sobota, 14 lipca 2018

„Rozpacz” (2017)

Katie od czasu gdy została zgwałcona prowadzi bardzo ubogie życie towarzyskie. Posiada tylko jedną przyjaciółkę, Debbie, kobietę, z którą pracuje, ale po zakończeniu zmiany Katie zazwyczaj spędza czas samotnie. To się zmienia, gdy poznaje aktora Jaya. Mężczyzna bierze udział w filmie kręconym w miasteczku, w którym mieszka Katie, ale po zakończeniu zdjęć wróci do Los Angeles. Kiedy ten moment następuje Katie decyduje się spędzić kilka dni u niego. W jego mieszkaniu w starej kamienicy. Jay nie zwleka z wprowadzeniem jej w świat, w którym żyje. Wręcza jej drogie ubrania i zabiera na wystawne przyjęcie, gdzie przedstawia jej swoich znajomych. Katie czuje się trochę zagubiona w tej obcej dla niej rzeczywistości, ale czerpie też z tego sporo przyjemności. Źródłem jej szczęścia jest Jay, mężczyzna, w którym ma oparcie, jej bratnia dusza, człowiek, którego darzy bardzo głębokim uczuciem. Ale z czasem Katie zaczyna czuć się bardzo nieswojo. W kamienicy, w której Jay wynajmuje mieszkanie dzieje się coś dziwnego, a przynajmniej jego dziewczynie tak się wydaje. Sama Katie nie jest pewna, czy niepokojące zjawiska, którym świadkuje są prawdziwe, czy rozgrywają się wyłącznie w jej głowie.

„Rozpacz” to reżyserski debiut aktora i producenta Davida Moscowa, oparty na scenariuszu Craiga Walendziaka („Contracted: Phase II”) i Matthew McCarty'ego. Prace nad filmem rozpoczęły się w 2014 roku. Początkowo projekt nosił tytuł „A Dying Art”, ale później zmieniono go na „Desolation” (w 2017 roku ukazał się jeszcze jeden film o takiej nazwie, thriller/horror w reżyserii Sama Pattona). Największym problemem było sfinansowanie tego przedsięwzięcia (twórcy szukali pomocy między innymi na stronie internetowej Kickstarter), ale w końcu udało się zebrać potrzebną sumę. Premierowy pokaz „Rozpaczy” odbył się w 2017 roku na American Film Festival, a do szerszego obiegu wszedł w roku następnym.

Podczas szukania informacji na temat „Rozpaczy” moją uwagę zwróciły dwa tytuły widniejące w jednym z tekstów na temat omawianego filmu - „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego i „Sliver” Phillipa Noyce'a (notabene obie te produkcje powstały na kanwie utworów Iry Levina). To znalezisko bardzo mnie ucieszyło, ponieważ już zaczęłam myśleć, że coś sobie uroiłam. Bo naprawdę oglądając „Rozpacz” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że scenarzyści naoglądali się tych dwóch filmów (zwłaszcza „Slivera”), choć nie ukrywam, że pomyślałam też o „Czwartym piętrze” Josha Klausnera, „Żarze” Craiga R. Baxleya i „Lokatorze” Romana Polańskiego. Innymi słowy pomysłodawcy „Rozpaczy” podpięli się pod znany motyw budynku wielorodzinnego, w którym dzieje się coś dziwnego. Ich film najbardziej kojarzy się jednak ze „Sliverem”, ponieważ łączy go z nim pewien charakterystyczny dla tamtego obrazu szczegół, coś więcej niźli tylko nieruchomość z wieloma mieszkaniami, w której osobie zajmującej pierwszy plan grozi jakieś niebezpieczeństwo. A przynajmniej może tak być, bo David Moscow jak wielu przed nim, postanowił nakręcić film, w którym rzeczone niebezpieczeństwo równie dobrze może czaić się wewnątrz, nie na zewnątrz. Czyli w głowie głównej bohaterki, Katie, w którą wcieliła się całkiem przekonująca Dominik Garcia-Lorido. Zagrożony może być jej umysł bez względu na to, gdzie akurat przebywa – może my, odbiorcy „Rozpaczy”, śledzimy tutaj proces osuwania się kobiety w otchłań szaleństwa (Wstręt"?), a nie jak to, moim zdaniem, najwyraźniej daje się nam do zrozumienia spisek zawiązany przez przynajmniej niektórych z pozostałych lokatorów starej kamienicy w Los Angeles. Ale najpierw początek – przedstawienie postaci, wprowadzenie we właściwą akcję i pierwsze dni pobytu głównej bohaterki w mieszkaniu jej nowego chłopaka, aktora Jaya (niezła kreacja Brocka Kelly'ego). Według mnie to najlepsze momenty „Rozpaczy”. Partie, w których tak naprawdę niewiele się dzieje, które nie wywlekają jeszcze na światło dzienne całej grozy (w zamyśle, niekoniecznie efektywnym) przygotowanej przez filmowców, bo nacisk kładzie się tutaj na budowanie aury tajemniczości – zasiewa się w widzach ziarna wątpliwości, zmusza ich do podejrzliwego przyglądania się zarówno Jayowi, jak i Katie i w ogóle podejmowania prób w rozeznaniu się w całej tej, jak jesteśmy przekonani, tylko na pozór zwyczajnej sytuacji. Chociaż z tą zwyczajnością to trochę przesadziłam, bo historia rodem z „Kopciuszka” nie zdarza się na co dzień – większość kobiet może jedynie pomarzyć o związku z bożyszczem tłumów, o tak diametralnej zmianie jaka nagle zachodzi w życiu Katie. Zamknięta w sobie, unikająca kontaktów towarzyskich (z wyjątkiem przyjaciółki Debbie), zmagająca się z traumatycznymi wspomnieniami główna bohaterka „Rozpaczy” nagle wkracza w zupełnie inny świat, w którym nie jest łatwo jej się odnaleźć. Ale ma się przeczucie, że znalazłaby tutaj szczęście, że w Los Angeles u boku swojego ukochanego wreszcie pozbyłaby się trawiącego ją smutku, że mogłaby wreszcie odstawić leki psychotropowe, pozostawić straszną przeszłość za sobą i cieszyć się teraźniejszością. Tak, mogłoby tak być, gdyby nie zjawiska, które już wkrótce zaczną zachodzić w otoczeniu Katie. W leciwej kamienicy, która prezentuje się całkiem mrocznie, a nawet obskurnie (korytarze), w budynku, w którym Katie czuje się coraz mniej bezpiecznie.

Według mnie na największe pochwały zasłużyli sobie operatorzy i oświetleniowcy. Powolna praca kamer, dłuższe zbliżenia na poszczególne postacie i fragmenty głównego miejsca akcji i w miarę wyważone zagęszczanie ciemności w scenach bezpośrednio poprzedzających jakieś uderzenie – słowem widać, że twórcom zależało na intensywności, że ich celem było stworzenie thrillera, w którym widz mógłby leniwie popływać, a nie sprintem przemierzać całą trasę. A przynajmniej przez jakiś czas mogło kierować nimi właśnie takie pragnienie, bo później scenariusz narzucał duże tempo, powiedziałabym nawet, że w obraz ten wkradł się totalny chaos. Sekwencje z małą dziewczynką przemykającą po starej kamienicy były dla mnie nośnikiem największego napięcia, to one najmocniej windowały emocje, choć ich kulminacje były tak samo rozczarowujące, jak w przypadku pozostałych scenek z dreszczykiem. To znaczy taki był zamiar Davida Moscowa, ale kontakty Katie z innymi postaciami podczas jej pobytu w Los Angeles w taki nastrój już mnie nie wprowadzały. Nie żeby były mi całkowicie obojętne, ale cała ich otoczka i sposób, w jaki mnie przez nie przeprowadzano (szybciej i mniej intensywnie niż w sekwencjach z udziałem tajemniczej dziewczynki) utrzymywały napięcie na stałym, średnim poziomie. Chociaż nie, drgnęło ono w scence z policjantami rozgrywającej się w mieszkaniu Jaya. Zaraz potem jednak powróciło do poprzedniego niezbyt zadowalającego poziomu. Gdyby tylko twórcy „Rozpaczy” w dalszych partiach filmu utrzymali styl obrany przez nich wcześniej i gdyby scenarzyści nie powrzucali tylu tropów nakierowujących mnie na rozwiązanie tej zagadki na długo przed jej ujawnieniem to „Rozpacz” w moich oczach znacznie zyskałaby na wartości. Pewnie nie urosłaby do rangi arcydzieła, pozycji obowiązkowej dla każdego wielbiciela kina grozy (bez znaczenia czy thrillerów, czy horrorów, bo nie sposób nie zauważyć tutaj także pewnych ucieczek w stronę tego drugiego gatunku), ale myślę, że za jeden z lepszych dreszczowców ostatnich lat w takim wypadku bym go uważała. A tak... no cóż. potencjał był, ale moim zdaniem nie został w całości wykorzystany.

Mimo wad, których dopatrzyłam się w „Rozpaczy” (subiektywnym okiem) będę miała na uwadze rozwój reżyserskiej kariery Davida Moscowa, oczywiście jeśli takowy będzie następował. Bo tym obrazem dał mi do zrozumienia, że interesuje go tworzenie minimalistycznych, intensywnych filmów, w które widz powoli, acz nieuchronnie będzie mógł się wtapiać, zamiast bez tchu pędzić wraz z bohaterami przez coraz to bardziej efekciarskie wydarzenia. Idealnie mu to nie wyszło, z czasem zaczęło go ponosić, ale (może naiwnie) ufam, że nabierze większej wprawy w tworzeniu takich kameralnych dreszczowców albo horrorów, bo wydaje mi się, że zbyt dużego wysiłku wkładać w to nie będzie musiał. Odpowiednie predyspozycje ma, przydałby się jeszcze tylko lepiej napisany scenariusz i wolniejsze tempo w dalszych partiach filmu.

piątek, 13 lipca 2018

„Ulice strachu: Krwawa Mary” (2005)

Samantha Owens i jej dwie przyjaciółki nie udają się na szkolny bal. Spędzają wieczór i noc w domu tej pierwszej, chociaż najprawdopodobniej byłoby inaczej, gdyby Sam nie napisała niepochlebnego artykułu o szkolnych sportowcach. Jedna z nich snuje na użytek pozostałych opowieść o Mary Banner, nastolatce, która w 1969 roku podczas szkolnego balu została przypadkowo zabita przez swojego rówieśnika. Następnie Samantha zapoznaje swoje przyjaciółki z legendą miejską o Krwawej Mary, którą jakoby można przywołać trzykrotnie wypowiadając przed lustrem jej imię. Sam robi to dla żartu, rezygnując jednak z lustra, a w nocy ona i jej przyjaciółki znikają. Niedługo potem wracają całe i zdrowe, ale Samantha tylko ze swoim bratem bliźniakiem Davidem dzieli się informacją, że za ich porwanie odpowiada kilku szkolnych sportowców, którzy to w taki sposób postanowili zemścić się na niej za artykuł na ich temat zamieszczony w gazetce szkolnej. Wkrótce to między innymi właśnie oni staną się celem żądnego zemsty ducha skrzywdzonej przed laty dziewczyny.

Mary Lambert, kobieta, która stworzyła mój numer jeden filmów na kanwie twórczości Stephena Kinga, a mianowicie „Smętarz dla zwierzaków”. Odpowiada także za reżyserię jego sequela. Mam też słabość (choć mniejszą) do jej „Kręgu wtajemniczonych”, thrillera z końcówki XX wieku, ale omawianego filmu, „Ulic strachu: Krwawej Mary” nie postawiłabym w jednym rzędzie z żadnym z wymienionych tytułów. Zrealizowany za (w przybliżeniu) trzy i pół miliona dolarów horror oparty na scenariuszu Michaela Dougherty'ego i Dana Harrisa, jest trzecią odsłoną cyklu zapoczątkowanego filmem Jamiego Blanksa z 1998 roku. Premiera części drugiej przypadła na rok 2000, a wyreżyserował ją John Ottman. Powstały w 2007 roku „Ghosts of Goldfield” Eda Winfielda, miał być czwartą częścią „Ulic strachu”, ale ostatecznie zdecydowano się dystrybuować go jako oddzielny obraz.

Teen horror „Ulice strachu: Krwawa Mary”, tak jak poprzednie odsłony tego tytułu (oryginalna nazwa to „Urban Legend/s”, nieporównanie bardziej trafny), został osadzony w konwencji slashera, ale w przeciwieństwie do tamtych obrazów wpleciono w to motyw ducha. Mamy więc taki miks filmu slash i ghost story, podany w młodzieżowych realiach. I choć porównania do dwóch poprzednich odsłon „Krwawa Mary” według mnie nie wytrzymuje to akurat w tym rozwiązaniu nie upatruję przyczyny takiego stanu rzeczy (tj. subiektywnej oceny). Sklejenie dwóch nurtów horroru w jednym scenariuszu nie jest żadną innowacją, ale oryginalność nie jest dla mnie rzeczą niezbędną w kinematografii grozy. Do poszukiwaczy wszelkich nowości nie należę, a wręcz czerpię dużo przyjemności z obcowania ze znanymi i lubianymi motywami. O ile filmowcy podejdą do nich w atrakcyjny dla mojego oka sposób. Fabuła „Ulic strachu: Krwawej Mary” nie jest ani skomplikowana, ani zaskakująca, ale ma w sobie coś, co hmm... odpręża? Tak, chyba właśnie tak się czuję ilekroć oglądam ten film: odprężona, zrelaksowana, w żadnym razie jednak nie zaniepokojona obrazami przewijającymi się na ekranie. Są takie chwile, kiedy wprost łaknę horrorów, na których mogłabym wyłączyć myślenie i po prostu odpoczywać, a „Krwawa Mary” jest właśnie jednym z tych obrazów, które przydają się w takich sytuacjach. Ale pozycją idealną dla takich potrzeb i tak bym go nie nazwała. Do całkowitego odprężenia jeszcze trochę mi brakowało (to jest teraz, bo poprzednie seanse tej pozycji wspominam lepiej), bo efekt psuły te przeklęte efekty komputerowe. Mary Lambert zdążyła już mi udowodnić, że wcale nie jest uzależniona od cyfrowych dodatków, a tutaj proszę – nie mogła się powstrzymać. Zamiast postawić na praktyczne, fizycznie obecne na planie efekty postawiła na tak sztucznie się prezentujące CGI, że aż płakać mi się chciało z powodu zmarnowania tak obiecującego materiału. Zwłaszcza w moim zdaniem bardzo pomysłowej sekwencji z pająkami – odznaczającej się taką kreatywnością, że nawet ta tandetna realizacja nie przeszkodziła jej na lata zakotwiczyć się w mojej pamięci. Ale jak sobie pomyślę, jak ta scenka by na mnie oddziaływała, gdyby nie te żałosne efekty komputerowe to natychmiast ogarnia mnie smutek zmieszany z czystą wściekłością. Bo pikselowe pająki wychodzące z ciała dziewczyny nawet mnie, osoby zmagającej się z arachnofobią, przerazić nie nie mogły, a co dopiero ludzi, których nie ogarnia prawdziwy paraliż na ich widok, a i rany wykwitające na ciele ofiary, z finalnym rozerwaniem twarzy na czele, nawet delikatnych mdłości we mnie nie wywołały. Rozpisano to wprost znakomicie, ale oparcie tego wszystkiego na komputerze sprawiło, że o mocnym przeżyciu w ogóle nie było mowy. W pamięci ostał się jednak sam pomysł i wizja tego jak wspaniale by się to prezentowało, gdyby wykorzystano praktyczne efekty specjalne i... brrr... prawdziwe pająki. Inną dosyć pomysłową sceną śmierci jest porażenie prądem. Brzmi nieciekawie, na wskroś standardowo, prawda? Ale myślę, że po obejrzeniu tej sekwencji, prześledzeniu całego tego ciągu wydarzeń, sposobu w jaki się to odbywa, niejeden widz doceni kreatywność pomysłodawców tej scenki. Ci co mają za sobą seans „Oszukać przeznaczenie 3” pewnie inaczej zareagują na zgon w solarium, pomimo tego, że obraz „Ulice strachu: Krwawa Mary” powstał wcześniej, ale nie wykluczam też, że znajdą się tacy, którzy tak jak ja, uznają, że tutaj zostało to lepiej pokazane. Ostatnią śmiercią, o której trzeba wspomnieć jest makabryczny koniec zwierzęcia, widok jego rozprutego ciałka, który to nie tyle odrzuca, ile smuci.

Krwawa Mary jest chyba wyznawczynią tzw. teorii resortowych dzieci. To jest wariacji na jej temat. Otóż, duch nastolatki wychodzi tutaj z założenia, że powinno się karać także dzieci za przewinienia ich rodziców (naturalnie jest to też sposób na zadanie bólu winowajcom), co też czyni. Scenom śmierci jak już wspomniałam brakuje wiarygodności, ale wygląd mściwej zjawy w większości ujęć wypada całkiem przekonująco. Bo minimalistycznie – ot, blada skóra, nastroszone włosy i krwawiąca rana na czole. Ten widok nie budził we mnie niepokoju, ale byłam twórcom wdzięczna za to, że nie przyprawiali mnie o ból głowy podkopującym realizm kombinowaniem. To znaczy w tych momentach, w których nie szaleli, bo i w przypadku kreacji Krwawej Mary nie potrafili, niestety, oprzeć się pokusie „obdarowania” publiki obrazami generowanymi komputerowo. A za takie dary to ja podziękuję – obejdę się bez nich. Nieporównanie bardziej wolę Mary w tym oszczędnym, minimalistycznym wydaniu, a choćby taki moment, jak ten rozgrywający się pod koniec tego obrazu, ostatnią konfrontację wolę, czym prędzej wyrzucić z pamięci. W sumie to dziwię się, że moje oczy wytrzymały takie nagromadzenie niestrawnego kiczu, że nie oślepłam na ten widok... Na pierwszym planie nie stoi tutaj jednak Krwawa Mary tylko Samantha Owens, w którą w zadowalającym mnie stylu wcieliła się Kate Mara. Nastolatka z pomocą swojego brata bliźniaka, Davida (Robert Vito moim zdaniem też nie wypadł najgorzej), stara się rozwikłać zagadkę zgonów ich rówieśników i jeśli to możliwe zapobiec następnym mordom. Sam coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że winę za to ponosi duch tragicznie zmarłej przed kilkudziesięcioma laty dziewczyny, który to od czasu do czasu jej się ukazuje. Bez jump scenek się nie obyło, ale na korzyść chyba większości scen z udziałem Krwawej Mary, również tych, w których nawiedza przerażoną główną bohaterkę filmu, przemawia wspomniany już minimalizm i jako taka dbałość o napięcie. Nie duża, ale wyczuwa się to jakże uwielbiane przez fanów gatunku nieuchronnie zbliżające się zagrożenie, tę aurę niebezpieczeństwa (w tym przypadku natury nadprzyrodzonej), za którą jestem Mary Lambert wdzięczna, ale niedosyt i tak pozostaje. Bo według mnie bez większego wysiłku można było to podkręcić, tak zagęścić, żeby widz nie tylko wyczuwał rzeczone zagrożenie, ale miał wrażenie, że ono go oplata z siłą, która niemalże odbiera dech. Tego pójścia trochę dalej bardzo mi w „Ulicach strachu: Krwawej Mary” brakowało, ale nie tak aż tak, jak praktycznych efektów specjalnych w miejscu tej komputerowej szmiry.

Taki średniaczek dla widzów mających mniejsze wymagania. Dla wielbicieli teen horrorów i to zarówno tych osadzonych w konwencji filmów slash, jak i opowieści o duchach. To niewymagający myślenia obraz zainspirowany miejską legendą o zjawie, którą można przywołać stojąc przed lustrem (skojarzenia z „Candymanem” jak najbardziej na miejscu, czego zresztą sami twórcy byli świadomi, bo wspomnieli o tym horrorze wprost), przy czym tutaj lustro nie jest potrzebne. Mimo, że to trzecia odsłona serii, znajomość poprzednich części nie jest konieczna, bo choć parę odniesień do tamtych się tutaj pojawia to są one praktycznie nieistotne. Więc jak ktoś nie ma możliwości obejrzenia dwóch pierwszych części, a akurat ma szansę zapoznać się z trójką to może spokojnie z niej skorzystać. To znaczy pod warunkiem, że akceptuje takie klimaty – konwencjonalne, proste, przewidywalne, lekkie historyjki osadzone w realiach młodzieżowych. I jest gotowy przecierpieć naprawdę mizerne efekty komputerowe.

środa, 11 lipca 2018

„American Psycho 2” (2002)

Rachael Newman w wieku dwunastu lat zabiła seryjnego mordercę Patricka Batemana, ale nie pozwoliła, aby ktokolwiek się o tym dowiedział. Na studiach Rachael zapisuje się do programu Behavioural and Social Sciences, wierząc, że będzie to jej przepustka do wymarzonej pracy w FBI. Zajęcia prowadzi były agent FBI Robert Starkman, który spośród chętnych studentów niedługo ma wyłowić swojego nowego asystenta. Rachael jest przekonana, że to właśnie ją spotka ten zaszczyt, ale jej główni konkurenci, których dotychczas niezbyt się obawiała, z czasem zaczynają mocno jej zagrażać. Młoda kobieta jest gotowa zrobić wszystko, by ziścić swoje marzenie. A najpewniejszym środkiem prowadzącym do upragnionego celu jest wyeliminowanie konkurencji...

Początkowo thriller, którego znamy jako „American Psycho 2”, miał być oddzielną produkcją, niepowiązaną z żadnym innym dziełem filmowym i nosić tytuł „The Girl Who Wouldn't Die”, ale po rozpoczęciu produkcji firma Lions Gate postanowiła przerobić scenariusz (jego autorami są Alex Sanger i Karen Craig) tak, aby móc dystrybuować go, jako sequel głośnego filmu Mary Harron opartego na kontrowersyjnej powieści Breta Eastona Ellisa. Decyzja ta najpewniej była podyktowana przekonaniem, że podpięcie się pod znany tytuł przyniesie dużo większy zysk i całkiem możliwe, że gdyby nie to film zarobiłby mniej, ale wydaje mi się, że nikomu się to nie opłaciło. Z powodu burzy, którą to wywołało. Autor literackiego oryginału nie szczędził krytycznych słów pod adresem „American Psycho 2”, reżyser filmu Morgan J. Freeman (późniejszy twórca między innymi „Powrotu do domu”) złościł się na Lions Gate za postanowienie o sprzedawaniu jego obrazu jako kontynuacji „American Psycho” Mary Harron, a odtwórczyni roli głównej w omawianej pozycji, Mila Kunis, publicznie przyznała, że podjęła się czegoś innego, że przyjęła propozycję udziału w filmie niepowiązanym z żadnym innym i dała do zrozumienia, że wstydzi się swojego udziału w „American Psycho 2”.

Nie mam żadnych wątpliwości, że gdyby nie niefortunna decyzja Lions Gate o podpięciu omawianego przedsięwzięcia Morgana J. Freemana pod „American Psycho” Mary Harron, bardzo dobrą adaptację fenomenalnej powieści Breta Eastona Ellisa, to omawiany thriller spotkałby się z lepszym przyjęciem. Chociaż prawdopodobnie byłby znany mniejszej grupie osób. Jeśli chodzi o scenariusz to bodaj największym błędem było zawarcie w nim informacji, że główna bohaterka „American Psycho 2”, Rachael Newman, w którą moim zdaniem w doskonałym stylu wcieliła się Mila Kunis, w dzieciństwie zabiła seryjnego mordercę Patricka Batemana, znanego z powieści Breta Eastona Ellisa i jej filmowej wersji. UWAGA SPOILER CZĘŚCI PIERWSZEJ Otóż, problem w tym, że ta druga (powieść jest mniej jednoznaczna) w finale skłania się ku temu, że wszystkie wcześniej pokazane mordy rozegrały się jedynie w głowie antybohatera, choć oczywiście są też tacy widzowie, którzy odczytują to inaczej. Ci jednak, którzy obstają przy tej pierwszej interpretacji nie mogą wybaczyć twórcom sequela takiego podejścia do tematu KONIEC SPOILERA. Ja także uważam, że to było zupełnie niepotrzebne. Ba, wychodzę z założenia, że całe to przyczepianie się do „American Psycho” było zbędne, że twórcy powinni pozostać przy pierwszej koncepcji. Potrafię jednak odsunąć to na bok, spoglądać na ten film jak na oddzielny obraz, nie patrzeć na niego przez pryzmat pierwszej odsłony. Odrzucam więc precz wszystkie te nieprzydatne powiązania z „American Psycho” i dzięki temu całkiem nieźle się bawię przy każdym podejściu do omawianej produkcji. Największą zasługę ma w tym postać głównej bohaterki tj. antybohaterki, Rachael Newman, studentki biorącej udział w uczelnianym programie Behavioural and Social Sciences, prowadzonym przez byłego agenta FBI Roberta Starkmana. Wracając na chwilę do porównań, ażeby nie było żadnych niedomówień, wcale nie uważam tej sylwetki za lepszą od Patricka Batemana. Rachael daleko do niego, ale już na tle tych fikcyjnych seryjnych morderców, których zdążyłam zobaczyć w XXI-wiecznych filmowych thrillerach, według mnie mocno się wyróżnia. Alex Sanger i Karen Craig zdecydowali się wlać w swój scenariusz sporo czarnego humoru, który najczęściej uwidacznia się właśnie w czołowej postaci „American Psycho 2”. I obok bezbłędnej kreacji Mili Kunis przede wszystkim to sprawia, że praktycznie nie mogę oderwać od tej antybohaterki oczu podczas każdego seansu owego przedsięwzięcia Morgana J. Freemana. Pewna siebie manipulantka, zafiksowana na punkcie zostania agentką FBI, bezwzględna morderczyni, wychodząca z założenia, że zbrodnie, których się dopuszcza to niska cena za przysługi, które odda ludzkości, gdy będzie już agentką FBI. Wygadana, przebiegła intrygantka, która z łatwością potrafi owijać sobie ludzi wokół palca, ale nie wszystkich. Trafia bowiem na przeciwnika, który nie jest podatny na jej wpływy, który nie daje się zwieść. Mowa o psychiatrze Ericu Danielsie, przyjacielu Roberta Starkmana, o względy którego (tego drugiego) Rachael z wiadomych powodów szczególnie zabiega. W jednej ze scen z udziałem Rachael i Erica uwidacznia się kolejna zdolność antybohaterki – aż nadto wyraźnie twórcy dają nam wówczas do zrozumienia, że ta do szczętu zdemoralizowana kobieta szczyci się dużą przenikliwością, że bez trudu potrafi stworzyć bezbłędny profil człowieka w oparciu o niewielką ilość niepełnych wiadomości na jego temat. Wiem, że nie powinnam tak reagować na tę postać, ale doprawdy nie potrafię uodpornić się na magnetyzm Rachael Newman, oprzeć się tej zgubnej sile przyciągania do rzeczonej postaci, która jestem o tym przekonana, byłaby dużo mniejsza, gdyby nie lekkie podejście Newman do mordowania ludzi. To mocno kontrastuje z wagą czynów, których się dopuszcza, wypada to iście groteskowo, komizm łączy się tutaj z tragizmem w sposób, który do mnie praktycznie całkowicie trafia.

Sceny śmierci w mojej ocenie pozostają daleko w tyle za warstwą psychologiczną. Ani scenarzyści nie wykazali się dużą inwencją przy obmyślaniu sposobów pozbawiania życia postaci, którzy mieli nieszczęście wejść w drogę Rachael Newman (chyba tylko kij od mopa w głowie mężczyzny zasługuje na wzmiankę), ani realizatorzy nie uznali za konieczne wrzucenia w to jakichś zapadających w pamięć efektów specjalnych. Budżet filmu oszacowano na dziesięć milionów dolarów, wydaje się więc, że pieniądze nie stanowiły tutaj większej przeszkody, że można było przeznaczyć większą sumę na ten cel. Kilka dodatkowych makabrycznych i najlepiej praktycznych efektów specjalnych moim zdaniem bardzo by się przydało. Gdyby oczywiście twórcy nie przedobrzyli, nie zamienili tego w zdawać by się mogło niekończącą się krwawą sieczkę, bo to z kolei najprawdopodobniej szybko zrobiłoby widzów jeszcze bardziej obojętnymi na zbrodnie dokonywane przez Rachael Newman. Jeszcze bardziej, bo w takim wydaniu też niełatwo się w to zaangażować, jakoś mocno przejąć losem ofiar Newman, choćby nawet tylko w sensie reagowania obrzydzeniem na widok obrażeń, jakie zadaje im pewna przesadnie ambitna studentka, kobieta ogarnięta najczystszą obsesją, popychającą ją do destrukcyjnych zachowań. Ale za to klimat, w jakim utrzymano „American Psycho 2” okazał się całkiem udany. Nie jest to co prawda szczyt możliwości nawet twórców współczesnych filmowych thrillerów i horrorów (o XX-wiecznych już nie wspominając), ale ta lekko wyblakła kolorystyka, praca kamer wywołująca delikatne poczucie klaustrofobii w sekwencjach rozgrywających się w zamkniętych pomieszczeniach i chwytliwe kawałki muzyczne akompaniujące niektórym scenkom, to wszystko tworzy naprawdę przyjemny nastrój dla nie za bardzo wymagającego miłośnika kina grozy. A że ja do wymagających widzów nie należę to nikogo nie powinno dziwić, że atmosfera tego filmu nie dała mi powodów do niezadowolenia. Za to trochę przeszkadzały mi zgrzyty w scenariuszu i nie piszę tutaj o tych feralnych powiązaniach z „American Psycho” Mary Harron, bo umawialiśmy się, że odsunę je na bok. Mowa o obniżaniu stopnia prawdopodobieństwa (w ramach świata przedstawionego, rzecz jasna), o podkopywaniu logiki, którą to oczywiście można tłumaczyć uciekaniem scenarzystów także w stronę czarnej komedii (rezygnacją z tworzenia czyściutkiego thrillera bądź horroru, bo wydaje mi się, że na ten film można patrzeć również jak na slasher), ale nawet jeśli o to chodziło to, w przeciwieństwie do sylwetki czołowej postaci, na tej płaszczyźnie mieszanie tych dwóch gatunków w moich oczach nie zdało egzaminu. Po prostu nie satysfakcjonowało mnie to, że przez tak długi czas wszystkie te zniknięcia ludzi nie budzą niczyich podejrzeń, i że Racheal Newman z taką łatwością przychodziło mordowanie nawet w miejscach publicznych. UWAGA SPOILER Ale może tutaj też chodziło o zasugerowanie odbiorcom, że wszystko to rozgrywa się jedynie w głowie pierwszoplanowej postaci... Jeśli jednak do tego dążono to wypadałoby wyraźniej to zaznaczyć, bo w takim kształcie jestem prawie pewna, że to nadinterpretacja KONIEC SPOILERA. A i jeszcze jeden plus: Lindy Booth, aktorka, dla której mam dużo sympatii. Szkoda tylko, że jej rola była tak mała.

Thriller, czy jak kto woli slasher (ja bardziej skłaniam się ku temu pierwszemu) Morgana J. Freemana, który miał to nieszczęście, że podczepiono go pod głośny obraz Mary Harron oparty na mocnej powieści Breta Eastona Ellisa. Film, którego już na starcie moim zdaniem mocno skrzywdzono, bo chęć dużego zysku była większa od potrzeby obdarowania widzów czymś, co będą mile wspominać. Ja i tak mam dobre zdanie na temat „American Psycho 2”, mnie ten obraz w sumie zadowolił (choć arcydzieło to oczywiście nie jest), ale podejrzewam, że gdybym nie potrafiła nie patrzeć na niego przez pryzmat filmowej adaptacji dzieła Ellisa to pewnie moja ocena byłaby niższa. Dlatego polecić tę pozycję odważę się tylko tym, którzy potrafią oderwać myśli od dzieł, pod które dany obraz się podpina przynajmniej na czas trwania seansu tego drugiego.

poniedziałek, 9 lipca 2018

„Od zmierzchu do świtu” (1996)

Rabusie i zabójcy, bracia Seth i Richard Gecko, są najbardziej poszukiwanymi przestępcami w stanie Teksas. Mężczyźni chcą dostać się do Meksyku, a w tym celu postanawiają wykorzystać trzyosobową rodzinę, która zatrzymała na noc się w tym samym motelu co oni. Byłego pastora, owdowiałego Jacoba Fullera podróżującego kamperem ze swoimi dziećmi Kate i Scottem. Seth i Richie robią z nich swoich zakładników i zmuszają do przewiezienia ich przez granicę. Już w Meksyku zatrzymują się w barze Titty Twister otwartym od zmierzchu do świtu, gdzie bracia Gecko nad ranem mają spotkać się z mężczyzną, który za opłatą przewiezie ich w bezpieczne miejsce. Rodzina Fullerów jest zmuszona spędzić noc w towarzystwie braci, w meksykańskim barze ze striptizem, mając obietnicę Setha, że rano ich drogi się rozejdą. Jeśli w ogóle doczekają świtu, bo jak już wkrótce się przekonają Titty Twister jest siedzibą wampirów.

Zrealizowany za dziewiętnaście milionów dolarów (szacunkowo), kultowy horror zmiksowany z filmem akcji i czarną komedią, „Od zmierzchu do świtu” nie powstałby gdyby reżyser, scenarzysta, producent i twórca efektów specjalnych (makijaż) Robert Kurtzman. To on wymyślił tę historię, ale sam nie przelał jej na karty scenariusza. Tego zadania podjął się Quentin Tarantino, na krześle reżyserskim zasiadł zaś Robert Rodriguez, twórca między innymi „Desperado” oraz późniejszych: wyśmienitego horroru science fiction „Oni” (1998) i równie znakomitego „Grindhouse: Planet Terror”. „Od zmierzchu do świtu” dostał kilka nominacji do Saturna, laureatem zostając w dwóch kategoriach: najlepszy horror i najlepszy aktor - George Clooney. Występ ten został uhonorowany także Złotym Popcornem i Fangoria Chainsaw Award. Wcielający się w rolę jego brata Quentin Tarantino „nie miał tyle szczęścia”, dostał bowiem nominację do Złotej Maliny i Stinker Award dla najgorszego aktora drugoplanowego. Ale nominacje do Saturna też otrzymał – za aktorstwo i scenariusz. „Od zmierzchu do świtu” jak dotąd doczekał się sequela i prequela, ale żaden z nich nie spotkał się z tak pozytywnym odzewem widowni jak pierwowzór.

„Od zmierzchu do świtu” wyraźnie dzieli się na dwie części. Różni je stylistyka, każda z nich przynależy do innego gatunku. Najpierw dostajemy solidne kino akcji, a potem krwawy horror, całość natomiast jest podlana niemałą dawką naprawdę dobrego czarnego humoru. I utrzymana w duchu grindhouse'ów. Zarówno Robert Rodriguez, jak i Quentin Tarantino mogą się pochwalić doświadczeniem na tym polu, mają już na koncie trochę obrazów, które można traktować jako hołd dla grindhouse'ów, albo po prostu wielki powrót do tej stylistyki, przełożenie tego na współczesny język filmu. Przyznaję, że kiedyś nie doceniałam od „Od zmierzchu do świtu” - w okresie dziecięcym i nastoletnim film ten nie wywierał na mnie dużego wrażenia, ale też nie mogę powiedzieć, że seanse tej pozycji wspominam jak najgorzej. Ot, takie głupiutkie kino rozrywkowe, fenomenu którego w ogóle nie rozumiałam, na którym bawiłam się średnio, ale miałam w sobie na tyle uporu, żeby co jakiś czas do niego wracać w nadziei, że w końcu przemówi on do mnie tak, jak przemówił do tysięcy (milionów?) jego zwolenników z całego świata. W końcu, parę lat temu zaczęłam przekonywać się do tego rodzaju kina, ta szaleńcza specyfika zaczęła do mnie trafiać, w czym największy udział miały „Planet Terror” i „Death Proof”, nikogo innego, jak (odpowiednio) Roberta Rodrigueza i Quentina Tarantino. Po zakochaniu się w tych dwóch produkcjach znowu sięgnęłam po „Od zmierzchu do świtu” i tym razem poczułam się jak w domu. Wydawać by się mogło, że moje serce skradnie li tylko druga partia tej produkcji, że przejścia bohaterów w otwartym od zmierzchu do świtu meksykańskim barze Titty Twister z racji moich filmowym preferencji bardziej mnie usatysfakcjonują, a może nawet uznam, że tylko dla tej części warto zobaczyć ten film. Ale wcale tak nie myślę. Uważam, że pierwsza partia nie ustępuje drugiej, że ona też ma sporo do zaoferowania, przy czym są to dary zgoła inne od tych, którymi twórcy „Od zmierzchu do świtu” obdarowują nas później. Chociaż może nie do końca, bo czarny humor jest obecny w obu partiach omawianej produkcji i co ważniejsze jego poziom nigdy nie spada. Ironiczne, cierpkie, drwiące, adekwatne do sytuacji uwagi rzucane przez poszczególne postacie i niektóre z ich zachowań to najwyższa jakość humoru, to dzieło człowieka, który ma prawdziwy talent do wzbogacania kina akcji i horroru czarną komedią, a nie jak to niestety często w kinematografii bywa obniżania jakości filmu niepotrzebnym rozładowywaniem atmosfery żałosnymi dowcipasami. Ze wszystkich najważniejszych postaci przedstawionych w pierwszej partii „Od zmierzchu do świtu” zdecydowanie najzabawniejszy jest Richie Gecko (doprawdy nie wiem za co te nominacje do Złotej Maliny i Stinker Award dla Quentina Tarantino, bo według mnie wypadł tutaj wprost znakomicie), co wprowadza smaczny, nie drażniący, dysonans, bo to najbardziej nieobliczalny, najokrutniejszy członek tej grupy. Grupy w skład której wchodzą jeszcze jego brat, Seth (bardzo dobra kreacja George'a Clooneya) oraz ich zakładnicy, rodzina Fullerów: ojciec i dwójka jego dzieci (odtwórcom tych ról, Harveyowi Keitelowi, Juliette Lewis i Ernestowi Liu też niczego nie mogę zarzucić). Największym osiągnięciem, jeśli chodzi o postacie, jest moim zdaniem to, że twórcom „Od zmierzchu do świtu” udało się przedstawić bezwzględnych przestępców, rabusiów i morderców, tak aby widzowi z łatwością przychodziło sympatyzowanie z nimi, zwłaszcza z dużo bardziej zrównoważonym Sethem. A przynajmniej ja łapałam się na kibicowaniu im w ich przeprawie przez Teksas pomimo wiedzy o zbrodniach, jakich się dopuścili, przy czym los Setha obchodził mnie dużo bardziej niż los jego rozwydrzonego młodszego braciszka. A gdy przyszła pora na walkę z wampirami moje spojrzenie na niego jeszcze się ociepliło.

Bodaj najczęściej wspominaną przez odbiorców „Od zmierzchu do świtu” sekwencją jest zmysłowy taniec Salmy Hayek kreującej Santanico Pandemonium (to fantazyjne miano wzięto z filmu Gilberta Martineza Solaresa z 1975 roku - „Santanico Pandemonium: La Sexorcista”) z wężem, który zasługuje na uznanie tym bardziej, że na życzenie Roberta Rodrigueza był improwizowany (choreografia nie została wcześniej przygotowana) i co ważniejsze aktorka nie odmówiła pomimo swojej ofidiofobii (zmobilizował ją reżyser). Przed nakręceniem tej scenki przez dwa miesiące spotykała się z terapeutami, którzy przygotowali ją do tego zadania. Swoją drogą „Od zmierzchu do świtu”, „Desperado” i „Everly” wyrobiły we mnie przekonanie, że Salma Hayek jest wprost stworzona do takich a la grindhouse'owych filmów. Kolejną poboczną postacią, o której trzeba wspomnieć jest Sex Machine, człowiek, który przytwierdził sobie spluwę do krocza, co oczywiście wyróżnia go z tłumu złożonego z klientów i pracowników baru Titty Twister, ale jeszcze istotniejsze jest to, kto się w niego wcielił. Tom Savini, mistrz efektów specjalnych, artysta dobrze znany długoletnim wielbicielom horroru (w sensie jego dorobku w branży filmowej), który zajmuje się też aktorstwem i już choćby w „Od zmierzchu do świtu” widać, że wychodzi mu to całkiem nieźle. Ale nie tak dobrze jak działalność w dziedzinie efektów specjalnych. Po trzymającej w napięciu, klimatycznej (bezkresne pustynie, lekko przyblakłe i ziarniste zdjęcia, zaniedbane budynki oddzielone od siebie wieloma kilometrami, mało uczęszczana autostrada, to wszystko tworzy iście sugestywny nastrój wyalienowania i nieuchronnego zbliżania się do jakiegoś koszmaru) i miejscami zamierzenie zabawnej akcyjce oddanej w formie filmu drogi przychodzi pora na krwawy horror, w którym to agresorami są naprawdę demonicznie prezentujące się wampiry. Założę się, że cała ekipa bawiła się tutaj przednio, że czerpali z tego dużo frajdy, bo to się po postu czuje patrząc na to szaleństwo rozgrywające się w barze Titty Twister niedługo po zapadnięciu zmroku. Wprost nie sposób zliczyć, ile rekwizytów imitujących najróżniejsze części ludzkich ciał przetoczyło się przez to miejsce akcji, nie sposób wymienić wszystkich mordów, do jakich dochodzi na ekranie (dekapitacje, przebijanie serc wampirów kołkami z ciał których wydobywa się zielonkawo-biaława maź, wyrywanie kończyn, ciała eksplodujące, podpalane, wyżerane wodą święconą etc.) i nie da się zarzucić im niskiego stopnia wiarygodności, choć oczywiście na kicz też znalazło się tutaj miejsce, ale jest to kicz tego rodzaju, który niezmiennie wprawia mnie w dobry nastrój. Wielbiciel kina gore niekoniecznie jednak powinien traktować to jak obietnicę zobaczenia iście odstręczającego, wywołującego mdłości, szokującego obrazu, bo choć krew leje się tutaj strumieniami, choć makabrycznych rekwizytów jest aż nadto to twórcy nie dają odbiorcom czasu na przeżycie tak skrajnych emocji. Wszystko dzieje się tak szybko i w dodatku jest utrzymane w tak lekkiej tonacji (czarny humor), że osobie przyzwyczajonej do krwawych kawałków podawanych na ekranie, moim zdaniem ciężko będzie przeżywać to tak ekstremalnie. Robert Rodriguez i jego ekipa nastawili się tutaj na dobrą zabawę, na co prawda makabryczną, ale rozrywkę, na zabawianie, a nie zniesmaczanie widzów elementami, które w teorii bawić nie powinny. Tylko w teorii, bo w praktyce czasami zdaje to egzamin, przemawia do publiki, a „Od zmierzchu do świtu” według mnie jest jedną z tych produkcji, w których ta niełatwa sztuka się udała. Jednym z tych filmów, którym absolutnie nie ma się za złe lekkiego, dowcipnego wręcz podejścia do stylistyki gore, a wręcz przeciwnie: reaguje się na to najczystszą radością.

Jazda bez trzymanki w wykonaniu gwiazd branży filmowej, kultowy film Roberta Riodrigueza, w którym powinni się odnaleźć zarówno wielbiciele kina akcji, jak i horroru, ale tylko pod warunkiem, że nie mają nic przeciwko a la grindhouse'owej stylistyce i akceptują pokaźne porcje czarnego humoru wlane w scenariusz. „Od zmierzchu do świtu” to specyficzne kino, film szalony, groteskowy, karykaturalny, absurdalny. I tak miało być, bo to jeden z tych filmów, w których to, co powinno przemawiać na niekorzyść dzieła ma działanie zgoła odwrotne. To znaczy tylko w oczach tych widzów, którzy nie są nastawieni negatywnie do wszelkiego rodzaju kuriozów i do zabawiania się kinem, zwalniania wszelkich hamulców i rzucania się w wir szaleńczych wydarzeń. W takich filmach wszystko jest możliwe, dosłownie wszystko się może zdarzyć – logika nie ma tutaj żadnego znaczenia, zachowanie wysokiego stopnia prawdopodobieństwa i maksymalnej powagi dla twórców tego rodzaju filmów i ich fanów nie jest ważne. Bo tak na dobrą sprawę między innymi (może nawet przede wszystkim) w tym tkwi urok takich produkcji.

piątek, 6 lipca 2018

Michel Bussi „Mówili, że jest piękna”

Leyli Maal kilka lat temu przybyła do Francji z Afryki Zachodniej. Ona i trójka jej dzieci, dwudziestojednoletnia Bamby, osiemnastoletni Alpha i dziesięcioletni Tidiane, przebywają w tym kraju legalnie, zajmując małe mieszkanie w biednej dzielnicy. Leyli ciężko pracuje na utrzymanie ich wszystkich, jednocześnie starając się o większe lokum od miasta. Ma też tajemnicę, ukrywa coś przed światem, ale chętnie dzieli się z innymi tym, co przeżyła. A jej egzystencja wcale lekka nie była. Zanim osiadła we Francji Leyli przeszła prawdziwą gehennę w pogoni za swoim marzeniem. Młoda kobieta pragnąca dostać się do Europy podzieliła los wielu innych migrantek. Wykorzystywana seksualnie, poniżana, bita, oszukiwana, a mimo to nietracąca wewnętrznej siły, która przez wszystkie te lata piekła pchała ją do Francji, w której jej los, jak głęboko wierzyła, odmieni się na lepsze. I rzeczywiście, kiedy to marzenie wreszcie się spełniło życie Leyli diametralnie się zmieniło. Kobieta nie posiada wiele, ale po tym, co przeszła niemalże w zupełności wystarczy jej to do szczęścia.
Tymczasem w jednym z hoteli zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Sprawę prowadzi komendant Petar Velika, któremu towarzyszy jego zastępca porucznik Julo Flores. Śledczy szybko odkrywają, że za tą zbrodnią stoi młoda kobieta. Starają się rozpracować jej tożsamość najszybciej jak to możliwe. Podejrzewają bowiem, że morderczyni już wkrótce uderzy ponownie, że nie poprzestanie na tej jednej zbrodni.

Michel Bussi, francuski wielokrotnie nagradzany pisarz specjalizujący się w thrillerach, autor między innymi „Czarnych nenufarów”, „Samolotu bez niej”, „Nigdy nie zapomnieć”, „Mama kłamie” i „Czas jest mordercą” tym razem zderza czytelników z jakże aktualną tematyką migrantów. Po raz pierwszy wydana w 2017 roku powieść „Mówili, że jest piękna” tego mistrza manipulacji, artysty, który w tej dziedzinie nie ma sobie równych (a przynajmniej ja takich twórców nie znam), według wielu odbiorców książek Bussiego, najlepszym jego pisarskim dokonaniem na pewno nie jest, ale jako że ten autor bardzo wysoko zawiesił sobie poprzeczkę ten wniosek nie rzutował zanadto na ogólny odbiór niniejszego dokonania Bussiego. Bo na tle współczesnych literackich thrillerów „Mówili, że jest piękna” i tak wypada nadzwyczaj dobrze – kto jak kto, ale ten autor ma z czego schodzić. Nawet jak trochę obniży poziom to i tak wielu swoich kolegów po piórze zostawia daleko w tyle.

Skrótowy opis fabuły „Mówili, że jest piękna” bez wątpienia nie skłoniłby mnie do sięgnięcia po tę pozycję, gdyby nie nazwisko jej autora. Nie jestem miłośniczką opowieści o migrantach przemierzających tysiące kilometrów w nadziei na dostanie się do lepszego świata, ani nawet historii o handlu żywym towarem i w ogóle o całym biznesie powiązanym z ludźmi nielegalnie przedostającymi się na inny kontynent. Ale jestem miłośniczką prozy Michela Bussiego i to tak oddaną, że nie poświęciłam nawet chwili na zastanowienie czy warto ryzykować spotkanie z tą konkretną koncepcją. Co więcej, wprost nie mogłam doczekać się momentu, w którym zasiądę do lektury „Mówili, że jest piękna”, bo wiedziałam, że Michel Bussi zmusi mnie do zatracenia się nawet w takiej fabule, że moja niechęć do fikcyjnych opowieści (wystarczą mi te prawdziwe) o migrantach w tym przypadku się nie odezwie. Bo wiem, do czego ten pisarz jest zdolny, na co stać Michela Bussiego nawet wtedy, gdy nie jest w najwyższej formie, gdy nie mam właśnie do czynienia z jego najlepszym z dotychczas przeczytanych przeze mnie utworów. A „Mówili, że jest piękna” moim numerem jeden powieści Michela Bussiego nie została – z drugiej jednak strony to jeden z najlepszych literackich thrillerów, jaki w ostatnim czasie wpadł mi w ręce. I kluczem do mojego serca wcale nie był w tym przypadku zwrot akcji. Owszem, z prawdziwymi wypiekami na twarzy czekałam na ten najważniejszy znak rozpoznawczy pisarstwa Bussiego i tak, jak w końcu go dostałam to autentycznie osłupiałam (autor pograł mną jak dzieciakiem, ku mojemu niezmiernemu zadowoleniu), ale ten mocno zaskakujący moment w moich oczach wcale nie jest największym superlatywem „Mówili, że jest piękna”. Empatia – to ona najbardziej wzbogacała ową opowieść, to wnikanie autora, a przez to również nas, odbiorców jego dzieła, w skórę migrantów, to jego zrozumienie tych skrzywdzonych przez los ludzi i ich rozpaczliwych prób wydobycia się z tego bagna. I wstyd, bo choć Bussi nie wyraża tego wprost między jego słowami można znaleźć tę przykrą emocję towarzyszącą autorowi ilekroć zestawi nas Europejczyków z obywatelami Afryki. Różni nas to, że my mieliśmy to szczęście, że urodziliśmy się na kontynencie, który daje dużo możliwości, a oni nie. Jednak więcej bije tutaj z Bussiego czystej wściekłości i rozgoryczenia w reakcji na obchodzenie się władz Francji z imigrantami (gdyby mieszkał w Polsce te emocje pewnie byłyby jeszcze silniejsze). W ogóle to polityka całego tak zwanego cywilizowanego świata w tej kwestii musi doprowadzać Bussiego do szewskiej pasji, bo gdyby było inaczej pewnie nie omawiałby tego tak szczegółowo i z takim zaangażowaniem na kartach swojego utworu. Nie opowiadałby się tak zdecydowanie po jednej stronie tego konfliktu (bo chyba można uznać to za konflikt) i to w dodatku w tak poruszający sposób. Nie, Bussi nie musiał uciekać się do mdłych, egzaltowanych, do bólu ckliwych kawałków, żeby wzruszyć czytelnika losem ludzi przemierzających tysiące kilometrów w pogoni za swoimi marzeniami. Wystarczyły chłodne obserwacje, treściwe referowanie przebiegu dawnej podróży głównej bohaterki książki, Leyli Maal, w formie jej opowieści, snutej na użytek dwóch mężczyzn, którą to autor podał w kilku częściach. Chwilowo przerywały one właściwą akcję „Mówili, że jest piękna”, wydarzenia rozgrywające się w umownej teraźniejszości (choć cały czas wiedziało się, że to wszystko jakoś się ze sobą wiąże), w których to także nie brakowało opisów trudów i znojów migrantów.

W morzu kłamstw łatwiej utopić jest prawdę.”

Wiem, na co liczą fani twórczości Michela Bussiego. Wiem czego przede wszystkim od niego oczekują. Dlatego jestem świadoma tego, że nawet bardzo liczne i najbardziej optymistyczne oceny jego podejścia do migrantów nie wystarczą, aby dać im do zrozumienia, że i tym razem nie powinien spotkać ich zawód. Oczywiście, podejrzewam, że znajdzie się jakaś część miłośników prozy Bussiego tworząca grono rozczarowanych, ale nie sądzę, żeby było ono duże. Opowieść trochę niedomaga w swoich pierwszych partiach, przy czym nie dotyczy to retrospekcji z życia Leyli Maal tylko ścieżki rozciągającej się w umownej teraźniejszości. Ale najpierw plusy. Autor wykazuje się godną podziwu starannością przy tworzeniu zróżnicowanych charakterologicznie pierwszo i drugoplanowych postaci, dbając przy tym o tworzenie coraz to bardziej uwierającej tajemnicy najszczelniej oplatającej Leyli Maal, ale jestem przekonana, że odbiorcy tej książki będą też wypatrywać jakichś rewelacji w pozornie nieskomplikowanym śledztwie prowadzonym przez komendanta Petara Velikę. Opryskliwego, twardego gliniarza, który zwykł protekcjonalnie traktować swojego zastępcę, Julo Floresa. Młodszego od siebie, acz nie ma powodów, by sądzić, że mniej inteligentnego kolegę, który to wzbudza zdecydowanie większą sympatię niż jego przełożony. Tymczasem Leyli poznajemy jako mężnie stawiającą czoła wszelkim przeciwnościom matkę trojga dzieci, która na pierwszy rzut oka ma swoje drobne dziwactwa, ale też jakiś magnetyzm, siłę, która przyciąga mężczyzn, imponuje im, niemalże ich hipnotyzuje. To kobieta, która ukrywa coś przed światem, niby nie mówi wszystkiego o sobie, ale jednak nawet z nowo poznanymi ludźmi chętnie dzieli się historią swojego życia... Dziwne, wiem, ale ci co znają twórczość Michela Bussiego z nie taką przewrotnością mieli już do czynienia. To najbardziej podstępny pisarz, z jakim w całym swoim dotychczasowym życiu się zetknęłam (mowa o jego utworach, rzecz jasna), największy manipulator w gronie znanych mi autorów thrillerów i kryminałów, artysta, któremu w tej sztuce nawet tak zdolna bestia, jak Jeffery Deaver, moim zdaniem nie dorównuje. Ale świadomość, że nic nie jest tak oczywiste, jak Bussi to przedstawia, że gdzieś pośród tych wszystkich słów kryje się wstrząsająca prawda, być może nawet taka, która każe nam wrzucić do kosza wszystkie informacje, które do tej pory zebraliśmy oraz towarzyszenie tak żywym, odmalowanym z dbałością o najdrobniejsze szczegóły postaciom, mogą nie wystarczyć. Przynajmniej część odbiorców „Mówili, że jest piękna” może tak jak ja co jakiś czas nabierać pewności, że autor nie wie, jak pociągnąć tę historię, że w opowieść tę wkradły się przestoje. Co prawda niezbyt długie, ale jednak widoczne. Szczęście, że prawie w całości kompensowane w późniejszych partiach książki, a i nierzadko zaraz po nich Bussi obdarowywał mnie trzymającymi w napięciu kawałkami z coraz to bardziej komplikującego się policyjnego śledztwa i życia legalnie przebywającej we Francji imigrantki z Mali oraz jej najbliższych.

Michel Bussi to moje największe odkrycie ostatnich lat. Jeden z nielicznych pisarzy, który potrafi nie tyle mnie zaskakiwać, co autentycznie paraliżować swoimi zwrotami akcji, który ze wszystkich znanych mi autorów książek wykazuje się największą biegłością w sztuce manipulacji, który ku mojej ogromnej radości, sprowadza mnie do roli dziecka błądzącego we mgle w przeświadczeniu o nieuchronnie zbliżającym się zagrożeniu. I tak też było w przypadku „Mówili, że jest piękna” - w tej empatycznej, mocno trzymającej w napięciu powieści o migrantach, policjantach, zbrodniach i tajemnicach, na ujawnienie których czytelnik będzie musiał długo czekać i jestem przekonana, że przynajmniej jedna z tych bomb spuszczonych w końcu na niego przez Michela Bussiego na jakiś czas praktycznie go ogłuszy. A więc choć według mnie nie jest to powieść doskonała, nie przez te przestoje, czuję się w obowiązku polecić ją wszystkim fanom literackich thrillerów, również tym, którzy tak jak ja nie przepadają za motywami migrantów i handlu żywym towarem wykorzystywanymi w sztuce. Bo Michel Bussi jest chyba niczym mitologiczny Midas – wydaje się, że wszystko, czego dotnie zamienia się w złoto.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 4 lipca 2018

„Prawda czy wyzwanie” (2018)

Grupa amerykańskich nastolatków spędza ferie wiosenne w Meksyku. Jedna z osób wchodzących w skład tej paczki, Olivia Barron, poznaje tam Cartera, chłopaka, który zabiera ją i jej przyjaciół do opuszczonej misji, gdzie inicjuje grę w „Prawda czy wyzwanie”. Pierwszą rundę kończy sam Carter, który informuje resztę, że gra pójdzie za nimi i aby przeżyć muszą dostosować się do jej reguł. Potem odchodzi, pozostawiając nastolatków w przekonaniu, że z Carterem coś jest nie w porządku. Niedługo potem wracają do Stanów Zjednoczonych. Olivia jako pierwsza odkrywa, że tak jak mówił Carter gra „Prawda czy wyzwanie” przeniosła się na ich życie. Początkowo jej przyjaciele nie dają wiary jej złowieszczym opowieściom, ale już wkrótce na własnej skórze przekonują się, że uczestniczą w grze, w której stawką jest ich własne życie.

Teen horror „Prawda czy wyzwanie” zapoczątkowało spotkanie Jeffa Wadlowa, twórcy między innymi „Po prostu walcz!” i „Kłamstwa”, moim zdaniem jednego z najlepszych XXI-wiecznych slasherów, z producentem Jasonem Blumem, który to poinformował swojego rozmówcę, że chce zrobić film pod tytułem „Truth or Dare”. Wadlow wyraził zainteresowanie, po czym zapytał Bluma, czy posiada skrypt. Producent odparł, że ma tylko tytuł, na co jego interlokutor przedstawił wątek na stacji benzynowej, który potem stał się prologiem filmu. Blum zapalił się do tego pomysłu i już niedługo potem Jeff Wadlow przystąpił do pisania scenariusza wraz z Michaelem Reiszem, Jillian Jacobs i Christopherem Roachem. Budżet filmu oszacowano na trzy i pół miliona dolarów, a wpływy z biletów na przeszło dziewięćdziesiąt milionów dolarów.

Według mnie Jeff Wadlow ma talent do tworzenia interesujących filmów młodzieżowych. Potrafi tak przedstawić stereotypowe sylwetki młodych bohaterów, tak ukazać ich wzajemne relacje i osobiste przeżycia, żeby nie było mi obojętne, co się z nimi stanie. A nie jest to znowu takie powszechne we współczesnej kinematografii. Reżyser i współscenarzysta „Prawda czy wyzwanie” przyznał, że w sekwencjach śmierci wyznacznikiem był dla niego „Krzyk” Wesa Cravena, że wolał skupić się na snuciu wyrazistej opowieści niźli epatować makabrą. Ale myślę, że nie tylko w tej materii „Krzyk” był dla niego drogowskazem, moim zdaniem Wadlow dążył do stworzenia kolejnego obrazu wyrosłego z tradycji kultowej serii „Krzyków”, następnego teen horroru utrzymanego w duchu tego niezapomnianego cyklu. Nie chciał jednak kręcić tradycyjnego slashera – filmu o zamaskowanym mordercy (bądź mordercach) kolejno szlachtującym amerykańskich nastolatków – choć echa tego podgatunku wyraźnie wybrzmiewają w tej opowieści. „Prawda czy wyzwanie” jest jednak przede wszystkim horrorem o zjawiskach paranormalnych, filmem o swoistej klątwie, którą nieświadomie sprowadziła na siebie grupa zaprzyjaźnionych nastolatków pod koniec swojego niedługiego pobytu w Meksyku. Tym, co odróżnia tę konkretną klątwę od innych tak często pojawiających się w kinie grozy jest oparcie jej na regułach popularnej gry „Prawda czy wyzwanie”. Pomysł całkiem niezły – twórcom udało się rozbudzić we mnie ciekawość, choć przyznaję, że towarzyszyła jej lekka obawa przed wykonaniem. Bo w końcu ani prolog, ani co było jeszcze bardziej alarmistyczne, sekwencje osadzonego w umownym przeklętym, chylącym się ku upadkowi budynku w Meksyku, nie zostały utrzymane w wywołującym dreszczyk klimacie (to akurat dosyć często spotykany feler teen horrorów). W przypadku tego drugiego miejsca akcji mrok był w miarę zagęszczony, ale twórcom nie udało się wykrzesać z tego takiej wrogości, która by mnie zadowoliła. I nie pomogły nawet osobliwe rekwizyty, przedmioty każące myśleć o jakimś rytuale z zakresu czarnej magii znalezione przez Olivię w opuszczonej misji. Główną bohaterkę „Prawda czy wyzwanie”, w którą w całkiem niezłym stylu wcieliła się Lucy Hale. Scenarzyści dają nam jasno do zrozumienia, że mamy tutaj do czynienia z typem final girl, że tworzyli tę postać w oparciu o standardowy rys tego rodzaju bohaterki. Dostajemy więc dziewczynę z twardym, godnym pochwały kręgosłupem moralnym, dla której bardzo ważne jest dobro innych, która chętniej wyciąga pomocną dłoń do potrzebujących niż oddaje się beztroskim, suto zakrapianym alkoholem zabawom w gronie przyjaciół. Ale nie zamyka się szczelnie na różnego rodzaju rozrywki – od czasu do czasu ona też potrzebuje odprężenia, przy czym zdaje się nigdy nie zatracać w dobrej zabawie, nie pozwala sobie na utratę kontroli, jak to czasami bywa w przypadku jej najlepszej przyjaciółki Markie Cameron (przekonująca Violett Beane). Ta jest zupełnym przeciwieństwem Olivii, co w horrorach, zwłaszcza w slasherach było wielokrotnie wykorzystywane. Mamy więc kolejny ukłon w stronę tego nurtu (notabene również „Krzyku” Wesa Cravena). W każdym razie w zestawieniu z Olivią i Markie, pozostali bohaterowie „Prawda czy wyzwanie” jawią się mniej wyraziście. Nie chcę powiedzieć, że blado, bo jednak nie miałam wrażenia, że robią za tło dla rzeczonych dwóch kobiecych postaci, ich role w tej opowieści też nie były mi obojętne, również potrafiły mnie zaciekawić, ale nie da się ukryć, że uwaga scenarzystów koncentrowała się głównie na Olivii i Markie. I może jeszcze na Lucasie Moreno granym (znośnie) przez Tylera Poseya, ale skłaniałabym się raczej ku temu, że autorzy scenariusza traktowali tę sylwetkę jako swego rodzaju zapalnik, środek mający komplikować relację Olivii i Markie. Nie tyle ściągać uwagę widza na niego, ile na te dwie najważniejsze bohaterki „Prawda czy wyzwanie”.

Charakterystycznym elementem omawianej produkcji jest nienaturalnie szeroki uśmiech pojawiający się na twarzach postaci przewijających się w wizjach bohaterów filmu i na ich własnych w przypadku, gdy nie wykonają postawionego przed nimi zadania. Wielu internautów twierdzi, że wygląda to jak uśmiech Willema Dafoe, ale Jeff Wadlow utrzymuje, że wcale nie szukał inspiracji w mimice tego aktora. Wyznał, że rysował takie uśmiechy jeszcze zanim wszedł do branży filmowej, ale owe porównania do uśmiechu Dafoe bardzo go ucieszyły, bo według niego oznacza to, że jego film zaczął żyć własnym życiem, że ludzie mają własne pomysły na jego temat. Rzeczone uśmiechy generował komputer, ale posługiwano się nim na tyle rozważnie, żeby nie odrzeć tych ujęć z realizmu, a przynajmniej ja, ku swojemu niezmiernemu zadowoleniu, nie zostałam ogłuszona sztucznością, jakiej niestety wiele we współczesnych horrorach. Ale to nie znaczy, że sekwencjom, w którym pojawia się ta demoniczna mimika niczego nie brakowało, bo atmosfera niezmiennie mocno tutaj kulała. Jeff Wadlow i jego ekipa wykrzesali z tej historii trochę napięcia, udawało im się tak przeprowadzać mnie przez poszczególne fazy scenariusza, żebym ani przez moment nie miała wrażenia wytracenia pędu, drastycznego spadku adrenaliny w mojej krwi, której to poziom, owszem do najwyższych nie należał, ale jak na współczesny teen horror naprawdę nie było źle. Takiego napięcia się nie spodziewałam (chociaż po reżyserze „Kłamstwa” pewnie powinnam, ale w przypadku tych najnowszych horrorów wolę niczego dobrego nie zakładać), a już w ogóle zaskoczyło mnie to, że twórcom udało się krzesać je nie tylko z momentów bezpośredniego zagrożenia życia protagonistów, ale również z fragmentów skupiających się na relacjach międzyludzkich. Na zmieniających się za sprawą przeklętej gry stosunkach pomiędzy nimi oraz między nimi i osobami z zewnątrz, spoza tej grupy. A po tym co wcześniej napisałam nie będzie chyba żadną niespodzianką stwierdzenie, że tutaj najwięcej miejsca poświęcono Olivii i Markie – ich coraz to bardziej komplikującej się relacji, którą dodatkowo uatrakcyjniano UWAGA SPOILER podawaniem w wątpliwość wszystkiego, co wydawało nam się, że wiemy na temat głównej bohaterki poprzez pojawianie się coraz to nowych rysów na jej życiorysie. Wcześniej wydawała się być osobą wręcz nieskazitelną, niemającą na sumieniu absolutnie żadnych, nawet drobnych grzeszków, prawdomówną i służącą pomocą. Gotową poświęcić siebie i swoich przyjaciół w zamian za ratunek wszystkich Meksykanów – no cóż, scenarzyści bardzo wyraźnie dali widzom do zrozumienia, że w chwilach próby czasami nasze przekonania o nas samych okazują się błędne, że dopiero wówczas dowiadujemy się jacy tak naprawdę jesteśmy KONIEC SPOILERA. Mało odkrywcze, wiem, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, bo finał tej opowieści broni się tonacją, która to w horrorze jest jak najbardziej na miejscu. Uderzeniem w odpowiednią strunę, a i ta moralizatorska strona zakończenia „Prawda czy wyzwanie” idealnie wpasowuje się w całokształt. Pal licho więc oryginalność!

Moim zdaniem Jeff Wadlow swoim „Kłamstwem” wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. Tak wysoko, że przed seansem nawet przez myśl mi nie przeszło, że „Prawda czy wyzwanie” choćby zbliży się do jakości tamtego przedsięwzięcia rzeczonego reżysera. I rzeczywiście, do „Kłamstwa” to temu obrazowi jeszcze daleko. Drugie podejście Jeffa Wadlowa do teen horroru nie wywarło na mnie takiego wrażenia, jak „Kłamstwo”, ale też żadnych cierpień mi nie dostarczyło. Właściwie to nawet uważam, że na tle współczesnych teen horrorów „Prawda czy wyzwanie” wypada całkiem nieźle, lekko wybija się ponad średnią, a to już coś jeśli idzie o nowsze filmy grozy trafiające na wielkie ekrany.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Guillermo del Toro, Chuck Hogan „Wieczna noc”

Recenzja zawiera spoilery poprzednich części

Po objęciu władzy nad niemalże całym światem przez wampiry na Ziemi doszło do serii katastrof naturalnych i nuklearnych, na skutek których słońce zostało zasłonięte przez chmurę popiołów. Przez zdecydowaną większość doby panują egipskie ciemności, a podczas tych nielicznych godzin szarówki ludzie mają zakaz wychodzenia na zewnątrz. Po całych Stanach Zjednoczonych rozsiane są krwawe obozy, miejsca, w których wampiry przetrzymują wybranych ludzi w celach reprodukcyjnych i żywieniowych. Na czele nowej dominującej rasy stoi twórca nowego porządku, najpotężniejszy z krwiopijców Mistrz, który od niemalże dwóch lat przetrzymuje nastoletniego syna Ephraima Goodweathera, niegdysiejszego epidemiologa z Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób Zakaźnych. Mężczyzny wchodzącego w skład małej grupy rebeliantów z Nowego Jorku, który od czasu porwania jego syna Zacka znacznie oddalił się od swoich kompanów. Eph myśli głównie o nim, coraz bardziej pogrążając się w rozpaczy, co odbija się negatywnie na działalności całej grupy. A akurat teraz Goodweather jest bardzo potrzebny nie tylko swoim przyjaciołom, ale całemu gatunkowi ludzkiemu.

„Wieczna noc” to ostatnia część trylogii wampirycznej pióra oscarowego reżysera („Kształt wody”), scenarzysty, producenta i pisarza Guillermo del Toro oraz amerykańskiego scenarzysty, producenta telewizyjnego (serial na podstawie rzeczonej trylogii) i powieściopisarza Chucka Hogana. Ten trzytomowy cykl zapoczątkował po raz pierwszy wydany w 2009 roku „The Strain” (polski tytuł: „Wirus”). Druga odsłona, „The Fall” („Upadek”, wydany też pod tytułem „Mrok”), ukazała się rok później, a w 2011 roku pojawiło się pierwsze wydanie „The Night Eternal” („Wieczna noc”). Cała trylogia zaskarbiła sobie wielu fanów, również w osobach krytyków i innych pisarzy, z których szczególną uwagę zwraca pozytywna reakcja nazywanego mistrzem współczesnej literatury grozy Stephena Kinga.

Po bardzo dobrym „Wirusie” przyszedł mniej zajmujący „Upadek”, którego jednak końcówka kazała mi wyczekiwać spotkania z ostatnim odcinkiem tej długiej przygody. Guillermo del Toro i Chuck Hogan zdecydowali się utrzymać „Wieczną noc” w postapokaliptycznych realiach, co zważywszy na wcześniejszy przebieg tej historii wydaje się być najlogiczniejszym, zupełnie naturalnym posunięciem. Ktoś, kto jeszcze tej książki nie czytał może pomyśleć, że korzyści płynące z takiego rozwiązania są mniejsze od szkód, bo przecież powieści (i filmów, skoro już o tym mowa), których akcję osadzono w postapokaliptycznym świecie powstało tak wiele, że raczej ciężko na tym gruncie zbudować opowieść, która nie wydawałaby się wyświechtana. I rzeczywiście del Toro i Hogan niczego na wskroś oryginalnego nie wymyślili (poza charakterystyką wampirów, ale akurat ten element został już szczegółowo przez nich przedstawiony w poprzednich tomach), ale pospinali różne znane motywy tak, że nadali całości dodatkowego kolorytu. W efekcie absolutnie nie miałam nieprzyjemnego wrażenia obcowania ze zwykłą kopią. Autorzy „Wiecznej nocy” szukali inspiracji w wielu źródłach i nie mam tutaj na myśli wyłącznie konwencji literatury fantastycznej, tylko rozwiązań zaczerpniętych z tego konkretnego źródła. Guillermo del Toro i Chuck Hogan sięgnęli wszak także do historii – starożytnej i XX-wiecznej, przy czym wyrwali z tych dwóch okresów jedynie pewne fragmenty, które to idealnie zazębiły się z produktami ich wyobraźni. Wyimaginowane, fikcyjne motywy dzięki temu zyskały na wiarygodności, stały się bardziej żywe, zdecydowanie łatwiej było zawiesić swoją niewiarę na czas trwania niniejszej lektury. Moim zdaniem mniej wprawnie autorzy posługiwali się motywami biblijnymi – za dużo było w tym patosu i bajkowości, a to drugie najmocniej wybrzmiało w końcówce. Myślę, że tego momentu autorom „Wiecznej nocy” mogliby pozazdrościć nawet najlepsi bajkopisarze. Rozterki natury religijnej bohaterów omawianej książki gdzieniegdzie się pojawiają, ale zdecydowanie więcej uwagi del Toro i Hogan poświęcają bardziej praktycznym udrękom psychicznym. Najbardziej zagłębiają się w umysł głównego bohatera tej trylogii Ephraima Goodweathera, który znajduje się w naprawdę kiepskim położeniu. Od niemalże dwóch lat zżera go strach o jego obecnie trzynastoletniego syna Zacka. Chłopak mieszka z samym Mistrzem, najpotężniejszym krwiopijcą sprawującym teraz niepodzielną władzę nad prawie całą planetą. Zastanawiające jest to, że król świata jeszcze Zacka nie przemienił, że pozwolił mu pozostać człowiekiem, kształtując jednak jego umysł wedle swojego demonicznego uznania. Innymi słowy Mistrz znajduje przyjemność w demoralizowaniu młodego człowieka, który z czasem zaczyna traktować go jak ojca, będąc mu coraz bardziej posłusznym. Eph nie zdaje sobie z tego sprawy, ale wystarczająco bolesna jest dla niego świadomość przebywania ukochanego syna w bezpośredniej bliskości Mistrza, który to z kolei za punkt honoru postawił sobie zniszczenie Goodweathera. Obok szczegółowo roztaczanych przed czytelnikiem wewnętrznych cierpień głównego bohatera w związku z Zackiem autorzy „Wiecznej nocy” angażują nas w coraz bardziej napięte relacje pomiędzy nim i pozostałymi członkami grupy buntowników z Nowego Jorku, do której to Eph od początku jej istnienia przynależy. Mamy wątek jak się wydaje bezpowrotnie utraconej miłości, jawnej wrogości jednego z członków grupy w stosunku do Ephraima, która to może, ale nie musi doprowadzić do rozłamu w tych szeregach, a ten mógłby być równoznaczny z odebraniem wszelkiej nadziei na obalenie totalitarnych rządów Mistrza i wreszcie mamy nieco zagadkowy sojusz rebeliantów z półwampirem Quinlanem zwanym Narodzonym. Zagadkowy z powodu jego podejścia do Goodweathera, bo w czystość jego zamiarów akurat powątpiewać nie można.

Warstwa psychologiczna to według mnie mocna strona tej powieści. Ale nie jedyna. Z taką samą pieczołowitością, z porównywalnym rozmachem (aczkolwiek przydałoby się więcej klimatu grozy) Guillermo del Toro i Chuck Hogan podeszli do kreowania postapokaliptycznego świata, do konstruowania areny, na której jakże często gwałtownie ścierają się dwie frakcje: wampirów i rebeliantów, tych nielicznych spośród ludzi, którzy są zdecydowani walczyć do końca, którzy nie zamierzają dostosować się do nowego ustroju. Chociaż przynajmniej w przypadku jednej osoby to już wkrótce może się zmienić... Najciekawszym pomysłem były popioły, skutek licznych naturalnych i nuklearnych katastrof, który to skazał ludzi na życie w prawie nieprzerwanych gęstych ciemnościach. Ku uciesze wampirów, rzecz jasna. Niezgorszy okazał się też pomysł krwawych obozów, ewidentnie zainspirowany niemieckimi obozami koncentracyjnymi z czasów II wojny światowej. Ich przeznaczenie to jedno, ale z równym entuzjazmem przyjęłam spojrzenie bohaterów książki del Toro i Hogana na ludzkich pracowników tych strasznych przybytków. Oportunistów, ludzi bez oporu zdradzających swój gatunek w imię własnych korzyści, osobników tego typu, od których, wierzcie mi, aż roi się we współczesnym świecie. Bo przecież gdyby na chwilę zapomnieć o wampirach, patrzeć na Mistrza jak na człowieka to dostajemy ni mniej, ni więcej jak dyktatora. Ustrój, w którym to obywatele są niewolnikami okrutnej jednostki wspieranej przez potężną armię bezrozumnych „marionetek”. Większość społeczeństwa jest skazana na życie w skrajnym ubóstwie i w ciągłym strachu, ale niektórzy dostrzegają w tym okazję na poprawę jakości swojego życia. Guillermo del Toro i Chuck Hogan słusznie zauważają, że tacy ludzie są gorsi od opętanych manią wielkości dyktatorów, którzy to z najczystszą pogardą patrzą na demokratyczne kraje. I gdyby w „Wiecznej nocy” znalazło się więcej takich kawałków, gdyby jej autorzy zawarli w tej książce jeszcze więcej opisów reżimu wprowadzonego przez Mistrza, gdyby obdarowali mnie większą liczbą mechanizmów wprowadzanych przez wampiry w celu całkowitego podporządkowania sobie gatunku ludzkiego to powieść tę czytałoby mi się dużo lepiej. Bo największą niedogodnością było dla mnie śledzenie jakże częstych starć pomiędzy rebeliantami i krwiopijcami, z których tylko to ostatnie, sfinalizowane w sposób, który po części mnie zaskoczył i... wzruszył (tak, przyznaję, że parę łez uroniłam), nie kazało mi z utęsknieniem wypatrywać końca tego przesadnego dynamizmu. Tych obszernych fragmentów nazbyt wzmożonej i nierzadko chaotycznej akcji z zainteresowaniem wchłaniać zwyczajnie nie potrafiłam, a wręcz musiałam w ich trakcie walczyć z przemożną ochotą przerwania lektury do czasu uzbrojenia się w większą cierpliwość. Z czego zresztą nie zawsze wychodziłam zwycięsko... Wiem, że te wątki były nieodzowne, że akurat w takiej opowieści musi się znaleźć miejsce na walki (także strzelaniny), ale aż tak szczegółowo przedstawiać ich nie trzeba było i spokojnie można było zmniejszyć ich ilość, poświęcając tę energię na budowanie klimatu rodem z „Wirusa” podczas opisów skąpanych w gęstych ciemnościach miast, krwawego obozu i jeszcze jakichś innych przerażających wytworów Mistrza i jego owieczek.

Według mnie jest lepiej niż w „Upadku”, ale do poziomu „Wirusa” omawiana powieść już nie dobrnęła. Jednak patrząc na całą tę trylogię muszę przyznać, że Guillermo del Toro i Chuck Hogan dołożyli całkiem cenną cegiełkę do XXI-wiecznej literatury grozy, bo w końcu w dzisiejszych czasach historie o prawdziwie szkaradnych, na wskroś złych krwiopijcach są prawdziwą rzadkością. Nie wspominając już o tym, że nikt wcześniej takich kreacji wampirów nie stworzył, że del Toro i Hogan zaoferowali miłośnikom horroru takie spojrzenie na te kreatury, z jakim nie mieli jeszcze do czynienia. I przede wszystkim dlatego (ale nie tylko) zachęcam do zapoznania się z tą trzytomową opowieścią. Koniecznie zachowując odpowiednią kolejność, bo nieznajomość „Wirusa” i „Upadku” z pewnością zaowocuje przynajmniej częściowym niezrozumieniem „Wiecznej nocy”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 30 czerwca 2018

„Nieznajomi: Ofiarowanie” (2018)

Cindy i Mike od jakiegoś czasu mają problemy ze swoją nastoletnią córką Kinsey, które ich zdaniem może rozwiązać przeniesienie jej do szkoły z internatem. Dziewczyna nie jest zadowolona z tej decyzji rodziców, ale zanim rozpocznie naukę w nowym miejscu musi spędzić trochę czasu na kempingu należącym do wujostwa, w towarzystwie rodziców i brata Luke'a. Cindy i Mike mają nadzieję, że wszyscy miło spędzą czas, że będą mogli zapomnieć o codziennych troskach i nacieszyć się sobą nawzajem, ale ich dzieci mają zdecydowanie mniej optymistyczne podejście do tego pomysłu. Gdy wreszcie docierają na kemping nikogo tam nie zastają. W recepcji znajdują za to wiadomość od ich wuja i klucze do przyczepy, w której mają się rozgościć. Udają się więc do swojego tymczasowego lokum, nie wiedząc jeszcze, że ten teren jest obecnie placem zabaw dla zamaskowanych morderców.

Informacje o planach stworzenia kontynuacji „Nieznajomych” Bryana Bertino pojawiały się od 2008 roku, ale aż do 2017 roku kończyło się li tylko na mglistych zapowiedziach. Wtedy to wreszcie ruszyły zdjęcia. Zaczęły się w czerwcu, a skończyły w lipcu. W tamtym czasie opinia publiczna znała już nazwisko reżysera drugiej odsłony „Nieznajomych” (ujawniono je w lutym tego samego roku), Johannesa Robertsa, twórcy między innymi takich filmów, jak „Ziemia potępionych” (2005), „Po tamtej stronie drzwi” (2016) i „Podwodna pułapka” (2017). Scenariusz dwójki napisał Ben Ketai, wspomagany przez twórcę pierwszej odsłony „Nieznajomych” Bryana Bertino.

Mający swoją premierę w 2008 roku „Nieznajomi” to thriller z nurtu home invasion. Jego sequel zaś jest horrorem – slasherem, w którym wyraźnie unaocznia się duch tego typu rąbanek z lat 80-tych XX wieku. W realizacji, bo jeśli chodzi o, moim zdaniem celowe, nawiązania fabularne do innych horrorów to twórcy „Nieznajomych: Ofiarowania” nie ograniczyli się jedynie do tej dekady. Może i było ich więcej, ale ja znalazłam odniesienia do tylko dwóch produkcji, a mianowicie do „Piątku trzynastego”, popularnej serii slasherów zapoczątkowanej w 1980 roku przez Seana S. Cunninghama i „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera z roku 1974. Te ukłony w stronę wieloletnich miłośników slasherów, zasłużone hołdy składane przynajmniej dwóm konkretnym tytułom i kinu grozy z lat 80-tych XX wieku w ogóle (warstwa techniczna) dodają smaczku omawianemu przedsięwzięciu. Pewnie zostanę wyśmiana, ale co tam, nie będę ukrywać, że ten oto obraz podobał mi się dużo bardziej niż część pierwsza. Pewnie nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że mam słabość do slasherów i nie przepadam za thrillerami z nurtu home invasion (choć jest parę wyjątków), ale zdecydowanie nie jest to jedyny powód tego, że tak, a nie inaczej zapatruję się na te produkcje. Johannes Roberts i jego ekipa w mojej ocenie lepiej porozkładali środki ciężkości, zachowując przy tym rozbrajającą wręcz prostotę. I to taką, która musi - po prostu musi - kojarzyć się z XX-wiecznymi slasherami, jeśli już nie z całym kinem grozy z tamtego okresu. „Nieznajomi: Ofiarowanie” to film tak inny od swojego poprzednika, utrzymany w tak odmiennej tonacji, wykorzystujący zgoła inne środki do uzyskania zamierzonego efektu, że jestem przekonana, że wystarczyło jedynie kilka drobnych przeróbek w scenariuszu, aby móc sprzedawać ten film jako oddzielny produkt. Czego moim zdaniem nie zrobiono dlatego, że doskonale zdawano sobie sprawę z tego, że podpięcie się pod znany, i przez wielu lubiany, projekt bardziej się opłaci. Finansowo, bo jeśli chodzi o reakcje widzów to, co było do przewidzenia, tutaj sprawa przedstawia się dużo gorzej. Swoich zwolenników film oczywiście ma, ale część jego odbiorców spodziewała się zupełnie czegoś innego i według mnie fani „Nieznajomych” mają prawo czuć się oszukani wziąwszy pod uwagę to, że sequel ma z tamtym obrazem tak niewiele wspólnego. Rzecz jasna znaleźli się też tacy odbiorcy „Nieznajomych: Ofiarowania”, którzy krytykują ten obraz z innych powodów, którzy nie patrzą na niego przez pryzmat jedynki, ale odnoszę wrażenie (być może błędne), że nie ma wśród nich długoletnich fanów slasherów albo przynajmniej jest ich niewielu. Bo jeśli jest się członkiem tej grupy to naprawdę trudno się oprzeć czarowi tej produkcji. Tej magii, zawartej w dosłownie każdym kadrze – mocy może nie tyle pozornego przenoszenia nas w czasie, bo twórcy nie starali się wywoływać w odbiorcach poczucia obcowania z horrorem nakręconym w latach 80-tych poprzez właściwą stylizację zdjęć (a szkoda), ale już na pewno wprowadzania w iście sentymentalny nastrój. Autor zdjęć Ryan Samul i odpowiadający za ścieżkę dźwiękową, Adrian Johnston, mieli chyba największą zasługę we wprawianiu mnie w stan zbliżony do rozrzewnienia. Te skąpane we mgle, nieśpiesznie przemykające przez ekran obrazy, którym to często akompaniowały wpadające w ucho kawałki z dawnych lat, te długie zbliżenia na bohaterów i antybohaterów i mrok, przede wszystkim mrok spowijający jakże silnie kojarzące się z „Piątkiem trzynastego” miejsce akcji. Kemping z przyczepami, nie obóz z chatkami, ale ta rozbieżność z Crystal Lake wcale nie umniejsza przekonania, że mamy tutaj do czynienia z należnym hołdem złożonym temu legendarnemu slasherowi bądź slasherom, bo jak wiemy obraz Seana S. Cunninghama był zaledwie początkiem długiej przygody fanów kina grozy z tym tytułem.

- Czemu to robicie? [zabijacie ludzi]
- A czemu nie?”

Fabuła „Nieznajomych: Ofiarowania” jest prosta jak budowa cepa, co akurat fani slasherów powinni docenić, bo duże komplikacje nie są znakiem rozpoznawczym tego podgatunku horroru, na pewno nie za nie kocha się tego typu rąbanki. Wręcz przeciwnie: oczekuje się od nich przede wszystkim prostoty, to między innymi ona tak dalece satysfakcjonuje ludzi, którzy wprost nie mogą się doczekać każdego kolejnego spotkania z filmem wpisującym się w ten, niestety niecieszący się już dużym zainteresowaniem filmowców, nurt. Omawiany film opowiada o czteroosobowej rodzinie, która od jakiegoś czasu ma poważne problemy finansowe. Czy to w całości, czy tylko po części przyczyniła się do nich najmłodsza członkini tej familii, nastoletnia Kinsey, wykreowana przez nie do końca przekonującą Bailee Madison (a pamiętam ją taką małą z „Braci” Jima Sheridana i „Nie bój się ciemności” Troya Nixeya - jak ten czas szybko leci...). Już pierwszy rzut oka na tę bohaterkę wystarczy, aby nabrać przekonania (być może mylnego, to się okaże), że to ona będzie final girl, pomimo tego, że zastosowano tutaj odwrócenie schematu. Kinsey nie jest, jak na rasową final girl przystało, grzeczną dziewczynką, osobą starającą się trzymać z dala od wszelkich kłopotów, tylko zbuntowaną młodą kobietą, która lgnie do używek, zaniedbuje naukę i często wszczyna kłótnie z rodzicami. Z całej rodziny tylko z bratem, Lukiem ma dobry kontakt, tylko on potrafi do niej dotrzeć, choć trudno odmówić ich rodzicom dużych starań w tym kierunku. Poza nawiązaniem dobrych stosunków z córką Mike i Cindy pragną też zadbać o jej przyszłość – dlatego właśnie postanowili umieścić ją w szkole z internatem, w nadziei, że zmiana środowiska i trybu życia zaowocuje lepszymi wynikami w nauce i że jej zachowanie ulegnie sporej poprawie. Kinsey jest wściekła na rodziców za tę decyzję, co aż za mocno daje im odczuć. Ale to nie na ich wzajemnych relacjach widz najsilniej będzie koncentrował swoją uwagę. To króciutkie, powierzchowne przedstawienie protagonistów, schodzi na dalszy plan w obliczu tego, co widz wie. Co twórcy wyjawili mu wcześniej. A mianowicie to, że kemping, w którym już wkrótce rozegrają się najważniejsze wydarzenia, został opanowany przez morderców skrywających swoje oblicza za doskonale znanymi odbiorcom pierwszej części „Nieznajomych” maskami. „Zabawa” z tą czteroosobową rodziną także rozpocznie się od pytań o Tamarę, ale akcja bynajmniej nie będzie rozwijać się w taki sam sposób. Johannes Roberts nie kręcił filmu o, zdawać by się mogło, niekończących się pogoniach za upatrzonymi ofiarami, bo te w najodpowiedniejszych momentach, zanim zaczęło ogarniać mnie znużenie, urozmaicał scenami mordów, podczas których pilnowano, aby napięcie cały czas sięgało zenitu. Sekwencje, które bezpośrednio poprzedzały te ataki odpowiednio nastrajały mnie na każde kolejne uderzenie morderców – powoli windowały napięcie, które podczas starć z zamaskowanymi oprawcami osiągały prawdziwe apogeum niewygodnych emocji. Szkoda tylko, że twórcy nie wykazali się większą kreatywnością w wyborze sposobów eliminacji i okaleczania ludzi, bo dla mnie te propozycje były aż nazbyt banalne. Ale cała otoczka tychże wprost mnie ujęła – no może poza chwaloną przez wielu innych widzów sceną przy basenie (i w basenie), która to według mnie była za bardzo krzykliwa, jarmarczna, tandetna, co mogło być oczywiście próbą zbliżenia się do jakości kiczowatych horrorów klasy B z lat 80-tych, ale w mojej ocenie do tego jeszcze trochę twórcom „Nieznajomych: Ofiarowania” zabrakło. Natomiast ostatni pojedynek, ten na który chyba każdy miłośnik slasherów zawsze z największym utęsknieniem czeka to według mnie istny majstersztyk – doskonałe połączenie „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera z owocami wyobraźni twórców omawianego filmu. Pełne napięcia, nerwowego i z mojej strony głośnego dopingowania jednej ze stron i takiej dynamiki, jaką współczesne kino grozy bardzo rzadko mnie obdarowuje. W tej tutaj zatraciłam się bez reszty, autentycznie mnie wciągnęła, a przecież w przypadku XXI-wiecznych horrorów najczęściej od momentu wprowadzenia tak zawrotnego tempa zaczynam marzyć o zobaczeniu napisów końcowych.

Fani slasherów, Wy, ludzie, którzy rozumiecie i kochacie reguły jakimi rządzi się ten podgatunek horrorów, Wy, którzy niezmordowanie szukacie klimatycznych, konwencjonalnych rąbanek tego typu – Wy wszyscy czym prędzej sięgajcie po „Nieznajomych: Ofiarowanie”. Po obraz, który wyraźnie przywołuje ducha ubiegłowiecznych slasherów, nie spychając przy tym poza nawias współczesnego sznytu. I ta mieszanka w sumie działa, choć pewnie efekt byłby lepszy, gdyby jeszcze bardziej zbliżono się do stylistyki dawnych rąbanek. Jeśli jest się fanem slasherów (choć pewnie i w tym gronie znajdą się wyjątki) łatwo się w tej produkcji rozsmakować, dać się porwać tej jakże schematycznej opowieści o czteroosobowej rodzinie zaatakowanej przez zamaskowanych morderców na pewnym kempingu, który nie może nie nasuwać na myśl „Piątku trzynastego”.
 
Za seans bardzo dziękuję

Na Cineman VOD film będzie dostępny od 13 lipca 2018 roku

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...