygodnie się prezentujących efektów specjalnych. Niemniej doceniam cel, jaki chciano przez to osiągnąć KONIEC SPOILERA.

„Na krańcu świata” nie jest thrillerem jakich wiele. Właściwie to wcale się nie zdziwię, jeśli część jego odbiorców dopatrzy się w tym obrazie Teda Kotcheffa więcej elementów dramatu niźli dreszczowca (oficjalnie przypisano go do obu tych gatunków), choćby przez to, że bardziej koncentrowano się tutaj na ukazywaniu godnych pożałowania, ale też zasługujących na potępienie ludzkich zachowań, na powolnym staczaniu się na samo dno przyzwoitej jednostki, która miała to nieszczęście, że wpadła w środowisko, które umożliwiło jej dopuszczenie do głosu dotąd tak starannie tłumionych prymitywnych popędów. Tak, „Na krańcu świata” bardziej skupia się na psychologii niż powolnym budowaniu i intensyfikowaniu napięcia, na konstruowaniu duszącego, odrażającego wręcz świata przedstawionego będącego istnym rajem dla ludzi chcących żyć bez większych zahamowań. Ludzi, zwłaszcza mężczyzn, stroniących od obowiązków i wprost lgnących do różnego rodzaju rozrywek, do niczym nieskrępowanych zabaw dla dużych dzieci. Nad tym wszystkim przez cały czas wisi jednak widmo rychłego nieszczęścia. Bez trudu można odczuć, również za sprawą tej dusznej, przybrudzonej atmosfery, że wszystko to zmierza do jakiegoś tragicznego końca, czy to w sensie fizycznym, czy psychologicznym. I dlatego właśnie moim zdaniem bliżej temu obrazowi do thrillera psychologicznego niż dramatu. Polecam jednak obu tym grupom, ale tylko pod warunkiem, że nie odrzuca ich kontrowersyjne, bezkompromisowe kino, bo jedna składowa tego obrazu nawet dziś może rodzić spory, a na pewno szokować, zniesmaczać, oburzać, do głębi wstrząsać nawet zaprawionym w kinie gore widzem (chociaż „Na krańcu świata” do tego nurtu się nie wpisuje). Pozostałe elementy już niekoniecznie będą rodzić tak mocne reakcje, ale ręki sobie za to nie dam uciąć...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...