wtorek, 31 lipca 2018

„Amerykańskie pieszczochy” (2018)

Dwudziestoczteroletni Tod i jego o dwa lata młodsza siostra Lani mieszkają ze swoją babcią Judy w jej willi w Hollywood. Ta ostatnia była kiedyś znaną aktorką, a teraz prowadzi niecieszący się dużą oglądalnością program telewizyjny. Ufa jedynie Todowi, ale to właśnie on pewnego ranka odbiera jej życie. W zbrodnię tę postanawia wrobić zatrudnionego przez nich malarza, Jacoba, który niedawno wyszedł z więzienia, a teraz sypia z jego siostrą. Ale na to potrzebuje czasu. Nie informuje więc nikogo o śmierci Judy. Wymyśla różne historyjki na usprawiedliwienie jej nieobecności i wmawia wszystkim, że jego babcia chce, aby to Lani zajęła jej miejsce w programie telewizyjnym. Jego siostra spełnia rzekomą wolę Judy, a Tod każdą wolą chwilę poświęca na sprzątanie miejsca zbrodni i podrzucanie dowodów mających wskazywać na winę Jacoba.

Thriller „Amerykańskie pieszczochy” to drugi film Roberta Logevalla – pierwszy, dramat „Wszystkie Boże dzieci tańczą”, ukazał się w 2008 roku, i nie cieszył się dużą oglądalnością. Winę za to mogła ponosić ograniczona dystrybucja i taki sam problem dotknął omawiane przedsięwzięcie Roberta Logevalla. To jest „Amerykańskie pieszczochy” póki co są rozpowszechniane na bardzo wąską skalę, bo nie można wykluczyć, że z czasem to się zmieni... Scenariusz jest dziełem Abrama Makowki, który w tej roli ma takie samo doświadczenie, jak Logevall w roli reżysera (scenariusz jednego filmu pełnometrażowego: komedii romantycznej pt. „Tug”, którą zresztą sam wyreżyserował).

Scenariusz „Amerykańskich pieszczoch” dla niektórych widzów może się okazać nazbyt... zwyczajny? Tak, to chyba dobre słowo na określenie fabuły rzeczonego obrazu. Historii, która nie obfituje w niestandardowe rozwiązania, która niczym nie zaskakuje, ani niczego szczególnie nie komplikuje. Powiedziałabym, że to film, przy którym można się odprężyć, gdyby nie jego tematyka i realizacja. Gdyby nie to silne skupienie filmowców na postaci rozpieszczonego, zepsutego dwudziestoparolatka, który pewnego ranka zabija własną babcię i gdyby nie intymna praca kamer, intensywne zdjęcia utrzymane w przygaszonych barwach, które dają poczucie obcowania z filmem trochę starszym niż ma to miejsce w istocie, a momentami można nawet zauważyć wpadanie filmowców w coś na kształt oniryzmu. Czasami można odnosić złudne wrażenie wskakiwania w jakiś tajemniczy sen, chwilowego zbaczania z głównego toru w celu przyjrzenia się fragmentom danego otoczenia ukazywanym w sugestywnych obrazach, które mogą, ale wcale nie muszą, kryć w sobie jakąś symbolikę. Odpowiadający za zdjęcia Carlo Jelavic moim zdaniem zasługuje na najwięcej pochwał, ale nie bez znaczenia jest też wkład Andrew Carrolla, człowieka, który zajął się oprawą dźwiękową dla niektórych z tych mocno angażujących mnie obrazów. Sfera wizualna tak smacznie koegzystowała z płaszczyzną muzyczną, że aż nie mogłam oderwać się od ekranu, a dzięki temu coraz bardziej wnikałam w tę niewyszukaną opowieść. W prościutką historyjkę o młodym człowieku, który jak się wydaje przypadkiem pozbawia życia swoją ukochaną babcię. Bawi się bronią palną i naciska spust akurat wtedy, gdy lufa jest skierowana w stronę Judy. Z jego reakcji można wnosić, że tego nie planował, można założyć, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że pistolet jest naładowany, ale raczej wątpię, żeby jakikolwiek długoletni fan thrillerów nie pozwalał sobie tutaj na żadne wątpliwości. Bo twórcy tego typu filmów nierzadko starają się zwodzić odbiorców. Na różne sposoby odwracać ich uwagę od prawdy, choćby nawet tym sposobem było odmalowywanie ciężkiego szoku na twarzy oprawcy w reakcji, na to, co właśnie zrobił. Tod, bardzo przekonująco wykreowany przez Rhysa Wakefielda wydaje się być autentycznie wstrząśnięty nagłą śmiercią babci – najpierw zszokowany wgapia się tylko w zwłoki Judy, a gdy już odzyskuje władzę nad ciałem udaje się do łazienki by zwymiotować. A kiedy już całkowicie wraca do siebie przystępuje do realizacji albo dopiero co wymyślonego, albo opracowanego już wcześniej planu wrobienia w tę zbrodnię malarza Jacoba. Człowieka zatrudnionego przez Toda, który jak ten drugi doskonale wie, od jakiegoś czasu sypia z jego siostrą, Lani. Scenariusz Abrama Makowki skupia się przede wszystkim na postępowaniu Toda po tym jak (czy to celowo, czy zupełnie przypadkowo) pozbawił życia swoją babcię (wiarygodna Lesley Ann Warren). A mężczyzna ma pełne ręce roboty. Jako że zastrzelił Judy w jej sypialni oczyszczenie miejsca zbrodni w tajemnicy przed innymi nie jest takie proste. Po willi kręci się kilka osób, a na stałe oprócz niego mieszka w niej jego siostra, Tod musi być więc bardzo ostrożny, ale i działać szybko. Bo przecież wszystkim zainteresowanym daje jasno do zrozumienia, że Judy ma się dobrze i ma z nią stały kontakt, czym mocno ryzykuje, bo po odnalezieniu zwłok określenie czasu zgonu Judy przez patologa może zadać kłam jego słowom. Nie wspominając już o tym, że Tod postanawia przez jakiś czas przetrzymać ciało babci w jej sypialni, wmawiając wszystkim, że kobieta odpoczywa, a on jak zwykle się nią opiekuje. Mężczyzna ryzykuje tym, że ktoś może wejść do pokoju Judy podczas jego nieobecności w domu. Albo po prostu poczuć fetor rozkładu jej zwłok...

(źródło: https://hbogo.pl/filmy)

Robert Logevall w swoich „Amerykańskich pieszczochach” stara się postawić widza na miejscu Toda. Niesympatycznego, rozpieszczonego dwudziestoparolatka, który zwykł brać sobie wszystko, czego tylko zapragnie, nie licząc się przy tym z uczuciami innych. Tod, owszem, ma marzenia, których jeszcze nie udało mu się ziścić, ale jest tak pewny siebie, że ma się wrażenie, iż młody mężczyzna nie ma żadnych wątpliwości, że prędzej czy później spełni je wszystkie. Widz zostaje zmuszony przez twórców do towarzyszenia właśnie tej charakterologicznie nieprzyjemnej postaci i to w sposób nacechowany taką intymnością, że nawet gdyby bardzo się tego chciało nie można się do niej nie zbliżyć. Ale nie należy rozumieć tego, jako nawiązania nici sympatii z Todem, ani tym bardziej spodziewać się silnego utożsamienia się z rzeczonym młodym mężczyzną, bo choć odnosiłam wrażenie, że Logevall stara się skłonić widza do wejścia w jego skórę, to na mnie niestety tak to nie działało. Niestety, bo postawienie się w pozycji Toda wprawiłoby mnie w duży dyskomfort psychiczny, stopienie się z tak zdemoralizowanym osobnikiem gwarantowałoby niewygodne emocje, których to od thrillerów jak najbardziej oczekuję. Ale niemożność wejścia w skórę Toda w moim oczach nie przekreśliła całego tego obrazu. Byłam pod tak dużym urokiem „Amerykańskich pieszczochów”, że zdołałam twórcom wybaczyć tę niedogodność, co było o tyle łatwiejsze, że miałam z kim sympatyzować, komu dopingować, a przez to trwać w jako takim napięciu. Rodziła je obawa o los Jacoba (zadowalający Nathan Keyes), byłego więźnia, którego to Tod starał się wrobić w zabójstwo Judy. Innym ciągle towarzyszącym mi uczuciem była niepewność odnośnie roli, jaką w całej tej sprawie odgrywa Lani (przekonująca Fabienne Therese). Nie ufałam jej. Podejrzewałam, że młoda kobieta w coś gra, że jest nie mniej zepsuta niż jej brat i że tak jak on ukrywa coś przed światem. Czy podzieliła się swoim brudnym sekretem z Todem? A może z Jacobem? Albo co równie prawdopodobne obmyśliła swój własny plan, którego ofiarą ma paść któryś z nich bądź obaj. Właśnie takie myśli nieprzerwanie krążyły w mojej głowie, ale równie zajmujące były wydarzenia rozgrywające się wokół Toda. Nastręczające coraz to większych trudności starania mężczyzny w kierunku ukrycia przed ludźmi śmierci Judy i dające przebłyski nadziei na demaskację winowajcy podejrzenia Jacoba względem tego rozpieszczonego wnuka niegdysiejszej gwiazdy filmowej (na wyróżnienie zasługuje tutaj też milczący świadek niektórych poczynań Toda w postaci kota). Ale zakończenie „Amerykańskich pieszczoch” przyniosło mi już duże rozczarowanie. Według mnie to zdecydowanie największy mankament tej produkcji – dużo poważniejszy od niemożności wchodzenia w skórę, albo chociaż sympatyzowania z czołową postacią omawianego obrazu.

Polecam wielbicielom minimalistycznych thrillerów, których akcja rozwija się bardzo powoli, ale z całą pewnością nie beznamiętnie. „Amerykańskie pieszczochy” Roberta Logevalla to obraz bardzo intymny, oddziałujący na zmysły widza, w miarę mocno trzymający w napięciu i bez reszty wciągający, pomimo zwyczajności wyłuszczanej tutaj opowieści. Dla mnie, ale obawiam się, że większość odbiorców tej produkcji oceni ją zgoła odwrotnie. Będzie bardziej krytyczna w swoich osądach, bo z całą pewnością nie jest to thriller skierowany do szerokiej grupy widzów. To kameralny obraz, który choć niepozbawiony wad, ma szansę spodobać się przede wszystkim tym, którzy odnajdują przyjemność w nieśpiesznym zatapianiu się w daną historię, którzy nie oczekują widowiskowych efektów specjalnych, skomplikowanych, zaskakujących fabuł, ani oryginalnych motywów. Tak, myślę, że osoby z takimi preferencjami filmowymi mogą spokojnie zaryzykować seans „Amerykańskich pieszczoch”. W przeciwieństwie do miłośników wyłącznie kina głównego nurtu.

niedziela, 29 lipca 2018

„Rysa na ścianie” (2018)

Argentyna. Do firmy budowlanej Borla y Asociados przybywa młoda kobieta Leonor szukająca niejakiego Nelsona Jary. Wywołuje tym spore zaniepokojenie u szefa i dwóch jego pracowników. Jednym z nich jest architekt Pablo Simó, który przed kilkoma laty z rozkazu swojego przełożonego zajmował się sprawą Nelsona Jary. Mężczyzna żądał od firmy pieniężnego zadośćuczynienia za pęknięcie jednej ze ścian jego mieszkania. Utrzymywał, że powstało ono w wyniku nieprzepisowego działania Borla y Asociados na terenie budowy nieopodal domu, w którym Jara miał mieszkanie. Nelson poinformował Simó, że ujawni zgromadzone przez siebie dowody winy firmy, w której ten drugi pracuje, jeśli nie otrzyma żądanej kwoty pieniężnej. Zadaniem Pabla było zwodzenie nieprzejednanego szantażysty do czasu położenia fundamentów pod nieruchomość wznoszoną przez Borla y Asociados. Simó nie może jednak zaznajomić z tą sprawą Leonor. On i pozostałe wtajemniczone w to osoby wiedzą, że najlepszym wyjściem z tej sytuacji będzie utrzymywanie w tajemnicy związków Jary z firmą.

„Rysa na ścianie” to argentyńsko-hiszpański thriller Nicolasa Gila Lavedry, scenariusz którego spisał on wespół z Emiliano Torresem, na podstawie powieści Claudii Pineiro. Pisarka wspomagała filmowców w pracach nad tą produkcją – Lavedra korzystał z jej rad i cenił sobie tę współpracę na równi ze współpracą z Emiliano Torresem. W Argentynie „Rysa na ścianie” trafiła na wielkie ekrany w styczniu 2018 roku i przyciągnęła takie tłumy, że znalazła się w pierwszej dziesiątce najczęściej oglądanych w tamtejszych kinach filmów. I na tej pozycji utrzymywała się przez dwa tygodnie.

Nicolas Gil Lavedra „Rysę na ścianie” porównał do cebuli. Mówił, że najlepiej widzi się tutaj jedną warstwę, ale w rzeczywistości istnieje wiele innych, które popychają akcję w różnych przyciągających uwagę publiki kierunkach. Levedra definiuje ten film jako kino suspensu, w czym zresztą duża część jego odbiorców mu wtóruje, ale pamiętając, że celem tego chwytu jest wzmożenie napięcia i/lub zaskoczenia widza jakoś nie potrafię rozpatrywać „Rysy na ścianie” w tych kategoriach. Jeśli to ma być suspens to wychodzi na to, że Alfred Hitchcock nie miał o nim bladego pojęcia. Bo najwidoczniej w rozumieniu Levedry suspens równa się bezlitosna przewidywalność i zadowalanie się nieśmiałymi zalążkami napięcia (jedynie przebłyskami). Historię tę rozpoczęto tak jak oczekuje się tego od kina suspensu, a mianowicie w początkowych partiach produkcji ujawniono na tyle dużo faktów, żeby widz mógł bez większych trudności ułożyć sobie wiarygodną teorię. I w moim odbiorze właśnie tutaj swoje korzenie znalazł największy zgrzyt „Rysy na ścianie”, bo jeśli chodzi o główny wątek scenariusza to okazało się, że nie rozminęłam się z prawdą (chodzi o sens, nie szczegółowy przebieg), a i wszystkie pomniejsze „rewelacje” z łatwością rozszyfrowywałam z biegiem trwania tego filmu. A ja naprawdę nie jestem mistrzem dedukcji, nie trzeba się zbyt mocno starać, żeby mnie oszukać, dlatego podejrzewam, że nie znajdzie się wielu odbiorców „Rysy na ścianie” przyznających rzeczonej produkcji nieprzewidywalność. Odsuwając jednak na bok te potworne oczywistości (choć nie jest to łatwe) muszę oddać Nicolasowi Gilowi Lavedrze i jego ekipie (albo autorce literackiego pierwowzoru, bo jako że książki nie czytałam, nie wiem ile z niej wyrwano) ciekawe przedstawienie postaci. Przede wszystkim Pabla Simó, Nelsona Jary i Leonor, moim zdaniem bardzo dobrze wykreowanych przez odpowiednio Joaquina Furriela, Oscara Martineza i Sarę Salamo. Moment ujawnienia przez kobietę celu jej wizyty w firmie budowlanej, w której pracuje główny bohater „Rysy na ścianie”, Pablo Simó, natchnął mnie podejrzeniem, że mam tutaj do czynienia z kimś na kształt femme fatale. Z tajemniczą nieznajomą, która z czasem doprowadzi do upadku przynajmniej czołowej postaci filmu. Bo nie należy zapominać, że nie tylko on jest zamieszany w sprawę Nelsona Jary. Tylko czy Leonor można rozpatrywać w kategoriach czarnego charakteru. Czy mamy tutaj do czynienia z istną diablicą rozciągającą sieć wokół przede wszystkim niezasługującego na to Pabla, czy raczej z karzącą ręką sprawiedliwości? Na to pytanie łatwo udzielić sobie odpowiedzi na długo przed odkryciem „wielkiej tajemnicy” przez samych twórców, bo jak już wspomniałam nie trzeba się natrudzić, żeby rozwikłać tę zagadkę przed czasem. Pablo Simó to postać, na którą niemalże od początku patrzyłam pod dwoma kątami. Z jednej strony miałam powody by przypuszczać, że nie należy mu ufać, że należy wypatrywać w nim jakiegoś zagrożenia dla innych. Ale nie mogłam odrzucić możliwości, że może on być ofiarą, człowiekiem uwikłanym w coś, na co nie miał żadnego wpływu. W coś złego i związanego z Nelsonem Jarą. W „Rysie na ścianie” bez uprzedzania widzów przeplatają się dwa okresy czasowe: teraźniejszość i przeszłość. Nie działa to dezorientująco – nieinformowanie widzów o cofaniu akcji o kilka lat nie wprowadza zamieszania. Film nakręcono w taki sposób, że płynnie wchodzi się z retrospekcji w teraźniejszość i na odwrót, przy czym przez lwią część seansu to te dawniejsze dzieje wiodą prym. Poświęca się im więcej uwagi, a i sam ich przebieg według mnie jest dużo ciekawszy od tego prezentowanego w umownej teraźniejszości. Choć przewidywalny.

Nelson Jara przed kilkoma laty wkroczył w życie architekta Pabla Simó za sprawą pęknięcia jednej ze ścian jego mieszkania. Szantażował firmę, w której główny bohater od dawna pracuje, ale jako że to Pablo z rozkazu szefa miał zwodzić upartego Jarę, to właśnie on był przezeń prześladowany. Nelson skoncentrował się właśnie na nim – to jego śledził, jego informował o swoich zamiarach względem firmy, jemu dawał do zrozumienia, że nie może czuć się bezpiecznie, tak samo jak i jego rodzina: żona, której nie kocha i nastoletnia córka, do której jest bardzo przywiązany. Mamy więc stalkera, starającego się pozyskać zadośćuczynienie w postaci grubej gotówki i wszystko wskazuje na to, że jest gotowy zrobić absolutnie wszystko, by osiągnąć swój cel. Mamy człowieka, w którym z czasem rodzi się istna obsesja na punkcie głównego bohatera, który z kolei wydaje się być pionkiem w rękach bogatego skąpca, szefa firmy budowlanej, w której Pablo pracuje. Człowiekiem zajmującym niską pozycję w hierarchii służbowej bezlitośnie wykorzystywanym przez swojego przełożonego. Nelson próbuje mu wytłumaczyć, że jest on taką samą ofiarą korporacyjnych okrutników jak on, że stoją po tej samej stronie barykady, ale główny bohater „Rysy na ścianie” nie chce bądź nie potrafi wyrwać się spod zgubnego wpływu swojego szefa. Jest sfrustrowany, rozczarowany, niezadowolony z tego, co dotychczas osiągnął na polu zawodowym i te emocje w nim narastają, ale nie ma w sobie na tyle siły, żeby się postawić. Znajduje się więc między młotem a kowadłem, jest naciskany z dwóch stron i wygląda to tak, jakby nie istniało dobre wyjście z tej sytuacji. Z sytuacji, która naturalną koleją rzeczy rodziła napięcie, wprowadzała przeczucie nieuchronności tragedii, zwiastun nieporównanie poważniejszych kłopotów Pabla Simó. Ale na tym wprowadzeniu napięcia moim zdaniem się skończyło. Ku mojemu rozczarowaniu ilekroć już, już nabierałam pewności, że realizatorzy rozpoczynają proces podnoszenia napięcia, że przez najbliższe minuty będą nieśpiesznie je potęgowali, raptem następował skręt w sferę obyczajową bądź miłosną i bynajmniej nie odbywało się to na zasadzie chwilowego zawieszenia emocji za pośrednictwem tych nudnawych scenek, bo kiedy wreszcie powracano na ten dużo bardziej interesujący mnie tor po wcześniejszym lekkim napięciu nie było już śladu. Innymi słowy, te wtręty zabijały wszelkie napięcie – w moim przypadku nie było tak, że podczas rzeczonych, nazwijmy je, przerywników wprowadzone przed nimi emocje były podtrzymywane. A przez to, wkraczałam w przedłużenia tych ważniejszych wydarzeń bez należytego emocjonalnego przygotowania, co w połączeniu z przewidywalnością skutkowało prawie beznamiętnym przyjmowaniem przeze mnie ich dalszego przebiegu. 
 
W mojej całkowicie subiektywnej ocenie „Rysa na ścianie” Nicolasa Gila Lavedry nie dobija nawet do średniej. Nie mogę nazwać go nawet przeciętniakiem, bo od thrillera oczekuję przede wszystkim napięcia, a tego boleśnie mi brakowało. Przydałby się też jakiś zaskakujący zwrot akcji i mroczniejsza atmosfera, bo choć istotnie znalazło się tutaj trochę ciemnych zdjęć to niewiele z nich wynikało, nie biła z nich taka wrogość, jaka mogłabym mnie zadowolić. Ale za to postacie według mnie zostały dobrze zbudowane (ze szczególnym wskazaniem na trzy osoby) – na tyle dobrze, żeby chciało mi się obejrzeć ten film do końca, pomimo towarzyszącego mi przekonania, że wiem, do czego to wszystko zmierza. I miałam rację, chociaż tak bardzo pragnęłam się mylić...

sobota, 28 lipca 2018

Zapowiedź: „Będziesz męczennikiem”

MARILYN MANSON jako diaboliczny zabójca w polskim zwiastunie "BĘDZIESZ MĘCZENNIKIEM".
Polska premiera mrocznego kryminału 3 sierpnia na VOD

Marilyn Manson kradnie każdą scenę.
Film Inquiry
 
Jeden z najważniejszych i najoryginalniejszych filmów zemsty ostatnich lat.
The Terror Time
 
„Będziesz męczennikiem” („Let Me Make You A Martyr”) – oficjalny polski zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=9CZoaOYmIoE&t=2s
 
Kontrowersyjny muzyk rockowy MARILYN MANSON jako diaboliczny płatny zabójca w osadzonym na amerykańskim południu niepokojącym kryminale o konsekwencjach przemocy, zdradzie i trudnych wyborach, przed jakimi staje człowiek w obliczu strachu, pożądania i nienawiści. W pozostałych występują również: znany z serialu SYNOWIE ANARCHII Mark Boone Junior oraz popularny raper i aktor m.in. MIASTA ZŁODZIEI - Slaine.
Drew Glass (Niko Nicotera) po wielu latach nieobecności wraca w rodzinne strony. Jego drogi krzyżują się z okrutnym i gwałtownym adoptowanym ojcem, miejscowym bossem Larrym Glassem (Mark Boone Junior) oraz June Glass - adoptowaną siostrą, z którą łączy go głębsze uczucie. Pragnąc uciec spod wpływów przemocowego ojca i skomplikowanej przeszłości, opracowują plan pozbycia się Larry’ego. Na ich nieszczęście Larry odkrywa zamiary podopiecznych i w odpowiedzi nasyła na nich diabolicznego płatnego zabójcę, Pope’a (Marilyn Manson).

Kadry z filmu:
 
„Będziesz męczennikiem” ©️ dystr. Kino Świat 2018

Premiera VOD: 3 sierpnia 2018
Gatunek: kryminał, thriller
Produkcja: USA 2016
Scenariusz i reżyseria: Corey Asraf, John Swab
Obsada: Marilyn Manson („Synowie Anarchii”, „Złe gliny”), Mark Boone Junior („Memento”, „Batman – Początek”, „30 dni mroku”), Sam Quartin („Run With the Hunted”), Niko Nicotera (“Noc oczyszczenia: Anarchia”, “Gotham”), Michael Potts („Detektyw”, „Prawo ulicy”), Slaine („Miasto złodziei”, „Gdzie jesteś, Amando?”, „Zabić, jak to łatwo powiedzieć”), William Lee Scott („Efekt motyla”, „Pearl Harbor”), Michael Shamus Wiles („Podziemny krąg”, „Breaking Bad”, „Zagubiona autostrada”)

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

piątek, 27 lipca 2018

„14 Cameras” (2018)

Czteroosobowa rodzina wynajmuje tani, acz dobrze się prezentujący dom z basenem, w którym zamierzają spędzić letnie wakacje. Nastoletnia córka Molly zabiera swoją przyjaciółkę Danielle, ale jej młodszy brat Kyle nie dostaje pozwolenia od rodziców na zaproszenie któregoś ze swoich kolegów. Żadne z nich nie wie, że wewnątrz i w okolicy domu właściciel zainstalował kamery, nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że nieruchomość ta należy do mężczyzny. Szpetnego Geralda, który od lat podgląda ludzi w ten sposób, co gorsza udostępniając swoje materiały w czasie rzeczywistym internautom i nie zawaha się skrzywdzić każdego, kto odkryje ten proceder. Pod nieobecność najemców Gerald zwykł przechadzać się po domach, czerpiąc przyjemność z korzystania z cudzych rzeczy, a całą tę niechlubną działalność utrzymuje w tajemnicy także przed chłopcem, z którym mieszka.

W 2015 roku odbył się premierowy pokaz debiutanckiego filmu Victora Zarcoffa, thrillera „13 Cameras” znanego też pod tytułem „Slumlord”. Film został dobrze przyjęty przez krytyków, ale nie znalazł wielu zwolenników wśród pozostałych odbiorców. Ale to nie ostudziło zapału Zarcroffa, bo wkrótce przystąpił do pisania scenariusza kontynuacji „13 Cameras”. Tym razem na krzesłach reżyserskich zasiedli niedoświadczeni Seth Fuller (wcześniej wyreżyserował tylko dwa shorty) i Scott Hussion, a do obsady dołączyła osoba związana z pierwszą częścią tego, moim zdaniem, godnego uwagi projektu.

Rzadko spotykane zjawisko, ale po obejrzeniu „14 Cameras” doszłam do wniosku, że film ten niczym nie ustępuje pierwszej odsłonie historii obleśnego Geralda. Przepraszam za to Neville'a Archambaulta, wcielającego się w tę postać, zresztą po raz kolejny w doskonałym stylu, chociaż pewnie nie ma takiej potrzeby, bo bez wątpienia właśnie taki efekt aktor chciał osiągnąć. Tak jak miało to miejsce w „13 Cameras” wojerysta Gerald budził we mnie spory niesmak i to nie tylko za sprawą swojej odrażającej działalności, bo i jego wygląd zewnętrzny, samo patrzenie na niego wprawiało mnie w niemały dyskomfort psychiczny. Właściwie to nie miałabym większych trudności z dotrwaniem do planszy końcowej nawet, gdyby fabuła nie miała mi wiele do zaoferowania, bo według mnie postać antagonisty mogłaby z powodzeniem dźwigać na swoich barkach cały ten projekt. Taki to fenomen. A wziąwszy pod uwagę fakt, że XXI-wieczna kinematografia grozy nie obfituje w pamiętne czarne charaktery uznaję to za tym większe osiągnięcie i myślę, że w przyszłości postać Geralda będzie figurowała w wielu rankingach najlepszych zwyrodnialców wydanych przez filmowe thrillery i horrory z bieżącego wieku. Ale nie chciałabym żeby ktoś z moich wcześniejszych słów wysnuł wniosek, że scenariusz „14 Cameras” poza znakomitym antagonistą nie daje wielbicielowi kina grozy nic godnego uwagi, bo w moje ocenie (która jednak wcale nie musi pokrywać się ze zdaniem innych fanów tego typu obrazów) Victor Zarcoff po raz kolejny skonstruował prostą, acz zajmującą historię, którą ekipa techniczna przełożyła na ekran przy zachowaniu ducha części pierwszej. Czyli znowu brakowało silnego zagęszczenia ciemności, a i napięcie podczas samotnych wędrówek Geralda po jego domach powinno się jeszcze podkręcić, niemniej beznamiętnie na pewno tego nie śledziłam. Takie nagromadzenie niewygodnych emocji wystarczyło mi do osiągnięcia satysfakcji, aczkolwiek pełną bym ją nie nazwała. Nie towarzyszyło mi aż tak silne napięcie, żeby brakowało mi tchu, ani obezwładniające uczucie klaustrofobii, ani nawet wrażenie przygniatania rozszalałym mrokiem, w którym czai się mocno zaburzony intruz. Ale to nic. Ważne, że nie czułam się komfortowo patrząc na poczynania szpetnego mężczyzny i że przez cały czas miałam świadomość ogromnego zagrożenia, akcentowanego nie tylko scenami z udziałem Geralda, bo i pozostałe zdjęcia nie dawały mi zapomnieć o tym, że życie protagonistów cały czas wisi na włosku. Tę pewność dawały mi już sekwencje nakręcone w tradycyjny sposób, ale ujęcia z kamer zainstalowanych przez Geralda (bo tak, jak w „13 Cameras” spotykają się tutaj te dwie techniki filmowania) rzeczoną atmosferę nieustannego zagrożenia znacznie potęgowały. Dominującym uczuciem w moim przypadku była jednak odraza, niesmak na sam widok antybohatera, wzmagany jego działalnością. Victor Zarcoff w swoim scenariuszu powtórzył scenkę ze szczoteczką do zębów i tak jak w „13 Cameras” doprowadziła mnie ona do mdłości. Ale tylko ten jeden raz zebrało mi się na wymioty – pozostałe niemiłe dla oka czyny Geralda nie budziły już we mnie aż takiej odrazy, żeby zbierało mi się na wymioty, ale i tak ją czułam. Fakt, że ze wszystkich odrażających poczynań antybohatera wyróżniam akurat tę sekwencję, która nie jest niczym nowym, która została już wykorzystana w poprzednim filmie o Geraldzie, na pewno nie dodaje sequelowi splendoru, bo bez wątpienia świadczy to o braku pomysłu, wskazuje na to, że twórcy „14 Cameras” nie potrafili wymyślić czegoś innego, co budziłoby w widzach (a przynajmniej we mnie) taki niesmak, jak pamiętna scenka ze szczoteczką do zębów.

(źródło: https://www.thesantafevip.com/)

Ale mieli pomysł na rozbudowanie dziejów Geralda. Nic oryginalnego, nic co mocno komplikowałoby tę opowieść, tym samym zabierając wieloletnim miłośnikom kina grozy przyjemność obcowania z filmem stworzonym przez ludzi świadomych tego, że prostota (niegdyś tak hołubiona przez twórców thrillerów i horrorów, a obecnie niestety stanowczo niedoceniana) w tego rodzaju filmach jest jak najbardziej wskazana. Na ogół dużo bardziej efektywna od gmatwania. W „14 Cameras” Gerald dzieli się z innymi. Na żywo udostępnia swoje materiały internautom – transmisja z letniego pobytu czteroosobowej rodziny i przyjaciółki nastoletniej dziewczyny wchodzącej w jej skład, jest online i nie ma się żadnych wątpliwości, że inne osoby wynajmujące domy Geralda również byli w ten sposób obdzierani ze swojej prywatności. Może i wielu dzisiejszych widzów to nie wzruszy, bo w końcu panuje teraz kompletnie niezrozumiała dla mnie moda na dobrowolne zrzekanie się prywatności, na wrzucanie do Sieci wszelkich szczegółów ze swojego życia, ale mnie to przeraża. Dlatego patrzenie na ten odłam przestępczej działalności Geralda wprawiało mnie w dyskomfort nie mniejszy od tego, jaki odczuwałam na widok jego brudnych dłoni trzymających rzeczy należące do niczego nieświadomych najemców jego domu. Obok tak brutalnego gwałcenia czyjejś prywatności całkowicie obojętnie przechodzić nie umiem i głównie dlatego „14 Cameras”, tak samo zresztą jak część pierwsza, w miarę silnie na mnie oddziałuje, pomimo, że tak to nazwę, zwyczajności tego obrazu. Bo poza antybohaterem tak naprawdę niczym się nie wyróżnia, nie grzeszy innowacyjnością, nie znajdziemy tutaj mnóstwa zapadających w pamięć, mrożących krew w żyłach, ani nawet skrajnie odrażających (wywołujących autentyczne mdłości) scen, nie poczujemy takiego napięcia, ani nie zobaczymy tak sugestywnego mroku, że zwątpimy w to, czy nasze serce to wytrzyma. A więc tak, według mnie „14 Cameras” nie jest thrillerem nadzwyczajnym w tym sensie, ale że jest to obraz ponadprzeciętny nie mam żadnych wątpliwości. W końcu w przeciwieństwie do zdecydowanej większości współczesnych filmowych dreszczowców dał mi sporo emocji, a i z zaangażowaniem się w tę opowieść nie miałam większych problemów. Przy czym na miejscu twórców więcej uwagi poświęciłabym pięciu osobom właśnie wynajmującym jeden z domów Geralda, bo to jeszcze bardziej by mnie do nich przybliżyło, ale nie kosztem scen z udziałem antagonisty, mieszkającego z nim chłopca i pewnych innych postaci, których udział znacznie wzbogacił tę opowieść (tak, mamy tutaj skakanie pomiędzy postaciami, ale nie działa to rozpraszająco, a przynajmniej na mnie się tak nie odbijało). Myślę, że powinno się po prostu wydłużyć ten film, dodać parę scenek skoncentrowanych na nowych najemcach jednej z nieruchomości Geralda.

Uważam, że niedoświadczeni w reżyserii filmów pełnometrażowych Seth Fuller i Scott Hussion nie mają się czego wstydzić. Sequel thrillera „13 Cameras” moim zdaniem wcale nie jest gorszy od swojego poprzednika, według mnie jakość jedynki została zachowana. Co oczywiście ma też swoje złe strony, bo akurat klimat należałoby zagęścić, ale jako że pierwsza odsłona pozytywnie mnie zaskoczyła cieszę się, że kontynuacja sięgnęła, poprzeczki, którą tamta zawiesiła. Nie aż tak wysoko, żebym wpadła w czysty zachwyt, ale do osiągnięcia zadowolenia tyle mi wystarczyło. Więc tak, uważam tę kontynuację za udaną i to zarówno na zasadzie porównania z pierwszą odsłoną, jak i w zestawieniu z innymi znanymi mi filmowymi thrillerami z ostatnich lat. Polecam jednak tylko tym, którzy mają dobre zdanie o „13 Cameras”, a osobom niezaznajomionym z tamtą produkcją radzę najpierw nadrobić zaległości, bo choć nie sądzę, żeby oglądanie dwójki bez znajomości jedynki mocno utrudniało, czy wręcz uniemożliwiało im rozeznanie się w tej opowieści (za wyjątkiem jednego wątku) to jednak wydaje mi się, że zachowanie kolejności może zaowocować pełniejszym przeżywaniem tej historii.

czwartek, 26 lipca 2018

„Polowanie na czarownice” (2002)

Rok 1691, wioska Salem w kolonii Massachusetts. Jeden z członków rady wioski, Thomas Putnam traci stodołę w pożarze. Tej samej nocy jego żona Ann wydaje na świat martwe dziecko, a mężczyzna nabiera przekonania, że za te i inne nieszczęścia nawiedzające Salem winę ponosi sam Diabeł. Miejscowy pastor Samuel Parris także skłania się ku tej teorii, ale większa część prominentnych członków społeczności pozostaje sceptyczna. Ich nastawienie jednak już wkrótce się zmienia. Za sprawą grupy złożonej z małoletnich dziewcząt, z jedną z córek Putnama, Annie, na czele. Ataki, których doznają dorośli tłumaczą opętaniem, a gdy dziewczęta zaczynają oskarżać niektórych mieszkańców Salem o współpracowanie z Szatanem niemalże cała tutejsza społeczność daje im wiarę. Osoby posądzane przez nie o czarnoksięstwo są wtrącane do lochów, gdzie mają oczekiwać na procesy sądowe. Mają szansę ocalić albo przynajmniej przedłużyć swoje życie przyznając się do działalności na rzecz Diabła. Ale jeśli tego nie uczynią zostaną skazani na śmierć przez powieszenie.

Jedno z najsłynniejszych (jeśli nie najsłynniejsze) polowań na rzekome czarownice w historii świata. W 1692 i 1693 roku w Salem dwadzieścia osób zostało powieszonych, a pięć w tym dwoje niemowląt zmarło w więzieniu i to wszystko przez grupkę małoletnich dziewcząt, którym bogobojni purytanie, wówczas tworzący tamtejszą społeczność, bezgranicznie wierzyli. Ta wielokrotnie i pod różnymi kątami analizowana przez historyków sprawa inspirowała wielu artystów – filmowców, pisarzy, muzyków – a jednym z najbardziej znanych dzieł powstałych w oparciu o tę historię jest moim zdaniem doskonały obraz Nicholasa Hytnera z 1996 roku pt. „Czarownice z Salem”. Nieżyjący już reżyser, który za życia realizował się głównie w telewizji, Joseph Sargent (m.in. „Szczęki 4 – Zemsta” i „Koszmary” z 1983 roku) również podjął się zadania wyreżyserowania produkcji zainspirowanej niesławnymi wydarzeniami z Salem z XVII wieku mając do dyspozycji scenariusz Marii Nation. Jego „Polowanie na czarownice” weszło na małe ekrany w 2002 roku w dwóch częściach (każda z nich liczy sobie trochę ponad półtorej godziny) i najczęściej jest klasyfikowane jako dramat, ale według mnie porusza się także w ramach thrillera, miejscami nawet zahaczając o horror.

Wyróżniony dwiema nominacjami do Złotej Szpuli (za efekty i imitacje dźwiękowe oraz za montaż dźwięku w dialogach i technice ADR) długi film, czy jak kto woli miniserial Josepha Sargenta w mojej ocenie nie może się równać z „Czarownicami z Salem” Nicholasa Hytnera. Bo i ciężko byłoby doścignąć tamto dziełko, film z pamiętną kreacją Winony Ryder, w którym to osobiście żadnych minusów nie dostrzegam. Produkcję, którą oglądałam tyle razy, że już dawno straciłam rachubę. „Polowanie na czarownice” według mnie takim bezbłędnym obrazem nie jest, ale pocieszenie czerpię z faktu, że znalazłam w nim więcej superlatywów niźli negatywów. Na kartach scenariusza Marii Nation znalazło się zdecydowanie więcej szczegółów i prawdy historycznej na temat procesów tak zwanych czarownic z Salem i całej ich otoczki (obraz ówczesnej społeczności tego miejsca, nieszczęścia do jakich wówczas dochodziło, kontekst polityczny i religijny etc.) niż to miało miejsce w przypadku wzmiankowanych już „Czarownic z Salem”. Ale oglądając to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wielu wątkom brakuje wyrazistości. Taka mnogość szczegółów, która jednak nie rozciągała się na postacie tak dalece, jak bym tego chciała, sprawiała, że fabuła nierzadko ulegała zmętnieniu. W dodatku chwilami miałam wrażenie, że twórcy zatracili proporcje, że zanadto zagłębiają się w rzeczy mniej istotne, a momentami (tylko czasami) nazbyt powierzchownie traktują wątki najważniejsze. I, być może z pragnienia zachowania jak największego obiektywizmu, są zwyczajnie niekonsekwentni. Bo z jednej z strony dają widzom jasno do zrozumienia, że Annie Putnam (dobra kreacja Katie Boland), dziewczynka stojąca na czele grupki dziewcząt oskarżających innych o praktykowanie czarnoksięstwa, symuluje ataki, które to według większości dorosłych mieszkańców Salem są powodowane przez czarownice i czarowników, ale z drugiej strony widz cały czas ma w pamięci obrazy pokazane na początku „Polowania na czarownice”, które zostały ujęte z perspektywy tej oto dziewczynki. To że Annie Putnam oskarża o zmowę z Diabłem jedynie te osoby, które w jakiś sposób naraziły się jej samej albo jej rodzicom świadczy na korzyść tej pierwszej teorii (chyba że ktoś jest w stanie uwierzyć w tak duże zbiegi okoliczności), ale wizje, jakich doświadcza w kościele, niepotrzebnie (bo nie wypada to przekonująco) wspomagane komputerem widoki dręczących ją czarownic mogą wskazywać na to, że dziewczynka nie kłamie, że rzeczywiście demaskuje ludzi, których wzięły we władanie diabelskie moce. Albo ma halucynacje. W przypadku pozostałych członkiń tej niesławnej grupy, innych dziewcząt z Salem oskarżających swoich sąsiadów o zaprzedanie duszy Diabłu sprawa wydawała mi się dużo jaśniejsza. To znaczy tutaj nie miałam problemów z rozeznaniem się w spojrzeniu twórców filmu. A przynajmniej wydaje mi się (bo mogę się przecież mylić), że według filmowców pozostałe oskarżycielki padły ofiarami histerii, którą czasami na pewno symulowały (pierwsze spotkanie zastępcy gubernatora z dwiema córkami wielebnego Samuela Parrisa). Chociaż można też spokojnie założyć, że udawały przez cały czas, w przeciwieństwie do wielu innych mieszkańców Salem. I nie chodzi mi tutaj tylko o przypadek Ann Putnam (przyzwoicie wykreowanej przez Kirstie Alley), ale także o mniej gwałtowny, acz równie niepokojący przebieg szaleństwa ogarniającego tę purytańską społeczność (jest tutaj też jedna poganka, ale akurat jej ta błyskawicznie rozszerzająca się histeria nie ogarnie).

„Polowanie na czarownice” Josepha Sargenta cechuje się częstym skakaniem pomiędzy postaciami, zarówno pierwszo jak i drugoplanowymi. Najwięcej miejsca poświęcono jednak paru członkom od wielu lat konkurujących ze sobą rodzin Putnamów i Porterów oraz rodzinie Parrisów, złożonej z pastora, jego żony (bardzo wiarygodni Henry Czerny i Rebecca De Mornay) i dwóch małych córek, które to tak samo jak dwie córki Putnamów mają ataki rzekomo wywoływane przez czarownice i czarowników z Salem. Odnosiłam jednak wrażenie, że czas jaki dano tym postaciom nie przekładał się na jakość ich rysów psychologicznych i wzajemnych relacji. Innymi słowy, choć często mogłam ich oglądać to przez większość czasu miałam poczucie obcowania jedynie z zarysami tych postaci, z rozmazującymi się konturami, a nie pełnokrwistymi, żywymi osobami, które miałabym wrażenie, że bardzo dobrze znam. Później to się znacznie poprawiło, zwłaszcza w przypadku Ann Putnam, aczkolwiek nawet tutaj miałam pewien niedosyt, bo nawet wtedy twórcy nie zdecydowali się poddać dokładnej analizie jej relacji z Annie Putnam. Zaledwie liznęli ten temat, potraktowali te ich codzienne stosunki tak pobieżnie, że trudno było mi uwierzyć nawet w to, że łączą ich jakieś więzy krwi, nie wspominając już o wyłapaniu jakichś wyrazistszych emocji wynikających z ich kontaktów. A zważywszy na przeciwstawne miejsca w jakich stały, wziąwszy pod uwagę coraz większy sceptycyzm Ann odnośnie przerażających wydarzeń w Salem i coraz śmielej sobie poczynającą Annie, dbałość o akurat ten aspekt scenariusza była bardzo ważna. Nie mam żadnych wątpliwości, że omawiany film zyskałby na szerszym, dogłębniejszym omówieniu stosunków Ann i Annie, bo i nawet jeśli musiałoby to odbyć się kosztem odarcia tej drugiej z tej niezmiennie osnuwającej ją tajemnicy, jeśli twórcy musieliby w takim przypadku zrezygnować z tego enigmatycznego portretu rzeczonej dziewczynki to według mnie akurat tutaj zadziałałoby na plus. Bo w tym swoim mnożeniu pytań na temat Annie Putnam, w tej tajemniczości niezmiennie osnuwającej tę postać i w tym wrzucaniu różnych (fałszywych i prawdziwych) informacji, sugestii na temat jej osoby, tak się zapędzili, że mnie wydawali się zwyczajnie niekonsekwentni. Wyglądało mi to tak, jakby sami nie wiedzieli pod jakim kątem najlepiej rozpatrywać tę konkretną postać i tę swoją niewiedzę próbowali ukryć pod płaszczykiem większych ambicji, tj. wmówić odbiorcy, że choć mają swoje zdanie na ten temat to wolą pozostawić mu pole do własnej interpretacji oraz jakby zapominali o tym, co pokazali wcześniej (wstęp z halucynacjami gryzący się z późniejszym gwałtownym skrętem w inne wytłumaczenie). Ale za to wątki skupiające się na wielebnym Parrisie i jego rodzinie, jak to trafnie określa jeden z oskarżonych „parodiach procesów” sądowych, obrazy z obskurnych, zawilgoconych lochów wypełnianych ludźmi oskarżonymi o praktykowanie czarnoksięstwa, ich jakże raniące serce egzekucje, straszny los niemowląt przetrzymywanych w więzieniach oraz późniejsze dzieje Josepha Putnama i Lizzie Porter, małżeństwa zawartego wbrew rodzinie tego pierwszego (ten wątek początkowo jest strasznie mdły, ot romansidło a la „Romeo i Julia”, choć ze sprzeciwem tylko jednego rodu, ale z czasem sytuacja robi się naprawdę ciekawa) – wszystko to pozwalało mi utrzymać wzrok na ekranie. To oraz mroczna atmosfera, w jakiej utrzymano ten obraz, stroje z epoki, wywołujące poczucie izolacji miejsce akcji, silnie odczuwalne poczucie szaleństwa o podłożu religijnym, szybkiego zatracania się w fanatyzmie, coraz dalej posuwającej się łatwowierności (ciemnogród wita) i coraz większej chciwości, bo i o tym motywie zapominać nie należy. Skręty w stronę horroru w większości prezentowały się dosyć tandetnie (beznadziejne efekty komputerowe), ale jeden utrzymany w duchu tego gatunku incydent moim zdaniem twórcom „Polowania na czarownice” się udał – mowa o widmowej kobiecie, która pewnej nocy nawiedza (faktycznie bądź pozornie) Ann Putnam.

Czy polecać? No nie wiem. Każdego, kto jeszcze tego, według mnie, arcydzieła nie widział z całego serca zachęcam do seansu „Czarownic z Salem” Nicholasa Hytnera, obrazu, który tak jak omawiane tutaj „Polowanie na czarownice” Josepha Sargenta zainspirowała niesławna sprawa procesów i egzekucji ludzi posądzonych o działalność na rzecz Szatana w XVII wieku w jednej z wsi w kolonii Massachusetts. Natomiast tę oto produkcję, ten projekt Sargenta odważę się polecić osobom szczególnie zainteresowanym tą konkretną sprawą i to w dodatku takim, którzy czują, że będą potrafili przetrwać przeciąganie niektórych mniej istotnych wątków, czasami odbywające się ze szkodą dla tych ważniejszych wydarzeń, niekonsekwencje w scenariuszu (chociaż to akurat może być jedynie moje subiektywne odczucie) i niezbyt dogłębne charakterystyki postaci. Bo wydaje mi się, że jeśli ktoś naprawdę interesuje się polowaniem na rzekome czarownice, które odbyło się w Salem w XVII wieku to nawet dostrzegając te mankamenty powinien być z tego obrazu przynajmniej względnie zadowolony.

środa, 25 lipca 2018

Anna Ekberg „Miłość dla dorosłych”

Christian i Leonora Holm są małżeństwem od dwudziestu lat. Mieszkają w Vejle wraz ze swoim nastoletnim synem Johanem, który jakiś czas temu wygrał długą walkę z białaczką. Christian wraz z młodszym bratem Peterem prowadzi dobrze prosperującą firmę budowlaną, a Leonora od czasu porzucenia dla chorego syna kariery skrzypaczki jest gospodynią domową. Kiedy odkryje, że jej mąż, człowiek którego kocha, który od lat jest jej jedynym przyjacielem, zdradza ją z architektką Zenią Nor, postanawia za wszelką cenę zatrzymać go przy sobie. Leonora nie zamierza stać i patrzeć jak jej ukochany układa sobie życie z inną kobietą, pozwolić, aby Zenia mu go odebrała. Wytacza przeciwko Christianowi ciężkie działa, powoli doprowadzając go do skrajności. Bo gdy wszystko inne zawodzi zdesperowany mężczyzna postanawia zabić żonę.

Anna Ekberg to pseudonim literacki dwóch Duńczyków, pisarza Jacoba Weinreicha oraz reżysera, scenarzysty i pisarza Andersa Ronnowa Klarlunda, którzy publikują też pod pseudonimem A.J. Kazinski (m.in. seria kryminalna z Nielsem Bentzonem). Jako Anna Ekberg zadebiutowali w 2016 roku powieścią „Tajemnicza kobieta”, a w roku 2017 pojawiło się pierwsze wydanie omawianej pozycji. Thrillera psychologicznego „Miłość dla dorosłych”, który doprowadził mnie do przekonania, że na polskim rynku wydawniczym powinno pojawiać się więcej tego typu dreszczowców od Skandynawów, choćby miało się to odbywać ze szkodą dla ich kryminałów. Bo jeśli mają więcej takiej jakości to chętnie wymienię ich kryminały na thrillery psychologiczne.

Prawdopodobnie nie sięgnęłabym po „Miłość dla dorosłych” gdyby nie okładka. Bardzo rzadko mi się to zdarza, ale to właśnie ona zwróciła moją uwagę, zmusiła mnie do zatrzymania się przy tej pozycji. A po zapoznaniu się ze skrótowym opisem fabuły tej powieści i oczywiście z gatunkiem, do jakiego ją zaklasyfikowano, nie miałam już żadnych wątpliwości, że powinnam się nad nią pochylić. Co nie znaczy, że już wtedy byłam pewna, że nie pożałuję tego wyboru. Dotychczas nie miałam przyjemności przeczytać żadnego utworu Jacoba Weinreicha i Andersa Ronnowa Klarlunda, dlatego żywiłam pewne obawy co do „Miłości dla dorosłych”. Na szczęście jednak były one słabsze od ciekawości. Na szczęście, bo oto okazało się, że trafiłam na powieść napisaną niemalże dokładnie tak jak lubię. Na utwór, w którym najwięcej uwagi poświęcono postaciom – ich rysom psychologicznym, przemyśleniom i motywacjom. Anna Ekberg przedstawia tak szczegółowe portrety czołowych (anty?)bohaterów tej historii, że ma się wrażenie, jakby siedziało się w ich głowach z wciąż narastającym przekonaniem, że wszystko co robią prostą drogą prowadzi do tragedii. Jakiej tragedii? O tym Ekberg mówi już na początku „Miłości dla dorosłych”. Zabójstwo jednej z głównych postaci książki to dosyć nietypowy sposób na rozpoczęcie powieści. Mało który autor chce, aby czytelnik wiedział, jaki los spotka jego bohaterów jeszcze zanim dana historia na dobre się rozpocznie, bo to odziera odbiorcę z niepewności, stawia go w niewygodnej, jeśli idzie o tego typu historie, pozycji człowieka uświadomionego. UWAGA SPOILER Rzeczony wstęp stwarzał też inne niebezpieczeństwo i w moich oczach właśnie w tę drugą pułapkę wpadli autorzy „Miłości dla dorosłych” KONIEC SPOILERA. Ale na tych wstępnych stronicach eksperyment się nie kończy. Po zabójstwie Leonory Holm akcja zostaje cofnięta o kilka dni. Co było do przewidzenia, ale nie spodziewałam się, że będę miała do czynienia z opowieścią snutą przez emerytowanego policjanta, Holgera Andreasena, na użytek jego córki. Żeby to dokładniej wyjaśnić – burzliwe dzieje Holmów spisano w trzeciej osobie, ale przetykają je fragmenty skupione na Holgerze i jego córce mówiące między innymi o tym, że tak jak ta druga, tak i my zapoznajemy się jedynie z jego własną interpretacją wydarzeń, co prawda popartą licznymi dowodami i przenikliwymi obserwacjami, ale to nie oddala od nas wszystkich wątpliwości. Bo wiele z tego, czego się dowiadujemy jest li tylko wymysłem Holgera. Policjant wszak nie może wiedzieć o czym myśleli uczestnicy tej sprawy, jak przebiegały wszystkie ich rozmowy, ani nawet co dokładnie robili. A mimo to serwuje swojej córce, i nam, nawet najdrobniejsze detale z ich życia. A co jeśli się myli? Jeśli ma błędny ogląd na tę niegdyś prowadzoną przez niego sprawę? Co jeśli to nie Christian dopuścił się zabójstwa? A jak nie on to kto? Pytania można mnożyć. A odpowiedzi? No cóż, zawsze można posłuchać Holgera Andreasena, przystać na jego interpretację. Ale u mnie wątpliwości pozostały, bo jakkolwiek przekonująco by się ona nie prezentowała, według mnie przez to że wie się, iż nie był on uczestnikiem większości przedstawionych w książce wydarzeń tak do końca ufać jego słowom nie można.

„Miłość dla dorosłych” to opowieść o wojnie. Wojnie małżeńskiej, w której wszystkie chwyty wydają się być dozwolone. To opowieść o ludziach, którzy budzą w odbiorcach mieszane uczucia. O mężczyźnie i kobiecie, których można zrozumieć, którym można nawet współczuć, ale jednocześnie się ich potępia. Ich zachowanie jest tak dokładnie umotywowane, ich zmieniającemu się stanowi ducha poświęcono tyle miejsca, tyle słów, że chyba nie znajdzie się ani jedna osoba, która nie da się przekonać tej mieszance czynników doprowadzających ich do skrajności. Tak, zarówno zachowanie Christiana, jak i Leonory można zrozumieć, ale to wcale nie oznacza, że nie trwa się w przekonaniu, że wybory, jakich dokonują są niewłaściwe. Im wydaje się, że są one najlepsze dla nich samych, każde z nich myśli o sobie (i poniekąd o synu), o swoim szczęściu, dla którego są gotowi zrobić wszystko. Z kolei czytelnik będzie trwał w przekonaniu, że takim postępowaniem zaszkodzą również samym sobie, że weszli na drogę, która doprowadzi ich do upadku. Co gorsza wszystko wskazuje na to, że z tej ścieżki nie ma już odwrotu, że mogą już tylko brnąć w coraz większe bagno. Wszystko zaczyna się od odkrycia przez Leonorę romansu Christiana z pracującą z nim architektką Zenią Nor. Dużo młodszą od niej kobietą, której od zawsze bardzo waleczna Leonora nie zamierza tak po prostu oddać swojego męża. Ani myśli przystać na prośbę Christiana o rozstanie – zamiast tego zaczyna go szantażować, grozić ujawnieniem przestępstwa podatkowego, jakiego parę lat temu się dopuścił w celu sfinansowania leczenia poważnie chorego syna. Perfidia? Pewnie tak, ale zdrada kobiety, która poświęciła karierę i przyjaciół dla ratowania ich dziecka, podczas gdy on wspólnie ze swoim młodszym bratem krok po kroku budował teraz znakomicie prosperującą firmę, też nie jest w porządku. Z drugiej jednak strony czy poświęcenie wielkiej miłości dla kobiety, której już się nie kocha, zrezygnowanie ze szczęścia i trwanie u boku kogoś z przymusu jest zdrowe dla tego związku? Czy taka egzystencja nie będzie aby krzywdząca nie tylko dla Christiana, ale też Leonory? Kobieta nie ma żadnych wątpliwości, że trzymanie przy sobie męża niejako na siłę jest lepsze niż życie w samotności, Christian z kolei wie, że nie będzie już w stanie żyć z kobietą, z którą spędził ostatnie dwadzieścia lat. Akcję „Miłości dla dorosłych” napędzają coraz to bardziej radykalne wybory dokonywane przez Christiana i Leonorę Holm, ale autorzy cały czas powstrzymują się od nadmiernego dynamizowania fabuły. Innymi słowy nie mamy tutaj do czynienia z ciągiem szybo następujących po sobie, energicznych, wciąż zmieniających się wydarzeń, tylko ze spokojnie, wręcz leniwie snutą opowieścią o ludziach starających się rozwiązać swoje problemy z wykorzystaniem wszystkich dostępnych środków. Z historią, która nierzadko zbacza z głównego toru, po to, aby zaznajomić czytelników z biografią czołowych postaci, z ich dawnymi dziejami, które to zazwyczaj są ubrane w formę przemyśleń Christiana i Leonory. I w mojej ocenie tylko przewidywalność stanowi rysę „na tym obrazie” - dla mnie to jedyny, acz dosyć istotny mankament tej powieści. Nawet dojrzały, wyczerpujący styl duńskich pisarzy nie był w stanie w całości zrekompensować mi tego, że bez trudności rozszyfrowałam prawie wszystkie zwroty akcji (poza tym najmniej ważnym z nazwijmy to przyszłości) na długo przed pojawieniem się każdego z nich.

Na poletku współczesnych literackich thrillerów psychologicznych istnieje duża konkurencja. Ten obszar zajmują, że tak się wyrażę zawodnicy wagi ciężkiej, którzy to tworzą prawdziwe perły XXI-wiecznej beletrystyki skierowanej do osób łaknących mocniejszych wrażeń. Moim zdaniem ze wszystkich lubianych przeze mnie gatunków (w literaturze, nie filmie) to właśnie thriller psychologiczny w dzisiejszych czasach ma się najlepiej, dlatego nie mogę stwierdzić, że „Miłość dla dorosłych” autorstwa Jacoba Weinreicha i Andersa Ronnowa Klarlunda kryjących się pod pseudonimem Anna Ekberg, w moich oczach jawi się niczym jakieś niespotykane dotąd mistrzostwo. Wręcz przeciwnie – uważam, że nie odbiega od takiego poziomu XXI-wiecznych literackich thrillerów psychologicznych, z jakim najczęściej się spotykam. Czyli bardzo wysokiego. Z czego wniosek taki, że... trzeba przeczytać „Tajemniczą kobietę” Anny Ekberg.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 23 lipca 2018

Zapowiedzi wydawnictwa Vesper

David Seltzer „Omen”
Planowana premiera: wrzesień/październik 2018 roku

Książka autorstwa scenarzysty kultowego „Omena” Richarda Donnera z 1976 roku, po raz pierwszy wydana w tym samym roku, w którym odbyła się premiera filmu.


H.P. Lovecraft „Nemezis i inne utwory poetyckie”
Planowana premiera: październik/listopad 2018 roku

Wiersze i inne utwory poetycki w przekładzie Mateusza Kopacza. Zbiór będzie dwujęzyczny, dodatkowo wzbogacony zostanie wspaniałymi ilustracjami, których autorem jak i okładki jest Krzysztof Wroński Artwork.

Spis treści:

Fungi from Yuggoth and Other Verses:

Grzyby z Yuggoth (Fungi from Yuggoth)
I. Księga (I. The Book)
II. Pościg (II. Pursuit)
III. Klucz (III. The Key)
IV. Rozpoznanie (IV. Recognition)
V. Powrót do domu (V. Homecoming)
VI. Lampa (VI. The Lamp)
VII. Wzgórze Zamana (VII. Zaman’s Hill)
VIII. Port (VIII. The Port)
IX. Podwórze (IX. The Courtyard)
X. Gołębiarze (X. The Pigeon-Flyers)
XI. Studnia (XI. The Well)
XII. Wyjący (XII. The Howler)
XIII. Hesperia (XIII. Hesperia)
XIV. Gwiezdne wichry (XIV. Star-Winds)
XV. Antarktos (XV. Antarktos)
XVI. Okno (XVI. The Window)
XVII. Wspomnienie (XVII. A Memory)
XVIII. Ogrody Yin (XVIII. The Gardens of Yin)
XIX. Dzwony (XIX. The Bells)
XX. Nocne zmory (XX. Night-Gaunts)
XXI. Nyarlathotep (XXI. Nyarlathotep)
XXII. Azathoth (XXII. Azathoth)
XXIII. Miraż (XXIII. Mirage)
XXIV. Kanał (XXIV. The Canal)
XXV. Świętej Ropuchy (XXV. St. Toad’s)
XXVI. Chowańce (XXVI. The Familiars)
XXVII. Przedwieczna latarnia (XXVII. The Elder Pharos)
XXVIII. Spodziewanie (XXVIII. Expectancy)
XXXIX. Nostalgia (XXIX. Nostalgia)
XXX. Podłoże (XXX. Background)
XXXI. Mieszkaniec (XXXI. The Dweller)
XXXII. Alienacja (XXXII. Alienation)
XXXIII. Wizgi przystani (XXXIII. Harbour Whistles)
XXXIV. Odzyskanie (XXXIV. Recapture)
XXXV. Gwiazda wieczorna (XXXV. Evening Star)
XXXVI. Ciągłość (XXXVI. Continuity)
Aletheia phrikodes (Aletheia phrikodes)
Prastary szlak (The Ancient Track)
Cykl wierszy (A Cycle of Verse)
Okeanos (Oceanus)
Chmury (Clouds)
Matka Ziemia (Mother Earth)
Złuda (The Eidolon)
Jezioro z koszmaru (The Nightmare Lake)
Placówka (The Outpost)
Wybrużdżona Droga (The Rutted Road)
Las (The Wood)
Hallowe’en na przedmieściu (Hallowe’en in a Suburb)
Miasto (The City)
Dom (The House)
Primavera (Primavera)
Październik (October)
Do śniącego (To a Dreamer)
Rozpacz (Despair)
Nemezis (Nemesis)

Pozostałe wiersze niesamowite:

Do zmarłego WP Johna H. Fowlera (To the Late John H. Fowler, Esq.)
Nieznane (The Unknown)
Astrofobos (Astrophobos)
Psychopompos: opowieść rymowana (Psychopompos: A Tale in Rhyme)
Objawienie (Revelation)
Do Edwarda Johna Moretona Draxa Plunketta, osiemnastego barona Dunsany (To Edward John Moreton Drax Plunkett, Eighteenth Baron Dunsany)
Dzwony (Bells)
Na lekturę Book of Wonder lorda Dunsany (On Reading Lord Dunsany’s Book of Wonder)
Ze zbiorem bajek Wilde’a (With a Copy of Wilde’s Fairy Tales)
[Na The Thing in the Woods Harpera Williamsa] ([On The Thing in the Woods by Harper Willams])
Koty (The Cats)
Święto (Festival)
[Na Ambrose’a Bierce’a] ([On Ambrose Bierce])
Posłaniec (The Messenger)
Bouts rimés (Bouts Rimés)
Na odosobnionym cmentarzu w Providence, gdzie ongi spacerował Poe (In a Sequester’d Providence Churchyard Where Once Poe Walk’d)
Do pana Finlaya, na jego ilustrację opowiadania The Faceless God pana Blocha (To Mr. Finlay, upon His Drawing for Mr. Bloch’s Tale, “The Faceless God”)
Do WP Clarka Ashtona Smitha, na jego fantastyczne opowieści, wiersze, obrazy i rzeźby (To Clark Ashton Smith, Esq., upon His Phantastick Tales, Verses, Pictures, and Sculptures)
Nathicana (Nathicana)

Inne wiersze:

Poemat o Ulissesie, albo Odyseja (The Poem of Ulysses, or The Odyssey)
Poemata minora, księga II (Poemata Minora, Volume II)
Oda do Selene albo Diany (Ode to Selene or Diana)
Do dawnej pogańskiej religii (To the Old Pagan Religion)
Na Rzymu upadek (On the Ruin of Rome)
Do Pana (To Pan)
Na marność ludzkich dążności (On the Vanity of Human Ambition)
[Do matki w Dniu Dziękczynienia] ([To His Mother on Thanksgiving])
Książkowy kram (The Bookstall)
Ziemia i niebo (Earth and Sky)
Na śmierć krytyka poezji (On the Death of a Rhyming Critic)
Zachód słońca (Sunset)
Do Delii unikającej Damona (To Delia, Avoiding Damon)
Pan Tomasz Tryout (Sir Thomas Tryout)
Życzenia na Boże Narodzenie (Christmas Greetings)
Życzenia na brumalia (A Brumalian Wish)
[bez tytułu 1]
Theobaldiańska hibernacja (Theobaldian Hibernation)
[bez tytułu 2]
[bez tytułu 3]
[bez tytułu 4]
Papier jałowy (Waster Paper)
Do niemowlęcia (To an Infant)
Wyrafinowanemu młodemu dżentelmenowi (To a Sophisticated Young Gentleman)

Ponadto w tomie znajdzie się posłowie, a także obszerne komentarze i uwagi na temat tłumaczenia oraz samych wierszy i poematów.


Andrew Neiderman „Adwokat diabła”
Planowana premiera: 2019 rok

Napisana w 1990 roku przez Andrew Neidermana powieść „The Devil's Advocate". Nie została nigdy przetłumaczona na język polski, ale sama historia jest doskonale w naszym kraju znana za sprawą świetnej ekranizacji z Alem Pacino i Keanu Reevesem w rolach głównych.
 

Dan Simmons „The Abominable”

Opis w oparciu o tekst zamieszczony na Goodreads.com:
Rok 1924. George Mallory i Sandy Irvine znikają podczas wspinaczki na Mount Everest. Rok później brytyjski poeta i weteran wojenny, młody francuski przewodnik oraz idealistyczny Amerykanin pozyskują fundusze na wspinaczkę tą samą trasą od kobiety, której syn również zaginął podczas eskapady na Mount Everest. Wierzy, że jej syn nadal żyje i chce, żeby mężczyźni sprowadzili go do domu. Już wkrótce Brytyjczyk, Francuz, Amerykanin i kuzynka zaginionego syna finansującej tę wyprawę kobiety w ekstremalnie trudnych warunkach będą ścigani przez jakąś istotę bądź istoty. I być może przyjdzie im stanąć oko w oko z prawdą o tragicznej w skutkach wyprawie z 1924 roku.

Źródło: https://pl-pl.facebook.com/WydawnictwoVesper

sobota, 21 lipca 2018

„Przebudzenie dusz” (2017)

Profesor Phillip Goodman zajmuje się racjonalizowaniem zjawisk przez wielu uznawanych za nadprzyrodzone i demaskowaniem szarlatanów. Pewnego dnia dostaje wiadomość od niegdysiejszego badacza zjawisk paranormalnych Charlesa Camerona, który przed laty został uznany za zaginionego. To jego praca natchnęła w dzieciństwie Goodmana do przyjęcia sceptycznej postawy wobec sfery duchowej, dlatego profesor chętnie przystaje na jego prośbę o spotkanie. Udaje się we wskazane przez Camerona miejsce, gdzie ten przekazuje mu akta trzech spraw, których nigdy nie udało mu się racjonalnie wyjaśnić z prośbą o podjęcie próby zrobienia tego, czego jemu się nie udało. Profesor Goodman przyjmuje wyzwanie i w kolejnych dniach spotyka się z osobami, które są przekonane, że zetknęły się ze sferą nadprzyrodzoną. Dawnym stróżem, rozchwianym psychicznie młodym mężczyzną i majętnym finansistą. Każdy z nich dzieli się z Goodmanem wydarzeniem ze swojego życia, które może, ale nie musi świadczyć o istnieniu istot nadprzyrodzonych.

Jeśli kierować się reakcjami krytyków to „Przebudzenie dusz”, brytyjski horror nastrojowy w reżyserii Jeremy'ego Dysona i Andy'ego Nymana, jest jedną z tych pozycji, których żaden szanujący się miłośnik kina grozy przegapić nie może. Na tę produkcję spadła istna lawina pozytywnych recenzji od tak zwanych znawców kinematografii, ale nie tylko. Bo jak się okazało zachwyt objął też niemałą część pozostałych odbiorców „Przebudzenia dusz”. Scenariusz Dyson i Nyman napisali sami w oparciu o ich własną sztukę teatralną pod tym samym tytułem („Ghost Stories”), która swoją premierę miała w lutym 2010 roku w Liverpool Playhouse. Natomiast pierwszy pokaz filmu odbył się w roku 2017 na Festiwalu Filmowym w Londynie, a do szerokiego obiegu trafił w roku 2018.

Na początek skojarzenie z „Red Lights” Rodrigo Cortesa. Ubrane w formę dokumentu (w istocie będące zdjęciami do telewizyjnego programu profesora Phillipa Goodmana, głównego bohatera filmu) wstawki z demaskacji człowieka podającego się za medium. Jeremy Dyson i Andy Nyman jednak szybko finalizują ten wątek, po drodze oczywiście dając widzom jasno do zrozumienia, że czołowy bohater ich produkcji jest zatwardziałym sceptykiem, którego życiową misją jest udowadnianie ludzkości, że życie pozagrobowe nie istnieje. Ktoś powie, że obrał sobie za cel obdzieranie ludzi z nadziei. Inni natomiast uznają, że stara się otworzyć im oczy, zmusić ich do zaprzestania życia w kłamstwie. Jakkolwiek oceniałoby się pracę profesora Phillipa Goodmana (dobra kreacja samego Andy'ego Nymana), każdy kto w swoim życiu trochę horrorów nastrojowych/religijnych obejrzał już podczas tego wstępu najpewniej nie będzie miał żadnych wątpliwości, że to właśnie on okaże się osobą o wąskich horyzontach. Niedowiarki w tym gatunku nie mają lekko – patrząc na nich, wsłuchując się w ich pyszne przemówienia nawet ateista zazwyczaj nie ma żadnych wątpliwości, że to oni, nie osoby ślepo wierzące w zjawiska nadprzyrodzone, są ludźmi godnymi politowania. W horrorach tak. Ten gatunek przyzwyczaił nas już do takiego przedstawiania sceptyków i nie inaczej wydaje się być w przypadku profesora Phillipa Goodmana. Wydaje się, bo choć pomny zwyczajowej konstrukcji postaci niedowiarka w kinie grozy, widz, już od pierwszych scen „Przebudzenia dusz” będzie przygotowany na finalne uświadomienie sobie przez Goodmana, że to on, a nie ludzie, których uważał za naiwnych, rozchwianych emocjonalnie, zdesperowanych, żył w błędzie, to nie będzie mógł całkowicie odrzucić racjonalnych wyjaśnień zjawisk, jakie w przeszłości zaszły w otoczeniu trzech osób, które teraz dzielą się tymi wspomnieniami z głównym bohaterem filmu. Co sprawia, że świadomy zwyczajowego podejścia twórców horrorów do ateistów, odbiorca filmu Jeremy'ego Dysona i Andy'ego Nymana bierze w ogóle pod uwagę tę drugą ewentualność? Cóż takiego zmusza go do rozważenia racjonalnych tłumaczeń tych incydentów? Otóż, każda z tych osób - dawny stróż, młody mężczyzna i finansista - zetknęła się z domniemaną sferą nadprzyrodzoną w pojedynkę, a więc nikt nie może zaświadczyć o prawdziwości ich słów. Ponadto trudno uznać ich za najbardziej wiarygodnych świadków. Niegdysiejszy stróż Tony Matthews, przyzwoicie kreowany przez Paula Whitehouse'a, boleśnie (co zrozumiałe) przeżywa chorobę swojej córki, a taki stan ducha może wpływać na jego zmysły (w przypadku Simona pojawia się podejrzenie o chorobie psychicznej, a finansisty pewna niepowetowana strata, która wciąż może go mocno ranić). Podczas jednej ze swoich nocnych zmian w opuszczonym budynku mógł doznać halucynacji, zjawa mogła być jedynie projekcją jego umęczonego umysłu, ale równie dobrze Tony rzeczywiście mógł spotkać istotę z tamtego świata. Upiorną istotę, przez spotkanie z którą twórcy „Przebudzenia dusz” przeprowadzają nas dosyć nierówno, bo o ile w końcowych partiach tej historii osiągają wyżyny napięcia, o tyle sekwencje je poprzedzające nie podnosiły mi poziomu adrenaliny. Szybko zaczęła ogarniać mnie obojętność, którą jednak twórcy raptownie ode mnie odsunęli w końcówce, pokazując doskonałe wyczucie klimatu rozszalałej grozy i co równie ważne swoją świadomość, że minimalizm może zdziałać dużo więcej niźli najdroższe efekty specjalne.

W drugiej opowieści, w której to pojawia się wyraźny ukłon w stronę „Martwego zła” Sama Raimiego, twórcy „Przebudzenia dusz” moim zdaniem spisali się nieporównanie lepiej. Właściwie to sceny z udziałem Simona Rifkinda (doskonała kreacja Alexa Lawthera) młodego człowieka, który jak zauważa profesor Phillip Goodman prawdopodobnie boryka się z jakąś chorobą psychiczną, podobały mi się najbardziej. Już od pierwszych ujęć czułam się, jakbym właśnie wkroczyła do strefy mroku. Widok nieruchomo stojących rodziców Simona i równie zagadkowy dowód przebywania kogoś na piętrze - kogoś, kogo według młodego Rifkinda wcale tam nie ma - sprawiły, że poczułam się, jak oderwana od rzeczywistości. Innymi słowy Jeremy Dyson i Andy Nyman na moment wepchnęli mnie w prawdziwe szaleństwo, zamazali granicę przebiegającą pomiędzy tym, co realne a tym, co fikcyjne. A gdy już wprawili mnie w ten jakże wyborny dyskomfort emocjonalny przeszli do mocno klimatycznej opowieści o młodym człowieku, który pewnej nocy potrącił kogoś samochodem na leśnej drodze, po czym starał się uciec z miejsca wypadku. Po takim zagęszczeniu mroku i po takim nagromadzeniu napięcia trudno szybko się otrząsnąć, dlatego w opowieść Mike'a Priddle'a (w tej roli przekonujący Martin Freeman) weszłam jakby z rozpędu, tym większego, że poprzedziły ją upiorne wstawki z teraźniejszości, z otoczenia głównego bohatera filmu prowadzącego swoje amatorskie śledztwo. Jest to historia poltergeista, który pewnego dnia ujawnia swoją obecność w domu bogatego finansisty i jego ciężarnej żony, w tamtym momencie przebywającej w szpitalu. Jego manifestacje są dosyć prymitywne, w żadnym razie niewyszukane, ale widok samoistnie poruszających się przedmiotów w zupełności wystarczył do przyprawienia mnie o lekki dreszczyk, który w najmniejszym nawet stopniu nie przygotował mnie na idealnie zmontowaną końcówkę, w której ponadto zobaczyłam taką charakteryzację, że przysięgam, iż zdjął mnie najczystszy lęk. Tak, nareszcie poczułam prawdziwy strach oglądając współczesny horror. Tylko przez chwilę, bo podczas wszystkiego innego w „Przebudzeniu dusz” towarzyszył mi co najwyżej lekki niepokój, a w każdym razie uczucie dużo słabsze od przerażenia. I to wystarczyłoby mi do uznania tego obrazu za jeden z najlepszych XXI-wiecznych horrorów, jakie dotychczas dane mi było obejrzeć, gdyby nie groteskowa forma, w jaką ubrano późniejsze partie tego obrazu. Dla mnie dosyć ciężkostrawny surrealizm i przede wszystkim banalny, wyświechtany finał, który może co poniektórych zaskoczy (ja spodziewałam się czegoś takiego od pewnej scenki z samochodem), ale nie sądzę, żeby wielu długoletnich fanów horrorów oddało mu oryginalność i (co uważam za dużo gorsze) nie zdziwiłabym się, gdyby znaleźli się i tacy, którzy tak jak ja dojdą do wniosku, że Jeremy Dyson i Andy Nyman poszli tutaj po linii najmniejszego oporu.
 
Tylko dobry. Nie mogę niestety przyznać „Przebudzeniu dusz” Jeremy'ego Dysona i Andy'ego Nymana wyższej noty, choć aż do ostatnich partii byłam przekonana (pomijając część pierwszej historii snutej na użytek głównego bohatera filmu), że ten oto minimalistyczny, iście klimatyczny, mocno trzymający w napięciu, przywołujący ducha kina grozy z dawnych lat w sposób, który wręcz mnie rozczulił, obraz, w moim osobistym rankingu XXI-wiecznych horrorów zajmie jedno z czołowych miejsc. I nisko się nie plasuje, to na pewno, ale mój entuzjazm został na tyle ostudzony końcowymi partiami, że mogę jedynie uznać tę produkcję za jeden z lepszych (nie najlepszych) horrorów bieżącego wieku, jakie dotąd miałam przyjemność obejrzeć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...