Stronki na blogu

wtorek, 5 kwietnia 2016

Jorn Lier Horst „Ślepy trop”

Recenzja przedpremierowa

Komisarz William Wisting trafia na trop, który pozwala mu wznowić sprawę zaginięcia taksówkarza, Jensa Hummela. Tymczasem do Stavern w gminie Larvik wprowadza się samotna matka rocznej Mai, Sofie Lund, zajmując willę odziedziczoną po dziadku. Spadkodawca, Frank Mandt, przez większość życia trudnił się przemytem alkoholu i narkotyków, z czasem stając się mózgiem przestępczego światka w tych rejonach Norwegii. W piwnicy kobieta odnajduje ogromny sejf, do którego nie posiada klucza. Niedługo po przeprowadzce Sofie odnawia znajomość z koleżanką z podstawówki, Line Wisting, córką komisarza z komendy policji w Larviku, dziennikarką śledczą „Verdens Gang” aktualnie przebywającą na urlopie ze względu na swój stan brzemienny. Wkrótce potem Sofie wzywa ślusarza, który otwiera sejf jej dziadka. W środku znajduje się między innymi rzecz, związana ze sprawą zaginięcia taksówkarza, którą aktualnie prowadzi Wisting. Badania wykazują również, że ma znaczenie dla sprawy sprzed paru miesięcy, dotyczącej zabójstwa młodej kobiety w Kristiansand w sylwestrową noc. Sprawca został schwytany i czeka na proces, ale Wisting nabiera przekonania, że aby rozwikłać sprawę Jensa Hummela musi najpierw przyjrzeć się pominiętym przez śledczych szczegółom Zabójstwa Noworocznego.

„Ślepy trop” to najnowszy dziesiąty tom kryminalnej serii literackiej z komisarzem Williamem Wistingiem, autorstwa Norwega, Jorna Liera Horsta. Jego twórczość zyskała duży poklask krytyków i rzesze oddanych czytelników, głównie za sprawą nieczęsto spotykanego we współczesnych powieściach kryminalnych detalicznego podejścia do pracy wykreowanych przez niego śledczych. Niektórzy norwescy krytycy w swoich recenzjach „Ślepego tropu” zauważali, że to jedna z najlepszych książek w artystycznym dorobku Horsta, będąca bezsprzecznym dowodem twórczego rozwijania się autora. Dziesiąta odsłona losów Williama Wistinga jest czwartą powieścią wchodzącą w skład tej serii wydaną w Polsce. Nasi wydawcy nie zachowują chronologicznego porządku, co nie ma większego znaczenia, bo specyfika niniejszych kryminałów nie wymaga znajomości poprzednich tomów, aby kompleksowo objąć rozumem fabuły poszczególnych powieści. W każdym razie ze wszystkich książek o Williamie Wistingu dotychczas przetłumaczonych na język polski największym uznaniem darzę „Psy gończe”, ale „Ślepy trop” umiejscowiłabym tuż za nimi – „Poza sezonem” i „Jaskiniowiec” w mojej osobistej klasyfikacji plasują się o klasę, dwie niżej.

Integralnymi postaciami poczytnej kryminalnej serii Jorna Liera Horsta (a przynajmniej tych tomów, które dotychczas ukazały się w Polsce) są komisarz policji z Larviku, William Wisting i jego młoda córka, dziennikarka śledcza z „VG”, Line. W „Ślepym tropie” charakterystyka tego pierwszego nie uległa zmianie. Wisting nadal jest solidnym, zdolnym gliną gotowym zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, aby dojść do prawdy i ukarać winnych, choćby kosztem zniszczenia kariery kolegów po fachu. Natomiast rola Line w aktualnie toczącym się śledztwie w dziesiątej odsłonie serii została przez Horsta umniejszona, a osobowość kobiety straciła tę urzekającą determinację, którą wyróżniała się w poprzednich powieściach. Powodem jest odpoczynek od pracy, wymuszony ciążą i oczywiście sam stan brzemienny, bowiem instynkt macierzyński zauważalnie dyktuje jej trzymanie się z dala od kłopotów. Przez to, że Line nie bierze czynnego udziału w dochodzeniu, zajmując się głównie urządzaniem nowego domu w sąsiedztwie ojca można odnieść wrażenie, że straciła „pazur”, nawet wówczas, gdy mimowolnie zostaje wplątana w sprawę kryminalną. Odnowienie kontaktów z Sofie Lund, której zmarły dziadek odegrał niegdyś znaczącą rolę we wznowionej właśnie przez Wistinga sprawie zaginięcia taksówkarza, to bodaj jedyny znaczący zbieg okoliczności nadający tempo dochodzeniu. W kryminałach zbiegi okoliczności są niepożądane - zbyt naciągane, żeby sprawiać wrażenie prawdopodobnych, ale w „Ślepym tropie” zawiązująca się przyjaźń pomiędzy Line i Sofie oraz łączące ich obie ze śledztwem znalezisko, dzięki warsztatowi Horsta, który zna umiar, nie obniża wiarygodności fabuły. Za to odmalowuje przed oczami czytelnika, w moim pojęciu, rozczarowujący obraz Line, która z walecznej dziennikarki śledczej przekształciła się w kurę domową, drżącą na myśl o samotnym rodzicielstwie i ograniczającą swój udział w śledztwie ojca do podrzucania mu strzępów informacji uzyskanych dzięki znajomości ze spadkobierczynią przestępcy, o wiele chętniej spędzającej wolny czas na niezobowiązujących pogawędkach z Sofie. Cóż, moim zdaniem, jeśli Horst utrzyma taki charakter Line i równie silnie będzie bagatelizował jej rolę w dochodzeniach w następnych odsłonach serii to ta bohaterka zapewne całkowicie odsunie się w cień, w oczach czytelników tracąc wiele ze swojej atrakcyjności. Na szczęście jednak William Wisting w ogóle się nie zmienił, a samo dochodzenie, które prowadzi na kartach „Ślepego tropu” zachwyca niebanalną konstrukcją, czym dosłownie Horst skradł całą moją uwagę.

Jorn Lier Horst bez większego fabularnego rozmachu rozpoczyna zdawać by się mogło pospolitą sprawę zaginięcia, w jakiś sposób związaną ze zorganizowaną przestępczością, czym skutecznie usypia czujność odbiorcy. Na początku podrzuca jedynie strzępy informacji, które jednak nawet mniej domyślnemu czytelnikowi powinny dać całościowy ogląd sytuacji. Problem w tym, że tenże z czasem okazuje się fałszywy, bo do pozornie łatwych do zinterpretowania dowodów pozyskanych przez Wistinga na początku dochodzenia dochodzą tropy, których nijak nie można dopasować do wcześniej zarysowanych faktów. Interpretacja tragicznych w skutkach wydarzeń tak zgrabnie wyłaniająca się na początku wali się w gruzy, a Wisting naturalnie wraz z czytelnikiem zostają zmuszeni do poszukiwania odpowiedzi od zupełnie innej strony. Innymi słowy klarowna do pewnego momentu sprawa zaginięcia taksówkarza zostaje tak dalece rozbudowana, Horst tak wielce wszystko gmatwa, że z czasem fabuła nabiera niebywale skomplikowanego, złożonego wymiaru. Dochodzenie rozciąga się nie tylko na przemytniczy światek, w większej mierze skupiając się na dawno rozwiązanej sprawie zabójstwa młodej kobiety w noc sylwestrową. Sprawę prowadzili śledczy z Kristiansand, ale Wisting odkrywa, że popełnili poważne błędy, których wbrew woli swojego przełożonego nie jest w stanie puścić w niepamięć. I w ten oto sposób wydaje się, że główny bohater „Ślepego tropu” płynnie przeskoczył ze swojego dochodzenia w sprawę, za którą odpowiadają jego koledzy po fachu. Jednak jak już wcześniej można było się przekonać w niniejszej powieści niczego nie należy zakładać, bo fabułę skonstruowano w tak przemyślny, piętrowy sposób, że dosłownie wszystko, na czym skupia się Wisting wkrótce nada jego sprawie wyjściowej inny, zupełnie nieoczekiwany wymiar. Tak więc i bez pomocy Horsta wiemy, że tzw. Zabójstwo Noworoczne ma kluczowe znaczenie w sprawie taksówkarza, nawet sam Wisting w swoich przemyśleniach zauważa, że aby poznać prawdę musi przebić się przez sprawę rzekomo dawno rozwikłaną. Przy czym w drugiej połowie powieści jego zaangażowanie w zamknięte dochodzenie kolegów połączone z ich aktualną obławą na szefa przemytniczego gangu na kilku poziomach przysłoniło losy taksówkarza, które w obliczu tak wzmożonej, elektryzującej akcji i dużo bardziej zajmującej intrygi jawiły się mniej istotnie, wyrabiając we mnie fałszywe przekonanie, że jeśli nawet obie sprawy coś łączy to w zdecydowanie mniej ważnym punkcie. Dalszego przebiegu tej swoistej gry, jaką Horst toczył ze mną przez dosłownie całą lekturę w szczegółach zdradzać nie będę, żeby nie zepsuć potencjalnym czytelnikom frajdy z owej nieustanie zaskakującej opowieści, pełnej zdecydowanych i równocześnie wiarygodnie wplatających się w całość zwrotów akcji. Horst w „Ślepym tropie” testuje przenikliwość czytelnika portretując śledztwa z różnych stron, równocześnie przysłaniając ich właściwą istotę, tylko po to, żeby w finale „wywrócić wszystko do góry nogami”, obrazując całkowicie odstającą od wcześniejszych alternatywę, która okazuje się tak prosta i drobiazgowo oddająca związki przyczynowo-skutkowe, że aż się człowiek zastanawia, jakim cudem nie wpadł na to wcześniej, jak to możliwe, że dał się tak ograć autorowi… Cóż, pocieszające było jednak to, że wyprowadził mnie w pole doświadczony w kryminałach pisarz, który już wcześniej udowodnił, że wpisuje się w ścisłą czołówkę autorów skandynawskiej prozy przynależącej do tego gatunku.

Fanom twórczości Jorna Liera Horsta powiem jedynie, że „Ślepy trop” w moim osobistym rankingu zajmuje zaszczytne drugie miejsce spośród wszystkich wydanych w Polsce powieści o komisarzu Williamie Wistingu. Zresztą tej grupy i tak zachęcać do lektury nie trzeba. Życzyłabym sobie jednak, żeby grono miłośników książek Horsta sukcesywnie rosło, dlatego apeluję do osób niezaznajomionych z jego prozą, żeby dali jej szansę. Najlepiej zaczynając od „Psów gończych” bądź właśnie „Ślepego tropu”, bo kolejność czytania poszczególnych tomów nie ma znaczenia, a moim zdaniem, jak dotychczas te dwie powieści Horsta przetłumaczone na język polski zasługują na największą uwagę, chociaż oczywiście najlepiej znać wszystkie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

„Charlie’s Farm” (2014)


Jason i Mick planują spędzić dwa dni na tak zwanej Farmie Charliego, gdzie w 1980 roku kilku mieszkańców pobliskiego miasteczka odkryło okrutnie okaleczone ciała. Za zbrodnie odpowiadali opiekunowie wówczas małego, opóźnionego w rozwoju i zdeformowanego Charliego, których w odwecie zabito, ale chłopcu udało się zbiec. Od tego czasu farma niszczeje, z rzadka będąc odwiedzana przez żądnych przygód turystów, pragnących przenocować w tym rzekomo nawiedzonym miejscu. Jason i Mick zabierają ze sobą dziewczynę tego pierwszego, Natashę i przyjaciółkę Melanie, nie informując ich jaki jest cel podróży. Dopiero w drodze zostają zmuszeni do wyjawienia dziewczętom swoich planów. Natasha jest niechętnie nastawiona do tego pomysłu, ale ostatecznie przystaje na propozycję chłopców. Młodzi ludzie nie są jeszcze świadomi, że na farmie ukrywa się Charlie, który bynajmniej nie jest przyjaźnie nastawiony do przyjezdnych.

Australijski slasher Chrisa Suna, na podstawie jego własnego scenariusza, który wcześniej nakręcił dwa filmy, również horrory, zatytułowane „Come and Get Me” i „Daddy’s Little Girl”, natomiast na ten rok zaplanowano premierę jego czwartego straszaka pt. „Boar”. Na „Charlie’s Farm” Sun przeznaczył trzy miliony dolarów, co powinno wystarczyć do stworzenia nieprzekombinowanego, przyzwoitego slashera, ale jak się okazało opinia publiczna raczej chłodno przyjęła jego trzecie filmowe przedsięwzięcie. Scenariusz Sun spisał w zgodzie z tradycją podgatunku, poruszając doskonale znane jego fanom motywy, miejscami z lekkim przymrużeniem oka, tak jakby sugerował, że próbuje obśmiać niektóre wątki. Delikatnie, bez silnego postanowienia kręcenia parodii, czy choćby horroru komediowego, ale wystarczająco dostrzegalnie dla co poniektórych widzów. Jednak nie to najbardziej rozczarowało spragnionych mocnych wrażeń odbiorców – częściej utyskiwano na konwencjonalny scenariusz i stronę techniczną i o ile za to pierwsze jestem Sunowi wdzięczna, o tyle realizacja znacząco zaważyła na moim odbiorze „Charlie’s Farm”.

Z roku na rok slasherów kręci się coraz mniej, tak jakby do twórców powoli docierało, że nie są w stanie przywrócić świetności temu nurtowi, dorównać jego przedstawicielom z lat 70-tych i 80-tych. Możliwe również, że ewolucja preferencji filmowych masowych odbiorców zniechęca ich do częstego uciekania w stronę obrazów slash, wszak ostatnimi czasy większą popularnością cieszą się produkcje przynależące do nurtu home invasion. W każdym razie era slasherów dobiegła końca, najprawdopodobniej bezpowrotnie, i obecnie tylko z rzadka możemy zobaczyć nieśmiałe próby wskrzeszenia tego podgatunku. „Charlie’s Farm” można rozpatrywać w kategoriach próby przypomnienia estetyki slasherów, sentymentalnej podróży w przeszłość, ale jedynie w warstwie fabularnej. Czworo młodych ludzi wybierających się na wycieczkę do owianego złą sławą miejsca, położonego z dala od cywilizacji to jeden z najczęściej spotykanych w slasherach motywów, ale na tym nie kończą się ukłony Suna w stronę konwencji. Kiedy protagoniści robią sobie przerwę w podróży rozpalają ognisko, przy którym pod osłoną nocy raczą się krwawą, rzekomo prawdziwą historią farmy, będącej ich punktem docelowym. Zarówno „straszna” opowieść przy ognisku, jak jej treść (w jednym miejscu - zapowiedzi kolacji złożonej z ludzkiego mięsa - bezpośrednio nawiązująca do „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”) odnoszą się do niegdyś często poruszanych przez twórców filmów slash wątków. Ponadto krwawe wydarzenia, które miały miejsce na feralnej farmie w 1980 roku, wyłuszczane przez Micka w prosty sposób wzbogacają akcję pożądaną, złowieszczą aurą rychłego zagrożenia. Którą Sun niepotrzebnie, zbyt nachalnie dodatkowo akcentuje słowami domniemanej final girl, Natashy, nazbyt teatralnie zdradzającej przyjaciołom, że ma złe przeczucia, ale mimo to będzie im towarzyszyć. Wyłączając prolog jedyne krwawe ustępy pojawiające się podczas pierwszej godziny seansu pokazano w retrospekcjach, w których to na użytek widzów rozsnuto opowiastkę o zdegenerowanej parce farmerów, wychowujących niedorozwiniętego, oszpeconego chłopca Charliego i w wolnych chwilach ćwiartujących turystów. Okaleczone zwłoki niedawno zamordowanej, uprzednio zgwałconej przez „głowę rodziny” dziewczyny ukazane w dużym zbliżeniu wypadają całkiem wiarygodnie, ale jak się okazuje owe ujęcie musi wystarczyć spragnionym dynamicznej rąbanki widzom na najbliższe kilkadziesiąt minut. Bo po powrocie do czasów współczesnych twórcy jeszcze przez długi czas nie będą podejmować makabrycznej tematyki. Zamiast tego, bez powodzenia zmierzą się z dawkowaniem napięcia, równocześnie starając się stworzyć niepokojącą aurę wyalienowania i zagrożenia między innymi poprzez akcentowanie bytności kogoś wrogo nastawionego do ludzi, który z ukrycia przygląda się poczynaniom młodych protagonistów, czym tylko uwodnili, że umiejętne generowanie klimatu grozy jest im całkowicie obce. Ale gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że scenerię rozległej, zdziczałej farmy i podupadającej chatki, która jak zauważa Mick może przywodzić na myśl „The Blair Witch Project” sportretowano całkiem przyzwoicie, przy okazji wydobywając nieokiełznane piękno z australijskiej przyrody. Tematyka, którą Sun podjął na początku pobytu młodych ludzi na farmie obraca się wokół miłosnych podchodów Micka do Melanie, straszenia dziewcząt, zasilenia ich grona przez parkę turystów i oczywiście artykułowania przez chłopców swojego zamiłowania do horrorów. Wspomnienie Jasona Voorheesa, Freddy’ego Kruegera i „Halloween” jest wyraźnym formą uświadomienia widzom, że „Charlie’s Farm” ma być swoistym ukłonem w stronę sztandarowych reprezentantów nurtu slash, czym do pewnego momentu jawi się niczym kolejny horror podpinający się pod osiągnięcia innych, nie mając niczego ciekawego do zaoferowania od siebie. Do pewnego momentu, bo z czasem Sun udowadnia, że miał przynajmniej pomysł na makabryczną warstwę scenariusza.

Biorąc pod uwagę niebyt profesjonalną, acz jakoś potężnie nieuderzającą po oczach daleko idącą amatorką i zupełnie niewiarygodny warsztat odtwórców poszczególnych ról, wyłączając Kane’a Hoddera (który w kinie grozy zasłynął kreacją Jasona w kilku częściach „Piątku trzynastego”), ale z Tarą Reid włącznie, której zauważalnie nie leżała pierwszoplanowa rola domniemanej final girl, można domniemywać, że lwią część budżetu przeznaczono na krwawe efekty specjalne - miejscami wspomagane komputerem, ale na tyle subtelnie, żeby zachować jako taki realizm. Dosyć śmiałe podejście do makabry, nieukrywanie niczego przed wzrokiem widza w połączeniu z często pomysłowymi sposobami eliminacji bohaterów wreszcie po nudnawej godzinie rozbudziło moje zainteresowanie. Szkoda tylko, że Charlie przypuścił atak tak późno, przez co nie tylko niemiłosiernie dłużył mi się monotonny wstęp, ale również odniosłam wrażenie, że ostatnie pół godziny było nazbyt dynamiczne. Szybko następujące po sobie mordy jawiły się niczym swoisty wyścig z czasem, bez pożądanego stopniowania napięcia. Sposoby eliminacji protagonistów same w sobie w większości były bardzo ciekawe (obcięcie penisa, wyrwanie dołu szczęki, zgniecenie głowy kołem od traktora), ale mam wrażenie, że zyskałyby na atrakcyjności, gdyby rąbankę zaczęto nieco wcześniej rozkładając ją w czasie w towarzystwie mrocznej atmosfery rychłego zagrożenia oraz gdyby zrezygnowano z zamiaru humorystycznego ujęcia jednego z morderstw, kiedy to Charlie w zwolnionym tempie podrzuca swoją ofiarę, który wypadł raczej żałośnie, niźli zabawnie.

Może i „Charlie’s Farm” miał potencjał, uwidaczniający się głównie w pomysłach na eliminację niektórych bohaterów oraz dostosowania się do ciasnych ram konwencji slasherów, za którymi to wprost przepadam, ale wydaje mi się, że Chrisowi Sunowi brakło doświadczenia bądź predyspozycji do przekucia koncepcji w godne uwagi widowisko. Nie udało mu się zrównoważyć statecznego wstępu z dynamiką, nazbyt rozciągając w czasie to pierwsze i podlać tego wszystkiego odpowiednio mroczną atmosferą, przez co seans w przeważającej mierze przyjmowałam całkowicie beznamiętnie. Sporo zabrakło do stworzenia może nie znakomitego, ale przynajmniej przyzwoitego slashera, ale być może znajdą się widzowie, którym takie ujęcie tematu przypadnie do gustu.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Zakupy

Poniżej przedstawiam kilka ostatnich nabytków książkowych, które najprawdopodobniej wcześniej, czy później będę recenzować. Zamówienie jest złożone, ale prawie wszystkie pozycje są jeszcze w drodze, więc z zastrzeżeniem, jeśli do mnie dotrą.


Dean Koontz „Maska”
Dean Koontz „Północ”
Dean Koontz „Szepty”
Dean Koontz „Słudzy ciemności”
Dean Koontz „Głos nocy”
Dean Koontz „Nieśmiertelny”
Dean Koontz „W okowach lodu”

sobota, 2 kwietnia 2016

„Człowiek-Szczur” (1988)


Amerykanka Terry przyjeżdża na jedną z karaibskich wysp na prośbę przedstawicieli tutejszych organów ścigania. Kobieta ma zidentyfikować zwłoki swojej siostry Marilyn, modelki, która w towarzystwie fotografa i drugiej modelki niedawno przyjechała w te rejony na sesję fotograficzną. W drodze do kostnicy Terry poznaje przyjezdnego amerykańskiego pisarza, Freda Williamsa, który decyduje się jej towarzyszyć. Na miejscu okazuje się, że okaleczone zwłoki nie należą do Marilyn, co determinuje jej siostrę do przeszukania niektórych rejonów wyspy wraz z Williamsem. Tymczasem Marilyn i jej współpracownicy znajdują w lesie ciało. Pragnąc wezwać pomoc zatrzymują się w pierwszym napotkanym domu, który wydaje się być opuszczony. Wewnątrz przyjaciółka Marilyn zostaje zaatakowana przez tajemnicze stworzenie. Pozostała dwójka trafia do mieszkającego w wyludnionej wiosce doktora Olmana, który stworzył grasującego w tych terenach Człowieka-Szczura.

„Człowiek-Szczur” to jeden z mniej znanych włoskich niskobudżetowych horrorów, wyreżyserowany przez Giuliano Carnimeo pod pseudonimem Anthony’ego Ascota. Scenariusz napisał Dardano Sacchetti pod przydomkiem Davida Parkera Jr., który zasłynął głównie współpracą z niezastąpionym Lucio Fulcim, przy między innymi takich jego filmach, jak „Siedem czarnych nut”, „Zombie pożeracze mięsa”, „Miasto żywej śmierci”, „Dom przy cmentarzu”, „Siedem bram piekieł”, czy „Nowojorski rozpruwacz”. Szczerze powiedziawszy do seansu „Człowieka-Szczura” zachęciło mnie tylko i wyłącznie nazwisko Sacchettiego, scenarzysty, który zdążył już skraść moje serce, choć jednocześnie nie spodziewałam się spektakularnego widowiska. Liczyłam raczej na zwyczajową B-klasową średnią rozrywkę, śmiało podchodzącą do tradycji gore, przy której mogłabym wyłączyć myślenie i z jednym zastrzeżeniem dokładnie to otrzymałam.

Motyw szalonego naukowca, który poprzez swoje obsesyjne, ziszczone pragnienie tworzenia sprowadza na bohaterów filmu śmiertelne niebezpieczeństwo niejednokrotnie był już poruszany przez twórców kina grozy. Sacchetti nie wykazał się więc większą pomysłowością w tym ogólnym aspekcie dynamizującym akcję, popuszczając wodze wyobraźni w szczegółach. Domorosły genetyk znajduje bowiem sposób na stworzenie Człowieka-Szczura poprzez połączenie komórki jajowej małpy z nasieniem szczura (!). Eksperyment powołuje do życia małą, człekokształtną istotę z wielkimi przednimi zębami, posiadającą instynkt szczura i inteligencję małpy oraz śmiercionośny jad. Wiele skrajnie różnych opinii krąży o tym konkretnym przedsięwzięciu twórców efektów specjalnych. Jedni zarzucają Człowiekowi-Szczurowi komiczną aparycję, która poza rubasznym śmiechem nie wywołuje żadnych emocji, inni przyznają, że jest doprawdy przerażająca. Mnie owoc długoletniej pracy doktora Olmana również rozbawił, ale nie jestem w stanie skrytykować jego groteskowej aparycji, bo chociaż nie wywoływała niepokoju nie można odmówić twórcom inwencji, zapadającej w pamięć właśnie dzięki jej kuriozalności. Sama fabuła, podobnie jak motyw szalonego naukowca, wątkiem przewodnim nie odbiega od szeroko eksploatowanej konwencji rąbanek, ale narracja nieco zaburza zwyczajową koncepcję fabularną. Akcję poprowadzono dwutorowo, z perspektywy Marilyn i jej współpracowników oraz siostry dziewczyny, Terry i towarzyszącego jej pisarza, którzy starają się odnaleźć tę pierwszą. Na początku zdaje się, że największy ciężar scenariusza spocznie na barkach tej drugiej parki i będzie on propagował mało odkrywczy wątek mozolnego przedzierania się przez dzikie rejony karaibskiej wyspy, z Człowiekiem-Szczurem obserwującym każdy ich krok. Takim przekonaniem natchnął mnie wstęp, gdzie tuż po skrótowym przybliżeniu sesji fotograficznej z udziałem Marilyn, na dłużej skupiono się na losach jej siostry i przygodnie poznanego pisarza. Po oględzinach zwłok kobiety, z wiarygodnie oddanym przez charakteryzatorów okaleczeniem na twarzy, Terry i Fred, przystępują do poszukiwań zaginionej modelki, najpierw przeprowadzając oględziny miejsca, w którym zginęła nieznajoma – opuszczonego, niszczejącego budynku. Wcześniej widzowie mieli okazję podejrzeć, jak zginęła kobieta, przy okazji dostając wgląd w wykorzystywany również w dalszej części projekcji, rozczarowujący sznyt Carnimeo. Chociaż reżyser miał do dyspozycji naprawdę znakomitą, zróżnicowaną ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Stefano Mainettiego, która wykonała połowę pracy potrzebnej do stworzenia pożądanej atmosfery zagęszczającej się grozy i chociaż operatorzy potrafili wydobyć maksimum dramatyzmu ze skąpanych w gęstych ciemnościach lokacji oraz sporadycznych zbliżeń na przerażoną twarz osaczonej kobiety, z czasem nie tylko ta konkretna sekwencja, ale dosłownie wszystkie sceny obrazujące atak na człowieka zaczynały zwyczajnie nużyć. Wszak Carnimeo niepotrzebnie przedłużał te podchody i to do tego stopnia, że już od połowy traciło się zainteresowanie, a wypracowane na początku napięcie dosłownie wyparowywało, sprawiając, że finalne sceny mordów przyjmowało się beznamiętnie. Tym bardziej, że w przeważającej większości szamotanie się z potworkiem zmontowano nazbyt chaotycznie, co w połączeniu z niedostatecznym oświetleniem uniemożliwiało przyjrzenie się krwawym szczegółom. Można dostrzec jedynie kilka szybkich ujęć zanurzania się pazurów Człowieka-Szczura w ciele i rzecz jasna odrobinę wiarygodnej wizualnie substancji imitującej krew, ale z wyłączeniem ostatniego mordu, kiedy to na dużym zbliżeniu potworek podcina komuś gardło (poszarpane brzegi rany wypadają naprawdę przekonująco) twórcy efektów specjalnych po macoszemu traktują aspekty gore. Nawet zapewne w zamyśle najmocniejszy krwawy ustęp, czyli konsumpcję ludzkiego ciała, której szczegóły również skrzętnie skrywano przed wzrokiem widza.

Chociaż „Człowiek-Szczur” nie przedstawia sobą większej wartości, jeśli idzie o makabrę to pomijając rozwleczone sekwencje będące bezpośrednim wstępem przed wyeliminowaniem danej ofiary pod kątem klimatu wypada nader atrakcyjnie. Po szybkim zarysowaniu sytuacji Terry i Freda, fabuła na powrót koncentruje się przede wszystkim na Marilyn i jej współpracownikach. Sacchetti wykazał się w tym miejscu niejaką pomysłowością, bo w klasycznych rąbankach nieczęsto ma się okazję obserwować wydarzenia z dwóch perspektyw, w tym osoby, która jak wydawało się chwilę wcześniej powinna już nie żyć. Kolejną obiecującą koncepcją był pobyt Marilyn i fotografa w wyludnionej wiosce, której widok natchnął przybrudzone zdjęcia aurą wyalienowania i spotęgował atmosferę zagrożenia. Golizna odtwórczyni roli Marilyn, Evy Grimaldi, szczególnie kiedy ujmowano ją w teatralnych ramach miejscami nieco odwracała uwagę od klimatu grozy (sesje zdjęciowe i kąpiel aktorki jawią się niczym wstęp do jakiegoś taniego erotyka), ale na szczęście nie było to aż tak częste, żeby całkowicie zniszczyć klimat grozy. Za to pełne patosu przemowy niektórych postaci, egzaltowana mimika oraz podniosły ton (choć tutaj akurat zawinił nieudolny angielski dubbing) miejscami wybijały mnie z prawidłowego rytmu, w jaki wprowadziła mnie mroczna oprawa audiowizualna, ale te sytuacje również można określić mianem sporadycznych.

„Człowiek-Szczur” to horror niepozbawiony poważnych niedostatków, w czym w dużej mierze zawinił niski budżet oraz zamiłowanie reżysera do przeciągania w czasie, co poniektórych scen. Ale jeśli jest się fanem kina klasy B z pewnością będzie się potrafiło, czy to przymknąć oczy na owe mankamenty, czy wręcz poczytywać je na plus. Moje zamiłowanie do estetyki włoskich rąbanek i sympatia, jaką obdarzyłam naiwne, tanie twory z gatunku horroru nie pozwalają mi całkowicie zdyskredytować „Człowieka-Szczura”, bo w sumie całkiem znośnie się na nim bawiłam, ale jednocześnie film nie dostarczył mi aż takich wrażeń, żeby w moim pojmowaniu wyjść ponad przeciętność.