sobota, 30 czerwca 2018

„Nieznajomi: Ofiarowanie” (2018)

Cindy i Mike od jakiegoś czasu mają problemy ze swoją nastoletnią córką Kinsey, które ich zdaniem może rozwiązać przeniesienie jej do szkoły z internatem. Dziewczyna nie jest zadowolona z tej decyzji rodziców, ale zanim rozpocznie naukę w nowym miejscu musi spędzić trochę czasu na kempingu należącym do wujostwa, w towarzystwie rodziców i brata Luke'a. Cindy i Mike mają nadzieję, że wszyscy miło spędzą czas, że będą mogli zapomnieć o codziennych troskach i nacieszyć się sobą nawzajem, ale ich dzieci mają zdecydowanie mniej optymistyczne podejście do tego pomysłu. Gdy wreszcie docierają na kemping nikogo tam nie zastają. W recepcji znajdują za to wiadomość od ich wuja i klucze do przyczepy, w której mają się rozgościć. Udają się więc do swojego tymczasowego lokum, nie wiedząc jeszcze, że ten teren jest obecnie placem zabaw dla zamaskowanych morderców.

Informacje o planach stworzenia kontynuacji „Nieznajomych” Bryana Bertino pojawiały się od 2008 roku, ale aż do 2017 roku kończyło się li tylko na mglistych zapowiedziach. Wtedy to wreszcie ruszyły zdjęcia. Zaczęły się w czerwcu, a skończyły w lipcu. W tamtym czasie opinia publiczna znała już nazwisko reżysera drugiej odsłony „Nieznajomych” (ujawniono je w lutym tego samego roku), Johannesa Robertsa, twórcy między innymi takich filmów, jak „Ziemia potępionych” (2005), „Po tamtej stronie drzwi” (2016) i „Podwodna pułapka” (2017). Scenariusz dwójki napisał Ben Ketai, wspomagany przez twórcę pierwszej odsłony „Nieznajomych” Bryana Bertino.

Mający swoją premierę w 2008 roku „Nieznajomi” to thriller z nurtu home invasion. Jego sequel zaś jest horrorem – slasherem, w którym wyraźnie unaocznia się duch tego typu rąbanek z lat 80-tych XX wieku. W realizacji, bo jeśli chodzi o, moim zdaniem celowe, nawiązania fabularne do innych horrorów to twórcy „Nieznajomych: Ofiarowania” nie ograniczyli się jedynie do tej dekady. Może i było ich więcej, ale ja znalazłam odniesienia do tylko dwóch produkcji, a mianowicie do „Piątku trzynastego”, popularnej serii slasherów zapoczątkowanej w 1980 roku przez Seana S. Cunninghama i „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera z roku 1974. Te ukłony w stronę wieloletnich miłośników slasherów, zasłużone hołdy składane przynajmniej dwóm konkretnym tytułom i kinu grozy z lat 80-tych XX wieku w ogóle (warstwa techniczna) dodają smaczku omawianemu przedsięwzięciu. Pewnie zostanę wyśmiana, ale co tam, nie będę ukrywać, że ten oto obraz podobał mi się dużo bardziej niż część pierwsza. Pewnie nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że mam słabość do slasherów i nie przepadam za thrillerami z nurtu home invasion (choć jest parę wyjątków), ale zdecydowanie nie jest to jedyny powód tego, że tak, a nie inaczej zapatruję się na te produkcje. Johannes Roberts i jego ekipa w mojej ocenie lepiej porozkładali środki ciężkości, zachowując przy tym rozbrajającą wręcz prostotę. I to taką, która musi - po prostu musi - kojarzyć się z XX-wiecznymi slasherami, jeśli już nie z całym kinem grozy z tamtego okresu. „Nieznajomi: Ofiarowanie” to film tak inny od swojego poprzednika, utrzymany w tak odmiennej tonacji, wykorzystujący zgoła inne środki do uzyskania zamierzonego efektu, że jestem przekonana, że wystarczyło jedynie kilka drobnych przeróbek w scenariuszu, aby móc sprzedawać ten film jako oddzielny produkt. Czego moim zdaniem nie zrobiono dlatego, że doskonale zdawano sobie sprawę z tego, że podpięcie się pod znany, i przez wielu lubiany, projekt bardziej się opłaci. Finansowo, bo jeśli chodzi o reakcje widzów to, co było do przewidzenia, tutaj sprawa przedstawia się dużo gorzej. Swoich zwolenników film oczywiście ma, ale część jego odbiorców spodziewała się zupełnie czegoś innego i według mnie fani „Nieznajomych” mają prawo czuć się oszukani wziąwszy pod uwagę to, że sequel ma z tamtym obrazem tak niewiele wspólnego. Rzecz jasna znaleźli się też tacy odbiorcy „Nieznajomych: Ofiarowania”, którzy krytykują ten obraz z innych powodów, którzy nie patrzą na niego przez pryzmat jedynki, ale odnoszę wrażenie (być może błędne), że nie ma wśród nich długoletnich fanów slasherów albo przynajmniej jest ich niewielu. Bo jeśli jest się członkiem tej grupy to naprawdę trudno się oprzeć czarowi tej produkcji. Tej magii, zawartej w dosłownie każdym kadrze – mocy może nie tyle pozornego przenoszenia nas w czasie, bo twórcy nie starali się wywoływać w odbiorcach poczucia obcowania z horrorem nakręconym w latach 80-tych poprzez właściwą stylizację zdjęć (a szkoda), ale już na pewno wprowadzania w iście sentymentalny nastrój. Autor zdjęć Ryan Samul i odpowiadający za ścieżkę dźwiękową, Adrian Johnston, mieli chyba największą zasługę we wprawianiu mnie w stan zbliżony do rozrzewnienia. Te skąpane we mgle, nieśpiesznie przemykające przez ekran obrazy, którym to często akompaniowały wpadające w ucho kawałki z dawnych lat, te długie zbliżenia na bohaterów i antybohaterów i mrok, przede wszystkim mrok spowijający jakże silnie kojarzące się z „Piątkiem trzynastego” miejsce akcji. Kemping z przyczepami, nie obóz z chatkami, ale ta rozbieżność z Crystal Lake wcale nie umniejsza przekonania, że mamy tutaj do czynienia z należnym hołdem złożonym temu legendarnemu slasherowi bądź slasherom, bo jak wiemy obraz Seana S. Cunninghama był zaledwie początkiem długiej przygody fanów kina grozy z tym tytułem.

- Czemu to robicie? [zabijacie ludzi]
- A czemu nie?”

Fabuła „Nieznajomych: Ofiarowania” jest prosta jak budowa cepa, co akurat fani slasherów powinni docenić, bo duże komplikacje nie są znakiem rozpoznawczym tego podgatunku horroru, na pewno nie za nie kocha się tego typu rąbanki. Wręcz przeciwnie: oczekuje się od nich przede wszystkim prostoty, to między innymi ona tak dalece satysfakcjonuje ludzi, którzy wprost nie mogą się doczekać każdego kolejnego spotkania z filmem wpisującym się w ten, niestety niecieszący się już dużym zainteresowaniem filmowców, nurt. Omawiany film opowiada o czteroosobowej rodzinie, która od jakiegoś czasu ma poważne problemy finansowe. Czy to w całości, czy tylko po części przyczyniła się do nich najmłodsza członkini tej familii, nastoletnia Kinsey, wykreowana przez nie do końca przekonującą Bailee Madison (a pamiętam ją taką małą z „Braci” Jima Sheridana i „Nie bój się ciemności” Troya Nixeya - jak ten czas szybko leci...). Już pierwszy rzut oka na tę bohaterkę wystarczy, aby nabrać przekonania (być może mylnego, to się okaże), że to ona będzie final girl, pomimo tego, że zastosowano tutaj odwrócenie schematu. Kinsey nie jest, jak na rasową final girl przystało, grzeczną dziewczynką, osobą starającą się trzymać z dala od wszelkich kłopotów, tylko zbuntowaną młodą kobietą, która lgnie do używek, zaniedbuje naukę i często wszczyna kłótnie z rodzicami. Z całej rodziny tylko z bratem, Lukiem ma dobry kontakt, tylko on potrafi do niej dotrzeć, choć trudno odmówić ich rodzicom dużych starań w tym kierunku. Poza nawiązaniem dobrych stosunków z córką Mike i Cindy pragną też zadbać o jej przyszłość – dlatego właśnie postanowili umieścić ją w szkole z internatem, w nadziei, że zmiana środowiska i trybu życia zaowocuje lepszymi wynikami w nauce i że jej zachowanie ulegnie sporej poprawie. Kinsey jest wściekła na rodziców za tę decyzję, co aż za mocno daje im odczuć. Ale to nie na ich wzajemnych relacjach widz najsilniej będzie koncentrował swoją uwagę. To króciutkie, powierzchowne przedstawienie protagonistów, schodzi na dalszy plan w obliczu tego, co widz wie. Co twórcy wyjawili mu wcześniej. A mianowicie to, że kemping, w którym już wkrótce rozegrają się najważniejsze wydarzenia, został opanowany przez morderców skrywających swoje oblicza za doskonale znanymi odbiorcom pierwszej części „Nieznajomych” maskami. „Zabawa” z tą czteroosobową rodziną także rozpocznie się od pytań o Tamarę, ale akcja bynajmniej nie będzie rozwijać się w taki sam sposób. Johannes Roberts nie kręcił filmu o, zdawać by się mogło, niekończących się pogoniach za upatrzonymi ofiarami, bo te w najodpowiedniejszych momentach, zanim zaczęło ogarniać mnie znużenie, urozmaicał scenami mordów, podczas których pilnowano, aby napięcie cały czas sięgało zenitu. Sekwencje, które bezpośrednio poprzedzały te ataki odpowiednio nastrajały mnie na każde kolejne uderzenie morderców – powoli windowały napięcie, które podczas starć z zamaskowanymi oprawcami osiągały prawdziwe apogeum niewygodnych emocji. Szkoda tylko, że twórcy nie wykazali się większą kreatywnością w wyborze sposobów eliminacji i okaleczania ludzi, bo dla mnie te propozycje były aż nazbyt banalne. Ale cała otoczka tychże wprost mnie ujęła – no może poza chwaloną przez wielu innych widzów sceną przy basenie (i w basenie), która to według mnie była za bardzo krzykliwa, jarmarczna, tandetna, co mogło być oczywiście próbą zbliżenia się do jakości kiczowatych horrorów klasy B z lat 80-tych, ale w mojej ocenie do tego jeszcze trochę twórcom „Nieznajomych: Ofiarowania” zabrakło. Natomiast ostatni pojedynek, ten na który chyba każdy miłośnik slasherów zawsze z największym utęsknieniem czeka to według mnie istny majstersztyk – doskonałe połączenie „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera z owocami wyobraźni twórców omawianego filmu. Pełne napięcia, nerwowego i z mojej strony głośnego dopingowania jednej ze stron i takiej dynamiki, jaką współczesne kino grozy bardzo rzadko mnie obdarowuje. W tej tutaj zatraciłam się bez reszty, autentycznie mnie wciągnęła, a przecież w przypadku XXI-wiecznych horrorów najczęściej od momentu wprowadzenia tak zawrotnego tempa zaczynam marzyć o zobaczeniu napisów końcowych.

Fani slasherów, Wy, ludzie, którzy rozumiecie i kochacie reguły jakimi rządzi się ten podgatunek horrorów, Wy, którzy niezmordowanie szukacie klimatycznych, konwencjonalnych rąbanek tego typu – Wy wszyscy czym prędzej sięgajcie po „Nieznajomych: Ofiarowanie”. Po obraz, który wyraźnie przywołuje ducha ubiegłowiecznych slasherów, nie spychając przy tym poza nawias współczesnego sznytu. I ta mieszanka w sumie działa, choć pewnie efekt byłby lepszy, gdyby jeszcze bardziej zbliżono się do stylistyki dawnych rąbanek. Jeśli jest się fanem slasherów (choć pewnie i w tym gronie znajdą się wyjątki) łatwo się w tej produkcji rozsmakować, dać się porwać tej jakże schematycznej opowieści o czteroosobowej rodzinie zaatakowanej przez zamaskowanych morderców na pewnym kempingu, który nie może nie nasuwać na myśl „Piątku trzynastego”.
 
Za seans bardzo dziękuję

Na Cineman VOD film będzie dostępny od 13 lipca 2018 roku

czwartek, 28 czerwca 2018

„Rytuał” (2017)

Anglia. Pięciu przyjaciół, Luke, Hutch, Robert, Dom i Phil, spędzają wieczór w pubie, gdzie snują plany wspólnego wyjazdu za granicę. Po wyjściu z lokalu Luke i Rob udają się do sklepu spożywczego, nie wiedząc, że właśnie odbywa się w nim napad. Luke'owi udaje się ukryć przed złodziejami, ale Rob nie ma tyle szczęścia - mężczyzna umiera na oczach swojego przyjaciela. Pół roku później Luke, Hutch, Dom i Phil udają się do Szwecji, w góry. Po długiej wędrówce oddają cześć pamięci zamordowanego kolegi, po czym ruszają w drogę powrotną. W jej trakcie Dom doznaje kontuzji kolana, więc Hutch proponuje pójść na skróty przez las. Pozostali wyrażają zgodę i już chwilę potem wszyscy schodzą ze szklaku i wkraczają pomiędzy drzewa. Na terytorium, gdzie jak już wkrótce się przekonają dzieje się coś niedobrego, które mogły wziąć we władanie jakieś niezwykle mroczne siły.

W 2011 roku w Wielkiej Brytanii ukazała się powieść autorstwa Adama Nevilla pod tytułem „The Ritual”, która została uhonorowana August Derleth Award. Prawa do jej sfilmowania zostały sprzedane i już (albo dopiero, zależy jak na to spojrzeć) w 2017 roku odbył się pierwszy pokaz adaptacji/ekranizacji dziełka Adama Nevilla. Miało to miejsce podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto, a w 2018 roku dystrybucję rozpoczęła platforma Netflix. Za reżyserię filmowego „Rytuału” odpowiada David Bruckner, współtwórca „Sygnału” (2007), jednego segmentu antologii „V/H/S” i jednego segmentu antologii „Southbound”. Autorem scenariusza jest Joe Barton.

Nie czytałam książki, na podstawie której powstał „Rytuał” Davida Brucknera, więc nie jestem w stanie określić zakresu ewentualnych zmian w stosunku do literackiego pierwowzoru. Nie wiem, które motywy książki znalazły odbicie na ekranie, a które były produktem wyobraźni twórców. Nie wiem nawet, czy ci drudzy w ogóle coś od siebie dodali. Krótko: nie mam pojęcia, czy brytyjski „Rytuał” w reżyserii Davida Brucknera jest adaptacją, czy ekranizacją, ale liczę, że kiedyś będę mogła to rozstrzygnąć. Nie dlatego, że omawiana produkcja dostarczyła mi jakichś niezapomnianych wrażeń, bo tak nie było, ale dostrzegłam w tym materiale spory potencjał, który mógł (ale wcale nie musiał) być wykorzystany przez Adama Nevilla na kartach jego powieści. Bo film doprowadził mnie do zgoła odwrotnego wniosku. Najpierw mamy obiecujący prolog – morderstwo mężczyzny na oczach jego przyjaciela Luke'a, który nie ma odwagi opuścić swojej kryjówki i podjąć próby ratowania kolegi. Już wtedy widza ogarnia pewność, że to wydarzenie będzie rzutować na całe dalsze życie Luke'a, a rozwój akcji pokaże nam, że bynajmniej się nie myliliśmy. Gdy prolog dobiega końca, gdy Robert umiera na zimnej posadzce sklepu spożywczego akcja przeskakuje o sześć miesięcy do przodu. Nie jesteśmy już w Anglii tylko w Szwecji. Przed naszymi oczami rozpościera się rodząca poczucie wyobcowania naturalna sceneria w postaci gęstych lasów, gór i rozległych błoni skąpanych we mgle i szarym, ponurym świetle dziennym. Autorem tych jakże udanych, posępnych, wywołujących dreszczyk emocji, zdjęć, jest Andrew Shulkind – człowiek, który moim skromnym zdaniem ze wszystkich osób pracujących nad „Rytuałem” zasługuje na największe wyróżnienie. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Bena Lovetta, tj. ten złowieszczy główny motyw muzyczny dodający ciężaru niektórym zdjęciom, też mnie ujęła, ale mój entuzjazm znacznie osłabiła decyzja jakiegoś „mądrali” (może samego reżysera, może montażysty), aby znacznie ograniczyć udział tej konkretnej kompozycji (motywu przewodniego) w owym przedsięwzięciu. Bohaterowie „Rytuału”, Luke, Hutch, Dom i Phil, początkowo trzymają się szlaku wytyczonego przez łąkę, ale gdy jeden z nich doznaje kontuzji kolana decydują się przejść przez las. Ich celem jest chata, którą wynajęli na ten urlop (niedługo po dotarciu do niej zamierzają z kolei wrócić do Anglii), a od której dzieli ich kilkanaście godzin marszu. Idąc przez las mocno skrócą ten dystans, a że mają kompas i mapę nie widzą większych przeciwwskazań odnośnie zejścia z teoretycznie bezpiecznej trasy. Przez jakiś czas „Rytuał” trochę kojarzył mi się z „Pod mroczną górą” Nicka Szostakiwskyja, a podczas moim zdaniem najciekawszych wydarzeń w chacie w głębi lasu, w której protagoniści znajdują w nocy schronienie przed deszczem, to skojarzenie jeszcze się wzmocniło. Pomyślałam też o „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sancheza. Potem porzuciłam już wszelkie myśli o obu tych obrazach, co w sumie niektórzy mogą odczytać jako plus. W końcu można to rozumieć tak, że twórcy filmowego „Rytuału” poszli własną drogą (ewentualnie drogą wytyczoną przez autora literackiego pierwowzoru), że zdecydowali się pokazać wielbicielom kina grozy coś nowego, coś dotychczas przez nich niespotykanego. Ale ja tam radzę nie wyciągać tak daleko idących wniosków, bo tak na dobrą sprawę w „Rytuale” nie ma nic, co tchnęłoby w ten gatunek jakąś świeżość. Co dla mnie samo w sobie mankamentem by nie było, gdyby podążono inną dobrze mi znaną ścieżką albo przynajmniej tę tutaj eksploatowano w innym stylu.

Pierwsze partie „Rytuału”, sceny nakręcone w gęstym lesie, który to wewnątrz prezentuje się dużo mniej ponuro od jego ujęć z zewnątrz (aczkolwiek na niedobór mroku, na zbyt małe zagęszczenie ciemności narzekać nie mogę) są utrzymane w atmosferze tajemniczości i niesamowitości. I to jeszcze zanim protagoniści natkną się na pierwszy dowód czyjejś obecności w tym lesie. Ten tylko utwierdza widza we wcześniej ożywionym przez zdjęcia, muzykę i przede wszystkim jego doświadczenia z horrorem (w końcu chyba każdy, kto w życiu trochę ich obejrzał wie, że las jest jednym z tych miejsc, którego ich bohaterowie powinni się wystrzegać) przekonaniu, że czterem mężczyznom zagraża coś, czego natury jeszcze nie zna. Ale wkrótce ją pozna, a jakże. I jeśli o mnie chodzi to zdecydowanie bardziej wolałabym, aby pozostawiono to w sferze domysłów. Wiem jednak, że zwolenników takiego podejścia do kina grozy nie jest znowu tak wielu, że ogromna część ich odbiorców woli mieć wszystko podane na tacy. Wyjaśnione i pokazane, choćby nawet w sposób nadmiernie efekciarski. David Bruckner i jego ekipa dostosowali się do wymagań, wydaje mi się, że większości miłośników kina, i tak oto z czasem przeszli do coraz to drastyczniejszego odzierania „Rytuału” z tej przedtem jakże intrygującej tajemnicy. A wszystko to odbywało się bez większej dbałości o napięcie. Owszem, zdjęcia przez cały czas są dostatecznie mroczne, ale po zdynamizowaniu akcji przestają już wywierać odpowiedni efekt. A przynajmniej ja od momentu ujrzenia tego co Luke podczas rekonesansu przeprowadzonego przez niego w pojedynkę niedługo po opuszczeniu przez niego i jego kompanów upiornej chaty stojącej w głębi lasu, nie śledziłam już tej opowieści z emocjonalnym napięciem. Właściwie to od tego chwili „Rytuał” nie dostarczał mi już żadnych emocji, poza rozbawieniem na widok pewnego jakże przedobrzonego efektu specjalnego i wcześniejszą skrajną irytacją wywołaną sięgnięciem po jeden z męczących mnie już banałów, mocno wyświechtanych motywów, bez którego akurat w tym przypadku można było spokojnie się obejść. Nie był on nieodzownym elementem tej historii. To znaczy nie byłby, gdyby wybrano bardziej enigmatyczną ścieżkę fabularną, tym samym dostosowując się do wymagań pewnej niszy, a nie jak się wydaje większości chętnych odbiorców kina grozy. Bo tak bym wolała, nawet jeśli miałoby to wiązać się z koniecznością wprowadzenia dużych zmian w stosunku do literackiego oryginału, czego nie wiem, bo jak już zdążyłam zaznaczyć powieści Adama Nevilla wydanej pod tym samym angielskim tytułem, co film nie miałam okazji przeczytać.

Nie spodziewałam się wiele po „Rytuale” Davida Brucknera i też niewiele dostałam. Tak stawiając sprawę nie mogę więc mówić o rozczarowaniu, ale faktem jest, że twórcom udało się rozniecić we mnie entuzjazm podczas pierwszych partii filmu. Natchnąć mnie nadzieją na jeśli już nie wspaniały to przynajmniej dobry horror nastrojowy. Bo do pewnego momentu nie jest źle, powiedziałabym nawet że jest bardzo dobrze – w miarę mrocznie i tajemniczo – ale to, co pokazano mi później w ogóle do mnie nie przemówiło. Ta wcześniej rozbudzona we mnie nadzieja momentalnie zgasła, pozostawiając smutną myśl, że właśnie zaprzepaszczono potencjał drzemiący w tej opowieści, że z takiego materiału można było ulepić coś, co na długo, albo nawet na stałe, zakotwiczyłoby się w mojej pamięci. A tak, no cóż, nie mam żadnym wątpliwości, że szybko o „Rytuale” zapomnę.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Jane Robins „Białe ciała”

Od kiedy sięga pamięcią Callie Farrow żyła w cieniu swojej siostry bliźniaczki Tildy, z którą zawsze łączyły ją bliskie stosunki. Callie jest najszczęśliwsza, gdy przebywa w jej towarzystwie i w pełni świadoma tego, że nigdy nie będzie taka, jak ona. Tilda jest piękną, charyzmatyczną kobietą, aktorką, która stała się rozpoznawalna dzięki jednej roli. Tymczasem Callie jest cichą, niełaknącą poklasku pracownicą małej księgarni, z prawdziwą przyjemnością wspierającą swoją siostrę. Ich relacja komplikuje się niedługo po związaniu się przez Tildę z przystojnym, pedantycznym Felixem Nordbergiem. Początkowo Callie jest nim urzeczona i cieszy się, że Tilda znalazła mężczyznę, który daje jej szczęście, ale z czasem zaczyna odbierać niepokojące sygnały. Osobowość Tildy drastycznie się zmienia. Kobieta całkowicie podporządkowuje się woli Felixa. Nie przyjmuje nowych ról, traci na wadze, a na jej ciele Callie dostrzega siniaki. Wszystko to każe jej sądzić, że Tilda żyje z mężczyzną, który znęca się nad nią psychicznie i fizycznie, że trwa w toksycznym związku, którego sama nie potrafi zakończyć. Kiedy Callie próbuje interweniować siostra zaczyna się od niej oddalać. Callie nie zamierza jednak odpuścić. Uzależnia się od internetowego forum dla ofiar przemocy w rodzinie i ich znajomych, gdzie nawiązuje przyjaźń z dwiema kobietami. Ma coraz większą obsesję na punkcie siostry, a w swoim postanowieniu ratowania jej sięga po coraz drastyczniejsze środki. A gdy Felix umiera wszystko jeszcze bardziej się komplikuje.

Curriculum vitae Brytyjki Jane Robins zawiera pracę jako dziennikarka w „The Economist”, „The Independent” i BBC. Napisała trzy książki faktu („Rebel Queen”, „The Magnificent Spilsbury” i „The Curious Habits of Doctor Adams”) i dołączyła do Royal Literary Fund. „Białe ciała” to jej powieściowy debiut. Thriller psychologiczny z 2017 roku, który jak przyznaje sama autorka nie powstałby, gdyby nie stypendium przyznane jej przez Royal Literary Fund.

„Białe ciała” otwiera śmierć Felixa Nordberga i rzucenie podejrzenia na Callie Farrow, danie czytelnikowi jasno do zrozumienia, że jest ona jakoś zamieszana w jego śmierć. Być może nawet to właśnie ta kobieta go zabiła. Muszę przyznać, że to odważne zagranie. Jane Robins podjęła tutaj duże ryzyko, które w mojej ocenie tylko w części się opłaciło. Kiedy już wiemy, że Felix Nordberg wkrótce straci życie, Robins cofa akcję o kilka miesięcy, rozpoczynając tym samym ciąg wydarzeń, który jak już wiemy doprowadzi do jego zgonu i wplatając gdzieniegdzie fragmenty z dzieciństwa i okresu nastoletniego Callie i Tildy. Sióstr bliźniaczek, które różnią się jak ogień i woda, i to zarówno wyglądem, jak i osobowością. Nie ma jednak pomiędzy nimi większych spięć, od zawsze dobrze czuły się w swoim towarzystwie, zgodnie z powiedzeniem, że przeciwieństwa się przyciągają. „Szara myszka”, empatyczna obserwatorka Callie lubi pławić się w blasku siostry i pomagać jej w potrzebie, a Tilda nie ma żadnych powodów by narzekać na taki układ. Do czasu wpuszczenia do swojego życia zamożnego Amerykanina (siostry Farrow mieszkają w Londynie), Felixa Nordberga, który jak szybko zauważa Callie podporządkowuje sobie swoją nową dziewczynę. Tilda staje się zupełnie inną osobą – jest marionetką sterowaną przez silną osobowość, chociaż dotąd było zgoła odwrotnie. Już od najmłodszych lat to Tilda była typem przywódcy: charyzmatyczną jednostką, w towarzystwie której jej rówieśnicy pragnęli się obracać i której polecenia chcieli wykonywać. Teraz kobieta staje po drugiej stronie barykady, a jej siostra nie potrafi przejść nad tym do porządku dziennego. I trudno się temu dziwić, wziąwszy pod uwagę wszystkie niepokojące sygnały, jakie odbiera będąc w pobliżu Tildy i Felixa. Ale z drugiej strony, czy możemy być absolutnie pewni wniosków wyciąganych przez Callie? Ba, jako że Robins zastosowała tutaj narrację pierwszoosobową, obierając perspektywę właśnie Callie, pod wielkim znakiem zapytania stają nawet obrazy przez nią rejestrowane, a co dopiero mówić o interpretacji, jakiej ta postać je poddaje. Fascynująca postać, muszę dodać, tak samo zresztą jak i Tilda. Obie są bardzo złożonymi kobietami, niejednoznacznymi, zmuszającymi czytelnika do spoglądania na nie pod różnymi kątami, do częstego zmieniania nastawienia względem ich obu i zastanawiania się w której z nich i czy w ogóle w którejś, drzemie „demon”, który tylko czeka na dogodny moment, aby wreszcie się ujawnić. Uważam, że Jane Robins w kreacjach Callie i Tildy zbliżyła się do doskonałości – nie osiągając go, bo jednak nie mogłam oprzeć się poczuciu lekkiego zaniedbywania jednej z tych postaci. Nie dużego, ale i tak chciałoby się, by omówiła ją trochę szerzej, już niekoniecznie tak wyczerpująco jak w przypadku tej drugiej, ale bez wątpienia mogła wniknąć w psychikę tamtej nieco głębiej. Niektórym ten zarzut pewnie wyda się stanowczo niesprawiedliwy, przesadzony, wręcz śmieszny, bo w beletrystyce nie tak znów często odnajduje się tak szczegółowe kreacje bohaterów. Właściwie to mało kto (nawet , że tak to ujmę, współczesny Stephen King) raczy czytelników tyloma detalami w tej materii i to w dodatku w tak mocno zachęcający do główkowania sposób, ale nic nie poradzę na to, że do głosu doszły tutaj moje własne preferencje, w efekcie pozostawiając mały niedosyt. UWAGA SPOILER Gwoli ścisłości, jako, że wprost uwielbiam fikcyjne czarne charaktery płci żeńskiej życzyłabym sobie jeszcze większej koncentracji autorki na Tildzie, co aby nie zepsuć niespodzianki powinno rozpocząć się z chwilą wyartykułowania prawdy. Czyli po prostu rozbudowałabym „Białe ciała” o kilkadziesiąt lub jeszcze lepiej, kilkaset stron, na których przede wszystkim dogłębniej zanalizowałbym Tildę. Jak umiałabym pisać, rzecz jasna KONIEC SPOILERA.

Tworząc „Białe ciała” Jane Robins czerpała inspirację z „Sublokatorki” w reżyserii Barbeta Schroedera UWAGA SPOILER i z jednego filmu Alfreda Hitchcocka. Czego może i nie ma potrzeby wtłaczać w spoiler, bo o tym obrazie autorka rozpisuje się już na początku powieści, ale jako że ja nie spodziewałam się, że wypożyczy sobie z tej produkcji jeden bardzo ważny motyw muszę założyć, że znajdzie się jeszcze ktoś, kto tak jak ja tego nie przewidzi KONIEC SPOILERA. Właśnie - rozpisuje się. Bo Robins wcale nie ukrywa swoich inspiracji. Sama wyjawia tytuły dzieł, z których wyrwała to i owo, poddając to oczywiście obróbce, tak aby wpasowało się w ramy wymyślonej przez niej historii. W efekcie otrzymujemy taki swoisty mix dokonań innych z pomysłami stawiającej pierwsze (ale mam nadzieję, że nie ostatnie) kroki w beletrystyce, brytyjskiej pisarki. Ze wszystkich wątków składających się na tę pasjonującą opowieść, moim zdaniem na największe wyróżnienie zasługuje motyw mający nasuwać skojarzenia z „Sublokatorką”. Czyli obsesja Callie na punkcie jej siostry bliźniaczki. Jako że niestety wiemy, jak skończy Felix Nordberg to właśnie ona w naszych oczach będzie stanowić największe zagrożenie dla innych. Być może nawet dla Felixa – mężczyzny, który w kontaktach ze swoją dziewczyną Tildą ucieka się do przemocy fizycznej i psychicznej, z której to ona zdaje się czerpać przyjemność (czyżby coś na kształt relacji BDSM bez reżyserowania?). Z retrospekcji sięgających dzieciństwa oraz okresu młodzieńczego Callie i Tildy wiemy, że obsesja tej pierwszej bynajmniej nie zaczęła się wtedy, gdy nabrała ona przekonania, że jej siostrze grozi niebezpieczeństwo ze strony Felixa. Robins nie pozostawia żadnych wątpliwości, że Callie już od najmłodszych lat była zafiksowana na punkcie siostry – tak bardzo, że uciekała się nawet do połykania jej włosów, zębów i picia jej moczu (ot, taki fetysz). Zresztą nawet teraz, gdy obie są już dorosłe, Callie od czasu do czasu odczuwa potrzebę przyjęcia takiej „komunii”, zespolenia się w ten sposób z ukochaną siostrą, z osobą, od której jest wprost uzależniona. Z czego Tilda doskonale zdaje sobie sprawę – wie, że Callie ma na jej punkcie obsesję, że łaknie jej towarzystwa, jak niczego innego na świecie, a że wprost uwielbia być w centrum uwagi ma z tego korzyść. Osaczona przez Callie zaczyna się czuć dopiero wówczas, gdy tą ogarnia fiksacja na punkcie ratowania Tildy przed jej chłopakiem, Felixem Nordbergiem, którego to Tilda zdaje się w równym stopniu kochać, co się go bać. Jane Robins na kartach „Białych ciał” dużo mówi o przemocy domowej, o kobietach maltretowanych przez swoich partnerów i o ludziach, którzy najczęściej bezskutecznie starają się wydobyć ich z tej matni. Przekonująco i z dużą dozą empatii przygląda się ofiarom i ich oprawcom (choć tym drugim poświęca mniej uwagi) oraz przyjaciołom zdominowanych przez brutali kobiet, z narastającym przerażeniem przyglądającym się tym toksycznym związkom. I starającym się im pomóc – tak bardzo zdeterminowanym by to zrobić, że tylko czeka się na to, aż to właśnie oni staną się przyczyną jakiejś tragedii, nieodwracalnej szkody wyrządzonej sobie bądź innym. Może nawet osobom, których starali się uratować... Czyta się to z prawdziwymi wypiekami na twarzy, z nieustannie narastającym przeczuciem rychłego nieszczęścia, z takim wrażeniem, jakby Robins z coraz to większą siłą wpychała nas w rozchwianą psychikę kobiety, która w końcu posunie się do czegoś strasznego. UWAGA SPOILER Zakończenie można przewidzieć, bo Robins porozrzucała parę wskazówek, które łatwo poddać właściwej interpretacji, ale o wiele trudniej je odłowić. Mnie się to nie udało, dałam się zwieść autorce, co dla mnie jest kolejnym plusem tej powieści. Inna sprawa, że oszołomiona takim obrotem spraw nie byłam – nie spodziewałam się tego, ale żeby wprawiło mnie to w osłupienie to nie, aż tak mocnej reakcji wybrany przez autorkę „Białych ciał”, zwrot akcji, na mnie nie wywarł KONIEC SPOILERA.

Warty przeczytania thriller psychologiczny pióra brytyjskiej pisarki Jane Robins. Jej powieściowy debiut, którym to dosyć wysoko zawiesiła sobie poprzeczkę, którego poziom jest na tyle wysoki, że w przyszłości będzie musiała sporo się natrudzić, jeśli chce go przebić. A liczę, że chce i że zdecyduje się zostać przy tym gatunku, bo pokazała mi, że bardzo dobrze się w nim odnajduje. I rozbudziła apetyt na więcej. Tak, po „Białych ciałach” z chęcią sięgnę po kolejny dreszczowiec jej autorstwa, jeśli takowy powstanie i trafi na polski rynek wydawniczy. A zrobię to bez żadnego zastanowienia, nie zapoznając się nawet ze skrótowym opisem fabuły, bo wydaje mi się, że z takim warsztatem nawet nielubiane przeze mnie motywy Robins może przedstawić w atrakcyjny dla mnie sposób.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 23 czerwca 2018

„Krwawa jazda” (2003)

Piętnastoletnia Natasha Wilson spędziła weekend u ojca. W niedzielę wieczorem przyjechała po nią matka Senga, pod opieką której Nat najczęściej przebywa od rozwodu rodziców. Nocna samochodowa podróż przez jedną z amerykańskich autostrad upływa im na kłótniach i wzajemnych pretensjach. Natasha obwinia matkę za rozpad małżeństwa tej drugiej, a z kolei Sengę denerwuje faworyzowanie ojca przez jej córkę. Gdy mijają miejsce niedawnego wypadku samochodowego Senga zwraca uwagę na nieznajomą parę. Podczas postoju w przydrożnej restauracji zobaczy ich ponownie i tak samo, jak poprzednio będzie ich otaczała osobliwa aura swego rodzaju oderwania od rzeczywistości. W trakcie następnej przerwy w podróży w podobnym miejscu Senga zauważy ich znowu, zajmujących stolik stojący nieopodal tego, do którego zasiadła wraz z córką. Niedługo potem między nią i Nat dochodzi do kolejnej kłótni, zakończonej pośpiesznym oddaleniem się nastolatki od jej rodzicielki. Senga jakiś czas cierpliwie czeka na powrót córki, ale z czasem zaczyna się niepokoić. Przeszukuje restaurację i w końcu dostrzega ją za oknem w towarzystwie paru podróżujących razem ludzi. Nat wsiada do ich samochodu i zaraz potem wszyscy odjeżdżają. Spanikowana Senga rusza ich śladem, gotowa zrobić wszystko, aby odzyskać córkę.

„Krwawa jazda” to drugi i póki co ostatni pełnometrażowy film w reżyserii Brytyjczyka Marcusa Adamsa - pierwszym był, także horror, „Czas śmierci”, który ukazał się w 2002 roku. Na początku XXI wieku Adams zawiązał współpracę z producentami, Alistairem MacLeanem-Clarkiem i Basilem Stephensem, którzy to byli gotowi sfinansować projekt, nad którym wówczas myślał. Scenariusz wziął na siebie Stephen Volk – między innymi „Gotyk” (1986), „Pocałunek” (1988), „Opiekunka” aka „Strażnik” (1990) i „Szepty” (2011). Duża część zdjęć powstała na jednej z luksemburskich autostrad – na odcinku, który w tamtym okresie (zdjęcia rozpoczęły się w czerwcu 2002 roku) nie był dopuszczany do użytku publicznego. Budżet tego przedsięwzięcia szacuje się na jedenaście i pół miliona dolarów.

Brytyjsko-luksemburska „Krwawa jazda” (cóż za mylący tytuł) zbiera głównie negatywne recenzje i w sumie trudno się temu dziwić. Dla jednych film okazał się zupełnie niezrozumiały, niepotrzebnie poplątany, a dla innych był to sztandarowy przykład zmarnowanego potencjału, zamienienia intrygującej koncepcji w rozczarowujący banał. Oczywiście, „Krwawa jazda” ma też swoich zwolenników – niewielu, ale dobre i to. A tymczasem ja uplasowałam się gdzieś pośrodku. Całkowicie zgadzam się z tymi osobami, którzy w swoich recenzjach utyskiwali na dalsze partie tego projektu Marcusa Adamsa. Dla mnie również to właśnie one są wadliwe, to przez nie nie potrafię spoglądać na „Krwawą jazdę” maksymalnie przychylnym okiem. Bo przez pierwsze kilkadziesiąt minut było naprawdę nieźle. Niektórzy dopatrzyli się w tych momentach ducha Davida Lyncha, ale ja nie jestem pewna, czy można tutaj czynić tak śmiałe porównania. Myślę, że bezpieczniejsze byłoby jednak porównanie do „Strefy mroku” - śledząc nocną samochodową podróż matki i córki można poczuć się tak, jakby oglądało się jeden z odcinków tego kultowego serialu, jakby właśnie wkroczyło się do sławnej strefy mroku. Tylko czy na pewno? Czy naprawdę będziemy przekonani, że Sendze (przekonująca kreacja Madeleine Stowe) i Natashy (dużo mniej wiarygodna Mischa Barton) grozi ktoś z zewnątrz? Bo tak na dobrą sprawę nie wiemy, czy obrazy rejestrowane przez zajmującą pierwszy plan matkę niesfornej nastolatki, nie są aby wypaczone. Czy kobieta nie dodaje im ciężaru, nieistniejącego wymiaru. Pierwszą oznaką tego, że na pewnej w filmie amerykańskiej, a w rzeczywistości luksemburskiej autostradzie, dwóm spokrewnionym kobietom może grozić niebezpieczeństwo ze strony jakichś osobliwych, niedających się jeszcze zdefiniować sił jest widok pewnej pary na miejscu niedawnego wypadku samochodowego. Pojawia się on dosyć szybko i zostaje wychwycony właśnie przez Sengę. Nieznajomi niby wyglądają jak zwyczajni śmiertelnicy i poza sfotografowaniem głównej bohaterki przez jednego z nich, nie robią niczego, co wskazywałoby na to, że mają jakieś niecne zamiary względem kogokolwiek. Ale atmosfera jaką osnuto tę parkę, fluidy jakie wysyłają sprawia, że patrzy się na nich, jak na jakieś upiory niby żywcem wyjęte z piekielnych otchłani. A co jeszcze bardziej alarmujące rzeczona para będzie się zdawała podążać za Sengą i Nat – ta pierwsza już wkrótce zobaczy tego mężczyznę i tą kobietę w dwóch przydrożnych restauracjach, kiedy to ich zachowanie już bardzo wyraźnie będzie odbiegać od normy. Nic na wskroś drastycznego, nic nazbyt wymyślnego, ale to dobrze, bo ten umiar, taka minimalistyczna forma sygnalizowania osobliwości, może nawet nadnaturalności tych tajemniczych postaci w zupełności wystarcza. Jestem wręcz przekonana, że więcej efekciarstwa i kombinowania zepsułoby cały efekt. Wrażenie swoistego odrealnienia, egzystowania w świecie, w którym nie obowiązują żadne znane ludzkości prawa, którym rządzą ubiory albo co równie możliwe, który istnieje tylko w głowie popadającej w obłęd kobiety moim zdaniem nie byłoby wtedy tak silne. O ile w ogóle by zaistniało... Ale ten surrealizm, oniryzm i to jakże frapujące poczucie psychicznego rozbicia wkrótce i tak wyparowują. Raptownie znikają, a na ich miejsce wchodzi banalna, irytująco stereotypowa, uproszczona do granic możliwości historyjka, której nadano tyle dynamizmu, że nawet jakbym bardzo chciała, nie potrafiłabym należycie wczuć się w sytuację pozytywnych postaci.

Nieczęsto natrafiam na horrory, w których aż tak dobitnie uwidaczniałoby się zaprzepaszczenie potencjału drzemiącego w materiale wyjściowym. Który to najpierw dawałby mi sporą satysfakcję, a potem, w dalszych partiach, tak głębokie rozczarowanie, że aż cud, że nie musiałam sobie przypominać, iż oglądam ten sam film... Gdyby po kilkudziesięciu minutach „Krwawej jazdy” nastąpiła zmiana aktorów prawdopodobnie ogarnęłoby mnie przynajmniej chwilowe podejrzenie, że niechcący przełączyłam na inny kanał telewizyjny, bo styl był tak diametralnie odmienny od tego, którym, ku mojemu dużemu zadowoleniu, raczono mnie wcześniej, że wydaje mi się, iż najbardziej rzucające się w oczy spoiwo stanowią właśnie aktorzy. W mojej ocenie wszystko zaczyna się sypać w momencie, w którym Senga widzi swoją córkę wybierającą się w podróż z grupką nieznajomych, wśród których dostrzega autostopowiczkę, która niedawno pokonała niewielki odcinek drogi w samochodzie głównej bohaterki (klimatyczne, nasycone niemałą wrogością, niezdefiniowaną upiornością, sekwencje), i wśród których znajduje się też tajemnicza parka kilkukrotnie widziana przez Sengę podczas tej feralnej nocnej podróży. Później dostajemy jeszcze jakieś przebłyski tej surrealistyczno-schizofrenicznej atmosfery znanej z pierwszej części „Krwawej jazdy”, choćby podczas rozmowy policjanta z ojcem Natashy i UWAGA SPOILER wtedy, gdy raczy się nas szybką migawką lekarzy w domyśle pochylających się nad pacjentem/pacjentką (ta wstawka kazała mi aż do końca sądzić, że twórcy postawią na dobrze znany miłośnikom horrorów motyw, mówiący o tym, że wszystko, co zobaczyliśmy wcześniej rozgrywało się, albo już po śmierci Sengi, tj. po tak zwanej drugiej stronie, albo tylko w jej głowie, gdy przebywała ona w śpiączce, najpewniej spowodowanej wypadkiem samochodowym. Ale jak się okazało twórcy wybrali jeszcze bardziej banalne, pospolite rozwiązanie. Obstawiam, że tzw. Ojciec był wampirem, a „jego owieczki” ludźmi, którym wyprał mózgi tak, aby rozsmakowali się we krwi (albo też wampirami, tutaj mam wątpliwości), ale nie wykluczam, że można to interpretować inaczej KONIEC SPOILERA. Jednakże rzeczone przebłyski to zdecydowanie za mało, żeby na stałe przywołać ducha pierwszej partii „Krwawej jazdy”. Bo zaraz po nich dalej trzeba przedzierać się przez jakże beznamiętną, nieciekawą, na wskroś pospolitą historyjkę o nastolatce w opałach i matce, która śpieszy jej na ratunek, mierząc się przy okazji z własnymi demonami, które notabene też specjalnie zajmujące nie są. A przynajmniej mnie ani ten wątek, ani sposób jego przedstawienia niczym nie ujęły, nie wydobyły z marazmu, w jaki niestety wpadłam po zdynamizowaniu akcji „Krwawej jazdy”.

Film drogi, w mojej interpretacji reprezentant jednego z popularniejszych nurtów horroru w reżyserii Brytyjczyka Marcusa Adamsa, według mnie nie zasługuje na ocenę niedostateczną, na nadanie mu miana gniota, wielkiej pomyłki, którą najlepiej omijać szerokim łukiem, choć tego rodzaju opinie na jego temat bez trudu znalazłam. Moja ocena „Krwawej jazdy” nie jest aż tak krytyczna z powodu stylu, jaki jego twórcy obrali w pierwszej jej partii, z uwagi na tę jakże intrygującą tajemniczość, smaczny surrealizm, oniryzm i mocno wyczuwalne szaleństwo, które niestety później zostały dosłownie uśmiercone przez twórców tego obrazu. Dlatego powiem tak: cieszę się, że zobaczyłam pierwsze kilkadziesiąt minut „Krwawej jazdy” i żałuję, że na nich nie poprzestałam, że nie przerwałam seansu przed przystąpieniem filmowców do zastępowania tego wszystkiego co dla mnie było w tym filmie dobre, tym wszystkim co uważam za złe. Żeby nie rzec tragiczne.

czwartek, 21 czerwca 2018

Stephen King „Outsider”

We Flint City zostają odnalezione bestialsko okaleczone zwłoki jedenastoletniego chłopca, Franka Petersona. Sprawę prowadzi detektyw Ralph Anderson, któremu nie zajmuje dużo czasu wytypowanie jedynego podejrzanego. Wszystkie zebrane dowody jednoznacznie wskazują na szanowanego w mieście trenera sportowych drużyn młodzieżowych Terry'ego Maitlanda. Ralph postanawia dokonać aresztowania zatrzymanego w obecności wielu obywateli Flint City, bez uprzedniego przeprowadzenia przesłuchania wstępnego, a prokurator okręgowy, Bill Samuels, wspiera go w tej decyzji. Terry Maitland zostaje zatrzymany w trakcie meczu i przewieziony na posterunek policji, gdzie wkrótce przybywa jego adwokat Howard Gold. Jego rozmowa z klientem przynosi nowe, niespodziewane informacje, które stawiają pod dużym znakiem zapytania wyniki dotychczasowego śledztwa Ralpha Andersona. Okazuje się bowiem, że Maitland ma mocne alibi. Tak mocne, że jego obrońca nie ma najmniejszych wątpliwości, iż żadna ława przysięgłych nie uzna go winnym zabójstwa Franka Petersona. Anderson i Samuels nie zamierzą jednak się wycofać, są przekonani, że trener Maitland jest winny, nie wiedzą tylko jak dokonał tego, co mu zarzucają. Czyżby znalazł sposób na przebywanie w dwóch miejscach naraz? A może miał wspólnika? Kim tak naprawdę jest trener Terry Maitland i do czego jeszcze może być zdolny?
 
Stephen King jeszcze nie rozstał się z kryminałem, bo oto jego trylogia detektywistyczna z Billem Hodgesem, w skład której wchodzą „Pan Mercedes”, „Znalezione nie kradzione” i „Koniec warty” doczekała się duchowego następcy w formie „Outsidera”. Najnowszej powieści Stephena Kinga, w fabule której odnajdujemy wyraźne nawiązania do wyżej wspomnianej trylogii. Stylem i klimatem „Outsider” również przypomina tamto trzytomowe dokonanie Kinga, przy czym tutaj mistrz współczesnej literatury grozy zdecydował się wykrzesać z tego trochę więcej mroku. Pierwsza zapowiedź „Outsidera” wyszła z ust samego Kinga w sierpniu 2017 roku (wywiad dla USA Today), a pierwsze (zagraniczne) wydanie książki pojawiło się w maju 2018 roku.

Z roku na rok coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Stephen King nie napisze już pełnokrwistego horroru - czyściutkiego reprezentanta tego gatunku, któremu nie brakowałoby nic albo przynajmniej niewiele do najlepszych jego dokonań na tym polu. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie sprawdza się w innych gatunkach literackich, bo że tak nie jest udowodniła mi już jego wcześniejsza twórczość (z XX wieku), ale i w bieżącym stuleciu zdążył już wypuścić kilka dobrych i bardzo dobrych powieści, których nie da się wtłoczyć do szufladki z napisem „rasowy horror” („Pod kopułą”, „Dallas '63”, „Pan Mercedes”, „Znalezione nie kradzione”, „Koniec warty”). Ale moim zdaniem ostatnim jego arcydziełem była „Ręka mistrza”, utwór z gatunku, w którym King czuje się najlepiej. Albo przynajmniej kiedyś tak się czuł. Od tego czasu wszak nie wydał żadnego horroru, który uznawałabym za dzieło bezbłędne. Zapowiedzi „Outsidera” kazały mi przygotować się na kryminał, który co najwyżej może być podlany jedynie odrobinką horroru. Przygotowałam się na coś w stylu trylogii o Billu Hodgesie, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że fabuła będzie nawiązywać do tamtych utworów. Choćby tylko w małym stopniu. A przecież te powiązania małe na pewno nie są. Ale King nie wprowadza ich od razu. Właściwie to zaczynają pojawiać się dosyć późno, od momentu „wejścia na scenę” pewnej dobrze znanej czytelnikom „Pana Mercedesa”, „Znalezionego nie kradzionego” i „Końca warty” postaci. I w mojej ocenie bynajmniej nie jest to chwila, w której „Outsider” zaczyna zyskiwać na atrakcyjności. Uważam, że najlepiej Kingowi wychodziło tutaj budowanie tajemnicy, że największa moc tego utworu uwidacznia się w jego pierwszych partiach i jest ona na tyle potężna, że nawet gdy siłą rzeczy zaczyna zanikać, to pozostaje na tyle duże zainteresowanie, żeby nie miało się ochoty na bezpowrotne przerwanie lektury. Ale jak to często z zagadkami bywa, rozwiązanie okazuje się dużo mniej emocjonujące od samego dochodzenia do prawdy. Żeby nie rzec rozczarowujące. Wydaje mi się, że King poszedł na łatwiznę, że akurat w tym przypadku większym wyzwaniem byłoby UWAGA SPOILER podjęcie próby wyjaśnienia całej intrygi bez uciekania się do sfery nadprzyrodzonej, bez wspomagania się aspektem nadnaturalnym. Z drugiej jednak strony wynika też z tego niemała korzyść dla wielbicieli literatury grozy, bo oto początkowo czyściutki kryminał (no dobrze, z dodatkiem dramatu/powieści obyczajowej, jak to zazwyczaj u tego pisarza bywa) z czasem zaczyna zahaczać o horror, aczkolwiek bez wątpienia nie jest to najlepsza forma Stephena Kinga, z jaką dotychczas się zetknęłam KONIEC SPOILERA. Głównym miejscem akcji „Outsidera” King uczynił fikcyjne Flint City w Stanach Zjednoczonych, nie kłopocząc się powolnym wprowadzaniem we właściwą akcję. Czytelnik został wrzucony niejako w sam jej środek, a ściślej to dla niego ta historia zaczęła się wówczas, gdy policjanci z Flint City mieli już pewność, że rozwiązali sprawę brutalnego, wynaturzonego morderstwa jedenastoletniego chłopca, Franka Petersona. Autor będzie oczywiście streszczał nam wydarzenia, które doprowadziły do zatrzymania szanowanego obywatela Flint City, trenera młodzieżowych drużyn sportowych Terry'ego Maitlanda, czy to w formie przemyśleń bohaterów książki i ich konwersacji, czy zapisów z przesłuchań świadków oraz wyników badań, ekspertyz. Ale w umownej teraźniejszości wszystko już wiadomo. To znaczy detektyw Ralph Anderson i pozostali policjanci pracujący nad tą sprawą myślą, że dopadli człowieka odpowiedzialnego za śmierć niewinnego dziecka, która to śmierć wstrząsnęła tutejszą społecznością. I jak się wydaje nie mniej zszokowała ją wiadomość, że za tę zbrodnię już niedługo przed sądem odpowie cieszący się ogólnie dużą sympatią trener Maitland.

Nie sądzę, żeby jakikolwiek odbiorca „Outsidera” był tak przekonany do winy Terry'ego Maitlanda, jak detektyw Ralph Anderson, prokurator okręgowy Bill Samuels, pozostali policjanci z Flint City i od momentu jego szumnego zatrzymania niemalże wszyscy inni mieszańcy tego miasta. Co nie znaczy, że absolutnie każdy będzie płynął przez te początkowe wątki z niezachwianym przekonaniem co do jego niewinności. Stephen King żongluje nastawieniem czytelnika do trenera Maitlanda i robi to z tak niezachwianą konsekwencją, z wykorzystaniem tylu coraz to bardziej zagadkowych rewelacji, że z czasem chyba każdemu odbiorcy „Outsidera” przyjdzie się poddać. Przestać dociekać prawdy i zaniechać wszelkich prób wyrobienia sobie oceny aresztanta i z „otwartym umysłem” cierpliwie poczekać na wyjaśnienie tej jakże frapującej zagadki. Dowody wskazują bowiem na to, że Terry Maitland przebywał w dwóch miejscach naraz. On sam utrzymuje, i istnieją na to jak się wydaje niepodważalne dowody, że w dniu zabójstwa Franka Petersona przebywał poza miastem, ale policja ma świadków, którzy widzieli go we Flint City i co ważniejsze jego odciski palców zostawione w miejscach bezpośrednio związanych z tą makabryczną zbrodnią. Początkowo nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z „Mroczną połową” tego samego autora. W sumie to wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że King świadomie co nieco zaczerpnął z tamtego swojego dokonania, ale z biegiem trwania tej historii coraz bardziej oddalałam się myślą od „Mrocznej połowy”. Nie zdradzę, czy to stopniowe wyrzucanie z głowy tamtego utworu Kinga było posunięciem właściwym, czy aby na pewno nie powinno się szukać odpowiedzi na zadane przez Kinga pytania właśnie w tym dziele (oczywiście pod warunkiem, że się je zna), ale bezpiecznie mogę wyjawić, że samo dochodzenie do prawdy było dla mnie nie lada przyjemnością. Skakałam od „Mrocznej połowy”, do nierzadko wzmiankowanego na kartach „Outsidera”, „Williama Wilsona” pióra Edgara Allana Poego i do dużo bardziej pospolitych teorii typu: podrzucenie dowodów przez osobę bardzo podobną do Maitlanda, zwyczajny, niemający żadnego związku ze sferą nadprzyrodzoną brat bliźniak, z którym to trener albo działał w zmowie, albo w ogóle nie zdawał sobie sprawy z jego istnienia oraz seria pomyłek świadków i kryminalistyków (naciągane, wiem). Jaką teorię bym nie wybrała czegoś cały czas mi brakowało. Tak jakbym miała przed oczami jedynie niewielką część jakiejś mrocznej całości. Prawda ciągle mi się wymykała i to najczęściej tuż przy zwieńczeniu danej tezy – to dopiero wówczas zauważałam, że nie wszystko do siebie pasuje, że niektóre części tej układanki siłą wepchnęłam w niewłaściwe miejsca. I musiałam zaczynać wszystko od początku. Poskładałam to dopiero podczas pobytu tak dobrze mi znanej postaci w Dayton, ale powiedzmy sobie szczerze: to stanowczo za późno. Autor sporo wówczas rozjaśnił (trochę wcześniej też), chociaż nie wprost - to zrobił po dotarciu tej postaci do Flint City. Ale zdradził wystarczająco, żebym po długim błądzeniu weszła na właściwą ścieżkę. Późniejsze wydarzenia śledziłam już niejako z rozpędu, z w miarę dużym zainteresowaniem, ale bez nadziei na doścignięcie poziomu zaprezentowanego wcześniej. UWAGA SPOILER Swoją drogą fani literatury Stephena Kinga w tych dalszych partiach „Outsidera” mogą dopatrzeć się podobieństwa do „Miasteczka Salem” (które z kolei King zaczerpnął z „Draculi” Brama Stokera). Tutaj też formuje się grupka osób wypowiadających wojnę złu, przy czym w „Outsiderze” będziemy mieli do czynienia z czymś rzadziej w horrorze spotykanym i moim zdaniem dużo mniej atrakcyjnie (dla oka wielbiciela horroru) wykreowanym KONIEC SPOILERA. Poza tym tamta powieść dała mi dużo żywsze postacie protagonistów – choć karty tamtego utworu zaludniało więcej postaci, King scharakteryzował je dogłębniej, przedstawił bardziej szczegółowo. Bo tak na dobrą sprawę nawet główny bohater „Outsidera”, Ralph Anderson, wydawał mi się niepełny. Nawet w tym przypadku dostrzegałam pewną powierzchowność, choć faktem jest, że ze wszystkich nowych, dotychczas nieznanych mi bohaterów ten szczycił się największą uwagą autora.

„Outsider” porusza się przede wszystkim w ramach kryminału (podlanego dramatem/powieścią obyczajową), ale bardzo wyraźnie zahacza także o horror. Grono czytelników, w które Stephen King tutaj celuje jest więc dosyć szerokie i w sumie nie mam żadnych wątpliwości, że większość z nich będzie zadowolona ze swojego spotkania z tym utworem. Niektórym, tak jak mnie, pewnie zostanie pewien niedosyt, ale nie sądzę, żeby był on aż tak duży, żeby głęboko pożałowali oni czasu (i pieniędzy) poświęconego na lekturę najnowszej powieści Kinga. Od trylogii o Billu Hodgesie moim zdaniem „Outsider” wcale nie jest gorszy. Pewnie będą tacy, co powiedzą, że nawet dużo lepszy, ale chociaż istotnie jest utrzymany w mroczniejszym klimacie to ja nie miałam z tego aż takich korzyści, żeby z czystym sumieniem móc stwierdzić, że przebił wspomniane trzytomowe dokonanie Stephena Kinga. Kogo jak kogo, ale akurat tego pisarza stać na stworzenie nieporównanie bardziej elektryzującej atmosfery grozy. Tak wysoko zawiesił sobie poprzeczkę, że coś takiego zwyczajnie mi nie wystarcza. Ale myślę, że przeczytać i tak warto, więc mimo wszystko polecam zwłaszcza tym osobom, którym nieobce są przygody Billa Hodgesa, bo choć znajomość tej trylogii absolutną koniecznością nie jest (i bez niej da się wszystko zrozumieć) to według mnie istnieje duże prawdopodobieństwo, że to uprzyjemni obcowanie z dalszymi partiami „Outsidera”.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

„Ghostland” (2018)

Pauline Keller wraz z nastoletnimi córkami, Elizabeth i Verą, przeprowadza się do domu odziedziczonego po zmarłej ciotce. Wkrótce po dotarciu do nowego lokum, po zapadnięciu zmroku, do środka wdziera się dwóch intruzów, z którymi Pauline stacza nierówną walkę. Kilkanaście lat później Beth, autorka poczytnych horrorów, mieszka w dużym mieście ze swoim mężem i synkiem, podczas gdy jej matka i siostra zajmują ten sam dom, w którym w przeszłości całej trójce zgotowano prawdziwe piekło. Na skutek tamtych wydarzeń Vera postradała zmysły i od tego momentu pozostaje pod stałą opieką matki. Pewnego dnia siostra kontaktuje się z Beth prosząc ją o pomoc. Nie mogąc dodzwonić się do rodzicielki pisarka wyrusza do ich domostwa, gdzie okazuje się, że nie grozi im żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo. Beth ma zamiar spędzić z nimi kilka dni, pomagając matce w opiece nad Verą, której psychika jest w bardzo złym stanie. Pisarka jest przygotowana na konfrontację z traumatycznymi wspomnieniami, ale w ogóle nie spodziewa się tego, z czym już wkrótce przyjdzie jej się spotkać w murach tego domu.

Francuz Pascal Laugier, twórca między innymi „Szeptów w mroku”, „Człowieka z Cold Rock” i oczywiście „Martyrs. Skazanych na strach”, który to horror rozsławił jego nazwisko, miał kilkuletnią przerwę w reżyserowaniu pełnometrażowych obrazów. Być może niektórzy już myśleli, że Laugier zaczął już „wycofywać się ze sceny”, ale jeśli tak było to tylko do czasu aż świat obiegła wiadomość, że w 2018 roku na ekrany kin wejdzie jego najnowszy projekt: francusko-kanadyjski horror „Ghostland”. Film miał swoją premierę w lutym 2018 roku na Gerardmer Fantasy Film Festival, gdzie został uhonorowany trzema nagrodami: Grand Prize, Audience Award i SyFy Award, a w marcu jedna z aktorek biorących udział w filmie, Taylor Hickson, pozwała firmę produkcyjną za niezachowanie bezpieczeństwa na planie. Podczas kręcenia jednej ze scen szkło przecięło jej twarz – założono jej kilkadziesiąt szwów, ale blizna pozostała, która to według Hickson ma negatywny wpływ na jej karierę. Aktorka utrzymuje, że Pascal Laugier zapewniał ją, że nic jej nie grozi, że kręcenie tej, jak się okazało, feralnej sceny nie wiąże się z żadnym ryzykiem, że jest w pełni bezpieczne. W każdym razie po złożeniu pozwu przez Taylor Hickson co poniektórzy zaczęli wyrażać wątpliwości, co do szerokiej dystrybucji „Ghostland”, które to ostatecznie się nie ziściły. Film wszedł na ekrany kin w wielu krajach świata (również w Polsce), a firmuje go plakat (mowa o tym głównym), który moim skromnym zdaniem, wziąwszy pod uwagę wypadek na planie, jest zwyczajnie nieprzyzwoity.

„Ghostland”, którego to Pascal Laugier jest zarazem reżyserem i scenarzystą opowiada historię trzech kobiet, które znalazły się w nieodpowiednim miejscu, w niewłaściwym czasie. Film rozpoczyna się od ich przeprowadzki do domu odziedziczonym po zmarłej członkini ich rodziny, który odbywa się podczas nastoletniego okresu życia dwóch z nich. Beth jest nieśmiałą młodą osobą, która dużo czasu spędza na pisaniu strasznych opowieści, które stylem przypominają twórczość H.P. Lovecrafta. Jej siostra Vera uważa to za dziwactwo, sama woli spędzać czas z przyjaciółmi i chłopakami. Z Beth nie wiążą jej bliskie relacje – Vera nie szczędzi cierpkich słów pod adresem siostry, która z kolei woli w milczeniu znosić jej krytykę zamiast się postawić. Matka gorąco wspiera pisarskie ambicje Elizabeth, dziewczyna ma w niej duże oparcie, co z kolei budzi w Verze zazdrość. Już na początku „Ghostland” padają dwa doskonale znane wielbicielom horrorów nazwiska – personalia dwóch autentycznych postaci, którym ten gatunek sporo zawdzięcza. H.P. Lovecraftowi zdecydowanie więcej, ale choć bardzo bym tego chciała omawiany film nie został nakręcony w duchu prozy tego znakomitego pisarza. Scenarzysta daje nam dowody fascynacji Beth twórczością tego autora, z których to zwłaszcza jeden, pokazany pod koniec „Ghostland”, powinien przykuć uwagę miłośników Samotnika z Providence. Nie jestem tylko tak do końca przekonana, czy zareagują na ten mały eksperyment w pełni pozytywnie. Drugim znanym sympatykom horrorów nazwiskiem padającym w pierwszej partii „Ghostland” jest Rob Zombie i moim zdaniem właśnie jego styl w pewnym stopniu uwidacznia się w omawianym obrazie. Nawet gdyby jego nazwisko nie zostało wyartykułowane przez jedną z aktorek to prawdopodobnie i tak trwałabym w przekonaniu, że oglądam coś w rodzaju hołdu dla Roba Zombie, bo taka kolorystyka zdjęć i takie przedstawienie oprawców to jeden ze znaków rozpoznawczych tego artysty. No może antybohaterowie Laugiera nie są aż tak dalece groteskowi, tak przerysowani jak w „Domu 1000 trupów”, „Bękartach diabła” i „31”. Nie ma tutaj tej dawki czarnego humoru, którą można odnaleźć w wymienionych filmach Roba Zombie, ani nawet tak dużego szaleństwa, tak rozbuchanej kuriozalności. Ale w postaci rosłego fetyszysty, który mocno kojarzył mi się z Jacobem Goodnightem z „Hotelu śmierci” i „Oczu zła” (kontynuacji tego pierwszego) i partnerującego mu transwestyty i tak nie dało się nie zauważyć, moim zdaniem, zamierzonych naleciałości specyfiki pana Zombie. Z czego to najbardziej irytowały mnie żywe kolory przebijające z wielu zdjęć, wesołe barwy, które miały chyba smacznie kontrastować z ciężką tematyką filmu i podsycać wrażenie nieokiełznanego szaleństwa panoszącego się w domostwie Kellerów, ale na mnie niestety tak to nie działało. Właściwie to Pascal Laugier tylko z rzadka pozwalał mi zapomnieć o rzeczywistości, „wejść w tę opowieść całą sobą”, i to w dodatku tylko na moment. Przez większość czasu walczyłam z pragnieniem przerwania seansu, bo nie zajęło mi wiele czasu na uświadomienie sobie, że „Ghostland” akurat mnie wiele zaoferować nie może. Ani na gruncie fabularnym, ani tym bardziej na płaszczyźnie technicznej.

Cała obsada według mnie bardzo dobrze wywiązała się ze swojego zadania. I mam tutaj na myśli zarówno odtwórczynie ról Pauline (Mylene Farmer), Beth (młoda Emilia Jones, starsza Crystal Reed), Very (młoda Taylor Hickson, starsza Anastasia Phillips), napastników, których poniekąd poznajemy w prologu (Rob Archer i Kevin Power), jak i postaci pobocznych. Wyróżnić jednak muszę Anastasię Phillips, bo wydaje mi się, że miała najtrudniejsze zadanie do wykonania. Na plan wchodzi ona niedługo po zakończeniu, a raczej raptownym urwaniu wstępu mówiącego o brutalnym ataku dwóch osób podróżujących furgonetką ze słodkościami na dom, do którego dopiero co wprowadziły się nastoletnie Beth i Vera oraz ich matka Pauline. Wstęp „Ghostland” i rzeczone wydarzenia dzieli kilkanaście lat – Beth mieszka obecnie w mieście z mężem i synem i pisze dobrze sprzedające się horrory. Natomiast chora psychicznie Vera pozostaje pod opieką ich matki w tym samym domu, w którym przed laty wszystkie trzy przeżyły ogromną traumę. Po krótkim wprowadzeniu w aktualną sytuację Beth przychodzi pora na ukazanie diametralnie odmiennego losu jej siostry – młodej kobiety żyjącej w przekonaniu, że ona i bliskie jej osoby cały czas znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie, przechodzącej psychiczne i fizyczne męki w różnych pomieszczeniach domu (zwłaszcza w piwnicy), w których zwykła sama się zamykać. Brzmi intrygująco? Początkowo tak. Czułam się zaciekawiona, głównie przez to, że UWAGA SPOILER sposób, w jaki Pascal Laugier zakończył pierwszą partię filmu i niektóre kwestie Very kazały mi doszukiwać się w tym jakiegoś drugiego dna. Byłam przekonana, że już wkrótce zaserwuje mi jakiś zwrot akcji, a gdy ten w końcu nadszedł tylko w części (ale tej większej) okazał się dla mnie niespodzianką. Do tego momentu zdążyłam już dojść do przekonania, że Pauline nie przeżyła ataku intruzów pokazanego w prologu. Pomocne w dochodzeniu do tej prawdy było dla mnie też to, że taki przewrót bynajmniej nie jest żadnym novum w kinie grozy („Nawiedzony” Lewisa Gilberta na podstawie powieści Jamesa Herberta, „Szósty zmysł” M. Nighta Shyamalana, „Inni” Alejandro Amenabara). Powtarzam jednak, że dalsza części tego twista, i to ta ważniejsza, mocno mnie zaskoczyła KONIEC SPOILERA. Przedtem scenarzysta dał nam powody by przypuszczać, że w domu Pauline i Very źle się dzieje i nie dotyczy to wyłącznie choroby tej drugiej. Owszem, logiczne wydaje się założenie, że jakoś wiąże się ona z tajemniczym widmem jakie zawisło nad tym domem, ale czy owe widmo jest natury fizycznej (czy nad Verą znęca się jakiś człowiek z krwi i kości?), czy nadnaturalnej (czyżby mieszkały tutaj duchy oprawców z prologu?), to Laugier przez jakiś czas pozostawia w sferze domysłów. Zanim to wyjaśni pokrótce omówi relacje pomiędzy członkiniami rodziny Kellerów, zaserwuje nam kilka jump scenek (dotyczy to całego filmu, nie tylko tej konkretnej partii), z których to ani jedna nie wywarła na mnie pożądanego efektu, pokaże parę wędrówek po w miarę mrocznych (szkoda, że klimatowi nie nadano większego ciężaru) korytarzach leżącego na uboczu domostwa pełnego starych, zakurzonych przedmiotów i sporo gwałtownych zachowań chorej psychicznie Very. W końcu zaczęłam się niecierpliwić, wkrótce całe moje zainteresowanie tą historią dosłownie prysło. W przekonaniu, że rozszyfrowałam zagadkę zawartą w scenariuszu zaczęłam całkowicie beznamiętnie wgapiać się w te coraz bardziej rozpaczliwe próby zaniepokojenia publiki podejmowane przez twórców, którym moim zdaniem najbardziej przydałoby się więcej cierpliwości podczas sekwencji, które czy to tylko rzekomo, czy faktycznie poprzedzają jakieś bezpośrednie ataki, bo to mogłoby zaowocować jakimś napięciem, dzięki któremu na pewno lepiej wspominałabym seans „Ghostland”. A potem przyszło zaskoczenie, a zaraz po nim, wyzute z napięcia bieganiny po domu, krzyki i szamotaniny – starcia z tym wcześniej tak wyraźnie akcentowanym zagrożeniem, który wreszcie pokazał swoją prawdziwą twarz, która może i do najmniej pomysłowych nie należała, ale wszystkie wydarzenia rozgrywające się wokół tego, wielkich emocji we mnie nie wzbudziły. Od Pascala Laugiera ma się chyba prawo oczekiwać czegoś nieporównanie bardziej odważnego: UWAGA SPOILER długich zbliżeń na budzące niesmak obrażenia, sekwencji niewyobrażalnych cielesnych tortur, realistycznie się prezentujących i obficie krwawiących ran wypełniających ekran, a nie takiego szybkiego podcięcia gardła, pchnięć nożem, gdzie samych ran nie widać (jedynie plamy krwi na ubraniu) i poobijanych twarzy. Jeśli chodzi o gore to najlepsze zostawiono niestety dopiero na koniec, a i to aż prosiło się o dużo większą szczegółowość. Wyrywanie zębami skrawków ciała przeciwnika przebiegało zdecydowanie za szybko, bez stosownych zbliżeń na broczące posoką, poszarpane rany KONIEC SPOILERA.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Pascalowi Laugierowi brakowało pomysłu na rozwinięcie tej historii. Wyglądało mi to tak, jakby jego głównym celem było zaskoczenie odbiorców tym jednym zwrotem akcji, jakby przede wszystkim tym jednym zamysłem chciał się z widzami podzielić. Bo niemalże wszystko co miało miejsce przedtem i potem dla mnie było zwyczajnie miałkie. Może za wyjątkiem tego jednego, kluczowego momentu, nie znalazłam w „Ghostland” nic, co miałoby szansę na dłużej osiąść w mojej pamięci. Nie dostałam nawet żadnego wątku, który angażowałby mnie przez dłuższy czas, bo choć sama tematyka do lekkich na pewno nie należy to emocje, które Pascal Laugier i jego ekipa z tego wydobyli dla mnie były prawie żadne.

sobota, 16 czerwca 2018

S.L. Grey „Apartament”

Mieszkający w Kapsztadzie małżonkowie, Mark i Stephanie, próbują wrócić do normalnego życia po niedawnym wdarciu się do ich domu uzbrojonych mężczyzn w celu rabunkowym. Ich myśli wciąż wracają do tych przerażających chwil i choć bardzo się starają, nie czują się już bezpiecznie we własnym domu. Gdy ich znajoma poddaje im pomysł kilkudniowego zrelaksowania się poza granicami kraju, a jej aktualny chłopak zdradza jak można zminimalizować koszty, Mark wyraża zdecydowany sprzeciw. Ale Steph jest przekonana, że pobyt w Paryżu dobrze im zrobi, więc za plecami męża rejestruje się na stronie internetowej, na której ludzie z całego świata tymczasowo wymieniają się domami. Szybko kontaktuje się z nią para, która oferuje jej i Markowi swój apartament w Paryżu w zamian za ich dom w Kapsztadzie. Na tydzień, bez żadnych kosztów wynajmu. Ostatecznie Mark daje się przekonać do tego pomysłu, ale ku rozczarowaniu żony postanawia zostawić ich dwuletnią córkę Hayden pod opieką dziadków, rodziców Steph. Gdy w końcu docierają do Paryża okazuje się, że ich tymczasowe lokum, mieszkanie w starym domu, niezbyt nadaje się do mieszkania. Wygląda jakby od dawna nikt w nim nie mieszkał, a Stephanie i Mark nie mogą nawiązać kontaktu z ludźmi, którzy przedstawili im tę ofertę. Ograniczony budżet i nieodparta potrzeba spędzenia paru dni w Paryżu zmuszają ich do pozostania w tym miejscu, wbrew przestrogom kobiety mieszkającej piętro wyżej, jedynej poza nimi osoby przebywającej w tym budynku. Już wkrótce okaże się, że była to najgorsza decyzja w całym ich dotychczasowym życiu.

Sarah Lotz, autorka między innymi „Trojga” i „Dnia czwartego” oraz Louis Greenberg, urodzony w Johannesburgu pisarz, którego twórczość dotychczas nie ukazywała się w Polsce. To właśnie oni kryją się pod pseudonimem S.L. Grey, a po raz pierwszy wydany w 2016 roku „Apartament” nie jest bynajmniej jedynym „dzieckiem” tego duetu. „Under Ground”, „The Mall”, „The Ward”, „The New Girl” plus kilka opowiadań to inne efekty długoletniej współpracy tych pisarzy – współpracy, w której zwykli celować w literaturę grozy. Przetłumaczony na kilkanaście języków, dobrze przyjęty przez czytelników, z krytykami włącznie, „Apartament” to najnowsza powieść S.L. Grey i zarazem pierwsza opublikowana w Polsce. Ale liczę, że nie ostatnia.

Na tylnej okładce „Apartamentu” widnieje zdanie poczynione ręką R.L. Stine'a (tego od „Gęsiej skórki” i „Ulicy Strachu”) mówiące o tym, że „Apartament” jest połączeniem thrillera psychologicznego z horrorem. W takich sytuacjach zawsze spodziewam się doklejania tego drugiego gatunku niejako na siłę, wychodzę z założenia, że będę miała do czynienia z utworem, w którym nie odnajdę nawet rzadkich elementów horroru. I tak też było w przypadku „Apartamentu”. Nastawiłam się na thriller, a dostałem dokładnie to, co obiecał R.L. Stine. No dobrze, może nie dokładnie, bo w tym samym zdaniu użył słowa „przerażający”, a przecież podczas lektury trochę mi zabrakło do tego potężnego uczucia. Ale Sarah Lotz i Louis Greenberg zdołali wprawić mnie w duży dyskomfort, sprawić, że poczułam się nieswojo, jakbym w skórze szaleńca przemierzała niekończące się korytarze opuszczonego domostwa. To była metafora, ale po głębszym zastanowieniu można w niej odnaleźć echa opowieści zaprezentowanej na kartach tej, nie boję się użyć tego słowa, wspaniałej publikacji. S.L. Grey narratorami czyni (czynią) Marka i Steph, pozostające w związku małżeńskim, którego „owocem” jest obecnie dwuletnia Hayden, jednostki borykające się z traumą wywołaną niedawnym wtargnięciem do ich domu uzbrojonych złodziei. Rozdziały ujęte z perspektywy Marka przeplatają się z rozdziałami spisanymi z punktu widzenia Steph, dzięki czemu czytelnik ma wgląd w umysł każdego z nich. Doskonały wgląd, trzeba dodać, chociaż szczerze mówiąc nie spodziewałam się tak rozbudowanej warstwy psychologicznej po tak krótkiej książce (troszkę ponad trzysta stron dosyć dużą czcionką). Marka i Steph dzieli spora różnica wieku. Starszy mężczyzna jest wykładowcą akademickim, niedawno zmuszonym do objęcia stanowiska na uczelni, która zaoferowała mu niższe wynagrodzenie. Jego żona tymczasem zajmuje się domem i ich dwuletnią córką, Hayden, nie szukając jeszcze pracy pomimo problemów finansowych, z którymi ona i jej mąż się borykają. W swojej książce „Danse Macabre” (mojej biblii) Stephen King nazwał „Horror Amityville” w reżyserii Stuarta Rosenberga obrazem ekonomicznym i jestem przekonana, że to samo powiedziałby o „Apartamencie” S.L. Grey. Tutaj problemom finansowym głównych bohaterów poświęcono jeszcze więcej uwagi – ani na chwilę nie pozwolono odbiorcy zapomnieć, że Mark i Stephanie ledwo wiążą koniec z końcem i aż nadto oczywiste jest to, że gdyby posiadali więcej środków nie przeżyliby tego całego koszmaru, o którym mówi „Apartament”. „Jakiego koszmaru?” zapytacie. No cóż, w szczegóły zagłębiać się nie mogę, ażeby nie zepsuć komuś zabawy, ale chyba bezpieczne będzie stwierdzenie, że każdy wielbiciel zwłaszcza nastrojowego horroru będzie wiedział, że znalazł się w dobrze sobie znanym świecie – o tyle, o ile może być znany świat, w którym absolutnie wszystko może się wydarzyć. Pamiętam moment, w którym S.L. Grey udało się skruszyć moje mury obronne, mocno szarpnąć za tę zagadkową, głęboko ukrytą w każdym z nas strunę, której wprawianie w ruch gwarantuje jeśli już nie obezwładniające przerażenie to na pewno duży niepokój. Gdy Mark uderzał w drzwi do zapuszczonego mieszkania w Paryżu, a za nim po schodach wspinała się sąsiadka nabrałam przekonania, że mężczyzna wpadł w pętlę czasową, że oto stał się tym tajemniczym gościem, który jeszcze niedawno wyrwał jego i Steph z głębokiego snu. Grey nie mówi wprost, że właśnie z takim fantastycznym zjawiskiem mamy tutaj do czynienia, ale wysyła tak wyraźne sygnały, że nie można oprzeć się wrażeniu wpadania w otchłań szaleństwa. Nigdy przedtem i nigdy potem w trakcie czytania „Apartamentu” nie czułam się tak, jak w tym momencie – tak jakby mój świat zatrząsł się w posadach, jakbym nagle ni z tego, ni z owego znalazła się w samym środku najprawdziwszego koszmaru, jakbym to ja, a nie Mark i Stephanie wkroczyła do strefy mroku, z której jak przeczuwałam już się nie wydostanę. To wrażenie oczywiście szybko mnie opuściło, ale nie należy przez to rozumieć, że dalej czułam się już w pełni komfortowo. Rzeczony fragment „Apartamentu” najbardziej efektywnie zawiesił moją niewiarę, w tym momencie (tak poszukiwanym przez fanów horroru, acz rzadko przez nich odnajdowanym) najmocniej zatraciłam poczucie rzeczywistości, zapomniałam o prawdziwym świecie, ale tak naprawdę przez cały czas silnie angażowałam się w dzieje Marka i Steph.

Rzadko zwracam uwagę na okładki książek (i plakaty filmów też, skoro już o tym mowa), bo graficy nieczęsto celują w preferowany przeze mnie mroczny minimalizm. W dodatku samo to jeszcze nie wystarczy, żeby na dłużej przykuć mój wzrok. Okładka musi mieć w sobie to coś, czego wybaczcie mi, ale nie umiem ubrać w słowa, zdefiniować, bo dla mnie samej jest to wielką zagadką. Nie wiem, co kazało mi tak długo wpatrywać się w przednią stronę oprawy „Apartamentu” S. L. Grey, bo nie sądzę, żeby chodziło tutaj tylko o mroczny minimalizm. W końcu znam inne okładki książek i plakaty filmów, które można opisać tymi dwoma słowami, a które nie zaintrygowały mnie tak silnie, jak niniejsza grafika. Co więcej, okazało się, że okładka doskonale oddaje ducha tej powieści: jej podszytą ogromnym niebezpieczeństwem, wręcz zgniłą tajemniczość, do jądra której chce się dostać, pomimo dręczącego nas przekonania, że nie skończy się to dobrze dla bohaterów książki i może nawet dla nas samych. Bo istnieją tajemnice, których nigdy, pod żadnym pozorem nie należy odkrywać, które lepiej zostawić w spokoju – brzmi znajomo? Tak, każdy wielbiciel horrorów doskonale zna tę starą prawdę, a mimo to coś zawsze każe mu postępować wbrew niej, iść pod prąd, po to aby nakarmić swój organizm solidną dawką niewygodnych emocji. Oh, jak Sarah Lotz i Louis Greenberg to robią, jak przepięknie łączą walory thrillera psychologicznego z zaletami horroru, w efekcie dając czytelnikom opowieść, obok której nie można przejść obojętnie. A przynajmniej ja nie potrafiłam przyjmować tego bez żadnych emocji, oprzeć się mrocznemu zewowi, jakiejś nieubłaganej sile (nadprzyrodzonej, czy z gruntu pospolitej) , która powoli niszczyła małżeństwo mające nadzieję uporać się z niedawno przebytą traumą dzięki tygodniowemu pobytowi w Paryżu. Wielki błąd. O czym, jak podejrzewam, będzie wiedział każdy odbiorca „Apartamentu” już na etapie rzucenia tego pomysłu przez ich znajomą. A wygląd rzeczonego apartamentu, jego oblepione brudem, skąpane w ciemności wnętrze pełne starych sprzętów tylko utwierdzi ich w przekonaniu, że Mark i Steph znaleźli się w wielkim niebezpieczeństwie. Co zresztą protagonistom jasno da do zrozumienia jedyna współlokatorka tego budynku, dziwna kobieta mieszkająca piętro wyżej, która to tak samo jak tytułowe miejsce akcji, fanom horroru pewnie wyda się bardzo znajoma. Bo S.L. Grey garściami czerpie z tradycji tego gatunku, chętnie wykorzystuje znane motywy, wokół których buduje jednak wielce zajmującą i nielicho emocjonującą opowieść dodatkowo uatrakcyjnianą elementami egzystującymi w ramach thrillera psychologicznego. W efekcie dostałam naprawdę wybuchową mieszankę, która na pewno jeszcze przez długi czas będzie rozpychać się w mojej pamięci. A jak tylko zacznę zapominać to uraczę się kolejną lekturą tego utworu, a potem jeszcze kolejną, jeśli tylko starczy mi życia. Bo tak dobrego XXI-wiecznego horroru (zmieszanego z thrillerem psychologicznym) już dawno nie czytałam. I podejrzewam, że sporo czasu minie, aż natrafię na coś poziomem dorównującemu temu osiągnięciu (żeby być dobrze zrozumianą: nie piszę tutaj o spotkaniach z dziełami z minionych stuleci).

Ale jestem wściekła. Wprost rozpiera mnie taka złość na polskich wydawców, jakiej już dawno nie czułam. Bo jak można było tak długo zwlekać z wpuszczeniem na nasz rynek takiej książki, jak „Apartament” i dlaczego dotychczas nie ukazały się u nas poprzednie owoce współpracy Sarah Lotz i Louisa Greenberga, razem publikujących pod pseudonimem S.L. Grey? Może wina leży po stronie autorów i/lub ich agentów, może po prostu wcześniej nie było zgody na polski przekład. To by miało sens, to byłoby jakieś wyjaśnienie tego oburzającego mnie stanu rzeczy. Żadnego innego wytłumaczenia zaakceptować bym nie potrafiła, a poprzestania na tej jednej publikacji S.L. Grey w Polsce wolę sobie nawet nie wyobrażać. Bo takie myśli niechybnie wpędzą mnie w depresję...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu