czwartek, 31 maja 2018

„Downrange” (2017)

Samochodową podróż szóstki młodych ludzi przerywa przebicie opony. Znajdują się z dala od terenów zabudowanych, na kompletnym pustkowiu, gdzie trudno o zasięg telefoniczny. Jako że jedna z nich, Jodi, musi jak najszybciej dotrzeć do punktu docelowego – na szesnaste urodziny swojej siostry – mężczyźni starają się jak najszybciej zmienić oponę. Młodzi ludzie nie słyszą strzałów, które wkrótce padają, ale widzą efekt ich niszczycielskiej siły. Po chwili dociera do nich, że znajdują się na celowniku snajpera. Tajemniczego osobnika, który zrobił sobie z tego terenu strzelnicę, a tarczami są oni. Większość pozostałych przy życiu młodych ludzi znajduje niepewne schronienie za samochodem, za pojazdem, który znajduje się na linii strzału, a osoba, która zgotowała im ten los pewnie nie wycofa się dopóki nie zabije ich wszystkich.

Ryuhei Kitamura, twórca między innymi „Nie przeżyje nikt” i „Nocnego pociągu z mięsem”, adaptacji opowiadania mistrza Clive'a Barkera, tym razem nakręcił dosyć kameralny thriller zatytułowany „Downrange”, scenariusz którego napisał wspólnie z Joeyem O'Bryanem. Pierwszy pokaz filmu odbył się w 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowych w Toronto, w trakcie Midnight Madness, wydarzenia wprost uwielbianego przez Ryuheia Kitamurę.

„Downrange” to thriller trochę w stylu „Frozen” Adama Greena. Mam tutaj na myśli przebywanie protagonistów na jakiejś mocno ograniczonej przestrzeni spowodowane jakimś czynnikiem zewnętrznym. Utknięcie bohaterów w jednym miejscu, w którym ani przez chwilę nie mogą czuć się bezpiecznie. W „Downrange” owym czynnikiem zewnętrznym jest tajemniczy snajper. Człowiek, który wybrał sobie dogodne miejsce strzeleckie, po czym cierpliwie czekał na pojawianie się jakichś podróżnych na usytuowanej nieopodal niego rzadko uczęszczanej drodze. Padło na szóstkę młodych ludzi (trzech mężczyzn i trzy kobiety) przemierzających tę trasę samochodem. „Downrange” otwiera ich krótka rozmowa w aucie przerwana przebiciem opony. Jeszcze wtedy nie wiedzą, że sprawcą jest pocisk posłany przez osobnika ukrywającego się w pobliżu. Ale nie będzie trzeba długo czekać na zaognienie sytuacji, które uświadomi im, w jak trudnym położeniu się znaleźli. Widok pierwszego trupa (a ściślej śmiertelnych obrażeń głowy chłopaka) był chyba inspirowany remakiem „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Tak samo jak w tamtym obrazie kamera powoli przenika przez ranę, tak jak chwilę wcześniej kula przechodzi przez głowę ofiary, pokazując przy tym również wnętrze śmiertelnie przestrzelonej części ciała. Zaraz potem obrywa jedna z dziewczyn. Pocisk trafia w jej oko, ale kobieta wciąż utrzymuje się na nogach. Wydawać by się mogło, że w filmie, w którym narzędziem zbrodni jest broń palna nie odnajdziemy żadnych godnych wzmianki sekwencji gore, że co najwyżej pokaże się nam kilka krwistych plam na ciałach/ubraniach ofiar i dlatego właśnie te pierwsze mordy tak mnie zaskoczyły. Moim oczom ukazała się nie tylko substancja imitująca posokę, ale również postrzępione rany, żywe mięso, tkanki, fragmenty mózgu – słowem: to, czego można się spodziewać po produkcji gore, a nie po filmie sklasyfikowanym jako thriller. Ale postanowiłam nie wyciągać pochopnych wniosków, jeszcze nie zmieniać swojego nastawienia do „Downrange”, nie wciskać go w ramy krwawego horroru, tylko spokojnie poczekać na rozwój sytuacji. Ostatecznie skłaniam się ku oficjalnej klasyfikacji, bo później Ryuhei Kitamura nie przykładał już takiej wagi do płaszczyzny gore, jak na początku. Poza paroma ujęciami zwłok obsiadanych przez muchy, pszczoły i ptaki, prażących się w promieniach słońca okaleczonych ciał będących pożywką dla padlinożerców, w tej materii nic szczególnego już nie pokazano. Ale nie jest to dla mnie żadna ujma, wcale nie mam twórcom za złe tej rezygnacji z epatowania krwawą makabrą, postanowienia o znacznym złagodzeniu kolejnych mordów i okaleczeń nieszczęsnych młodych ludzi. Na pierwszy plan szybko wysuwa się Keren, kreowana przez Stephanie Pearson, która raz wpadała w denerwującą egzaltację, a innymi razy była tak beznamiętna, sztywna, że aż zaczynałam tęsknić za tym jej przesadnym okazywaniem uczuć. Jej bohaterka staje się mózgiem całej ostałej przy życiu grupki protagonistów. Wiedza, jaką przekazali jej rodzice wojskowi okazuje się bowiem bardzo przydatna w tej konkretnej sytuacji, ale dziewczyna nie jest cudotwórczynią. Tak samo jak pozostali nie ma żadnego pomysłu na jak najszybsze i w pełni bezpieczne dla wszystkich wydostanie się z tego miejsca. Młodzi ludzie mają najróżniejsze plany, ale żaden nie gwarantuje przeżycia każdego z nich. Jeśli zdecydują się zrealizować któryś z nich będą musieli liczyć się z ogromnym ryzykiem, brać pod uwagę to, że mogą nie wyjść cało z tej akcji. Scenarzyści „Downrange” wykreślili wszystkich bohaterów tak, jak to się najczęściej robi w różnej maści rąbankach – nie dostajemy szerokich, obfitujących w szczegóły portretów psychologicznych, nie wiemy zbyt wiele o ich dotychczasowym życiu, ale przynajmniej z niektórymi z nich (jeśli już nie ze wszystkimi, co akurat mnie się udało) da się sympatyzować. Takie przedstawienie postaci wcale nie uniemożliwiało mi wczucia się w ich sytuację, choć niezbyt wiele o nich wiedziałam i chociaż miałam dużo zastrzeżeń co do warsztatu niemalże wszystkich członków obsady, to cały czas im kibicowałam w tym nierównym starciu z tajemniczym snajperem.

„Downrange” to kameralny thriller, kładący największy nacisk na budowanie emocjonalnego napięcia. Obsada jest bardzo wąska, a i miejsce akcji mocno ograniczone. Wszystko rozgrywa się na spłachetku ziemi oddalonym od cywilizacji. Na piaszczystym i też porośniętym wysuszoną trawą, z gdzieniegdzie wyrosłymi drzewami terytorium, które przecina rzadko uczęszczana szosa. Trójka protagonistów znajduje schronienie na poboczu rzeczonej drogi, za samochodem, którym jeszcze niedawno spokojnie przemierzali to pustkowie, a czwarty ukrywa się za konarem nieopodal swoich kolegów. Cała fabuła „Downrange” sprowadza się do poszukiwania przez nich wyjścia z tej ekstremalnie trudnej sytuacji, z różnego rodzaju prób przechytrzenia nieustannie obserwującego ich snajpera, który wydaje się czerpać przyjemność z przedłużania ich gehenny. Młodzi ludzie podejrzewają, a widz nie ma powodu by w to powątpiewać, że uzbrojony napastnik nie chce jak najszybciej ich powystrzelać, że czerpie jakąś perwersyjną, chorą przyjemność z przedłużania ich męki. Protagoniści znajdują się w śmiertelnie niebezpiecznej pułapce, w miejscu z którego wydaje się nie można się wydostać, ich położenie jest tak beznadziejne, że widza wprost przepełnia pewność, iż ich chwile na tym padole są policzone. Ich emocje udzielają się odbiorcy. Choć lwia część tej opowieści rozgrywa się w pełnym świetle dziennym, w gorących promieniach słonecznych to klimat wyalienowania i realnego, zdefiniowanego zagrożenia jest wręcz namacalny, a to w połączeniu z ryzykownymi próbami wydostania się z tej pułapki podejmowanymi przez pozytywnych bohaterów generuje całkiem duże napięcie. W sumie to nawet, gdy nic się nie dzieje, kiedy umęczeni młodzi ludzie tylko siedzą, a snajper nie posyła w ich kierunku żadnych pocisków, to napięcie prawie w ogóle nie traci na sile. A przynajmniej ja tak to odbierałam. Nie jestem natomiast przekonana, czy tak kameralny thriller, czy taki mało spektakularny, bazujący na emocjach, a nie drogich, coraz to wymyślniejszych efektach specjalnych i zawrotnym tempie akcji, dreszczowiec przemówi do szerokiego grona odbiorców. „Downrange” wydaje mi się być ukierunkowany przede wszystkim na sympatyków takiego bardziej minimalistycznego podejścia do kina, filmów nieobfitujących w wiele wątków, nieskomplikowanych, acz całkiem intensywnych, trzymających w napięciu praktycznie od pierwszej sceny. Na plus odnotować muszę jeszcze nieprzewidywaną kolejność eliminacji bohaterów i finał, który pozostawił mnie w doprawdy dziwnym stanie niedowierzania, zdumienia, wytrącenia z równowagi przy akompaniamencie histerycznego, niewesołego, cierpkiego chichotu. Natomiast wszystko co rozgrywa się chwilę przed tym udanym zakończeniem, wydarzenia mające miejsce po zapadnięciu zmroku i spowijająca je atmosfera nie zadowoliły mnie w takim stopniu jak sceny nakręcone za dnia. Właśnie wtedy dopadło mnie znużenie, klimat stracił na wyrazistości. Co dziwne, bo wydawałoby się, że noc sprzyja tego typu filmowym historiom.

Moim zdaniem „Downrange” Ryuheiowi Kitamurze całkiem nieźle się udał. Ten projekt ma swoje niedociągnięcia, mniej i bardziej poważne mankamenty, ale to wcale nie powstrzymuje mnie przed poleceniem tego obrazu każdemu miłośnikowi kameralnych thrillerów, w których można znaleźć parę udanych, dla niektórych może mocno odrażających ujęć gore, i które silny nacisk kładą na generowanie emocjonalnego napięcia. Na tworzenie klimatu zaszczucia, wyalienowania, przebywania w śmiertelnie niebezpiecznej pułapce, z której zdaje się nie można się wydostać, za sprawą tajemniczego snajpera, który wziął we władanie pewien spalony słońcem spłachetek ziemi. Krótko: dobry thriller. Tak właśnie uważam.

wtorek, 29 maja 2018

„Revenge” (2017)

Możliwe lekkie spoilery

Richard zabiera swoją kochankę Jen do domu na pustyni, gdzie ma zamiar spędzić z nią kilka upojnych chwil przed zaplanowanym spotkaniem ze swoimi przyjaciółmi, Stanem i Dimitrim, myśliwymi tak jak on. Mężczyźni nieoczekiwanie przybywają wcześniej, a nazajutrz Richard na kilka godzin zostawia ich samych z Jen, ponieważ musi załatwić pilną sprawę. Stan gwałci wówczas kobietę, a zdający sobie z tego sprawę Dimitri nie interweniuje. Po powrocie Richard jest wściekły na kolegów i panikuje na myśl o czekających ich konsekwencjach. Uznaje, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest pozbycie się Jen. Nie konsultując tego z przyjaciółmi dopuszcza się czynu niewybaczalnego i kiedy już nabiera pewności, że kryzys został zażegnany okazuje się, że kobiecie udało się przeżyć. I że nie ma zamiaru puścić w niepamięć krzywdy, którą jej wyrządzono.

„Revenge” to francuski thriller w reżyserii debiutującej w pełnometrażowym filmie fabularnym Coralie Fargeat, która jest także autorką scenariusza. Osadzony w konwencji rape and revenge grindhouse po raz pierwszy został pokazany publiczności w 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, a do szerszego obiegu trafił w roku 2018. Krytycy wręcz rozpływali się w zachwytach nad tym filmowym dokonaniem, w czym wtórowała im spora część zwykłych odbiorców. Wśród tych ostatnich znaleźć można też wielu przeciwników „Revenge”, widzów głęboko rozczarowanych, zniesmaczonych wręcz głównie nielogicznym scenariuszem.

Co moim zdaniem musi wiedzieć każdy, kto rozważa seans „Revenge” Coralie Fargeat? Przede wszystkim to, że debiutująca w pełnym metrażu Francuzka celowo nadała mu kształt tzw. grindhouse'a. W takich filmach logika często zostaje zepchnięta poza margines, nie ma ona kompletnie żadnego znaczenia dla twórców. Najczęściej najsilniejszy nacisk kładzie się w nich na seks, przemoc i szybkie tempo akcji. Wszelkiej maści kurioza są ważniejsze od realizmu, a i tandetne efekty specjalne w tym specyficznym typie kina są jak najbardziej pożądane. Coralie Fargeat nie poszła na całość (w smaczne skrajności) w tym swoim stylizowaniu „Revenge” na grindhouse'a – bardziej przypominało mi to „Everly” Joego Lyncha, niż „Death Proof” Quentina Tarantino i „Planet Terror” Roberta Rodrigueza, aczkolwiek bez dowcipnych akcentów. Chyba że za takowe ktoś uzna bezlitosne wręcz pogwałcenie logiki, czyli element wpisujący się w formułę grindhouse'ów. W żadnym razie niebędący wypadkiem przy pracy. Osobom zorientowanym w tego typu kinie, potrafiącym przyjmować takie spojrzenie na świat przedstawiony utworu tłumaczyć jego specyfiki nie trzeba. Doskonale wiedzą oni jak podchodzić do takich historii. Doszukiwanie się w „Revenge” maksymalnego realizmu nie ma najmniejszego sensu, bo miało go nie być (jeśli przyjmie się jedną z dwóch nasuwających się interpretacji, o czym później). Taka konwencja. I jeśli ktoś nie potrafi jej przyjąć, nie umie przestawić się na taki sposób snucia filmowej opowieści to najlepiej zrobi omijając tę produkcję szerokim łukiem. Coralie Fargeat osadziła swoją historię w pustynnej scenerii, co w połączeniu z kolorystyką jaką operatorzy i oświetleniowcy nadali zdjęciom może przypomnieć co poniektórym remake „Wzgórza mają oczy”. Taka myśl może przemknąć przez ich głowę po pierwszym rzucie oka na prezentowaną we wstępie scenę przybycia Richarda i jego kochanki Jen do samotnego domu na pustyni. Później dostaniemy szersze ujęcia krajobrazu. Zobaczymy rozciągające się wszędzie gdzie okiem sięgnąć zapiaszczone równiny i wzgórza, na które za dnia będą padać gorące promienia słoneczne, nadając całości żółto-pomarańczowego kolorytu, a nocą na całym tym terenie będzie się odczuwało dotkliwy chłód. Trochę skał i porozsiewanych gdzieniegdzie najczęściej już uschniętych traw oraz rzecz jasna jaskinie, w których można znaleźć tymczasowe schronienie przed uciążliwymi warunkami atmosferycznymi i pałającym żądzą mordu człowiekiem. Ale zanim będziemy mogli dokładniej przyjrzeć się tej jałowej scenerii poznamy postacie zaludniające plan. Obsada tego filmu składa się jedynie z pięciu osób, z których na dodatek jeden przewija się tylko we wstępie. Scenarzystka skupiła się na pozostałej czwórce, na pierwszym planie umieszczając Jen w bardzo dobrym stylu wykreowaną przez Matildę Annę Ingrid Lutz. Kevin Janssens w roli Richarda, Vincent Colombe jako Stan i Guillaume Bouchede wcielający się w Dimitriego moim zdaniem też nie mają powodów do wstydu, ale to postać kobieca najsilniej przyciąga wzrok. Co nie jest zasługą wyłącznie dobrego warsztatu aktorki. Coralie Fargeat celowała w nurt rape and revenge, a jak wiadomo tego typu obrazy zmuszają odbiorców do sympatyzowania z osobą siejącą śmierć w odwecie za wyrządzoną jej krzywdę. Nie musimy zbyt wiele wiedzieć o tych postaciach, żeby im kibicować – wystarczy nam wiedza o tragedii, jaka je spotkała. Co ciekawe na początku Jen nie zyskała mojej sympatii, prezentowała sobą typ kobiety, z którym na pewno nie znalazłabym wspólnego języka. Coralie Fargeat w kilku scenach nakreśliła obraz osóbki marzącej o zostaniu gwiazdą, która bez skrupułów wskakuje do łóżka żonatego mężczyzny i rzuca się w wir tak zwanego tańca-ocierańca z jednym z jego przyjaciół. Jen zdaje się w ogóle nie szanować siebie – wygląda to tak jakby zależało jej przede wszystkim na dobrej zabawie w męskim gronie, jakby dla swojego kochanka była gotowa zrobić niemalże wszystko i nie ma przy tym dla niej żadnego znaczenia to, że gdy ten już się nią nacieszy ma zamiar wrócić do swojej żony, nieświadomej jego zdrady. Ale potem następuje przebudzenie – patrzymy na mentalną metamorfozę Jen, na przemianę w kobietę wyzwoloną, co każe mi patrzeć na ten film, jak na thriller feministyczny.

Z tą klasyfikacją gatunkową miałam w sumie spory problem. Tak naprawdę to nadal nie jestem tak do końca przekonana, czy nadawanie mu miana thrillera jest aby właściwe. Bo choć klimat rzeczywiście bardziej przystaje do dreszczowca (i właśnie ten aspekt po długim namyśle i nie bez wątpliwości uznałam za decydujący), to już poziom brutalności bardziej pasuje mi do horroru. Ujęć rodem z kina torture porn nie ma może zatrważająco dużo, ale gdy już się pojawiają nie szczędzi się widzom najdrobniejszych szczegółów pokazywanych na dużych zbliżeniach. Na dodatek efekty specjalne szczycą się dużym stopniem realizmu, co akurat nie jest zbyt często spotykane w grindhouse'ach. Najbardziej wbijającymi się w pamięć sekwencjami tego typu są: zabieg, jaki Jen przeprowadza na samej sobie i wyciąganie kawałka szkła ze stopy przez jednego z myśliwych. Ta pierwsza stanowi makabryczne następstwo wydarzenia chyba najczęściej krytykowanego przez przeciwników „Revenge”. Zarzuca się mu rażący wręcz brak logiki, ale ja po raz kolejny podkreślam, że tak miało być. Jeśli przyjąć taką interpretację, bo ja tam odczytałam to jako zmartwychwstanie, odrodzenie w postaci kobiety ekstremalnie wręcz wyzwolonej. Celowo gwałcono logikę także podczas sceny operacji przeprowadzonej przez Jen w jaskini na samej sobie. Wzmocniona pejotlem mścicielka wyjmuje ułamaną gałąź ze swojego ciała, po czym kauteryzuje obficie krwawiącą ranę. Dlaczego tak późno traci przytomność? Jakim cudem tak długo utrzymywała się przy życiu i miała jeszcze siłę na zabicie jednego z wrogów i przebycie dosyć długiej drogi? To wyjaśniała moja interpretacja (powstała z martwych kobieta jest przynajmniej prawie niezniszczalna), a nawet jeśli przyjąć tę drugą to osoby rozmiłowane w grindhouse'ach czy ściślej współczesnych hołdach dla nich, z takiego przerysowania powinny być zadowolone. Inna sprawa, że jeśli już kauteryzować ranę z przodu to dlaczego nie tę wlotową, z tyłu? Ale niech będzie, że dlatego, że wcześniej straciło się przytomność, a ten niezwykły po wskrzeszeniu organizm, do czasu jej odzyskania, sam sobie z tym problemem poradził. Natomiast przy przyjęciu tej drugiej interpretacji, że Jen udało się przeżyć upadek zakończony przebiciem ciała konarem, mamy kolejną nielogiczność wpisaną w formułę tego typu obrazów. Nadmieniona już sekwencja z wyciąganiem szkła ze stopy też obfituje w najdrobniejsze detale i też została znacznie rozciągnięta w czasie. Koleś grzebie i grzebie w tej broczącej gęstą krwią ranie – wkłada palce pod skórę i przy akompaniamencie własnych wrzasków szuka sprawcy całego tego zamieszania. Kawałka szkła, które na naszych oczach wkrótce zostanie powolutku wyjęte z ciała. Osoby o słabych żołądkach mogą już podczas sceny w jaskini pośpieszyć do toalety i jeśli faktycznie tak się stanie to na pewno powtórzą ten szaleńczy pęd w trakcie sceny z usuwaniem ciała obcego z własnej stopy. Czy osoby dobrze i jako tako zaznajomione z kinem gore tak samo na to zareagują? Mocno w to wątpię. Choć podobała mi się odwaga reżyserki stawiającej pierwsze kroki w pełnym metrażu, to że nie cackała się z widzem, i że tak bardzo przyłożono się do efektów specjalnych, to nie reagowałam na to z odrazą. Nie zemdliło mnie, a wydaje mi się, że byłoby inaczej, gdyby postawiono na oblepiony brudem klimat rodem z „Ostatniego domu po lewej”. Chociaż ten też miał swój urok – tyle tylko, że bardziej przydawał się do budowania napięcia, co w zresztą moim odczuciu Coralie Fargeat wychodziło praktycznie bezbłędnie, niźli budzenia odrazy u oglądającego. A przynajmniej u tego, który trochę krwawych/umiarkowanie krwawych filmów już w swoim życiu obejrzał, zwłaszcza tych nakręconych w latach 70-tych i 80-tych XX wieku.

„Revenge” to thriller (z elementami horroru i kina akcji), w którym myśliwi zamieniają się w zwierzynę. Teraz w jakimś tam stopniu mogą wreszcie przekonać się, jak czuje się ścigana przez nich ofiara, jak to jest stać po drugiej stronie barykady. Nie zamierzają jednak czekać aż dosięgnie ich karząca ręka sprawiedliwości, ani nawet nie mają zamiaru uciekać przed kobietą, która jest zdeterminowana, aby pomścić swoją krzywdę. O nie, trzech mężczyzn (co ciekawe to właśnie gwałciciel nie jest tak do końca przekonany do zbrodniczej ścieżki jaką wybiera ich przywódca) tak łatwo nie pożegna się ze swoją pozycją, nie pozwoli „zepchnąć się ze szczytu łańcucha pokarmowego”. Będą oni opierać się przedzierzgnięciu z myśliwego w zwierzynę. Oni też ruszą na polowanie. Trzech mężczyzn przeciwko jednej młodej kobiecie. Kobiecie, która odnajduje w sobie nową siłę i ma rachunki do wyrównania. Pytanie tylko, czy to wystarczy aby wyjść zwycięsko ze starcia z zaprawionymi w polowaniach ludźmi? Rape and revenge ubrany w łaszki grindhouse'a, w którym można się zakochać. Jeśli oczywiście ma się dużo sympatii do tego, dosyć specyficznego typu kina. Mnie jeszcze trochę do miłości zabrakło, nie udało mi się zapałać tym uczuciem do tego projektu Francuzki Coralie Fargeat, ale polubiłam go na tyle, że pewnie (przy założeniu, że jeszcze trochę pożyję) jeszcze do niego wrócę. Może nawet nie raz.

niedziela, 27 maja 2018

Michelle Paver „Przepaść”

Rok 1935. Pięciu Anglików zamierza zdobyć szczyt Kanczendzonga w Himalajach. Ekspedycji przewodniczy major Cotterell, a pozostali członkowie to doktor Stephen Pearce, jego starszy brat Christopher zwany Kitsem, Garrard i McLellan. Kits od dziecka jest fanem Edmunda Lyella, generała, który kierował wyprawą na Kanczendzongę w 1906 roku. Nie licząc wynajętych kulisów tylko on i niejaki Charles Tennant wrócili do domu. Pozostali członkowie tej ekspedycji ponieśli śmierć. Zostali pokonani przez górę. Stephen Pearce nie chce, aby wyprawa z 1906 roku rzutowała na ich przygodę, nie zapoznaje się nawet z jej szczegółami przed wyruszeniem w drogę. Jego brat wręcz przeciwnie: byłby wprost wniebowzięty, gdyby natrafili oni na jakieś ślady ekspedycji Edmunda Lyella. Stephen jako pierwszy zacznie rozważać możliwość obecności kogoś lub czegoś niepożądanego w ich pobliżu. Zacznie go dręczyć myśl, że w tych ekstremalnie trudnym warunkach mogą być obserwowani przez jakąś wrogo nastawioną do nich istotę. Taką, która tylko czeka na odpowiedni moment do zaatakowania strudzonych alpinistów.

Michelle Paver urodziła się w Afryce, ale gdy miała trzy latka przeprowadziła się wraz z rodziną do Anglii. Po skończeniu studiów przez jakiś czas pracowała w kancelarii prawnej, ale niedługo po napisaniu swojej debiutanckiej powieści „Without Charity” (po raz pierwszy opublikowanej w roku 2000), porzuciła karierę prawniczą na rzecz pisarstwa. Od tego czasu stworzyła między innymi poczytną serię fantasy „Bogowie i wojownicy”, tak zwaną „Kronikę Pradawnego Mroku” dla nieco młodszych czytelników i „Cienie w mroku”, horror nominowany do Shirley Jackson Award. Wystarczy zapoznać się ze skrótowym opisem fabuły tej ostatniej, żeby znaleźć podobieństwa pomiędzy nią i późniejszą „Przepaścią”. Wychwalanym przez krytyków kolejnym horrorem brytyjskiej powieściopisarki osadzonym w mroźnej scenerii.

Z tego, co zdążyłam się zorientować Michelle Paver ciągnie w dwóch bardzo różnych kierunkach: w stronę literatury dla młodzieży i dla dorosłych czytelników. W tej drugiej kategorii celuje w horror/thriller, podczas gdy w pierwszej skłania się ku fantasy. Nie wiem, czy wyciągam właściwe wnioski, bo opieram się jedynie na informacjach znalezionych w Internecie, ponieważ „Przepaść” to jak na razie jedyna książka Michelle Paver, z którą miałam przyjemność się zapoznać. Tak, przyjemność, co szczerze powiedziawszy trochę mnie zaskoczyło. Bo pierwszy rzut oka na tę króciutką publikację i pierwsze zdania, które przeczytałam nastroiły mnie na horror klasy B. Na coś w stylu Guya N. Smitha i Harry'ego Adama Knighta. Żeby była jasność: lubię czasem odprężyć się przy prościutkich utworach grozy obu tych panów, ale nieporównanie więcej frajdy mam z obcowania z bardziej rozbudowanymi powieściami, z historiami, w których aż roi się od szczegółowych opisów. W „Przepaści” takowych stanowczo brakuje – to zdecydowanie nie jest proza w stylu „Terroru” Dana Simmonsa, bo przecież mroźna sceneria co poniektórym może właśnie to sugerować. Paver operuje tutaj uproszczonym językiem – snuje tę opowieść w sposób skrótowy posługując się krótkimi, nieskomplikowanymi zdaniami, które jednak niosą sporo treści. Udało jej się pobudzić moją wyobraźnię na tyle, abym nie miała nieprzyjemnego poczucia całkowitego oderwania od bohaterów tej historii i coraz to bardziej zagadkowych wydarzeń, w centrum których się znajdują. Sprawę z tego dodatkowego, nieprzewidzianego zagrożenia zdaje się zdawać sobie tylko doktor Stephen Pearce, który został wcielony do tej ekspedycji jako ostatni, w zastępstwie innego lekarza. Do śmiertelnie niebezpiecznej wyprawy na Kanczendzongę, drugi co do wysokości szczyt w Himalajach. Ciekawe jest to, że choć Michelle Paver aż nadto wszystko upraszcza, że choć posługuje się tak niewyszukanym słownictwem, tak uszczupla wszelkie opisy, to udaje jej się uniknąć niechlujstwa. A przynajmniej ja nie miałam wrażenia obcowania z książką, jak to się mówi, spisaną na kolanie. „Przepaść” to nie jest jakaś na wskroś banalna, prymitywna, naprędce sklecona historyjka o pięciu Anglikach i grupce ich tragarzy walczących z żywiołami i... czymś, czego natury przez jakiś czas można się tylko domyślać. Czy na tej skutej lodem, smaganej śniegiem górze ukrywa się człowiek z krwi i kości z jakiegoś powodu nieprzyjaźnie nastawiony do śmiałków starających się zdobyć szczyt Kanczendzonga? A może to jakiś stwór niemalże żywcem wyjęty z niektórych opowieści H.P. Lovecrafta? Równie prawdopodobne jest jednak to, że Michelle Paver wybrała dużo szczerzej rozpowszechniony motyw – motyw ducha nawiedzającego to nieprzyjazne miejsce i starającego się zabić każdego, kto odważy się w nie zapuścić. No dobrze, a co jeśli narrator, doktor Stephen Pearce, zaczął tracić zmysły? Jeśli okaże się, że zostaliśmy wciągnięci w szaleństwo głównego bohatera „Przepaści”, że wszystko rozegrało się jedynie w jego rozchwianym przez wysokość na jakiej się znajdował i przez panujące tam warunki atmosferyczne, umyśle? Myślę, że przynajmniej część czytelników będzie miało na uwadze taką ewentualność i dzięki temu pokryją się cienkim pancerzem nieufności. Będą podejrzliwi względem doktora Stephena Pearce'a, ale nie w tak dużym stopniu, żeby kategorycznie odrzucać jego fantastyczną teorię.

Co poniektórzy z moich wcześniejszych słów mogli już wysnuć taki wniosek, ale na wszelki wypadek napiszę tak: to niepewność co do faktycznej natury zagrożenia oraz co akurat się z tym wiąże, wątpliwości co do stabilności psychicznej głównego bohatera i co za tym idzie oceny jego sytuacji dla mnie są najmocniejszą stroną „Przepaści” Michelle Paver. Powieść ta nie namieszała mi tak w głowie, jak chociażby „Dom z liści” Marka Z. Danielewskiego, „Nocny film” Marishy Pessl, czy „Prawdziwa historia” Delphine de Vigan, którą na ekran przeniósł Roman Polański, ale nie mogę stwierdzić, że wszystko przez cały czas było dla mnie oczywiste. Gdybym napisała, że szybko odgadłam z jakiego rodzaju historią mam tutaj do czynienia, że wybrałam sobie jeden konkretny motyw wpisany w tradycję literatury i kina grozy i uparcie trzymałam się go, aż do ostatnich stronic „Przepaści”, które powiedziały mi, że niestrudzenie podążałam tą właściwą ścieżką interpretacyjną to zwyczajnie bym skłamała. Bo choć jedna taka droga bardziej od pozostałych do mnie przemawiała (jak się okazało ta właściwa) to jednak aż do końca tej opowieści dręczyły mnie wątpliwości. Musiałam brać pod uwagę też inne możliwości, nie mogłam tak po prostu ich skreślić. W wielu momentach mamiły mnie obietnicą wtajemniczenia – każda z nich (a tak naprawdę rozważałam jeszcze tylko dwie inne ewentualności) mówiła „chwyć się mnie, a przechytrzysz autorkę, rozszyfrujesz jej zamysł zanim sama zechce ci go wyjawić”. Ależ mnie korciło, żeby ulec tym namowom – zwłaszcza jednej, jakże atrakcyjnej z mojego punktu widzenia. Dużo bardziej atrakcyjnej od tej, co do której najmocniej się skłaniałam. Innym jakże korzystnym dla tej publikacji elementem „Przepaści” jest pomysł na swego rodzaju zazębianie się dwóch rożnych wypraw. Tej, którą akurat śledzimy, ekspedycji pod kierownictwem majora Cotterella z roku 1935 i wyprawy pod przewodnictwem generała Edmunda Lyella z roku 1906. Ta druga, owe echa przeszłości zdają się wybrzmiewać w umownej teraźniejszości (tj. w roku 1935). To, co wydarzyło się na tej ekstremalnie trudnej trasie w pierwszej dekadzie XX wieku w jakiś sposób rzutuje na wspinaczkę tą samą drogą toczącą się dwadzieścia dziewięć lat później. Michelle Paver w najróżniejszy sposób aż nadto wyraziście splata ze sobą te dwie wyprawy, ale mnie najbardziej zaintrygował mniej oczywisty fakt. Nie wiem nawet, czy Paver zrobiła to celowo, czy miała świadomość tego, że ten konkretny aspekt w umyśle czytelnika także może jawić się niczym punkt styczny dla tych dwóch wypraw, których celem jest/był szczyt Kanczendzonga. Chodzi o starszego brata narratora nazywanego Kitsem i Edmunda Lyella, który po zakończeniu swojej tragicznej ekspedycji napisał poczytną książkę, kreując się w niej na prawdziwego bohatera. Kits od lat jest jego fanem i w sumie trudno się temu dziwić, bo (i tutaj mamy to jakże intrygujące połączenie) ma podobny, jeśli nie taki sam, charakter. Obaj to samochwały, egoiści, pozerzy, ludzie uważający się za pępki świata, traktujący innych z góry, ale posiadający charyzmę, która każe pokornie, czasami nawet z uśmiechem na twarzy znosić ich towarzyszom lekceważące teksy, jakie zwykli kierować w ich stronę. Kits dokładnie tak traktuje swojego brata, który zdaje się powoli tracić cierpliwość, który może w końcu pęknąć i dopuścić się wówczas zbrodniczego czynu. Ale o jego relacjach z pozostałymi uczestnikami wiemy tylko tyle, że ich nie obraża, tak jak brata, aczkolwiek uważa się za lepszych od nich i pewnie ci doskonale o tym wiedzą. Kulisi to dla niego zabobonni biedacy, którymi nie należy się zbytnio przejmować. I chociaż niektóre decyzje kierownika wyprawy, majora Cotterella, doprowadzają go na skraj wściekłości, nie popycha go ona do niesubordynacji. Michelle Paver pokrótce przybliża nam charakterystykę Edmunda Lyella i najważniejsze szczegóły z wyprawy na Kanczendzongę zorganizowanej przez niego w 1906 roku, dzięki czemu możemy odnaleźć liczne podobieństwa pomiędzy nim a Kitsem. Przy tym wszystkim autorka cały czas mniej lub bardziej udanie stara się zagęszczać atmosferę paranoi konsekwentnie co jakiś czas wypieraną przez klimat zagrożenia z zewnątrz czyhającego na nieustraszonych alpinistów. Czy to fizycznego, czy nadnaturalnego. A to wszystko z kolei nieustannie otacza aura wyalienowania, pozostawania z dala od cywilizowanego świata, na skutym lodem terytorium, gdzie jeden fałszywy krok może skutkować natychmiastową śmiercią, skąd nie sposób szybko wydostać się w przypadku pojawienia się jakiejś opętanej żądzą mordu istoty, której niestraszne śnieg, mróz i ogromna wysokość – tak duża, że mogąca zmącić umysł niejednego człowieka.

„Przepaść” to w miarę klimatyczny horror napisany w sposób, który powinien przemówić do dosyć szerokiej grupy odbiorców. Bo takie uproszczone słownictwo wydaje mi się mieć więcej zwolenników niż bardziej rozbudowane formy snucia literackich opowieści. Zresztą, skoro mnie, osobie, która woli obszerne tomiszcza zawierające dużo bardziej szczegółowo opisane historie, opowieści stworzone z prawdziwym językowym rozmachem, „Przepaść” się spodobała, to możliwe, że znajdzie się więcej czytelników preferujących bardziej wyczerpujące warsztaty, którzy nie uznają czasu spędzonej nad tą powieścią za czas stracony. Bo ja tam cieszę się, że ta pozycja wpadła w moje ręce, że mogłam zapoznać się z tym utworem, choć do najczystszej ekstazy mnie ta historia nie doprowadziła. Ot, dobre czytadło, skierowane głównie do miłośników literackich horrorów i thrillerów.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 25 maja 2018

„Ciche miejsce” (2018)

Małżeństwo, Evelyn i Lee Abbottowie, wraz ze swoimi dziećmi Regan i Marcusem, żyją w świecie wziętym we władanie przez niewidome potwory z niezwykle czułym zmysłem słuchu. Od dawna nie widzieli żadnych innych ludzi, ale bardzo możliwe, że na Ziemi żyją jeszcze takie osoby, jak oni. Jednostki, którym udało się przetrwać, które nauczyły się egzystować w ciszy. Bo hałas przyciąga agresywne potwory, żądne mięsa bestie, które atakują błyskawicznie i nie znają żadnej litości dla innych stworzeń zamieszkujących obecnie tę planetę. Abbottowie przed ponad rokiem przeżyli ogromną tragedię. Stracili najmłodszego członka swojej familii, chłopca imieniem Beau. Evelyn i Lee są gotowi zrobić wszystko, aby taka katastrofa się nie powtórzyła, aby zapewnić jak największą ochronę swoim pozostałym dzieciom. I zamierzają wydać na ten ekstremalnie nieprzyjazny świat kolejnego potomka.

„Ciche miejsce”, horror science fiction w reżyserii Johna Krasinskiego, to jeden z najgłośniejszych tegorocznych filmów grozy, jeśli nie najgłośniejszy (jak do tej pory). Zrealizowany za siedemnaście milionów dolarów amerykański obraz przyniósł trochę ponad trzysta milionów dolarów przychodu, a pozytywnym recenzjom, również od krytyków filmowych, nie ma końca. A z nich wszystkich Krasinskiego ponoć najbardziej ucieszyła pochlebna opinia Stephena Kinga wyrażona na Twitterze. Mówi się, że to żona Johna Krasinskiego, aktorka Emily Blunt, zachęciła go do przyjęcia propozycji objęcia przez niego stanowiska reżysera. Artysta ponadto miał też swój udział w pisaniu scenariusza, nad którym to pracowali też Bryan Woods i Scott Beck (twórcy między innymi „Nightlight”), był jednym z producentów wykonawczych i kreował jedną z pierwszoplanowych postaci. A partnerowała mu jego małżonka Emily Blunt. 
 
„Ciche miejsce” jest dosyć nietypowym filmem. Zwłaszcza w realiach współczesnego mainstreamu. Bo gdyby taka koncepcja zajęła pewną niszę, gdyby projekt ten był kierowany do dużo węższej grupy osób to jego osobliwość najprawdopodobniej tak bardzo nie rzucałaby mi się w oczy. Już od czasu pojawienia się pierwszych zapowiedzi „Cichego miejsca” szczerze wątpiłam w ewentualny sukces tego przedsięwzięcia. Przypuszczałam, że spotka się ono z dużą krytyką, bo film o ludziach zmuszonych do życia w ciszy jakoś nie pasował mi do preferencji dzisiejszej tzw. masowej publiki. Horror niemy? W XXI wieku i to w dodatku na dużych ekranach? Nie, to nie mogło się udać. A jednak się udało (choć okazało się, że pozwolono sobie na trochę komunikacji werbalnej). I był to sukces tak spektakularny, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie mam błędnych wyobrażeń na temat „Cichego miejsca”. Bo ta garść informacji, które zebrałam kazała mi przygotować się na minimalistyczny w formie, kameralny, może nawet iście intensywny horror science fiction (czyli tak jak lubię), który nie uraczy mnie tak powszechnymi we współczesnym głównym nurcie niezliczonymi jump scenkami i niszczącymi realizm efektami komputerowymi. A jako że duża część opinii publicznej zdaje się wprost przepadać za tymi bardziej dynamicznymi, na wskroś efekciarskimi horrorami te pozytywne reakcje widzów po prostu musiały zadziałać na mnie alarmująco. Szybko zmieniłam więc swoje nastawienie i gdy przyszła wreszcie pora na zobaczenie „Cichego miejsca” byłam w pełni przygotowana na... na coś innego. Okazało się, że niepotrzebnie zweryfikowałam swoje podejrzenia względem tego obrazu, że nie było potrzeby mentalnie przygotowywać się do zderzenia z plastikowym tworem wprost przepełnionym sztucznymi efektami specjalnymi. Bo choć tych ostatnich trochę było, i szczerze powiedziawszy patrzenie na to do najłatwiejszych zadań nie należało, to czerpałam pocieszenie z tego, że John Krasinski nie pozwolił, aby te komputerowe twory zdominowały jego film. Tfu, potwory – ślepe monstra niewiadomego pochodzenia obdarzone niezwykle czułym zmysłem słuchu (czyżby zapożyczenie z „Zejścia”?), które niezbyt często „wchodziły” na pierwszy plan, ale gdy już to robiły to ogarniała mnie silna pokusa spuszczenia wzroku z ekranu. I bynajmniej nie dlatego, że budziły one we mnie przerażenie. Już prędzej zażenowanie i bez wątpienia czystą wściekłość. Gdyby nie te mizerne efekty „Ciche miejsce” w moich oczach byłoby horrorem pozbawionym poważniejszych wad, nieporównanie silniej bym tę historię przeżywała, ale jak już wspomniałam, znacznie podniosło mnie na duchu oszczędne dawkowanie zbliżeń na anatomiczne szczegóły tych pikselowych maszkar. I dostałam wystarczająco dużo superlatywów, żeby nie pozwalać sobie na patrzenie na ten projekt Johna Krasinskiego głównie przez pryzmat wkładu twórców efektów specjalnych, choć oczywiście nie potrafiłam być całkowicie ślepa na ten (według mnie) mankament. Scenarzyści „Cichego miejsca” wyszli od całkiem nietypowego, jakże frapującego pomysłu. Postanowili wykreować świat, w którym przetrwać mogą tylko cisi, pokazać postapokaliptyczną wizję Ziemi. A właściwie to jej bardzo wąskiego kawałka. Protagonistami uczynili rodzinę Abbottów – czteroosobową familię żyjącą na farmie, która od dawna nie widziała innych ludzi. Wcześniej ich rodzina składała się z pięciu osób, ale ponad rok temu najmłodsze dziecko Evelyn i Lee padło ofiarą jednego ze skrzydlatych potworów, które to zdziesiątkowały nasz gatunek. Głupio byłoby zakładać, że Abbottowie to ostatni ludzie na Ziemi, ale John Krasinski i jego ekipa przez większość czasu starają się stworzyć taką ułudę (przez większość, bo nie można zapomnieć o pewnym mężczyźnie w podeszłym wieku). Dotkliwe osamotnienie Abbottów ma nam się udzielać. Myśl o niemożliwość przetrwania jedynie tej garstki ludzi jest wypierana przez te jakże przygnębiające obrazy wyludnienia (poza czołowymi bohaterami rzecz jasna), co może przypominać „Jestem legendą”, historię wymyśloną przez Richarda Mathesona kilka razy przekładaną na ekran. Ale jak już zaznaczyłam to tylko ułuda, twórcy nie mówią wprost, że Abbottowie są ostatnimi ludźmi na Ziemi. Wręcz przeciwnie: choćby sceną z nieznajomym staruszkiem dają do zrozumienia, że jest więcej takich niedobitków, a i „głowa rodziny”, Lee, wychodzi z założenia, że gdzieś tam żyją inni. W ciszy.

Emily Blunt, John Krasinski, Noah Jupe i Millicent Simmonds to aktorzy kreujący pierwszoplanowych bohaterów. W każdym przypadku w sposób całkowicie przekonujący, z pełnym profesjonalizmem, bez choćby najmniejszych warsztatowych zgrzytów. Ta ostatnia wciela się w postać głuchej nastolatki, która korzysta z implantu ślimakowego (dzięki niemu słyszy) i co ciekawe Millicent Simmonds rzeczywiście boryka się z tą niepełnosprawnością. Straciła słuch we wczesnym dzieciństwie na skutek przedawkowania leków. Ktoś powie, że aktorzy mieli tutaj ułatwione zadanie, bo w zdecydowanej większości scen nie musieli grać głosem. Poza paroma niezbyt długimi sekwencjami w omawianej produkcji rozmowy toczą się tylko za pomocą języka migowego. Czasami idącego w parze z tak cichym, że ledwo wychwytywanym przez moje uszy szeptem. Mnie wydaje się jednak, że granie głównie twarzą, mimiką, jest pewnym wyzwaniem dla aktora, rozpościera przed nim, nie wiem czy trudniejsze, ale na pewno nowe zadania, z których musi się wywiązać, jeśli chce przekonać współczesną publikę do swojej kreacji. Sprawić, aby widz utożsamił się z protagonistami, albo przynajmniej żeby nie był mu obojętny ich los. W „Cichym miejscu” ten czynnik jest kluczowy. Ten, komu nie będzie zależało na Abbottach, kto będzie na nich patrzył jak na „mięso armatnie” nie będzie przeżywał tej historii tylko śledził ją z pozycji chłodnego, osobiście niezaangażowanego obserwatora. Myślę jednak, że widzów odpornych na czar odtwórców czołowych ról i na magnetyzm tych mocno nastrojowych zdjęć, budzących uwierające wręcz poczucie izolacji od wszystkiego co znane i bezpieczne z jednoczesną bliskością wszystkiego co obce i zagrażające życiu, nie będzie zbyt wielu. John Krasinski i jego ekipa nakręcili to bowiem tak, aby, ani oddany miłośnik dynamicznych, efekciarskich horrorów, ani osoba wprost ubóstwiająca bardziej kameralne, nastawione na emocje kino grozy nie czuł się pominięty. Niektórym może się to wydać wprost niewiarygodne, ale udało im się znaleźć punkty styczne dla tych dwóch jakże odmiennych form przekazu i na ich fundamentach wybudować może nie tak do końca nową, ale na pewno nieczęsto spotykaną niszę, w której to rozpędzona akcja idealnie zazębia się z wprost kipiącą emocjami warstwą psychologiczną i stricte nastrojową. Taką która bazuje na nieustannie nawarstwiających się, konsekwentnie intensyfikowanych emocjach, zwłaszcza na napięciu, bo tego „Ciche miejsce” dostarczyło mi aż nadto. To film o prawdziwej, niepohamowanej sile rodzicielstwa, o tak potężnej miłości do własnych dzieci (i tak ogromnej potrzebie przedłużania gatunku, wydawania na świat kolejnych swoich potomków), że potrafiącej przezwyciężyć odwieczny strach przed śmiercią. Popychającej do czynów ryzykownych, każącej zawsze stawiać swoje dzieci na pierwszym miejscu, myśleć przede wszystkim o ich bezpieczeństwie, a nie swoim własnym. Nic nowego pod słońcem, nic zaskakującego, nic stojącego w sprzeczności z naturalnymi rodzicielskimi instynktami, odruchami. Ale to nic, bo pokazano to w tak emocjonujący, wręcz zaciskający krtań sposób, osnuto to tak gęstą atmosferą nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, że absolutnie nie ma się za złe scenarzystom wykorzystania takiego nieodkrywczego przesłania.

Początkowo rozważano wcielenie tego projektu do cyklu filmów spod znaku „Cloverfield”, ale ostatecznie zdecydowano się zrobić z tego oddzielny obraz. John Krasinski, Scott Beck i Bryan Woods byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy, co ten ostatni uzasadnił tym, że jako twórcy woleli oni nakręcić coś swojego, coś oryginalnego, niepodpinającego się pod dokonania innych. Co wcale nie znaczy, że teraz skoncentrują się wyłącznie na tworzeniu innych oddzielnych projektów, bo Beck i Woods ogłosili już, że mają pomysł na sequel „Cichego miejsca”, wyprodukowaniem, którego wytwórnia Paramount Pictures jest jak najbardziej zainteresowana. A po tym co zobaczyłam w tej odsłonie nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać kciuki za wcielenie w życie tych planów, w czym zapewne nie jestem odosobniona. Bo niewiele współczesnych horrorów może pochwalić się tak dobrym przyjęciem przez widzów, jak „Ciche miejsce” Johna Krasinskiego.

środa, 23 maja 2018

„Stephanie” (2017)

Mała Stephanie od jakiegoś czasu przebywa sama w domu. Dziewczynki nie interesuje globalny kryzys, stara się żyć tak jak wtedy, gdy rodzice byli przy niej. Jednak przez cały czas towarzyszy jej widmo śmierci, na jej życie czyha bowiem potwór, który większość czasu spędza w znajdującym się nieopodal sadzie, ale coraz częściej wchodzi do domu. W takich momentach Stephanie ukrywa się przed nim, a gdy monstrum odchodzi wraca do swojej codzienności. Życia, w którym za jedynego towarzysza ma pluszowego żółwia, które zakłóca dotkliwa tęsknota za rodzicami, ale mimo wszystko przez większość czasu dziewczynce udaje się nie tracić pogody ducha. Pewnej nocy, nieoczekiwanie jej rodzice wracają do domu, co Stephanie przyjmuje z ogromną radością i nieopisaną ulgą. Ale to wcale nie oznacza, że życie małej dziewczynki w końcu wróciło do normy, że jej koszmar dobiegł wreszcie końca, że już może czuć się w pełni bezpieczna.

Akiva Goldsman większe doświadczenie ma jako producent i scenarzysta niźli reżyser. „Piękny umysł”, „Ja, robot”, „Kod da Vinci”, „Jestem legendą”, „Anioły i demony”, „Rings”, „Mroczna wieża”, „Piekielna głębia”, „Constantine”, „Łowcy umysłów” oraz moje ukochane „Czas zabijania” i „Totalna magia”, to tylko niektóre filmy, do których przyłożył rękę, ale póki co wyreżyserował tylko dwa pełnometrażowe obrazy: „Zimową opowieść” z 2014 roku i omawianą „Stephanie”. W tym drugim przypadku pracował na scenariuszu Bena Collinsa i Luke'a Piotrowskiego, scenarzystów „SiREN” i „Super Dark Times”. Pierwszy pokaz Stephanie odbył się w kwietniu 2017 roku na The Overlook Film Festival, ale dopiero w kwietniu 2018 roku trafił do szerszego obiegu w Stanach Zjednoczonych (platforma VOD).

„Stephanie” jest horrorem bazującym na tajemnicy. Widz może się tylko domyślać z jakiego rodzaju historią ma do czynienia, gdzie upatrywać zagrożenia i skąd, u licha, się ono wzięło. Co spowodowało, że tytułowa bohaterka tej produkcji, mała Stephanie, bezbłędnie wykreowana przez Shree Crooks, podzieliła los Kevina McCallistera? Co się stało z jej rodzicami i dlaczego dziewczynka nie szuka pomocy na zewnątrz? Tym bardziej, że doskonale zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa w jakim się znalazła, wie, że czai się na nią potwór, który nie wiadomo skąd się wziął. Stephanie jest na tyle bystra i samodzielna, że widz ma pełne prawo dziwić się tak niefrasobliwemu podejściu dziewczynki do tej zupełnie dla niej nowej, ekstremalnie trudnej sytuacji. Do czasu, aż jego uszu dobiegną informacje o jakimś globalnym kryzysie. W tym momencie każdemu, choćby tylko średnio zorientowanemu w kinie grozy, odbiorcy „Stephanie”, najpewniej zakiełkuje w głowie myśl o horrorze apokaliptycznym. Zapewne każdy taki widz zacznie podejrzewać, że ma do czynienia z kolejną wizją świata u progu zagłady, tyle że ubraną w dosyć nietypową formę. Gdzie więc w tym wszystkim umiejscowić potwora czyhającego na pierwszoplanową bohaterkę? Czyżby powtórka z filmów spod znaku „Cloverfield”? Scenarzyści „Stephanie” nie szczędzą nam takich wiele mówiących tropów, rozrzucają strzępki informacji, z których łatwo sklecić logiczny ciąg wydarzeń, które to doprowadziły tytułową postać do punktu, w którym aktualnie się znajduje. Czyli do momentu, gdy cały rodzinny dom ma wyłącznie do swojej własnej dyspozycji. Nie ma już starszego brata, mamy i taty – jest tylko ta przez większość czasu bardzo wesoła dziewczynka, która nie wyrosła jeszcze z beztroskich zabaw. Stephanie zwykła „rozmawiać” ze swoim pluszowym żółwiem, bawić się z nim, zwierzać mu ze swoich trosk i strofować go niczym matka niesforne dziecko. To ta maskotka od jakiegoś czasu jest jej jedynym kompanem – chociaż nie, inne zabawki i żywy królik też od czasu do czasu jej towarzyszą. Wyobraźnia dziecka jest wszak niezgłębiona, jest realną siłą, która pozwala przetrwać nawet najcięższe chwile i takie właśnie przesłanie wydawało mi się wypływać z pierwszej partii filmu. Jeszcze przed pojawieniem się rodziców Stephanie nabrałam pewności, że przeniknęłam zamysł twórców, że fabuła nie ma już dla mnie żadnych tajemnic, a teraz pozostaje mi jedynie czekać na zaognienie sytuacji. Ben Collins i Luke Piotrowski wrzucili mnie w sam środek tej historii przez co seans rozpoczął się od dużej dezorientacji. Rozeznanie się w tej opowieści dodatkowo utrudniała perspektywa, jaką obrali – wszystko pokazywano z punktu widzenia dziecka (acz nie dosłownie jej oczyma, praktycznie bez subiektywnej pracy kamer), bujającej w obłokach, niezbyt interesującej się problemami dorosłych, kilkulatki, a jak wiadomo ogląd świata tak młodej osoby może znacznie odbiegać od faktycznego stanu rzeczy. Widza będzie interesowało przede wszystkim spojrzenie jej rodziców – będzie chciał posiąść tę wiedzę, którą mają oni, poznać ich punkt widzenia, podpatrzeć ich myśli, bo będzie przekonany, że tylko wtedy będzie przyjmował rzeczy takimi, jakie są w rzeczywistości (tzn. w świecie przedstawionym), tylko tak oddzieli prawdę od wytworów wyobraźni. Ale i tak w jego głowie wciąż będzie się kołatać myśl, że dziewczynka może być obiektywnym obserwatorem, że wszystko na co patrzymy dzieje się naprawdę, rozgrywa się w tej umownej rzeczywistości od czasu jakiejś niedawnej katastrofy, która nawiedziła Ziemię.

Opowieści grozy utrzymane w atmosferze tajemnicy należą do moich ulubionych. Wprost przepadam za takimi nieoczywistymi historiami, w których autentycznie wszystko może się wydarzyć. I widz niemalże od początku spodziewa się niemożliwego. Stara się rozszyfrować zamysł twórców zanim przystąpią oni do objaśnień – jeśli w ogóle to nastąpi, bo jeszcze więcej uciechy dostarcza mi pozostawienie interpretacji w gestii odbiorcy. Podczas dużej części seansu „Stephanie” towarzyszyła mi niepewność. Oczywiście, były momenty, w których miałam absolutną pewność co do swoich teorii, w których nie miałam żadnych wątpliwości, że dobrze to wszystko poskładałam, ale zaraz potem znowu zaczynałam się zastanawiać. Może brzmi to tak, jakby omawiany film Akivy Goldsmana był niezwykle skomplikowany, jakby odnaleźć się w tym wszystkim mógł jedynie ktoś obdarzony ponadprzeciętnym zmysłem obserwacji i godną pozazdroszczenia zdolnością wyciągania właściwych wniosków z bezwładnie porozrzucanych strzępów informacji, z których na dodatek część może (ale nie musi) być jedynie produktem wybujałej wyobraźni dziecka. Zanim pozna się zakończenie tego obrazu można odnosić takie wrażenie, ale gdy już posiądzie się tę podstawową wiedzę, gdy twórcy wreszcie wszystko nam wyjaśnią, dojdzie się do wniosku, że to w istocie z gruntu prosta historyjka wykorzystująca znane motywy. O tym, że Ben Collins i Luke Piotrowski co nieco zapożyczyli z innych filmów będziemy wiedzieć już od dłuższego czasu (motyw globalnego kryzysu, który może doprowadzić do końca ludzkości, potwór polujący na małą dziewczynkę), ale tajemnica, w jakiej to wszystko utrzymano wielu widzom pewnie będzie kazała przygotować się na jakieś innowacyjne rozwiązanie tej opowieści. UWAGA SPOILER Oryginalne to to nie było – skojarzenia z „Carrie” nasunęły mi się natychmiast, praktycznie bez udziału woli KONIEC SPOILERA. Zaskoczona, owszem byłam. Zła na samą siebie też, bo po szybkim przebiegnięciu w myślach wszystkich informacji, które ujawniono wcześniej, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę przez cały czas miałam przed oczami wyjaśnienie tego wszystkiego. Dałam się jednak zwieść twórcom, padłam ofiarą ich przebiegłości i chociaż wcześniej nie domyślałam się tego wcześniej wydaje mi się, że gdyby nie jeden konkretny moment w końcu bym na to wpadła. UWAGA SPOILER Mowa o ranach na ciele matki Stephanie, które połączyłam z właśnie szalejącą na świecie epidemią. Od tego momentu byłam przekonana, że kobieta została zarażona i tak też zaczęłam myśleć o jej mężu. I jak się okazało twórcom tej produkcji dokładnie na tym zależało – ta sekwencja miała za zadanie oddalić mnie od właściwej ścieżki. To była ich asekuracja, sposób na zwiększenie swojej przewagi nad widzem. A w „starciu ze mną” wręcz zagwarantowanie sobie zwycięstwa KONIEC SPOILERA. Wybór takiej koncepcji (tworzenie historii bazującej na tajemnicy) rozciągał przed filmowcami pewną przeszkodę, której ku mojemu ubolewaniu nie udało im się pokonać. Enigmatyczne podejście do trójki bohaterów, zwłaszcza rodziców Stephanie, ale i nie mogę oprzeć się przekonaniu, że w tytułową postać można było wniknąć nieco głębiej, z korzyścią dla filmu. Rysy psychologiczne jej prawnych opiekunów moim zdaniem też dałoby się bardziej rozbudować – twórcy „Stephanie” sporo by tym ryzykowali, ale myślę, że istniał sposób na wybrnięcie z tego impasu. Na powiedzenie o nich więcej (na tyle dużo, żebym nie miała poczucia patrzenia na papierowe postacie), zręcznie omijając przy tym to, co najważniejsze. Ukrywając najistotniejsze fakty. Drugą dużą bolączką było dla mnie stopniowanie napięcia w scenach w domyśle poprzedzających zdecydowane ataki czy to na samą Stephanie, czy na nią i jej rodziców. Mimo, że znacznie rozciągnięto je w czasie, a tym samym dano oglądającemu sporo czasu na maksymalne wczucie się w sytuację nieuchronnie zbliżającego się niebezpieczeństwa to było to tak mało intensywne, że szybko traciłam zainteresowanie. Finalizacje tych scenek witałam z dużą obojętnością, ale niektóre, a konkretnie to dwie, na powrót wprowadzały silniejsze emocje. Widok potwora miotającego swoją głową i dobrze znanego Stephanie człowieka małpującego opętaną Regan MacNeil cechowały się może nie ogromną, ale w miarę zadowalającą upiornością (tj. w moich oczach) i mogę tylko żałować, że takich prób bardziej dosłownego straszenia nie było więcej.

„Stephanie” to w sumie całkiem niezły horror. Żadne tam arcydzieło, nic na wskroś zachwycającego, ale nie mogę powiedzieć, że źle mi się to oglądało. Akiva Goldsman stworzył coś, co nie ma najmniejszych szans wejść do panteonu najbardziej wartościowych XXI-wiecznych filmowych horrorów, produkcji grozy, które każdy szanujący się miłośnik gatunku powinien znać. Nie uważam „Stephanie” za pozycję obowiązkową dla tej konkretnej grupy odbiorców, ale też nie sadzę, żeby duża jej część jakoś szczególnie żałowała tego wyboru. Moim zdaniem można podejść do tego filmu bez większych obaw, zwłaszcza jeśli gustuje się w nastrojowych horrorach bazujących na tajemnicy, a nie ogranicza wyłącznie do różnej maści rąbanek. Ale dużych oczekiwań też radzę nie mieć, bo wydaje mi się, że tylko nieliczni nie dopatrzą się w nim poważnych wad.

poniedziałek, 21 maja 2018

Jack Finney „Inwazja porywaczy ciał”

Recenzja przedpremierowa

Rok 1976, małe miasteczko Mill Valley w stanie Kalifornia. Tutejszy lekarz ogólny, dwudziestoośmioletni Miles Boise Bennell pewnego wieczora przyjmuje w swoim gabinecie dobrą znajomą Becky Driscoll, która prosi go o przyjrzenie się pewnej nietypowej sprawie. Jej kuzynka, Wilma, od jakiegoś czasu utrzymuje, że jej wujek tak naprawdę nie jest jej wujkiem. Wygląda tak samo, zachowuje się tak samo, mówi tak samo, ale kobieta jest przekonana, że to ktoś inny. Po pobieżnym zbadaniu tego przypadku Miles dochodzi do wniosku, że Wilma potrzebuje pomocy psychiatry. Kieruje ją do swojego znajomego, doktora Manfreda Kaufmana. Wkrótce Bennell przyjmuje kolejnych pacjentów mających taki sam problem co Wilma. Bardzo możliwe, że to zbiorowa obsesja i Miles pewnie by w to uwierzył, gdyby nie przypadek pisarza Jacka Beliceca. On i jego żona Theodora znaleźli w swojej piwnicy nietypowo wyglądające ciało człowieka. To znalezisko w połączeniu z niepokojącymi opowieściami paru pacjentów doktora Bennella każe mu przypuszczać, że Mill Valley zostało zaatakowane przez dotychczas nieznany ludzkości gatunek.

Jack Finney, a właściwie Walter Braden Finney swoją pisarską karierę rozpoczął na początku lat 40-tych XX wieku (od opowiadań). Jego pierwsza powieść, „5 Against the House”, pojawiła się dopiero w roku 1954. Rok później światło dzienne ujrzała „Inwazja porywaczy ciał” (w 1978 roku wypuszczono zaś wersję poprawioną), jeden z najważniejszych przedstawicieli horroru science fiction. Natomiast w 1970 roku wypuszczono premierowe wydanie „Time and Again”, innej powieści science fiction Jacka Finneya, która zyskała duży rozgłos. Oczywiście było tego więcej, ale w kontekście pisarstwa Jacka Finneya najczęściej wspomina się te dwa dziełka. Pisarz zmarł w 1995 roku, wcześniej, co chyba nie będzie przesadą, odciskając trwały, nieścieralny ślad na gatunku science fiction. Tak, Finney wpisał się złotymi literami w jego historię, był (i jest, bo jego nazwisko przecież nigdy nie zginie) jednym z najważniejszych propagatorów science fiction.

„Inwazja porywaczy ciał” Jacka Finneya doczekała się jednej ekranizacji (choć pewne zmiany nawet tam wprowadzono) i kilku filmowych adaptacji/wariacji. Ta pierwsza, istne arcydzieło kinematografii grozy, ukazała się w 1956 roku, a wyreżyserował ją Don Siegel. Z pozostałych godna wzmianki jest przede wszystkim „Inwazja łowców ciał” Philipa Kaufmana, ale można też wspomnieć o „Porywaczach ciał” Abela Ferrary oraz „Inwazji” Olivera Hirschbiegela i Jamesa McTeigue'a. I oczywiście o bardzo udanym horrorze science fiction „Oni” w reżyserii Roberta Rodrigueza, który nie jest ani ekranizacją, ani nawet adaptacją, ale wyraźnie odnosi się do bezcennego dzieła Jacka Finneya. Ten ostatni z wymienionych filmów mówił też o „Władcach marionetek” Roberta A. Heinleina, innej żelaznej pozycji science fiction, premierowe wydanie której ukazało się w roku 1951. Wielu sądzi, i moim zdaniem nie mijają się z prawdą, że Jack Finney czerpał inspirację z tej powieści podczas tworzenia „Inwazji porywaczy ciał”. Ale przy całej mojej sympatii dla „Władców marionetek”, palmę pierwszeństwa oddaję omawianej propozycji Finneya. Ten Amerykanin, którego to twórczość w Polsce jest ewidentnie zaniedbywana, obdarował świat utworem, którego moim zdaniem nie da się przecenić. Bez którego horror science fiction, i to zarówno literacki, jak i filmowy, prezentowałby się teraz dużo bardziej ubogo. Bo „Inwazja porywaczy ciał” inspirowała wielu pisarzy i filmowców, i jestem gotowa się założyć, że jeszcze niejednego artystę natchnie do stworzenia jakiegoś godnego uwagi dziełka. Książkę tę odczytywano na różne sposoby. Najwięcej zwolenników miała teoria zimnowojennej paranoi – dopatrywano się w tym odniesień do plagi komunizmu i panicznych reakcji Amerykanów na to niebezpieczne zjawisko, ale i bardziej oczywista interpretacja tj. ta mówiąca o inwazji Obcych na Ziemię nie była przez wszystkich ignorowana. Prawda jest taka, że Jack Finney wymyślił opowieść uniwersalną, taką, którą można dopasować do sytuacji politycznej w dowolnym okresie. Współczesny czytelnik na przykład, oprócz jak się wydaje, nieśmiertelnego zagrożenia komunizmem, może odczytywać „Inwazję porywaczy ciał” jako przestrogę przed terrorystami. Ale zamiarem Finneya wcale nie było opowiedzenie historii o, czy to ataku komunistów, czy (poniekąd proroczo) terrorystów tylko przybyszów z kosmosu. Świadomie żerował tutaj wyłącznie na innym, jak się wydaje, nieprzemijającym lęku ludzkości (choć nie całej) – wykorzystał ciągle szerzącą się obawę przed najeźdźcami z kosmosu, przed agresywnymi stworzeniami, które w przekonaniu wielu wcześniej czy później zmiotą nas z powierzchni ziemi. Podczas czytania „Inwazji porywaczy ciał” nie raz, nie dwa przemknęła mi przez głowę myśl, że Finney w jednym, bardzo ważnym przypadku jest niczym dyktator. Pisarz wybiera sobie jeden lęk trawiący gatunek ludzki, intensyfikuje go innym, równie mocno dotkliwym, a kiedy już czytelnik jest w pełni uwarunkowany, kiedy jego niepokój osiąga stan krytyczny, wszystkie bariery ochronne rozbijają się w drobny mak, Finney jest już w domu. Może robić z czytelnikiem co mu się żywnie podoba – może go pocieszać, ale też podsycać jego obawę, może osłabić jego wiarę w jedno zagrożenie jednocześnie zmuszając go do zaakceptowania innego wyjaśnienia zaistniałych w Mill Valley wydarzeń. Autor „Inwazji porywaczy ciał” będzie dla czytelnika kotwicą, jedyną osobą, która będzie mogła wyrwać go z tej matni, wydobyć z otchłani szaleństwa, w które notabene to właśnie ten pisarz go wepchnie. Dokładnie tak zwykli postępować dyktatorzy – ożywiają w swoich poddanych strach przed jakimś mniej lub bardziej prawdopodobnym wrogiem, pilnując przy tym, aby cały czas wierzyli w to, że tylko oni są w stanie uchronić ich przez zagrożeniem z jego strony. Jack Finney co prawda nie kreuje się na tego, który w końcu wybawi z opresji sympatycznych protagonistów „Inwazji porywaczy ciał”, nie mówi wprost o tym, że zatrzyma inwazję Obcych, ale przecież żadnemu myślącemu człowiekowi nie trzeba o tym mówić. Wiadomo, że tylko autor dzieła może przywrócić ład, który wcześniej tak spektakularnie zburzył. Inne sprawa, czy tak naprawdę, tak z głębi serca właśnie tego chcemy...

Czasem sądzę, że udoskonalamy ten świat, usuwając wszystko co ludzkie z naszego życia.”

Ta wymyślona przez Jacka Finneya historia oddziałuje na mnie tak silnie nie z powodu jakiejś głębokiej, silnie zakorzenionej wiary w rychłą inwazję organizmów pozaziemskich na Ziemię. Gdyby ten niezwykle popularny i niespecjalnie niepokojący mnie motyw zamieniono na jakiś inny, gdyby bohaterom powieści zagrażał na przykład organizm, który wyewoluował na naszej planecie albo został on stworzony przez jakiegoś szalonego naukowca, to „Inwazja porywaczy ciał” w moich oczach nic by nie straciła. Bo tym, co wprawia mnie w duży, ale nie największy dyskomfort (i to zarówno podczas lektury książki, jak i seansów filmów zainspirowanych tym dziełem) jest wizja utraty tożsamości, przerażająca myśl o powstaniu duplikatu, który wygląda i zachowuje się jak ja, ale nie jest mną. Jest czymś, czego nie sposób ogarnąć umysłem, organizmem pozbawionym wszystkich znanych ludzkości emocji, niezdolnym do odczuwania czegokolwiek, kompletnie obojętnym, za wyjątkiem instynktownej potrzeby przetrwania. Pozaziemskie strąki, kosmiczne kokony ludzi duplikują wówczas, gdy ci znajdują się w objęciach snu, czyli wtedy kiedy są kompletnie bezbronni, przez co niejeden odbiorca tej powieści może nabawić się bezsenności:) Kiedy proces klonowania ich ciał dobiegnie wreszcie końca, organizm żywiciela ulega rozpadowi – przestaje istnieć, a jego miejsce zajmuje ten oto wyprany z emocji pasożyt. Ale to jeszcze nic. Jack Finney posiadał tak obrazowy styl, tak dobrze znał ludzką psychikę, z taką bezwzględnością uderzał w odpowiednie tony mojej wyobraźni, mojego umysłu, że często chwytałam błąkającą się gdzieś na obrzeżach mojej świadomości myśl o moich bliskich. O ludziach znajdujących się w moim otoczeniu. Co by było gdyby okazało się, że nie są oni tymi, za których się podają? Oczywiście, tak naprawdę w to nie wierzyłam, nawet kwitowałam te myśli kpiącym uśmieszkiem, ale potem znowu skupiałam się na lekturze i po jakimś czasie na powrót rozlegało się w mojej głowie nieprzyjemne brzęczenie. Paranoiczne myśli, podejrzenia, wątpliwości każdorazowo prowadzące do konkluzji, że zachowuję się doprawdy dziecinnie. Moja wyobraźnia się rozpasała, Jack Finney zmusił mnie do chwilowego wyparcia racjonalizmu, do cofnięcia się do czasów dzieciństwa, kiedy to absolutnie wszystko było możliwe. Do okresu, w którym to, co sobie wyobrażałam było bardziej realne niż to, co faktycznie mnie otaczało, niż to, co odbierałam pięcioma zmysłami. Paranoiczna atmosfera, która w błyskawicznym tempie ogarnia małe kalifornijskie miasteczko, śmiałe podejrzenia, które dręczą głównego bohatera i zarazem narratora „Inwazji porywaczy ciał” oraz kilkoro jego znajomych, z miejsca mi się udzieliły. Obserwując prawie niedostrzegalnie, ale jednak, zmieniające się spokojne amerykańskie miasteczko oczyma doktora Milesa Bennella, czułam się tak, jakbym nagle weszła w jakąś inną, wielce niewygodną skórę. Niby nie chciałam tam być, bo naprawdę źle się czułam w Mill Valley, ale jakaś nie do końca zagadkowa siła praktycznie zmuszała mnie do działania wbrew sobie. Pokusa była nie do odparcia, pragnienie dowiedzenia się, jak rozwinie się ta ekstremalnie niekomfortowa sytuacja było silniejsze od tych wszystkich jakże niewygodnych emocji. Albo co równie prawdopodobne właśnie to, właśnie ten dyskomfort, to poczucie nieuchronnego popadania w czyste szaleństwo, działało na mnie niczym narkotyk. Chciałam, żeby Jack Finney się nade mną znęcał, żeby trzymał mnie w szponach tego szaleństwa, po kawałku odbierał wszelką nadzieję na lepsze jutro dla bohaterów powieści i w ogóle całego znanego nam świata i na chwilę, przejściowo pozostawił w stanie, który kwalifikowałby mnie do domu bez klamek. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę rozkochałam się w tych jakże straszliwych emocjach, którymi tak bezlitośnie karmił mnie ten genialnych pisarz. I tylko zakończenie mocno mnie rozczarowało, tylko finał w mojej ocenie został dokumentnie wręcz zepsuty, tylko wtedy mój entuzjazm delikatnie osłabł. Delikatnie, bo tego, co Jack Finney ofiarował mi przedtem nawet ta wpadka zepsuć nie zdołała. To wszystko, co do tego, według mnie, nieudanego zakończenia prowadziło pozostanie w mojej pamięci na zawsze. A nawet jeśli wspomnienia nieco zblakną to przecież na tej jednej lekturze się skończy – nie mam żadnym wątpliwości, że (jeśli jeszcze trochę pożyję) w przyszłości wielokrotnie będę wracać do „Inwazji porywaczy ciał”, bo coś takiego nie ma prawa kiedykolwiek mi się znudzić.

Latami szukałam starego polskiego wydania „Inwazji porywaczy ciał”. Takiego używanego egzemplarza, którego cena w moich oczach nie byłaby wygórowana, aż w końcu straciłam wszelką nadzieję na przeczytanie tej kultowej powieści. Wyobraźcie więc sobie moją euforię na wieść o nowym polskojęzycznym wydaniu, o ilustrowanej (nastrojowe grafiki Piotra Herli) publikacji wydawnictwa Vesper, książce tak długo przeze mnie poszukiwanej, tak wymarzonej, że zdarzało się, iż nawiedzała mnie w snach. Nikogo więc nie powinno dziwić, że pierwszy fizyczny kontakt z tą powieścią, moment, w którym wzięłam w dłoń „Inwazję porywaczy ciał” wypuszczoną przez wydawnictwo Vesper (za co aż do śmierci będę tej firmie wdzięczna), dał mi coś bardzo zbliżonego do orgazmu. A i treść wielce mnie usatysfakcjonowała (z wyjątkiem zakończenia). Właściwie to nie mam nawet najmniejszych oporów przed nazywaniem „Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finneya istnym arcydziełem literackiego horroru science fiction, jednym z najważniejszych reprezentantów tego gatunku.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 19 maja 2018

„Escape Room” (2017)

Na trzydzieste urodziny swojego chłopaka Tylera, Christen przygotowała drogą niespodziankę, z której mogą skorzystać także ich wspólni znajomi i siostra solenizanta. Polega ona na wzięciu udziału w grze, której celem jest wydostanie się z zamkniętego pomieszczenia. Uczestnicy mają godzinę na rozwiązanie wymyślonych przez organizatorów zabawy zagadek, gdyż tylko w taki sposób wyjdą zwycięsko z tej umysłowej rozgrywki. Do gry wchodzą Christen, Tyler, siostra tego drugiego i jej chłopak oraz zaznajomiona z nimi para. Początkowo wszystko zdaje się przebiegać tak jak powinno. Uczestnicy rozwiązują zagadki w zadaszonym obiekcie, którego położenia nie są w stanie zidentyfikować. Ale już wkrótce okazuje się, że nie biorą udziału w niewinnej zabawie tylko w grze, w której stawką jest ich własne życie.

Amerykański horror „Escape Room” to dzieło bardziej doświadczonego w roli producenta niźli reżysera Willa Wernicka, na podstawie scenariusza również dopiero wprawiającego się w tym zawodzie Noaha Dorseya. Fabułę panowie obmyślili wspólnie, ale tylko ten drugi przelał ją na papier, w sposób, który delikatnie mówiąc nie chwycił za serca milionów widzów z całego świata. „Escape Room” trafił na ekrany kin w kilkunastu krajach (a przynajmniej o tylu wiem), z Polską włącznie, zbierając zdecydowanie więcej negatywnych niż pozytywnych opinii. W 2017 roku pojawił się jeszcze jeden horror pod tytułem „Escape Room”, niszowy obraz Petera Dukesa niezwiązany z projektem Willa Wernicka.

„Escape Room” Willa Wernicka wielu jego widzom silnie skojarzył się z serią „Pił”, a ja nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem. Choć nie znalazłam żadnych informacji na ten temat, za wyjątkiem przypuszczeń recenzentów, to wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że pomysłodawcy tej historii świadomie czerpali ze wspomnianego cyklu filmów spod znaku torture porn. Z drugiej jednak strony nie należy zapominać, że przede wszystkim inspirowali się stosunkowo nową (abstrahując od gier komputerowych), od niedawna bardzo popularną rozrywką polegającą na zamykaniu ochotników w pomieszczeniach pełnych zagadek, które należy rozwiązać, aby wydostać się z pułapki. To jedna z tych zabaw, które wydają się być w miarę wdzięcznym materiałem dla twórców kina grozy. Problem tyko w tym, że (między innymi) filmy spod znaku „Piła”, choć nie zostały pomyślane jako opowieści o właśnie tej grze, bardzo ją przypominają. A przez to „Escape Room” może kojarzyć się z tym znanym cyklem. Równie dobrze jednak pomysłodawcy tej produkcji mogli jednocześnie z pełną świadomością czerpać z tamtego kilkuczęściowego przedsięwzięcia. Uczynienie tematem horroru tej konkretnej gry wymuszało na twórcach podpięcie się pod nierzadko wykorzystywany w kinie grozy motyw zamknięcia protagonistów w jakimś obiekcie, w którym to będą zmuszeni walczyć o życie. Zagorzeli miłośnicy tego motywu pewnie więc wprost nie mogli doczekać się swojego spotkania z tym obrazem, choć podejrzewam, że entuzjazm przynajmniej niektórych z nich trochę przytłumiły wściekle krytyczne recenzje wielu z tych osób, które miały okazję przed nimi obejrzeć ten film. W sumie to wcale nie dziwią mnie tak skrajnie negatywne reakcje na „Escape Room” Willa Wernicka. To, co zobaczyłam rzeczywiście dobre nie było, właściwie to nawet nie dobiło do średniej (w moich oczach), ale szczęśliwie byłam akurat w takim nastroju, że chyba przetrzymałabym nawet największy chłam w historii kina. Włączyła mi się częściowa (bez przesady) tolerancja na horror niższych lotów, na głupiutką rąbankę, na której absolutnie nie wolno myśleć, bo ilekroć ruszy się głową nie można oprzeć się wrażeniu, że twórcy „Escape Roomu” mają (mieli) bardzo niskie mniemanie o inteligencji widza. Na pierwszym planie umieścili ponoć niezwykle inteligentnego trzydziestolatka (piszę ponoć, bo z czasem przestałam w to wierzyć), Tylera, w którego wcielił się Evan Williams i była to doprawdy komiczna kreacja. Jego przesadzona mimika niezmiennie wywoływała lekceważący uśmiech na mojej twarzy, a czasami kazała mi wręcz zastanowić się nad tym, czy aby zamiarem Willa Wernicka nie było stworzenie parodii horroru, czy nie powinnam przygotować się na wyśmiewanie jakichś konkretnych produkcji w dalszych partiach filmu. Elisabeth Hower wcielająca się w rolę Christen, dziewczyny Tylera, przykuła moją uwagę dopiero po wręczeniu solenizantowi wejściówek do Escape Roomu. Przyglądam się jej i widzę kobietę, która coś knuje, która właśnie zaczyna wprowadzać w życie jakiś niecny plan. A zaraz potem zaczynam się zastanawiać, czy twórcy tego filmu rzeczywiście porwaliby się na taki sabotaż? Bo jaki sens miałoby naprowadzenie widza na przygotowany zwrot akcji, tak wczesne sygnalizowanie rewelacji, którą wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wyartykułują w końcówce „Escape Roomu”? Wystarczy przyjrzeć się twarzy Hower, jej tajemniczemu uśmieszkowi i przebiegłym błyskom w oku (a że subtelność nie jest domeną tej kreacji to bardzo łatwo to zauważyć), żeby podejrzewać ją o najgorsze. I wystarczy obejrzeć zaledwie kawałek tego filmu, żeby nabrać pewności, że scenarzysta, reżyser i sama Hower popełnili tutaj ogromny błąd, taki który pozbawi odbiorcę elementu zaskoczenia. UWAGA SPOILER Zakończenie przebiegło jednak inaczej niż to sobie wyobrażałam. Co nie znaczy, że lepiej, bo o wiele bardziej wolałabym przewidywalne zrobienie z Christen oprawcy od tego... no nie wiem czego. Bo chyba nie miała to być jakaś wielka bomba, coś wprost wgniatającego widza w fotel. Nie taki standard przecież... KONIEC SPOILERA.

O postaciach zaludniających scenariusz „Escape Roomu” nie wiemy wiele. We wszelkiej maści horrorowych rąbankach skąpienie informacji na temat bohaterów jest dosyć powszechne, ale dla mnie nie zawsze jest to przeszkoda nie do pokonania. W sumie to nawet często udaje mi się sympatyzować z pobieżnie nakreślonymi protagonistami tego typu obrazów, ale tutaj miałam doprawdy spory problem. Postać Christen, owszem, z lekka mnie zaintrygowała. Niedostatki warsztatowe Elisabeth Hower oczywiście raziły mnie, ale miałam powody by przypuszczać, że jest to ten typ filmowej sylwetki, który w większości znanych mi przypadków silnie mnie elektryzował, który w moich oczach znacznie wzbogacał daną historię. Kobiece czarne charaktery w filmie i literaturze są przeze mnie jak najbardziej pożądane, wyobraźcie więc sobie moje rozczarowanie, gdy odkryłam, że nie będzie ona wraz z pozostałymi rozwiązywać zagadek przygotowanych przez tajemniczego organizatora tej śmiercionośnej rozgrywki. Nie będzie, bo Christen rozebrano i zamknięto w niewielkiej klatce. Jej irytujący przyjaciele zobaczą to na monitorach i początkowo odczytają jako część zabawy, dojdą do wniosku, że celem tej atrakcji jest odnalezienie i uwolnienie porwanej koleżanki. Ale to oni. My tymczasem będziemy czekać, aż wreszcie dotrze do nich, że mają błędne wyobrażenie o intencjach organizatorów, aż uświadomią sobie, że stawką jest ich własne życie, a nie wygrana w jakiejś tam grze umysłowej. Najmniej domyślny, jeśli o to chodzi, jest człowiek, który to w swoim otoczeniu uchodzi za geniusza, a najbardziej podejrzliwy okazuje się być mężczyzna siedzący pod pantoflem swojej partnerki, która wprost marzy o romansie z tym ponoć niezwykle bystrym, z Tylerem, który to właśnie obchodzi swoje trzydzieste urodziny. O siostrze Tylera i jej chłopaku można natomiast powiedzieć tylko tyle, że ich ulubionym zajęciem jest obściskiwanie się, że świata poza sobą nie widzą i w sumie jest im kompletnie obojętne czy wygrają tę grę, czy nie. Pokoje, w których bohaterowie filmu dają się zamknąć mogłyby być bardziej mroczne, ale jak na standardy mainstreamowego horroru moim zdaniem tragicznie nie jest. Ciemności gęste nie są, a i poczucia klaustrofobii, na czym szczególnie mi zależało, absolutnie nie miałam, ale przynajmniej obyło się bez jaskrawych kolorów, bez tak często eksponowanego na wielkich ekranach plastiku. Z budowaniem napięcia twórcy mieli spory problem – wiele momentów, aż prosiło się o spowolnienie, o nieśpieszne najazdy i oddalenia kamer poprzedzające spodziewane uderzenia. A pułapki do najbardziej kreatywnych na pewno nie należały. Nie przeszkadzała mi tak mała liczba drastycznych szczegółów, tak tchórzliwe (może za wyjątkiem sceny z kwasem, chociaż tutaj też mamy serię szybkich migawek zamiast pornograficznych zbliżeń) podejście do płaszczyzny gore, ale brak pomysłu na ciekawe, charakterystyczne pułapki już tak. Po prostu seria „Pił” przyzwyczaiła mnie do większej kreatywności twórców w tej materii. Liczne głupotki, z niezwykłą wręcz przewidywalnością oprawcy (czyżby jasnowidz?) i kompletnie dla mnie niezrozumiałą sekwencją UWAGA SPOILER z otwieraniem drzwi rzekomo prowadzących na zewnątrz (dlaczego nie wykorzystano sznurka, którym to wcześniej była związana jedna para?) KONIEC SPOILERA na czele. Ale jak już wspomniałam „Escape Room” nie jest filmem, na którym powinno się myśleć, po który powinny sięgać osoby, dla których logika ma duże znaczenie. Bo dla jego twórców większego (albo wręcz żadnego) z całą pewnością nie miała.

Willowi Wernickowi świetlanej przyszłości w kinematografii grozy nie wróżę, ale kto wie, może „Escape Room” to tylko jednorazowa wpadka przy pracy? Może tym oto wątpliwej jakości dziełkiem wprawiał się przed jakimś arcydziełem horroru, zbierał doświadczenie, które okaże się niezwykle pomocne w przyszłości... Cóż, wątpię w to, ale mówią, że cuda się zdarzają. Jak na tę chwilę żadnego potencjału w tym reżyserze nie dostrzegam. Owszem, bez większego trudu wytrzymałam do napisów końcowych „Escape Roomu”, ale żebym gratulowała sobie wyboru tego filmu to nie, tak na pewno nie jest. Mogłam spędzić ten czas na dziesiątki lepszych sposobów. Ale też na wiele gorszych, więc summa summarum tak kompletnie stracone niespełna półtorej godziny to chyba nie było...

czwartek, 17 maja 2018

Christi Daugherty „Echo morderstwa”

Savannah w stanie Georgia. Harper McClain, reporterka kryminalna z „Daily News”, przed piętnastoma laty straciła matkę. Kobieta została zamordowana, a tożsamości sprawcy nigdy nie odkryto. Ciało ofiary znalazła jej dwunastoletnia wówczas córka. Ta niepowetowana krzywda zbliżyła Harper do miejscowych policjantów, co okazało się bardzo przydatne, gdy zaczęła pisać do gazety. Jej kontakty w połączeniu z naturalnym talentem sprawiły, że w niedługim czasie stała się jednym z najcenniejszych nabytków „Daily News”. Wkrótce w Savannah zostają odnalezione zwłoki kobiety, Marie Whitney. Zbrodnia ta do złudzenia przypomina Harper morderstwo jej matki, ale śledczy są zdania, że tych spraw nic nie łączy. Im bardziej jednak reporterka się w to zagłębia, tym więcej związków dostrzega. Ma powody by sądzić, że policja coś ukrywa przed opinią publiczną. Coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że zabójcą Whitney jest ta sama osoba, która przed piętnastoma laty odebrała jej matkę. Harper doskonale wie, że wiele ryzykuje zajmując się tą sprawą, ale nie zamierza odpuścić zanim nie odkryje prawdy.

Christi Daugherty, była dziennikarka, której międzynarodową sławę przyniósł cykl powieści młodzieżowych „Wybrani” („Nocna Szkoła”), napisany jako C.J. Daugherty, w końcu postanowiła sprawdzić się w literaturze ukierunkowanej na starszych odbiorców. „Echo morderstwa” to thriller/kryminał otwierający zaplanowaną serię z reporterką Harper McClain, bohaterką przy tworzeniu której Daugherty mogła czerpać ze swojej własnej przeszłości, z okresu, w którym pisała dla różnych amerykańskich gazet. „Echo morderstwa” zostało bardzo dobrze przyjęte przez czytelników (choć trochę głosów zawodu też się pojawiło). Tak przez fanów wcześniejszego pisarstwa Christi Daugherty, jak i osoby, dla których niniejsza powieść była pierwszym spotkaniem z jej twórczością. Publikację kontynuacji „Echa morderstwa” (w Stanach Zjednoczonych) wstępnie zaplanowano na rok 2019.

Charyzmatyczna czołowa postać to moim zdaniem połowa sukcesu literackiego kryminału. Wyrazisty bohater (lub bohaterka), z którym łatwo się utożsamić, po którym można spodziewać się nieszablonowych zachowań, ktoś, jak to się mówi, z charakterem. Człowiek nieprzejednany, potrafiący postawić na swoim, niebojący się iść po prąd, gotowy nawet poświęcić wszystko w celu doprowadzenia jakieś sprawy do końca. Dwudziestosiedmioletnia reporterka kryminalna Harper McClain jest właśnie takim typem postaci – twardą kobietą, która w dzieciństwie przeżyła ogromną traumę, a teraz zamierza zrobić wszystko, co w jej mocy, aby wreszcie poznać prawdę. Główna bohaterka „Echa morderstwa” ewidentnie zafiksowała się na punkcie morderstwa Marie Whitney, kobiety, której zakrwawione nagie ciało pewnego dnia znalazła jej dwunastoletnia córka w ich własnej kuchni. Ale wziąwszy pod uwagę podobieństwa pomiędzy tą sprawą, a zabójstwem matki Harper sprzed piętnastu laty, trudno dziwić się tej obsesji młodej kobiety. Właściwie to nie mam żadnych wątpliwości, że każdy odbiorca „Echa morderstwa” od początku będzie stał po jej stronie, że ani na chwilę nie zwątpi w jej poczytalność, w sens jej coraz to bardziej ryzykownych poczynań. Czym uplasuje się w zdecydowanej mniejszości. Bo prawie całe otoczenie Harper będzie zdania, że kobieta stanowczo przesadza, że powinna zostawić tę sprawę policji i na powrót skoncentrować się na swoich zwykłych obowiązkach. Ale jak może to zrobić w sytuacji, w której istnieje szansa na poznanie tożsamości mordercy jej matki, na zamknięcie sprawy, która dręczy ją od kilkunastu lat, na ukaranie człowieka, który tak bardzo ją skrzywdził? Ktoś bardziej bojaźliwy i ugodowy na jej miejscu prawdopodobnie szybko by się wycofał. Zostawił tę sprawę jej własnemu begowi, nawet w obliczu widma konieczności pogodzenia się z nierozwiązaniem jej przez śledczych. Ale Harper daleko do kogoś takiego – życie nauczyło ją żeby nigdy się nie poddawać, uparcie dążyć do obranego celu, choćby nawet kosztem wszystkiego, na czym dotychczas jej zależało. Kariera? Przyjaźnie? Kontakty w policji? Miłość? Czymże jest to wszystko w zestawieniu z szansą poznania tożsamości człowieka, który odebrał jej ukochaną matkę? Harper stara się oczywiście rozgrywać to tak, aby maksymalnie zminimalizować straty, nie dopuścić do poważnych uszczerbków w jej życiu, ale mimo tego im dalej brnie w tę sprawę tym więcej traci. Perspektywa ruiny jej życia prywatnego i zawodowego zdaje się być nieunikniona, a i Harper ma coraz mniej wątpliwości, że tak właśnie się stanie. Nie jest jej to kompletnie obojętne, często ogarnia ją strach na myśl o tak poważnych konsekwencjach jej czynów, ale nie pozwala, aby to ją zatrzymało. „Echo morderstwa” czytało mi się tak dobrze głównie z powodu uwierającej wręcz ciekawości tego, do czego jeszcze posunie się Harper i jak to się odbije na jej życiu. Ciągle zastanawiałam się, czy istnieje jakaś granica jej wytrzymałości, linia, której nie będzie w stanie przekroczyć, punkt, który zmusi się ją do wycofana się, a co za tym idzie zachowania wszystkiego, na co dotychczas tak ciężko pracowała. I im dalej zagłębiałam się w tę opowieść, tym większy podziw miałam dla tej młodej kobiety. Coraz bardziej mi imponowała, aż w końcu dotarło do mnie, że złączyła nas nierozerwalna więź – tak silna, że nawet jeśli intryga kryminalna, którą Christi Daugherty z taką pieczołowitością roztaczała przed moimi oczami w finale niczym mnie nie zaskoczy to i tak bez zastanowienia sięgnę po drugą odsłonę „Echa morderstwa” jeśli tylko pojawi się ona w Polsce.

Przewodni wątek omawianej powieści, morderstwo Marie Whitney, które łudząco przypomina zabójstwo matki głównej bohaterki książki sprzed piętnastu laty, do najbardziej skomplikowanych nie należy. Fani kryminałów i thrillerów wielokrotnie musieli się już spotykać z dużo bardziej zawiłymi zagadkami, z takimi wymyślonymi przez pisarzy dochodzeniami, w których nieporównanie łatwiej zatracić rozeznanie „gdzie jest góra, a gdzie dół”. Takimi, które na pewnym etapie zmusiły ich do kapitulacji, do zaniechania starań poszukiwania winnego na własną rękę i tym samym oddania zwycięstwa przebiegłemu autorowi. W historii Christi Daugherty, w dziennikarskim śledztwie roztoczonym na kartach „Echa morderstwa” poddawać się nie musiałam, a bo niemalże od początku rozwiązanie w moich oczach było aż nadto klarowne. Główna bohaterka miała swojego głównego podejrzanego, a ja swojego – jednego, jedynego, od którego to ani na moment nie odstąpiłam. Kto miał rację? Ja, Harper McClain, czy może sprawcą okazał się ktoś zupełnie inny? Ktoś, kogo wcześniej nijak nie dało się połączyć z tą sprawą? UWAGA SPOILER Ku mojemu rozczarowaniu jednak nie. Daugherty winnym zabójstwa Marie Whitney zrobiła tę osobę, którą cały czas typowałam, ale przynajmniej nie sparowała jej ze sprawą zabójstwa matki Harper, bo z tych dwóch ewentualności (połączenie istnieje bądź nie) bardziej skłaniałam się w stronę tego, że osoba, która odebrała życie bezwzględnej manipulantce i szantażystce ma również na sumieniu tę drugą okropną zbrodnię, tę sprzed kilkunastu lat KONIEC SPOILERA. Choć wolę obcować z bardziej zagmatwanymi kryminalnymi zagadkami, śledzić dużo bardziej skomplikowane dochodzenia budowane na kartach powieści to Christi Daugherty udało się zaangażować mnie w tę opowieść. Przekonać do takiego mniej wymagającego śledztwa – takiego, który absolutnie nie wymuszał na mnie nieustającej czujności, który nie wymagał pamiętania o każdym najdrobniejszym szczególiku, każdej poszlace w przekonaniu, że z czasem przynajmniej jedna z nich odegra kluczową rolę w śledztwie Harper McClain. To moje pozytywne nastawienie do przewodniego wątku „Echa morderstwa” wynikało przede wszystkim z tak chwytliwej kreacji głównej bohaterki, ale nie bez znaczenia był oddźwięk tego jej dochodzenia na jej własne, prywatne i zawodowe, życie. Ze wszystkich motywów poruszonych w tej książce to właśnie te konsekwencje ponoszone przez nieustępliwą reporterkę, następstwa jej coraz to bardziej ryzykownych czynów, najbardziej mnie interesowały. A że były one ściele powiązane ze sprawą morderstwa, w którą tak bardzo się zaangażowała to naturalną koleją rzeczy dałam się również wciągnąć w ten czołowy wątek, w samo śledztwo śladami niezwykle ostrożnego sprawcy. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak moja reakcja na styl Christi Daugherty, bo tak prościutkie słownictwo często odbiera mi sporo przyjemności z czytania, znacznie obniża w moich oczach poziom nawet najlepiej skonstruowanych intryg. I na początku rzeczywiście trwałam w przekonaniu, że warsztat Daugherty ujemnie wpłynie na mój odbiór tej powieści, z czasem jednak uświadomiłam sobie, że już w ogóle mi nie przeszkadza. Nawet nie wiem kiedy te krótkie, nieskomplikowane zdania, te niezbyt wyczerpujące opisy zaczęły pobudzać moją wyobraźnię i to aż w takim stopniu, że miałam wrażenie jakbym fizycznie przeniosła się do świata przedstawionego Christi Daugherty, zamiast pozostawać zaledwie bezstronnym, niemym, biernym obserwatorem coraz to bardziej trzymających w napięciu wydarzeń, w centrum których tkwiła jakże charyzmatyczne młoda kobieta.

„Echo morderstwa” nie jest najlepszym thrillerem/kryminałem z jakim miałam przyjemność spotkać się w ostatnich paru latach. Na rynku literackim bez większego wysiłku można znaleźć sporo dużo bardziej wartościowych pozycji z tych dwóch gatunków (dwóch, bo Christi Daugherty porusza się tutaj w ramach obu), bo w tych rodzajach powieści poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Ale nieczęsto można znaleźć tak wyróżniające się postacie, takie ciekawe osobowości, jaką to Christi Daugherty obdarzyła główną bohaterkę „Echa morderstwa”. Bohaterkę, do której prawdopodobnie już wkrótce wróci, bo jej plany zakładają zrobienie z tego literackiej serii. I mam szczerą nadzieję, że szybko wprowadzi ten swój zamiar w życie, bo już nie mogę się doczekać kolejnych spotkań z Harper McClain. Nic to, że istnieją lepsze kryminały i thrillery – ja i tak chcę to czytać, poznać więcej trzymających w napięciu przygód reporterki kryminalnej, którą zdążyłam tak bardzo polubić. I nie mam żadnych wątpliwości, że wielu innych czytelników nawiąże z nią równie silną więź, tak trwałą, że po przeczytaniu ostatniej stronicy „Echa morderstwa” będą ubolewać nad rozstaniem z nią. Ale miejmy nadzieję, że tylko chwilowym.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...