Stronki na blogu

czwartek, 15 kwietnia 2021

Iain Banks „Fabryka Os”

 

Niespełna siedemnastoletni Francis 'Frank' Cauldhame, odkąd jego starszego przyrodniego brata Erica zamknięto w ośrodku psychiatrycznym, mieszka tylko z ojcem na małej wyspie w Szkocji. Chłopak nie wypuszcza się dalej niż do pobliskiego miasteczka Porteneil, gdzie mieszka jego jedyny przyjaciel Jamie. Zdecydowaną większość czasu spędza jednak na wyspie, oddając się wymyślonym przez siebie rytuałom i dręczeniu zwierząt. Jego najcenniejszą rzeczą jest Fabryka Os, którą ukrywa na poddaszu i traktuje jak skarbnicę wiedzy. Frank zabijał już ludzi, ale uważa, że ten etap ma już za sobą. Teraz jego uwagę zaprząta głównie nieuchronny powrót brata, który uciekł z zakładu psychiatrycznego i nawiązał z nim kontakt telefoniczny. Frank z niecierpliwością oczekuje powrotu Erica, mimo że jest świadomy zagrożenia, jakie niesie ten bez wątpienia mocno zaburzony mężczyzna.

Po raz pierwszy wydana w 1984 roku „Fabryka Os” (oryg. „The Wasp Factory”) to powieściowy debiut szkockiego nieżyjącego już pisarza Iaina Menziesa Banksa. Thriller psychologiczny, który pisał się dość niechętnie, bowiem późniejszy autor między innymi literackiej serii science fiction funkcjonującej pod nazwą „Kultura” (oryg. „Culture”), swoją pisarską karierę wiązał wyłącznie z fantastyką naukową. Do obniżenia lotów – jak to wówczas odbierał – zmusiły go odmowy publikacji jego pierwszych powieści science fiction, które wysłał do wszystkich znanych mu szkockich wydawnictw niestroniących od tego gatunku. Zacisnął więc zęby i stworzył coś skromniejszego i dostosowanego do masowych oczekiwań. I tym sposobem otworzył sobie drzwi do pisarskiej kariery. „Fabryka Os” wzbudziła niemałe kontrowersje, ze względu na jakoby bardzo drastyczne opisy. Krytycy podzielili się na dwa obozy – jedni rozpływali się w zachwytach nad tym prozatorskim osiągnięciem, a inni nie kryli swojej odrazy do tej szmiry. Nowe polskie wydanie „Fabryki Os” (Zysk i S-ka, rok 2021) zawiera fragmenty wybranych opinii krytyków. Głównie pozytywnych, ale określenie „szmira” bynajmniej nie jest przypadkowe. Ciekawy, raczej niespotykany zabieg wydawniczy. Zresztą to wydanie „Fabryki Os” w ogóle odznacza się dużą starannością. Twarda oprawa z wpadającą w oko grafiką na froncie, która zwraca uwagę również swoją wewnętrzną stroną. „Fabryka Os” Iaina Banksa trafiła na listę stu najlepszych książek XX wieku opublikowaną przez dziennik „The Independent” - wynik sondy przeprowadzonej w 1997 roku, w której wzięło udział ponad dwudziestu pięciu tysięcy czytelników gazety.

Trochę dziwi mnie reakcja niektórych krytyków w latach 80-tych XX wieku na pierwszą opublikowaną powieść Iaina Banksa. Oczywiście, można by pomyśleć, że w dużym zakresie ominął ich rozkwit kina gore, że skupiali się na literaturze. Kiedy „Fabryka Os” wchodziła na rynek wydawniczy skrajna przemoc jeszcze się tam nie rozhulała. Kino w tym zakresie było bardziej do przodu, ale to nie znaczy, że dział beletrystyki w 1984 roku, na który przypadła premiera tej kontrowersyjnej książki Iaina Banksa, nie oferował bardziej makabrycznych utworów. Wystarczy wspomnieć choćby „Poza sezonem” Jacka Ketchuma, pierwszą odsłonę jego kanibalistycznego cyklu pierwotnie wydaną w 1980 roku (w niewielkim i w dodatku długo niewznawianym nakładzie przez ostrą krytykę, z jaką powieść się spotkała – bo krwawa), ale i Edward Lee też zdążył już poczynić pierwsze, jak wieść niesie, jeszcze nieśmiałe kroki w literaturze ekstremalnej. Od wykwalifikowanych recenzentów można chyba oczekiwać większego rozeznania w temacie, którego, opiniując „Fabrykę Os” siłą rzeczy, dotykali. Z całego tego wywodu należy wyciągnąć tylko jeden wniosek: „Fabryka Os” nie jest tak wybitnie makabryczna, jak ją w poprzedniej dekadzie odmalowano. Ta szumna etykietka, bądź co bądź, nadal jest do niej przypominana, choćby przez wydawców. Pierwsza opublikowana powieść Iaina Banksa, owszem, wytrąca ze strefy komfortu. Tak, dzieje psychopatycznego nastolatka mieszkającego z ojcem na niewielkiej szkockiej wyspie, wprawiły mnie w dość nieprzyjemny nastrój. Pożądanie nieprzyjemny, ale bliżej było mi do smutku niż rozstroju żołądka. Przyznaję, że nie bez odrazy patrzyłam na bezeceństwa, jakich dopuszczała się (w dzieciństwie, ale i w umownej teraźniejszości) czołowa postać i jednocześnie narrator „Fabryki Os”, Francis 'Frank' Cauldhame. Szesnastoletni młodzieniec, który tak jakby jest martwy dla świata. Nie ma metryki urodzenia, nie widnieje w żadnej ewidencji, nie ma meldunku, ni obywatelstwa. Tak zadecydował człowiek, który go wychował – jego ekscentryczny ojciec, z którym Frank wciąż mieszka. W starym domu na poza tym bezludnej wyspie. Najbliższych sąsiadów Cauldhame'owie mają po drugiej stronie mostu, gdzie rozciąga się małe szkockie miasteczko o nazwie Porteneil. Frank bywa tam częściej niż jego ojciec, nie przejmując się zbytnio nieufnymi, nienawistnymi wręcz spojrzeniami posyłanymi mu przez dużą część tutejszej ludności. Winę za ten stan rzeczy ponosi jego starszy przyrodni brat Eric, który przed laty terroryzował tę mieścinę. Nadal straszy się nim (Frankiem w sumie też) niesforne dzieci – taka trochę urban legend – chociaż realnie Eric nikomu już nie zagraża. A przynajmniej tak było do tej pory, bo już na początku powieści dowiadujemy się, że ten niebezpieczny osobnik właśnie zbiegł z ośrodka psychiatrycznego. To naturalnie nie wróży dobrze zarówno najbliższym mu osobom, jak mieszkańcom Porteneil, ale Banks każe nam z większą obawą przypatrywać się jego młodszemu bratu, który najwyraźniej ma na koncie dużo poważniejsze przestępstwa. Potworne zbrodnie, które stanowią jego, nie zawsze słodką, tajemnicę. Bo są chwile, w których Frank zdaje się żałować swoich dziecięcych i niektórych dzisiejszych wybryków; wydaje się, że nie jest zupełnie wolny od wyrzutów sumienia, ale owe chwile zwątpienia nie nachodzą go często. Nie jest żadną tajemnicą, że wielu seryjnych morderców zaczyna od dręczenia zwierząt, a dopiero potem przerzuca się na ludzi. U Franka natomiast możemy zaobserwować odwrotną tendencję. Narrator „Fabryki Os” uważa, że etap eliminowania swoich bliźnich ma już dawno za sobą. Taki tam przejściowy okres u jeszcze nierozgarniętego, niemającego dużej wiedzy o świecie, młodego człowieka. Teraz Frank jest mądrzejszy, a przynajmniej za takiego on sam się uważa, bo z perspektywy czytelnika inaczej może to wyglądać.


Jeżeli naprawdę jesteśmy tak źli i tak głupi, że zrzucilibyśmy wszystkie te bomby wodorowe, jądrowe na siebie nawzajem, to może i lepiej, że zmieciemy się z powierzchni ziemi, nim podbijemy kosmos i zaczniemy srać na głowę innym rasom.”

Moim zdaniem słusznie „Fabryka Os” Iaina Banksa jest porównywana do kultowego „Władcy much” Williama Goldinga. Podobieństwa widać w osobliwym systemie wierzeń Franka Cauldhame'a, upiornych obrządkach, którym skrycie się oddaje. Jego ojciec co prawda patrzy na Franka podejrzliwym okiem - autor daje nam powody sądzić, że obawia się, że z Frankiem sprawy mogą się mieć nawet gorzej niż z Erickiem - ale woli nie zagłębiać się w ten problem. Bo tak jest łatwiej, bezpieczniej, mniej boleśnie? A może ojciec Franka po prostu woli zajmować się sobą? Może obojętny jest mu los syna; nie troszczy się o niego, bo go nie kocha. Frank podejrzewa, że tak właśnie jest, że człowiek, który go wychował nie darzy go cieplejszymi uczuciami. Zapewnia mu wprawdzie wikt i opierunek, przekazał mu nawet trochę wiedzy, zapewnił jakieś wątpliwej jakości wykształcenie (ojciec Franka sam go uczył, jednak wdrożony przez niego program zawierał sporo przekłamań), ale nie daje mu odczuć, że ceni sobie jego towarzystwo. Frank i jego ojciec bardziej przypominają z trudem tolerujących się współlokatorów niż rodzinę. Mieszkają razem, ale tak jakby osobno. Co w gruncie rzeczy bardzo ułatwia psychopatycznemu młodzieńcowi kultywowanie makabrycznych zwyczajów na wyspie, którą zauważalnie traktuje jak swój prywatny plac zabaw. Opisy okrucieństwa wobec zwierząt mogą skruszyć nawet najtwardsze serce, ale podpalanie królików, czy psów (to już działka Erica), choć tak przerażające, moim zdaniem bledną w obliczu dwóch wspomnień antybohatera powieści. Paul i Esmeralda. Dwa tragicznie przerwane żywoty. Dwie małe istotki starte z powierzchni ziemi przez niewiele od nich starszego Franka. W śmierci Esmeraldy bodaj najbardziej rzuca się w oczy zaskakująca funkcja, jaką, przypadkiem czy nie, pełni w „Fabryce Os” wisielczy humor. Zupełnie nieśmieszny, może i niesmaczny, ale muszę przyznać, że na mnie dyskusyjne poczucie humoru Banksa, działało przerażająco. Makabreska najwyższej próby. Wprawiająca w dyskomfort, jakiego nie zaznamy w wielu spisanych ze śmiertelną powagą utworach, konfrontujących swoich odbiorców z bestialskim traktowaniem bliźnich. „Fabryka Os” opiera się na motywie serial killer, ale tylko „szkaradną połową swojego organizmu”. Szkaradny to komplement, żeby była jasność. Opisy okrutnej działalności Franka i jego brata nie są tak plastyczne, tak szczegółowe, jak głoszą co poniektórzy recenzenci. Jakichś daleko posuniętych wynaturzeń, obrzydliwości na miarę chociażby prozy Clive'a Barkera, Johna Eversona, czy wspomnianego już Edwarda Lee, w „Fabryce Os” prawie wcale nie wypatrzyłam (prawie, bo akcję z larwami much długo będę pamiętać; coś strasznego), ale jak już chyba dałam do zrozumienia, obojętnie obok destrukcyjnych poczynań Franka też nie przechodziłam. Głównie za sprawą czarnego humoru, ale nie tylko. Swoje robił też brudny, gnijący, depresyjny klimat „Fabryki Os” - degrengolada jednostki na dość odizolowanym terytorium, które rodziło we mnie mocne klaustrofobiczne poczucie zakleszczenia w chorym umyśle, chorym świecie, naszym świecie... Ale choć omawiana powieść długa nie jest – nie ma nawet trzystu stron, a druk niemały – nudnawe momenty mnie nie ominęły. Według mnie ten, w gruncie rzeczy, początkujący pisarz od czasu do czasu jakby gubił się w tej opowieści, jakby tracił wątek. Wdawał się w moim zdaniem nic niewnoszące, uważam zupełne niepotrzebne rozważania o zabarwieniu czy to politycznym, czy filozoficznym, czy teologicznym. Marzycielskim bądź zupełnie praktycznym. Materia społeczno-obyczajowa, z której przebija potępienie gatunku ludzkiego (ludzie są okrutni i bezdennie głupi) z wszystkich tych przemyśleń małoletniego psychopaty, uważam, niosło najwięcej treści i najlepiej wpasowało się w główną problematykę utworu. Czyli przygody młodego psychopaty, który dopiero odkrywa samego siebie, który jeszcze nie odnalazł swojego prawdziwego „ja”. Ale w końcu odnajdzie, a wraz z nim i my. My: przypuszczalnie zaskoczeni, wstrząśnięci postronni obserwatorzy dramatycznego zwieńczenia tych nienormalnie długich poszukiwań młodzieńca, który ponad wszelką wątpliwość w tej swojej egzystencjalnej odysei drastycznie pobłądził. Czy jest jeszcze ratunek dla Franka? Z tym pytaniem Iain Banks nas pozostawia. Na marginesie: niektórzy pewnie dopatrzą się w „Fabryce Os” komentarza, który w pewnym sensie wyprzedził swoją epokę. Temat ten dziś jest zdecydowanie żywszy. Teraz jest o tym zdecydowanie głośniej, niż kiedy Iain Banks tworzył swoją „Fabrykę Os”. UWAGA SPOILER Dodam, że ten zdumiewający koniec nasunął mi lekkie skojarzenia ze „Skórą, w której żyję” Pedro Almodóvara, filmu opartego na powieści Thierry'ego Jonqueta w Polsce wydanej pod tytułem„Tarantula” KONIEC SPOILERA.

Dobra rzecz, choć nie do końca zgodna z moimi oczekiwaniami, wynikającymi z (nie)złej sławy, która ciągnie się za nią od lat 80-tych XX wieku. Od pierwszego wydania tej na pewno mrocznej, ale już nie tak makabrycznej, jak ją wykreowano, pierwszej opublikowanej powieści szkockiego zdeklarowanego miłośnika science fiction Iaina Banksa. „Fabryka Os” to thriller psychologiczny, który można też sklasyfikować, jako utwór egzystencjalny, wprawdzie nieobchodzący się łagodnie z czytelnikiem, ale żeby przypisywać mu aż taką drastyczność...? Bez przesady. Normalna, zdrowa opowieść o psychopatycznej młodocianej jednostce. Nic zdrożnego. A już tak zupełnie serio: spodziewajcie się nieprzyjemnych doznań, ale nie liczcie na soczyste mięsko. Lepiej nie nastawiać się na wielką ucztę gore. Nic wystawnego – taka tam skromna kolacyjka. Takie bardziej psychologiczne niż dosłowne ujęcie „krwawej” makabry. A właściwie makabreski.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 13 kwietnia 2021

Lisa Scottoline „Powrót Anny”

 

Maggie Ippoliti, jej mąż doktor Noah Alderman i jego dziesięcioletni syn z poprzedniego małżeństwa, Caleb, toczą całkiem szczęśliwy żywot na amerykańskim przedmieściu. Maggie też ma dziecko z poprzedniego małżeństwa, siedemnastoletnią córkę Annę, z którą od dawna bezskutecznie stara się nawiązać kontakt. Nieoczekiwanie jej największe marzenie się spełnia. I to z nawiązką. Anna nie tylko nawiązuje kontakt z Maggie, ale też wprowadza się do niej. A niedługo potem umiera. Za zabójstwo Anny zostaje oskarżony Noah, któremu grozi kara śmierci. Nie ma wątpliwości, że jego relacje z pasierbicą nie układały się dobrze, ale wbrew zgromadzonym dowodom, mężczyzna upiera się, że wina za ten stan rzeczy nie leżała po jego stronie. Czy Anna kłamała, czy Noah faktycznie dopuścił się tych wszystkich strasznych rzeczy, które nastolatka ujawniła niedługo przed swoją tragiczną śmiercią?

Laureatka Nagrody Edgara, amerykańska powieściopisarka specjalizująca się w dramatach rodzinnych oraz thrillerach psychologicznych i prawniczych, Lisa Scottoline, zdążyła już dorobić się całkiem pokaźnej i poczytnej bibliografii – mniej więcej trzydzieści milionów sprzedanych papierowych egzemplarzy, przetłumaczonych na trzydzieści języków. Po studiach rozpoczęła karierę prawniczą, ale odeszła z kancelarii, gdy na świat przyszła jej córka Francesca Serritella, z którą tworzy kolumnę z felietonami w The Philadelphia Inquirer (zbieranymi w bestsellerowej serii książek „The Amazing Adventures of an Ordinary Woman Series”). „Powrót Anny” (oryg. „After Anna”), dobrze przyjęty thriller psychologiczny Lisy Scottoline, swoją światową premierę miał w 2018 roku, a w Polsce powieść ukazała się trzy lata później pod szyldem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Lisa Scottoline nadała „Powrotowi Anny” dosyć ryzykowną formę. Dwa okresy – przed i po zabójstwie tytułowej postaci – podawane naprzemiennie. Oś retrospektywna na pierwszym planie trzyma Maggie Ippolity, a w umownej teraźniejszości (w rozdziałach „po”, gdzie swoją drogą też od czasu do czasu będziemy przenosić się w przeszłość) przyglądamy się jej drugiemu mężowi, pediatrze alergologowi, Noahawi Aldermanowi. Właśnie trwa jego proces, który... śledzimy od końca. No, niezupełnie, bo na wyrok jednak będziemy musieli poczekać. W każdym razie szybko daje się zauważyć, że Scottoline uprzedza nader istotne fakty, w stopniu większym, niż zwykł czynić to nawet Stephen King, pisarz, który zawsze pierwszy przychodzi mi na myśl w odniesieniu do tego pisarskiego zabiegu. Już na początku „Powrotu Anny” dowiadujemy się, że rzeczona Anna to ofiara morderstwa, za które oskarżono jej ojczyma, doktora Noaha Aldermana. W retrospekcjach po kolei – z zachowaniem chronologii wydarzeń – dokładnie obejrzymy ostatni, niedługi okres życia tej siedemnastoletniej dziewczyny. Coraz bardziej komplikującego się życia, przy czym owe komplikacje nie będą dla nas żadną niespodzianką, a w każdym razie nie „na tej trasie”. Proces sądowy, przez który „przejeżdżamy na wstecznym”, każe nam przygotować się praktycznie na wszystkie burzliwe momenty w życiu Anny i jej nowej rodziny. A to hamuje impet, jaki w innym ułożeniu z pewnością niosłyby kawałki z poprzedniego życia rodziny z przedmieścia. Innymi słowy: w nie tak znowu dawne dzieje Maggie, Noaha i ich dzieci, wchodziłam z, jak się okazywało, słusznym przeświadczeniem, że czeka mnie coś w rodzaju powtórki z rozrywki. Owszem, pozyskiwałam więcej informacji, autorka dość skrupulatnie przedstawiała okoliczności, których wcześniej mogłam się co najwyżej domyślać, ale wszystkie większe i niektóre mniejsze kryzysy, do jakich dochodziło w tej rodzinie od czasu ziszczenia się największego marzenia Maggie, czyli powrotu jej jedynego biologicznego dziecka, silniejszych emocji już nie dostarczały. Nie w tych momentach, ale wcześniej, a właściwie później, w gmachu sądu, gdzie ważą się losy doktora Noaha Aldermana, już tak. Co prawda nie przyjmowałam tych starannie dawkowanych rewelacji na temat relacji oskarżonego z jego nastoletnią pasierbicą z narastającym zdumieniem, ale czerpałam z nich inne korzyści. Ciekawość rosła, atmosfera gęstniała, napięcie narastało, choć przecież wiedziałam, jak to się skończy... Tak naprawdę już się skończyło: Noah stanął przed sądem w charakterze oskarżonego o zamordowanie swojej nastoletniej pasierbicy. Nie możemy być jeszcze pewni wyroku, ale przypuszczam, że przynajmniej większość odbiorców „Powrotu Anny” będzie się spodziewało werdyktu skazującego. Niekoniecznie dlatego, że sam szybko zyska pewność, iż ten do niedawna szanowany lekarz z przedmieścia w Pensylwanii, dopuścił się tego niewybaczalnego czynu, tym samym, pomijając wszystko inne, najprawdopodobniej bezpowrotnie niszcząc swoje małżeństwo. A jeszcze miesiąc temu Noah i Maggie tworzyli taką przykładną, zgraną parę. Jak z obrazka. Urocze amerykańskie przedmieście, spokojna, zadbana dzielnica zamieszkiwana przez klasę średnią – w takiej pocztówkowej scenerii mieszkała trzyosobowa rodzina Alderman-Ippoliti, która wprawdzie miała swoje problemy, ale generalnie przyjemnie im się razem żyło. Te problemy to dziecięca apraksja mowy Caleba, dziesięcioletniego syna Noaha z poprzedniego małżeństwa i tęsknota Maggie za córką Anną, którą odebrano jej niedługo po porodzie. Jej były mąż zadbał o to, by Maggie nie widywała się ze swoim własnym dzieckiem. Teraz już siedemnastoletnią dziewczyną, która, ku niewysłowionej radości swojej rodzicielki, wreszcie nawiązuje z nią kontakt. A zaraz potem się do niej wprowadza. Tam, gdzie Maggie, jej drugi mąż i pasierb uwili sobie wygodne gniazdko, które jak już wiemy niedługo zostanie dokumentnie zniszczone. Przez Noaha albo Annę.

Pierwsza partia „Powrotu Anny” zasadza się na konflikcie Anny Ippoliti Desroches i doktora Noaha Aldermana. Lisie Scottoline wyraźnie zależy na tym, byśmy stanęli „po niewłaściwej stronie”. To znaczy opowiedzieli się nie po stronie młodej kobiety, która rzuca poważne oskarżenia pod adresem swojego ojczyma, tylko po stronie jej rzekomego? oprawcy. Wyłania się z tego obraz patologicznej kłamczuchy, bezwzględnej manipulantki, która z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, obrała sobie za cel męża swojej biologicznej matki. Nie mogłam nie wyciągnąć z tego wniosku, że Scottoline podnosi tutaj bardzo istotny, w debacie medialnej na temat przemocy domowej zazwyczaj kompletnie pomijany, problem, który bez wątpienia w tak zwanych wysoko rozwiniętych społeczeństwach też występuje. Pomówienia. Fałszywe oskarżenia przedstawiane przez przebiegłe kobiety pod adresem mężczyzn. Oskarżenia, które w przestrzeni publicznej zwykle nie są kwestionowane, które przez dużą część społeczeństwa są brane za pewnik. Uznany za winnego przez społeczeństwo. Sąd to już tylko formalność... Scottoline dotyka więc w „Powrocie Anny” zasady, którą chyba można już uznać za martwą. Zasady domniemania niewinności. W interesie tak naprawdę każdego z nas powinno leżeć trzymanie się tej zasady, bo każdy z nas może zostać postawiony przed sądem za czyn, którego nie popełnił. Każdy może paść ofiarą obrzydliwych pomówień, a mimo to ciężko pracujemy nad tym, by nie mieć prawa do uczciwego procesu, prawa do obrony. Sytuacja Noaha, tak się przynajmniej wydaje, pokazuje, jak łatwo kłamstwami, w dodatku niewymagającymi większej kreatywności, zniszczyć człowieka. Sytuacja Noaha pokazuje, że są panie, które odnoszą nieuprawnione korzyści z niewątpliwie potrzebnego uczulania ludzi na krzywdę kobiet. Tutaj tą, która dokonuje się w ich własnych domach. Zadawaną przez mieszkających z nimi mężczyzn – tutaj przez dopiero co poznanego ojczyma, jak wszystko na to wskazuje kochającego męża i oddanego ojca dziesięcioletniego chłopca. Bez względu na to, jak ta na pozór nieskomplikowana, niespecjalnie złożona opowieść się rozwinie, z pierwszej partii płynie niezwykle ważna nauka: nie osądzaj po pozorach, nie wyciągaj pochopnych wniosków nawet na temat osób, na których ciążą naprawdę poważne zarzuty, którym przypisuje się odrażające zbrodnie. Scottoline przygotowała parę niespodzianek, z których co najmniej jedna może mocno wstrząsnąć czytelnikiem. Potężnie zaskoczyć, odwrócić do góry nogami obraz, który w tej pierwszej dłuższej partii nam odmalowała. W prostych słowach, rzadko w wielokrotnie złożonych zdaniach, ale bez jakichś drażniących zaniedbań fragmentów opisowych. Poszczególne miejsca, zdarzenia i ważniejsze postaci, Lisa Scottoline opisuje w sposób dostatecznie plastyczny. Zasadniczo preferuję bardziej rozbudowane, bogatsze w słowa i długie zdania powieści, ale ogólnie rzecz biorąc Scottoline, że tak to ujmę, osiągnęła to językowe minimum, niezbędne do odpowiedniego przeżywania tej historii. Dobrze, emocje mogły być silniejsze, i tak, pierwsza partia „Powrotu Anny”, szczególnie warstwa retrospektywna, siłą rzeczy (niekorzyść płynąca z obranej formy, nieprzyjemna wypadkowa dość eksperymentalnej, na pewno niestandardowej struktury wypracowanej przez tę doświadczoną autorkę) nie budowała się w tak tajemniczy sposób, jak można oczekiwać od tego rodzaju opowieści; opowieści o zwyczajnej rodzinie z coraz to poważniejszymi, piętrzącymi się niecodziennymi problemami. Ale ciekawość, mimo wszystko, mnie nie opuszczała. Od czasu do czasu słabła, ale nie aż tak, bym musiała przymuszać się do brnięcia dalej w to bagno, w jakie zamieniło się życie trzyosobowej rodziny, kiedy w jej szeregi weszła nastoletnia Anna. Samotna, zagubiona, rozpaczliwie łaknąca domowego ciepła, spokojna, niechcąca nikomu zaszkodzić dziewczyna bądź zdemoralizowana, okrutna, niemająca skrupułów, wyrachowana mącicielka, która nie spocznie dopóki dokumentnie nie zniszczy wygodnego gniazdka, które jej matka uwiła sobie z drugim mężem i jego synem. Czy Anna chce zaszkodzić tylko Noahowi, czy jej głównym celem jest Maggie? Czyżby zamierzała pomścić krzywdy, jakich matka jej przysporzyła? Wyrównać rachunki z kobietą, która według niej, delikatnie mówiąc, nie wywiązała się ze swoich rodzicielskich obowiązków? A może prawdy nie powinniśmy szukać w umyśle mężczyzny, którego oskarżono o zabójstwo tytułowej postaci? Może prawda leży po stronie dziewczyny, która jakoby okrutnie kłamała? Myślę, że warto poszukać tej prawdy. Zapoznać się z tą niekoniecznie tak prostą sprawą, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Intryga może się okazać dużo bardziej złożona, niż sądzicie...

Rodzinny thriller psychologiczny. Powieść bardzo płodnej amerykańskiej autorki, Lisy Scottoline, która pokaże Wam jak przerażająco mylne mogą być pozory albo jak przerażająco prawdziwe. Przypuszczalnie opowiecie się po stronie sprawcy, który w Waszych oczach będzie jednak uchodził za ofiarę. Może nawet większą niż tytułowa dziewczyna, która postrada życie. „Powrót Anny” to sprytnie podsycający ciekawość, pogrywający z niczego nieświadomym czytelnikiem, podstępnie budujący intrygę dreszczowiec, który... potrzebuje więcej czasu od bodaj większości swoich gatunkowych braci. Uzbrójcie się więc w cierpliwość. Poczekajcie, bo to nie tak, że już wszystko wiecie. Może nawet nie znacie nawet połowy prawdy... Tak czy inaczej myślę, że bez większych obaw można wybrać się w tę pouczającą i dość poruszającą podróż z Lisą Scottoline, „ekspertką od spraw rodzinnych”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 11 kwietnia 2021

„Violation” (2020)

 

Miriam przyjeżdża wraz ze swoim partnerem Calebem do swojej siostry Grety, która mieszka z mężem Dylanem w domu pod lasem, gdzie niedługo ma się odbyć przyjęcie. Relacja kobiet nie należy do najcieplejszych, ale Miriam ma nadzieję, że uda im się puścić w niepamięć zadawnione nieporozumienia i zacząć od nowa. Greta najwyraźniej też tego chce, ale nie potrafi ukryć swojego rozdrażnienia niektórymi zachowaniami siostry. Z Calebem Miriam też od jakiegoś czasu się nie układa, dlatego otwiera się przed swoim szwagrem, który zawsze był do niej życzliwie nastawiony. Ich przyjaźń kończy się jednak pewnego strasznego poranka. Dylan dopuszcza się rzeczy niewybaczalnej, a w Miriam z czasem budzi się pragnienie zemsty.

Kanadyjski obraz klasyfikowany jako dramat/horror, „Violation”, jest pełnometrażowym debiutem reżyserskim Dusty'ego Mancinelliego i Madeleine Sims-Fewer, którzy są również autorami scenariusza, a Sims-Fewer ponadto wcieliła się w pierwszoplanową postać Miriam. Oni sami uważają, że „Violation” nie jest ani horrorem, ani dramatem, tylko plasuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma gatunkami. Film jest kojarzony głównie z twórczością Larsa von Triera, ale twórcy zdradzili, że większy wpływ miał na nich Michael Haneke, a konkretnie jego „Ukryte” i „Funny Games”. Niemniej Sims-Fewer na gruncie aktorskim, w kreacji Miriam, wzorowała się trochę na postaci odgrywanej przez Charlotte Gainsbourg w „Antychryście” Larsa von Triera, która wywarła na niej ogromne wrażenie. „Violation” po raz pierwszy został pokazany we wrześniu 2020 roku na Toronto International Film Festival. Potem gościł jeszcze na paru innych festiwalach filmowych, a szerzej zakrojona dystrybucja (internet) rozpoczęła się w marcu 2021 roku.

To nie miał być standardowy film zemsty. Dusty Mancinelli i Madeleine Sims-Fewer słusznie zauważyli, że w tego typu historiach brutalna zemsta ma działać na publiczność oczyszczająco. Działalność samotnego mściciela (najczęściej samotnej mścicielki) jest obliczona na aprobatę, poklask odbiorców. „Violation” natomiast zmierza do czegoś wprost przeciwnego. Mancinelli i Sims-Fewer poza tym uświadomili sobie, że nie widzieli jeszcze filmu zemsty, w którym rzeczony akt byłby wymierzony w osoby bliskie, takie, którym się ufało, których się kochało. Jedną z najbardziej problematycznych rzeczy w „Violation” okazała się dla mnie nielinearna struktura scenariusza. Mancinelli i Sims-Fewer od początku tak to poukładali, ale potem przećwiczyli jeszcze chronologiczne ułożenie historii, co tylko utwierdziło ich w przekonaniu, że przy takim podejściu, traci ona swoją poezję. Nie wątpię w to, bo gdy podejmie się ten minimalny wysiłek i wyobrazi sobie liniową wersję „Violation”, to można wyciągnąć jeszcze dalej idące wnioski. Mnie ten myślowy eksperyment tylko upewnił, że to jedna z tych filmowych propozycji, jakie zwykle opisuje się słowami „przerost formy nad treścią”. Prawdę mówiąc nie przepadam za tym określaniem, ale do tego przypadku wyjątkowo mi pasuje. Nie znajduję lepszych słów na oddanie mojej własnej reakcji na to widowisko, któremu swoją drogą, według mnie, najbliżej do thrillera, co najwyżej z drobnymi naleciałościami horroru. Uważam, że miał nawet zadatki na thriller psychologiczny, ale w mojej ocenie ten potencjał zaprzepaszczono. Z jednej strony „Violation” „stroi się w ciuszki” kina exploitation, płynie na tej fali, ale też w pewnym sensie porusza się w przeciwnym kierunku. Pod prąd, odbiegając od standardu UWAGA SPOILER rape and revenge KONIEC SPOILERA. Taka tam reinterpretacja owego nurtu – trochę inne podejście do opowieści o doznanej krzywdzie i wymierzaniu sprawiedliwości na własną rękę. Koncepcja w sumie całkiem odżywcza. Zawsze to coś innego, a przynajmniej niepospolitego, ale czy głębokiego? Ujmę to tak: więcej głębi znajduję w takich prostych, dzisiaj już mogących uchodzić za banalne horrorach, jak „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego, czy „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena. Konwencja mogła się już nieco zużyć, aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że swoich zdeklarowanych zwolenników nadal posiada, tyle że podatny grunt z biegiem lat zdaje się kurczyć. „Violation” też nie miał łagodnie obchodzić się z widzem. Też miał wywoływać ekstremalnie nieprzyjemne emocje i wygląda na to, że znalazła się przynajmniej jedna osoba, która przeżyła nieciekawe sensacje żołądkowe. A że zdarzenie (wymioty) miało miejsce w trakcie zdjęć, to... uwieczniono je dla potomnych. Mówiąc wprost: męka Madeleine Sims-Fewer, której będziemy mogli bardzo dokładnie przyjrzeć się w jednym długim ujęciu (skojarzenia z „Funny Games” uzasadnione, bo twórcy nie ukrywają, że była to jedna z produkcji, z której czerpali inspirację) nie była udawana. „Violation” otwiera ponura, utrzymana w onirycznej, może nawet trochę surrealistycznej atmosferze scenka osadzona w leśnej głuszy, stanowi jedynie część większej całości. Historii o wilku, jego zdobyczy i kręcącej się w pobliżu umęczonej kobiecie. Ta przypowiastka z pogranicza jawy i snu to największy ukłon w stronę tak zwanego kina artystycznego. Posępne, ale i tchnące niezaprzeczalnym naturalnym pięknem zdjęcia, wyśmienicie współbrzmiące z nastrojową muzyką (wpadający w ucho, utrzymany w wysokiej, operowej? tonacji, mocno przygnębiający utwór), mogą być oczywiście odebrane jako nieznajdujące satysfakcjonującego uzasadnienia dla tej historii, jako usilne zabieganie o miano tak zwanego kina wysokiego. Ja w każdym razie takie nieprzyjemne wrażenie odnosiłam śledząc „historię z leśnych ostępów”, opowieść o bezwzględnych prawach natury, wyraźnie naszpikowaną dość zawoalowanym symbolizmem. Niemniej stanowiło to pewną ucztę dla zmysłów – treść treścią, ale forma na pewno zjawiskowa.

Postacie. Z nimi też miałam ogromny problem. Po części była to wypadkowa nieliniowej narracji – jestem pewna, że przy zachowaniu ciągłości wydarzeń, łatwiej przychodziłoby mi poznawanie czterech osób, które niemiło spędzają razem czas. Miriam i Caleb zostali zaproszeni na przyjęcie przez siostrę tej pierwszej, Gretę, i jej męża Dylana do ich domu, wzniesionego w bezpośrednim sąsiedztwie bezkresnego, gęstego lasu pełnego dzikiej zwierzyny, którą ku ubolewaniu Miriam gospodarze włączają do swojej diety. Przyjechali wcześniej, żeby pomóc w przygotowaniach, ale w przypadku Miriam również w celu poprawienia stosunków z Gretą. Siostry od jakiegoś czasu toczą coś, co można by nazwać cichą wojną – jest między nimi jakiś konflikt, jakieś zadawnione urazy, nieporozumienia. Miriam chce puścić to wszystko w niepamięć, zacząć od nowa, ale ona wydaje się być w o tyle bardziej komfortowej sytuacji, że to nie ona była stroną poszkodowaną w tej siostrzanej relacji. Toksycznej relacji, jeśli przyjąć perspektywę Grety, którą, jak można wywnioskować z rozmowy przy ognisku, Miriam udało się wreszcie przyjąć. Ale nie zawsze tak było – był czas, kiedy Miriam nie widziała niczego złego w swoim według niej opiekuńczym, według Grety chorobliwie zaborczym, stosunku do jedynej siostry. Miriam widziała siebie jako rycerza w lśniącej zbroi. Zawsze śpieszącą Grecie na ratunek, nawet jeśli sobie tego nie życzyła. Perspektywa Miriam zdążyła się już poszerzyć, zdaje się, że rozumie już, że niechcący krzywdziła tym osobę, którą niewątpliwie darzy bezgraniczną miłością. Greta chciałaby zapomnieć i żyć dalej, ale problem w tym, że Miriam nie może się oprzeć rozdrapywaniu tych starych ran. Mówi, że chce zacząć od nowa, oddzielić grubą krechą to co było, od tego co jest teraz, ale nie potrafi tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Chce się wytłumaczyć, chce żeby Greta wszystko dobrze zrozumiała. A każda taka próba wyprowadza Gretę z równowagi. Kobieta nawet nie stara się ukryć swojej irytacji nieustępliwym powracaniem przez Miriam do drażliwych tematów. Pocieszenia Miriam nie szuka u swojego męża, Caleba, bo ich związek już od dłuższego czasu przechodzi poważny kryzys. Powiernika główna postać znajduje w Dylanie, mężczyźnie, z którym zawsze dobrze się jej rozmawiało. Łatwo się domyślić, jak to się rozwinie. W paru miejscach scenarzyści jednakże ewidentnie podjęli trud nadania tej historii nieobliczalności, ponad wszelką wątpliwość starali się odciągnąć uwagę widza od rzeczy, które w innym rozstawieniu dla każdego, komu nie jest obca ta konwencja, pod którą Dusty Mancinelli i Madeleine Sims-Fewer tak czy inaczej się w „Violation” podpinają, zapewne byłyby oczywiste. Uczucia, jakie niesie, zasłużona czy nie, zemsta i dość ryzykowne, odważne nawet, przedstawienie źródła tego destrukcyjnego aktu. UWAGA SPOILER Reżyserom i scenarzystom tego przedsięwzięcia wprawdzie zależało, żeby publiczność nie miała wątpliwości, że doszło do gwałtu, ale różnie można odczytywać myśli agresora (dwuznaczność komplikująca obraz Dylana) – można dojść do wniosku, że on sam tkwi w fałszywym przekonaniu, że Miriam też tego chciała KONIEC SPOLLERA. Przekonaniu, które kobieta celowo w nim podtrzymuje. Wypada jeszcze nadmienić, że twórcy „wbrew tradycji” bardziej rozebrali pana niż panią. I to pana, jak nader dokładnie będziemy mogli się przyjrzeć, słusznych rozmiarów... No, skorzystano z protezy. Boleśnie powolne, intensywne przeprowadzenie widza przez kolejne etapy zupełnie niekatartycznej działalności wdrożonej przez mocno skrzywdzoną, i to w dwójnasób, kobietę. Doprowadzoną do ostateczności, albo raczej kobietę, która rzuciła się w przepaść w płonnej nadziei na zaleczenie straszliwych ran, jakie jej zadano. Wzięła prawo w swoje ręce, wybrała starą, niedobrą zemstę. Bezwzględną, bestialską, (auto)destrukcyjną siłę, której w żaden sposób nie można zatrzymać. Upuszczanie krwi, wspomniane wymioty, piłowanie i najlepsze, spuszczanie resztek w toalecie – na takie scenki mogą liczyć zwolennicy brutalnych klimatów, entuzjaści tak zwanego krwawego kina grozy. Radzę jednak nie spodziewać pokaźnej dawki graficznej przemocy, twórcy „Violation” podchodzą do tego bardziej od psychologicznej strony. Nieznośnie intymny, przybrudzony, ponury, klaustrofobiczny klimat zbrodni, która zamiast uśmierzać ból tylko go potęguje. Jątrzy rany, które prawdopodobnie nigdy się nie zabliźnią. Szkoda, że z taką samą starannością, z taką konsekwencją, ogromnym skupieniem, twórcy „Violation” nie odmalowywali swoich postaci. Niezbyt pogłębione, żeby nie rzec mocno powierzchowne, „dziurawe” portrety psychologiczne poszczególnych postaci, które na dodatek wchodzą w pełne denerwujących niedomówień interakcje. Chciałoby się na przykład baczniej przyjrzeć dawnym urazom Grety, uważniej prześledzić skomplikowaną relację sióstr, nie wspominając już o, też w moim poczuciu rozpaczliwie wymagających rozwinięcia, problemach Miriam i Caleba.

Pierwszy pełnometrażowy film Dusty'ego Mancinelliego i Madeleine Sims-Fewer, klasyfikowany jako mieszanka dramatu z horrorem (według mnie thriller), kanadyjski, bardzo dobrze przyjęty przez krytyków obraz pod tytułem „Violation”, jakoś szczególnie do mnie nie przemówił. Niezupełnie. Szczerze mówiąc, co nie zdarza mi się często, sporo sobie po tym przedsięwzięciu obiecywałam. I może w tym właśnie tkwi problem – za dużo chciałam. Może gdybym drastycznie zaniżyła oczekiwania względem tego nietypowego filmu zemsty, mój odbiór „Violation” byłby znacznie lepszy. Trudno powiedzieć. Wiem tylko, że spotkał mnie spory zawód, mimo że trochę dobrych rzeczy udało mi się w nim wypatrzyć. Trochę.

piątek, 9 kwietnia 2021

Valerie Keogh „Fatalne kłamstwo”

 

Beth Anderson, Joanne Marsden i Megan Reece przyjaźnią się od przeszło dwudziestu lat. Poznały się w czasach studenckich, których zakończenie uczciły katastrofalnym w skutkach wyjazdem do nadmorskiego miasteczka. Właśnie tam narodziła się tajemnica, która wpłynęła na ich dalsze losy. Każda z nich wybrała inną ścieżkę zawodową: Megan wstąpiła do Koronnej Służby Prokuratorskiej, Beth do Wydziału do spraw Gwałtów i Poważnych Przestępstw Seksualnych londyńskiej policji, ale największy sukces finansowy odniosła Joanne, która przez wszystkie te lata ukrywała przed przyjaciółkami prawdziwe źródło swojego dochodu. Teraz, po dwudziestu latach od zawiązania przez nie paktu milczenia, na jaw wychodzi prawda, która lepiej dla nich, gdyby nigdy nie ujrzała światła dziennego. Bo niektóre prawdy mają niszczycielskie właściwości...

Valerie Keogh to pseudonim literacki urodzonej i mieszkającej w Wielkiej Brytanii Valerie Dickenson, która przez wiele lat była pielęgniarką w domu opieki w okolicach angielskiego miasta Bath. Do podpisywania swoich książek wymyślonym nazwiskiem skłoniła ją jedna ze stworzonych przez nią postaci – pielęgniarka i seryjna morderczyni. Można powiedzieć, że pisarka chciała w ten sposób uniknąć złych skojarzeń. Początkowo myślała o romansach, ale szybko uświadomiła sobie, że lepiej radzi sobie z opowieściami kryminalnymi. Wszak wychowała się na twórczości mistrzyni kryminału Agathy Christie. Na tym gatunku przede wszystkim się skupia, ale swoich sił próbuje też w thrillerze psychologicznym. Pierwsza wydana w Polsce powieść Valerie Keogh, „Fatalne kłamstwo” (oryg. „The Three Women”), jest tego dowodem. Światowa premiera tej niedługiej powieści miała miejsce w roku 2020, a w Polsce, nakładem wydawnictwa Muza, wyszła w pierwszym kwartale 2021 roku.

Trzy przyjaciółki i jedno kłamstwo, które doprowadziło do fatalnych wyborów. Prawda cię wyzwoli? Główne bohaterki książki Valerie Keogh przekonają się raczej, że szczerość to „niebezpieczna broń”. „Są sekrety, których lepiej nie wyjawiać” - na tej skądinąd znanej tezie buduje się „Fatalne kłamstwo”. Wciągający thriller psychologiczny o wieloletnich przyjaciółkach, które na własnej skórze przekonują się, jak niszczycielska może być prawda. Czasami lepiej nie wiedzieć... Główna oś akcji jest osadzona w roku 2020, ale wcześniej Keogh pozwala nam wejrzeć w przeszłość. Najpierw przedstawia narodziny przyjaźni trzech znacznie różniących się od siebie studentek uniwersytetu w Londynie: Beth Anderson, Joanne Marsden i Megan Reece. Następnie przeskakuje o trzy lata do przodu, do feralnego roku 2000. Tragicznej w skutkach wycieczki, babskiego wypadu do nadmorskiego miasteczka, zorganizowanego z okazji zakończenia nauki. Trudno powiedzieć, czy ich przyjaźń utrzymałaby się, gdyby nie pakt milczenia zawarty w tym miejscu. Trochę jak w „Koszmarze minionego lata” Jima Gillespiego – bohaterki „Fatalnego kłamstwa” przysięgają, że nikogo nie wtajemniczą w zbrodnię, jaka się w tym malowniczym miejscu rozegrała. Prawda lubi jednak wychodzić na wierzch. Często w najmniej odpowiednich momentach. W tym przypadku prawda była chowana przez dwie dekady. I to nie ta prawda, którą obiecywały zatrzymać dla siebie. Okazuje się bowiem, że prawda chowała się jeszcze głębiej niż większość z nich myślała. I co gorsza, to wielkie kłamstwo urodziło kolejne. Efekt domina. Jeden błąd i lawina ruszyła. Teraz, gdy już prawda wyszła na jaw, każda z nich ma powody obawiać się o swoją przyszłość. Valerie Keogh z jednej strony daje nam do zrozumienia, że życie tych trzech przyjaciółek nie obracałoby się w gruzy, gdyby nie grzech popełniony przed dwudziestoma laty, a z drugiej każe nam myśleć, że niektóre kostki tego niemożliwego do zatrzymania domina, tak czy inaczej musiały się przewrócić. Niezależnie od tytułowego kłamstwa. Świadoma tej smutnej prawdy zdaje się być jedynie Beth Anderson, komisarz w służbie londyńskiego Wydziału do Spraw Gwałtów i Poważnych Przestępstw Seksualnych. Nie jest nazbyt skora do obwiniania za swoje niepowodzenia długoletniej przyjaciółki. Nie rozgrzesza, ale też nie pozwala sobie na komfort, jakie daje myślenie, że kto inny odpowiada za całe zło, jakie dokonuje się w jej życiu. Może i jej związek z ukochanym mężczyzną nie rozpadłby się, gdyby nie ten nieszczęsny wyjazd z przyjaciółkami po zakończeniu studiów, bo istnieje prawdopodobieństwo, że wybrałaby mniej czasochłonną ścieżkę zawodową. Mogłoby tak być, ale Beth jest na tyle uczciwa wobec siebie, żeby raz po raz napominać się, że przecież mogła dokonać innych wyborów. Gdyby się postarała, mogłaby nawet tak zorganizować sobie pracę w policji, żeby móc spędzać więcej czasu z mężczyzną, z którym ułożyła sobie całkiem wygodne życie. I któremu właśnie skończyła się cierpliwość. Tymczasem Joanne Marsden w oczach swoich przyjaciółek uchodzi za tą, której najlepiej się powiodło. Może nie w miłości, ale w pracy na pewno. Czytelnik wie jednak o Joanne to, czego nie wiedzą Beth i Megan. Wie więcej o jej bez wątpienia lukratywnym zajęciu, ale już niekoniecznie tak gładko przebiegającym, jak sądzą jej najlepsze przyjaciółki. Tylko czy na pewno można je tak nazywać? Czy nadal łączy je przyjaźń, czy raczej przyzwyczajenie? Albo zmowa milczenia zawarta wiele lat wcześniej? Megan Reece, wzięta prokurator, chce myśleć, że spaja ich coś więcej, że ich więź przetrwa ten moment prawdy. Desperacko trzyma się tej nadziei, ale jeszcze bardziej zależy jej na utrzymaniu przy sobie kobiety, którą już wkrótce ma poślubić. Nade wszystko chce ocalić ten związek, a dopiero w dalszej kolejności przyjaźń z Beth i Joanne. Błąd? Odbiorcy „Fatalnego kłamstwa” sami muszą to rozsądzić. Często mówi się, że liczy się tylko prawda, choćby nawet najgorsza. A Valerie Keogh mówi: sprawdzam.

Jeśli myślisz, że współczesny thriller psychologiczny wymaga niepospolitych motywów, rozpędzonej akcji, czy wręcz przeciwnie: długich, bardzo szczegółowych analiz psychologicznych przynajmniej ważniejszych postaci i oczywiście zatrważających zwrotów akcji, to musisz przeczytać „Fatalne kłamstwo” Valerie Keogh. To jedna z tych powieści, która pokazuje, że mniej spektakularnymi, skromniejszymi środkami można osiągnąć zbliżony, a może nawet lepszy efekt. Rozbudzić w odbiorcach równie silne i też mocno zróżnicowane emocje. Z takiej prostej, żeby nie rzec banalnej opowiastki może nawet wykluć się solidny materiał do przemyśleń. Zachęta do introspekcji. W pogoni za prawdą. Szerzej rzecz ujmując, Valerie Keogh niejako zmusza nas do zastanowienia się nad tym, czy zawsze powinno nam zależeć na prawdzie. Czy w głębi serca uważamy, że prawda, choćby najgorsza, zawsze jest lepsza od nawet najpiękniejszego kłamstwa? Tytułowe kłamstwo co prawda trudno uznać za piękne, ale rzeczy, które Keogh będzie stopniowo odkrywać po ujawnieniu tego oszustwa, mają przekonywać nas, że szczerość bywa jeszcze gorsza. W każdym razie nie zawsze popłaca. Tak mamy na to patrzeć. Takie poczucie ma narastać w nas z biegiem lektury. Poczucie, które może, ale wcale nie musi nas opuścić po wydobyciu przez autorkę wszystkich sekretów naszych... antybohaterek? To też każdy sam będzie musiał sobie rozsądzić. Przyznaję, że musiałam głęboko zastanowić się nad kwestią, którą zawsze uważałam za oczywistą. Tak oczywistą, że z niecierpliwością czekam na polityka, który swoją kampanię wyborczą oprze na obietnicach grabienia do siebie. Szczerze: taki ktoś mój głos będzie miał. Za szczerość, która w świecie, w jakim przyszło nam żyć, moim zdaniem, jest towarem deficytowym. W „Fatalnym kłamstwie” musiałam (innego wyjścia nie miałam, gdyż Keogh, co nieczęsto się zdarza, w niewielu zdaniach zawiera imponująco dużo treści) utożsamić się z każdą z kobiet, dla których prawda okazała się gorsza od kłamstwa. Skonfrontować z sytuacją, która spokojnie mogłaby rozegrać się w rzeczywistości. Nie ma w „Fatalnym kłamstwie” daleko idących udziwnień, usilnych starań w kierunku obdarowania długoletnich fanów gatunku jakimiś innowacjami, czy nawet silenia się na coś, co w rzeczywistości raczej się nie zdarza. Chyba każdemu zdarza się skłamać. Choć pewnie rzadko w tak poważnej sprawie, jaką poniekąd przedstawia nam Keogh we wprowadzającej (moim zdaniem niepotrzebny prolog celowo pomijam), retrospektywnej partii swojej naprawdę emocjonującej opowieści o trzech zaprzyjaźnionych kobietach. Autorka podnosi jednak dość przerażającą, jeśli się nad tym zastanowić, myśl, że nawet takie kłamstwa, które wypowiadającemu mogą wydawać się zupełnie nieszkodliwe, nawet drobne kłamstewka, które być może pod wpływem jej historii przypomni sobie czytelnik, mogły ukształtować czyjeś życie. A może nawet zawieść kogoś na skraj przepaści... Można się poczuć nieswojo. Można zwątpić w życie swoje i wszystkich, których uraczyło się jakąś zmyśloną historyjką. Nieprzekazywana w złej wierze, sam w sobie mało istotny, drobny, niegodny wspominania incydent, jakich wiele? Cóż, czytając „Fatalne kłamstwo”, chcąc nie chcąc, niejeden czytelnik zapewne będzie przypominał sobie te przynajmniej na pozór niegodne zapamiętania, a w przypadku ludzi wierzących przypuszczalnie nawet wyspowiadania, grzeszki. A stąd już krótka droga do zadręczania się pytaniami, na które, nie mam wątpliwości, nie każdy nagle zapragnie poszukać jasnych odpowiedzi. Bo wyobraźcie sobie, że Wasze pozornie niewinne kłamstwo zniszczyło komuś życie? Zamieniło je w niekończące się pasmo nieszczęść. Albo gwałtownie je zakończyło. W świecie przedstawionym przez Valerie Keogh w „Fatalnym kłamstwie” do nieodwracalnej tragedii mogło jeszcze nie dojść, to znaczy tytułowe oszustwo wcale nie musiało doprowadzić do czyjejś śmierci. Ale bez względu na to, czy są jakieś ofiary śmiertelne, autorka niezmiennie podtrzymuje, a nawet konsekwentnie potęguje, przekonanie, że niemała krzywda i tak się dokonała. Na domiar złego, ten niszczący proces wciąż postępuje. Nawet teraz (zwłaszcza teraz!), dwie dekady po tej nieprzemyślanej, niemądrej choć znajdującej pewne wytłumaczenie, decyzji. Trudno coś takiego całkowicie rozgrzeszyć, ale autorka wystarała się o to, żebyśmy przynajmniej zrozumieli motywy, jakie stały za tym brzydkim posunięciem; przyjęli również ten punkt widzenia, a to na pewno nie ułatwia wydania kategorycznego, surowego osądu. To samo zresztą można powiedzieć o pozostałych uczestniczkach „tego dramatu”. Valerie Keogh nie tworzy postaci ani zupełnie czarnych, ani całkowicie białych. Ani dobrych, ani złych. Owszem, popełniających błędy, ale kto ich nie popełnia? Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, a te kobiety, jakby nie patrzeć, zazwyczaj działają ze szlachetnych pobudek. Można za to kwestionować metody, ale to też rzecz indywidualna, zależna od osobistych zapatrywań czytelnika.

Valerie Keogh stworzyła opowieść, która płynie na fali osobistych poglądów każdego czytelnika. Wiele zależy od Waszych zapatrywań na różne kwestie poruszane tutaj przez autorkę. Ona nadaje kierunek, ale wnioski pozostawia już w gestii odbiorcy. Może się więc i tak zdarzyć, że zupełnie inaczej ode mnie będziecie odbierać trzy od dawna znające się kobiety, które na swoje nieszczęście stają twarzą w twarz z Prawdą. „Fatalne kłamstwo” to opowieść o tym, że prawda może szkodzić bardziej od oszustwa, o tym, że nie zawsze warto zdobywać się na szczerość. Niektórych tajemnic lepiej nie odgrzebywać. Z niektórych grzechów lepiej się nie spowiadać. Ale to też opowieść o tym, że nie warto kłamać nawet w sprawach, które wydają nam się mało istotne. Trzymać się tylko prawdy albo dożywotnio strzec kłamstwa. Fascynujący thriller psychologiczny z rodzaju tych, które pokazują, że w prostocie też tkwi siła. Trzeba tylko umieć ją wydobyć. I nie muszę chyba dodawać, że moim zdaniem Valerie Keogh opanowała tę sztukę do perfekcji. Przynajmniej w tym swoim „Fatalnym kłamstwie”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


środa, 7 kwietnia 2021

Izabela Janiszewska „Amok”

 

Recenzja przedpremierowa

Komisarz Bruno Wilczyński zajmuje się sprawą zaginięcia swojej koleżanki z pracy, która spotykała się z jego zaprzysięgłym wrogiem, niebezpiecznym człowiekiem prowadzącym z policjantem skomplikowaną grę. Tymczasem przyjaciółka Brunona, dziennikarka Larysa 'Lara' Luboń, angażuje się w sprawę tajemniczej śmierci bezdomnej zwanej Lady Di. Trop prowadzi ją do bogatego rodu, z którym Larysa już wcześniej miała do czynienia. Teraz ma okazję lepiej przyjrzeć się tym ludziom, co, jak dobrze wie, wiąże się z ogromnym ryzykiem. Podczas gdy ona stara się zgłębić mroczne tajemnice powszechnie znanego klanu, Bruno staje się jednym z głównych podejrzanych w sprawie zaginięcia policjantki. Nie zamierza jednak poddać się bez walki. Nawet jeśli miałoby to oznaczać dotarcie do punktu, z którego nie będzie powrotu.

Zaskakujący finał głośnej kryminalnej trylogii Izabeli Janiszewskiej! Dziennikarki prasowej i telewizyjnej, która na rynku literackim zadebiutowała w 2020 roku powieścią „Wrzask”, pierwszą częścią trylogii z Brunonem Wilczyńskim i Larysą Luboń. Histeria", ciąg dalszych burzliwych dziejów tych barwnych postaci, ukazała się w tym samym, 2020 roku, a ostatni etap ich mrocznej podróży, powieść „Amok”, przygotowano na drugi kwartał roku 2021. Szybko poszło. Poza tym trzytomowym przedsięwzięciem publikowanym pod szyldem Czwartej Strony, Izabela Janiszewska zasiliła swoim tekstem antologię opowiadań kryminalnych zatytułowaną „Awers”, również wydaną przez Czwartą Stronę. Tyle jak dotąd, ale wziąwszy pod uwagę pisarskie zdolności Janiszewskiej, rozgłos, jaki zyskała i po prostu przyjemność, jaką daje jej to zajęcie, można bezpiecznie założyć, że już niebawem (wnosząc po jej dotychczasowym tempie pracy) przedstawi nam swój kolejny literacki projekt.

Dwie sprawy, dwie tajemnice, które stopniowo się rozrastają i dwie silne osobowości balansujące na granicy życia i śmierci. Losy komisarza Brunona Wilczyńskiego i dziennikarki Larysy 'Lary' Luboń rozstrzygną sprawy, które w pewnym sensie już od jakiegoś czasu się za nimi ciągną. Sprawy, w które jak wiele na to wskazuje, zamieszani są ludzie, z którymi w niedalekiej przeszłości mieli już do czynienia. Ludzie, których mają prawo się obawiać, ale zamierzają doprowadzić rzecz do końca. Za wszelką cenę. Izabela Janiszewska, swoim zwyczajem, zaczyna od otwarcia dwóch, na pierwszy rzut oka banalnych, w kontekście współczesnego literackiego kryminału, spraw. Zagadek, które raczej nie wróżą niczego dobrego dla wytrawnego czytelnika tego typu utworów. Chyba że jest się orędownikiem twardej konwencji. Bo na konwencjonalne dzieło się zapowiada. Prosty schemat wyrastający z motywu porwania jednej kobiety i zabójstwa innej. Reprezentantem tego pierwszego wątku jest znany i lubiany, nieprzebierający w słowach komisarz Bruno Wilczyński, który ma osobisty stosunek do śledztwa, które prowadzi. Domniemana ofiara porwania była jego koleżanką z pracy. Co więcej, od jakiegoś czasu była w związku z mężczyzną, z którym Bruno ma rachunki do wyrównania. Wyjątkowo sprytnym, ponadprzeciętnie inteligentnym zbrodniarzem, ale i troskliwym ojcem dwóch chłopców. Problem w tym, że Wilczyński jest jedyną osobą pracującą nad tą sprawą, która zna morderczą naturę tego człowieka. Co gorsza, on sam ma coś do ukrycia w związku z zaginioną policjantką. A jakby tego było mało pojawiają się dowody świadczące przeciwko Brunonowi. Jego koledzy mają podstawy, by sądzić, że to on odpowiada za zniknięcie ich koleżanki. Jeden z głównych bohaterów trylogii Izabeli Janiszewskiej powoli z myśliwego przeistacza się w zwierzynę. Chociaż nie do końca, bo jak można się tego spodziewać, Bruno Wilczyński, nie zrezygnuje ze swojej życiowej misji. Nie przerwie polowania na człowieka, który właśnie realizuje swój misterny plan zemsty na Brunonie. Drugą kryminalną zagadkę roztoczoną na kartach „Amoku” reprezentuje też już dobrze znana fanom tego powieściowego cyklu, dziennikarka Larysa Luboń, która w przeciwieństwie do Brunona najwyraźniej zmierza wreszcie „w stronę słońca”. To znaczy wychodzi ze swojej twardej skorupy, nie jest już tak niedostępna jak jeszcze niedawno, tak aspołeczna, trzymająca na dystans nawet tych, którzy niewątpliwie stoją po jej stronie. Jest też ostrożniejsza niż wcześniej. Być może dlatego, że teraz ma więcej do stracenia. Potrzebuje czasu, żeby zastanowić się nad ofertą, którą jeszcze niedawno natychmiast by przyjęła. W końcu oczywiście decyduje się „wejść do tego gniazda żmij”, jakim w jej mniemaniu jest jedna z najbogatszych polskich rodzin, ale z silnym postanowieniem, by ani na chwilę nie tracić czujności. Lara zdecydowanie bardziej się pilnuje. Również dlatego, że ma przed sobą potężnego przeciwnika, może nawet najpotężniejszego, ze wszystkich zbrodniarzy, z jakimi Larysa dotychczas się spotkała. Na domiar złego dziennikarka nie może wykluczyć, że ten ktoś nie działa sam. Innymi słowy istnieje duże prawdopodobieństwo, że sprawa, nad którą pracuje dotyczy całej rodziny, że wszyscy członkowie tego powszechnie szanowanego rodu są w to zamieszani.

Od strachu gorsi są tylko ludzie, którzy lęk innych wykorzystują do własnych celów.”

Najpierw było trochę pod górkę, bo zarówno śledztwo prowadzone przez komisarza Brunona Wilczyńskiego, jak i sprawa, w którą zaangażowała się dziennikarka Larysa Luboń, rozwijały się dość opornie. Początkowe fazy obu tych spraw nie rozbudziły we mnie większej ciekawości. Ot, sprawdzone elementy, które jakoś nie chcą wyjść poza stały schemat. Mozolne zbieranie informacji, które do niczego konkretnego nie prowadzą. Tak Bruno, jak Larysa „zwąchują” jednak też tropy, które leciutko pchają rzeczy do przodu. Z mojego punktu widzenia do jeszcze zbyt mało atrakcyjnego przodu. Wilczyński coraz bardziej utwierdza się, niekoniecznie w słusznym, przekonaniu, że za zaginięcie jego koleżanki z pracy odpowiada jej chłopak, wyjątkowo przebiegły człowiek, który ma już doświadczenie w zbrodniczej działalności. Tymczasem koledzy Wilczyńskiego, inni policjanci pracujący nad tą sprawą oraz jego przełożony, stopniowo nabierają pewności, że ich sprawcą jest nie kto inny, jak Bruno Wilczyński. Larysa Luboń natomiast staje przed zdumiewającym faktem, który z kolei naprowadza ją na sprawę tak zwanej Lady Di, bezdomnej, która prawdopodobnie została zamordowana. Larysa, tak jak i Bruno w sprawie porwania lub zabójstwa policjantki, ma osobisty stosunek do tajemniczej śmierci nieznajomej bezdomnej kobiety. Żeby za dużo nie zdradzać, napiszę tylko, że dziennikarka stara się pomóc komuś, na kim jej zależy. Przede wszystkim musi więc poznać tożsamość osoby, która „podpisała wyrok śmierci” na Lady Di. Bo wygląda na to, że ta sama osoba z jakiegoś sobie tylko znanego powodu chce skrzywdzić też osobę bliską Larysie. Jak można się tego spodziewać, tym sposobem dziennikarka też stanie się celem. Tak to w każdym razie wygląda, kiedy „na scenę” wkracza wpływowa rodzina najwyraźniej chowająca więcej trupów w szafie, niż Larysie się wydawało. I odtąd było już z górki. Tym bardziej, że równolegle prowadzony wątek, w centrum którego stoi Bruno Wilczyński (na dokładkę mamy fragmenty przedstawiające też nielekkie położenie kogoś innego), też nabiera dość długo wyczekiwanego kolorytu. Sytuacja Brunona zaognia się jeszcze bardziej od też przecież śmiertelnie niebezpiecznej rozgrywki, w jaką, chcąc nie chcąc, uwikłała się Larysa. Charyzmatyczni bohaterowie Izabeli Janiszewskiej wyraźnie są rozgrywani przez bezwzględnych ludzi, którzy mają interes w tym, żeby raz na zawsze się ich pozbyć. Różnie się to może potoczyć, ale autorka każe nam sądzić, że Bruno i Larysa nie mierzą się z tym samym „mistrzem zbrodni”, że każdy z nich toczy własną walkę. Na śmierć i życie. A w jednym przypadku również o być albo nie być po stronie tych dobrych. Bo „Amok” to nie tylko opowieść o mrocznych tajemnicach rodzinnych i „grach w szachy” z psychopatycznymi, sadystycznymi jednostkami, na które, myślę, czytelnicy starannie utkanych prozatorskich płócien Izabeli Janiszewskiej, można chyba powiedzieć, nowej mistrzyni polskiego literackiego kryminału, szykowali się już od pierwszego tomu tej porywającej trylogii. „Amok” to też opowieść o odkrywaniu swojej mrocznej strony. W tym pościgu za, jak to się mówi, bestią w ludzkiej skórze, łatwo można stać się takim samym potworem. Mało tego: człowiek do niedawna twardo opowiadający się za jasną stroną mocy jest przekonany, że to jedyny sposób, by zwyciężyć swojego nieodwracalnie zdeprawowanego wroga. Wyjść zwycięsko z tej ostatecznej konfrontacji ze złem. Tym straszniejszym, bo niepozbawionym też dobrego, a nawet zasługującego na współczucie, oblicza. W „Amoku” ci dobrzy mogą stać się więc złymi, a źli... albo jeszcze gorszymi, albo lepszymi od tych, z którymi mogliśmy już się zaprzyjaźnić. Niełatwe były dla mnie początki tej niestety ostatniej już cegiełki przemyślanej wielopiętrowej, solidnej budowli wzniesionej przez dziennikarkę Izabelę Janiszewską. Ale w końcu nadszedł ten magiczny moment, od którego jak najbardziej pożądane emocje już tylko rosły. Czas kompletnego zatracenia w tej nie tak przewidywalnej, tak rażąco oczywistej i irytująco uproszczonej historii, jak wcześniej miałam czelność założyć. A przecież znając „Wrzask” i „Histerię” powinnam raczej dać duży kredyt zaufania tej autorce. Mieć niezachwianą pewność, że prędzej czy później historia ta nabierze intensywności, w kotle tym będzie aż buzowało od najróżniejszych, bez wyjątku serdecznie witanych emocji i niespodziewanych zwrotów akcji. Właściwie to jednej niespodzianki, ale takiej, która... może nieco skomplikować „Waszą relację” z Izabelą Janiszewską. Zmienić Wasz stosunek do tej pani:) Ja w każdym razie chylę czoła, także za to, moim zdaniem, idealne zakończenie tej dobrze pomyślanej, trzymającej w napięciu, mrocznej trylogii kryminalnej, z którą „Amokiem” się żegnamy. I czekamy na kolejne gatunkowe opowieści nowej gwiazdy polskiego kryminału. Miejmy nadzieję, że z nie mniej barwnymi bohaterami od Lary Luboń i Brunona Wilczyńskiego. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne. Doskoczyć do tej poprzeczki, stworzyć kolejne tak elektryzujące postaci, jak główni bohaterowie „Wrzasku”, Histerii” i „Amoku”, Cóż, pozostaje mi tylko życzyć powodzenia Izabeli Janiszewskiej, bo jakby nie patrzeć, choć egoistycznie to zabrzmi, mam w tym też swój interes. Jej sukces dla mnie, ale też dla Ciebie, będzie oznaczał kolejną pełną wrażeń, miejmy nadzieję równie mroczną i skłaniającą do refleksji wyprawę, jak ta na którą, w pewnym sensie, zabrali nas Brunon i Larysa.

To już jest koniec. Koniec ciężkich przeżyć bezpośredniego, nieokrzesanego komisarza warszawskiego wydziału zabójstw, Brunona Wilczyńskiego i jeszcze mniej towarzyskiej, aspołecznej wręcz, dziennikarki Larysy Luboń, specjalizującej się w tematach dotyczących przemocy wobec kobiet i dzieci. Udany finał, choć początek zapowiadał coś zgoła przeciwnego. Pierwsze stacje „Amoku” pokonywałam z narastającą pewnością, że nic z tego nie będzie, że nie wykluje się z tego choćby w połowie tak wciągająca opowieść, jaką Izabela Janiszewska skonstruowała na kartach „Wrzasku” czy „Histerii”. Na szczęście byłam w błędzie. I teraz, po skończeniu lektury, ogłaszam, że „Amok” w mojej ocenie... przewyższa poprzednie tomy tej kryminalnej trylogii. A to ci zaskoczenie, co? Warto więc było przemęczyć początek. Warto też czytać ten cykl od początku – taka mała rada dla tych, którzy dopiero planują swoją podróż z Janiszewską. Moim zdaniem dobrze robicie uwzględniając w swoich czytelniczych planach to trzytomowe osiągnięcie naszej rodaczki. Tędy droga.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

„Slaxx” (2020)

 

Libby McClean dołącza do zespołu sieci sklepów odzieżowych CCC, która właśnie czyni przygotowania do prezentacji nowej kolekcji. Ekipa zarządzana przez mężczyznę imieniem Craig, który stara się o awans, ma całą noc na wyłożenie towaru w jednym ze sklepów, który przez ten czas będzie szczelnie zamknięty. Hitem tego sezonu mają być spodnie jeansowe, które automatycznie dopasowują się do rozmiaru noszącego. Pracownicy CCC nie wiedzą jeszcze, że spodnie te żyją i są opętane żądzą mordu. Jeszcze przed nastaniem świtu wszyscy oni mogą być martwi. Chyba że w porę zidentyfikują wroga i znajdą sposób na przerwanie tej rzezi.

W 2001 roku mająca jeszcze znikome doświadczenie w branży filmowej Kanadyjka Elza Kephart wybrała się w samochodową podróż ze swoją przyjaciółką Patricią Gomez, którą umilały sobie rozmową o nielubianych słowach. Gomez powiedziała, że nienawidzi słowa „slacks” (pol. spodnie), a Kephart zaczęła drażnić się z nią w kółko je wypowiadając. W pewnym momencie ona też uświadomiła sobie, jak okropnie to brzmi. Jak materiał na horror. Horror o morderczych spodniach. Ich pierwsza koncepcja zakładała rzeź w szkole średniej, ale kiedy - po siedmiu latach - wróciły do tego pomysłu zdecydowały się umieścić akcję w sklepie, a kolejne cztery lata później Kephart postanowiła dodać do tego materiału polityczne przesłanie - destruktywne praktyki niektórych firm odzieżowych. „Slaxx” to trzeci pełnometrażowy film Elzy Kephart i drugi horror komediowy, po „Graveyard Alive” (2003), którego scenariusz też napisała razem z Patricią Gomez. Dobrze przyjęty przez krytykę kanadyjski obraz, który po raz pierwszy został pokazany w sierpniu 2020 roku na Fantasia International Film Festival. W 2021 roku w kilku krajach rozpoczęto dystrybucję internetową – na platformie Shudder.

W horrorze każdy może stać się mordercą. Twórcy kina grozy już dawno udowodnili nam, że w tym zakresie nie ma absolutnie żadnych ograniczeń. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, by znaleźć materiał na zabójcę. Może to być opona samochodowa, może to być fotel, kurtka, pochwa, cysta, a nawet stolec. Elza Kephart i Patricia Gomez wybrały spodnie jeansowe. Ostatni krzyk mody. Ostatni krzyk w swoim życiu. Horror komediowy „Slaxx” trwa niespełna osiemdziesiąt minut – jest więc dość krótki – i skupia się na pracownikach sklepu odzieżowego będącego częścią fikcyjnej sieci o swojsko brzmiącej nazwie CCC. Rzecz rozgrywa się w jedną noc. Noc, po której ma nastąpić wielkie wydarzenie: prezentacja nowej kolekcji CCC. Zespół zarządzany przez marzącego o awansie Craiga (zadowalający występ Bretta Donahue), ma tylko parę godzin na przygotowanie wszystkiego. Ekipa musi się więc sprężać. Ale już na starcie zostaje osłabiona, minie jednak trochę czasu zanim ten fakt wyjdzie na jaw. Główną bohaterką filmu jest młodziutka, dość naiwna kobieta (z rodzaju tych, które zwykle określa się jako jeszcze nieznających życia), Libby McClean, która dopiero co dołączyła do zespołu Craiga. Dla Libby to spełnienie marzeń, bo od dawna ma lekką obsesję na punkcie działalności CCC. Wierzy bowiem, że to jedna z nielicznych firm młodzieżowych z silnym kręgosłupem moralnym. Ujmując rzecz w skrócie: taka, której leży na sercu dobro planety. Taka, która nie tylko nie zanieczyszcza środowiska, ale i nie zmusza ludzi, w tym osób nieletnich, do katorżniczej pracy. Jak widać Libby nie jest jedną z tych pannic, które myślą wyłącznie o swoim wyglądzie. Nie przypomina innej wielkiej fanki CCC, popularnej vlogerki modowej, która nie może się już doczekać otwarcia ich najnowszej kolekcji. Libby to idealistka z krwi i kości. Kobieta z zasadami, których niewielu w tym kapitalistycznym świecie się jeszcze trzyma. Ale CCC na pewno tak. Libby nie ma co do tego wątpliwości. Święcie wierzy, że to jeden z ostatnich bastionów szlachetności w świecie mody. Jeśli nie ostatni... Moim zdaniem największą wadą „Slaxx” jest podejście do ludzkich postaci. Bo mordercze spodnie to też postacie. Patrząc na nie, łatwo zapomnieć, że to tylko spodnie. Nie dlatego, że chodzą sobie samopas. Twórcy wyraźnie przypisują im ludzkie cechy – mamy przed sobą spodnie, ale widzimy człowieka. Tak, te spodnie mają ludzką twarz. Gniewną, ale i smutną. Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale to jeansowe ubranko to najbardziej rozwojowa postać. Niektórzy mogą nawet powiedzieć, że bardziej ludzka od Craiga. Kapitalistycznej hieny, korporacyjnego trybiku, dla którego nie ma nic ważniejszego od pokonywania kolejnych szczebli tej wyjątkowo niestabilnej drabiny. Jeden fałszywy krok może skończyć się bolesnym upadkiem. Degradacją albo wypadnięciem z zespołu, któremu Craig zapewne oddał najlepsze lata swojego życia. Trudno mu jednak współczuć, gdy sprawy zaczynają wymykać mu się z rąk. Właściwie to świat Craiga tej jednej, niezwykle ważnej dla niego nocy, nieubłaganie obraca się w gruzy. A wszystko przez złośliwe spodnie. Wredne ciuchy sabotujące wielkie dzieło wspaniałej firmy, której Craig nie jest tak ważną częścią, jak najwyraźniej mu się wydaje. Już na początku „Slaxx” nabrałam pewności, że ten kierownik zespołu, do którego właśnie dołącza Libby McClean, wyrasta z wielokrotnie już wykorzystywanego w kinie grozy modelu postaci. Wiadomo więc, jak się zachowa, kiedy zrobi się naprawdę gorąco. To samo zresztą można powiedzieć o głównej bohaterce „Slaxx”. Wypada jednak zaznaczyć, że w przypadku Libby widać jakieś niewielkie starania w kierunku nadania jej pewnej nieobliczalności. Na mnie wprawdzie zamierzonego efektu to nie wywarło, ale przynajmniej próbowano. Czego nie można powiedzieć o Craigu i w sumie wszystkich pozostałych pracownikach sklepu z modną odzieżą właśnie przejmowanego przez krwiożercze spodnie.

Reżyserka i współscenarzystka „Slaxx”, Elza Kephart, nie jest wprawdzie przeciwniczką efektów komputerowych (widziała już trochę filmów, które w jej oczach od tej strony prezentowały się bardzo realistycznie), ale uznała, że ta propozycja lepiej się sprawdzi, jeśli wykorzysta się prawdziwe spodnie. W napisy końcowe (swoją drogą po napisach jest jeszcze domknięcie tej historii) wmontowano wybrane zdjęcia z planu, na pierwszy ogień biorąc, moim zdaniem, najzabawniejszą scenkę ze „Slaxx” - tańcujące spodnie. Możemy więc przyjrzeć się jednemu z wybranych przez filmowców sposobów wprawiania zwykłych jeansów w ruch. Innym były „magiczne sznureczki”, czyli stara sztuczka „przywiąż i ciągnij”. Obróbka cyfrowa tak czy inaczej się odbyła. Tyle że zamiast wklejania było staranne gumkowanie. Zaś w scenach gore ingerencja komputera mogła być większa, dopuszczam taką możliwość, choć prawdę mówiąc niczego takiego nie zarejestrowałam. Innymi słowy: wyglądało na dodatki praktyczne. Dosyć przekonujące, ale niekoniecznie za główny cel mające zniesmaczenie, rozbudzenie jakiegoś tam wstrętu w odbiorcach. To horror komediowy, więc nikogo nie powinno dziwić humorystyczne podejście do rzeczy, w których zdrowy na umyśle człowiek normalnie nic śmiesznego nie dostrzega. Tak, tylko że normalnie spodnie „nie dostają nagle nóżek” i nie rzucają się na ludzi... W każdym razie jest w „Slaxx” parę momentów, w których widać więcej od czerwonej substancji robiącej za krew. A tak naprawdę spodziewałam się tylko chodzenia po tej linii najmniejszego oporu. Tylko rozlewania na prawo i lewo „czerwonej farby”. A tu proszę – flaki na wierzchu, latające kończyny, obranie ze skóry (w tym przypadku widać tylko ostatnie stadium tej... wyżerki). Przydałoby się co prawda jeszcze trochę dołożyć do tego makabrycznego kotła, ale jak na standardy współczesnego tak zwanego krwawego kina grozy, „Slaxx” stopniem drastyczności i tak może zaskoczyć. Mnie w sumie zaskoczył, chociaż jak już nadmieniłam tą sklepową rzeź trudno traktować z powagą. Ludzie giną, a my zaśmiewamy się do rozpuku. Myślę, że taki był główny cel Elzy Kephart i Patricii Gomez, że z taką myślą spisywały tę zwariowaną historię. Nie po to, by szokować, a w każdym razie nie przede wszystkim. Owszem, na ekranie rozgrywa się istna jatka, dzieją się rzeczy, którym można przykleić łatkę „obrzydliwości”, ale tonacja jest lekka i... przyjemna. Jest wesoło, choć krwawo, bo jakże mogłoby być inaczej, skoro to film o morderczych spodniach. Czyli rzecz, od której trudno wymagać jakiejś głębi, od której trudno oczekiwać jakiegoś ważnego przesłania, trudno spodziewać się jakiegokolwiek materiału do przemyśleń. Spodziewamy się regularnej rąbanki i przy odrobinie szczęścia przynajmniej jednej postaci, która nie będzie nam zupełnie obojętna. Dużo krwi, flaków i śmiechu. A tu proszę, twórcy zapraszają nas do dyskusji o okrucieństwie w świecie mody. O tym, że najważniejszy jest zysk oraz oczywiście kształtowanie trendów. Moda stała się ważniejsza nawet od ludzkiego życia. Nie wspominając już o planecie, ale kto by się tam nią przejmował... Kasa, kasa, kasa. I nie tyle ładny, ile po prostu modny ciuch. A że uszyty przez ubogie dzieci, którym na dodatek płaci się przysłowiowe grosze... Znowu, kogo to obchodzi? Na pewno nie wielkie korporacje wmawiające nam, że nie obejdziemy się bez tej kurtki, tamtych skarpet, czy (o-matko-muszę-je-mieć!) tych spodni. Będzie też o potworze znanym jako GMO. I jak przy tym wszystkim mają wypaść nasi mordercy? Kto tutaj jest prawdziwym agresorem? Po czyjej stronie ma opowiadać się widz? Wesprzeć członków swojego gatunku w tej walce na śmierć i życie, czy może jeansowe spodnie, które mówią „dość!”. Dość tego (nie)dobrego przeklęta ludzkości! Choć krótki, „Slaxx” zdążył mnie z lekka wymęczyć. Nuda niestety chwilami niepostrzeżenie się wkradała, bynajmniej nie dlatego, że dzieje się powoli. Przeciwnie: dzieje się za szybko. Gdyby tylko poświęcono więcej miejsca na przedstawienie przynajmniej tych ważniejszych postaci (nie mówię o spodniach) i może dodano z jeden wątek. Już niekoniecznie oryginalny, ale w jakikolwiek sposób podkręcający emocje – na przykład jakaś większa wojenka w zespole Craiga, jakiś dodatkowy konflikt. Nie wiem, mam wrażenie, że nie wykorzystano całego potencjału drzemiącego w tej szalonej opowieści. Opowieści w gruncie rzeczy wychodzącej od niepospolitego motywu. Bo ile widzieliście filmów o zabójczych spodniach? No ile?

Proszę o fanfary, bo oto w świecie horroru narodziła się kolejna egzotyczna postać. A w zasadzie to postacie. Kanadyjska reżyserka i scenarzystka (i producenta, choć akurat nie w tym przypadku) Elza Kephart przedstawia jeansowe spodnie o niezwykłych właściwości. One żyją! Chodzą, tańczą i... zabijają. Wraz ze swoją przyjaciółką Patricią Gomez, Kephart dała życie takiemu oto kuriozum. I choć moim zdaniem dziewczyny mogły trochę bardziej się postarać przy tworzeniu scenariusza „Slaxx”, to prawdę mówiąc przygotowałam się na coś gorszego. Jest trochę makabry (jak na współczesny horror komediowy, to nawet więcej niż trochę), sporo śmiechu i jest też ważne, jakże aktualne przesłanie w tej historii o krwiożerczych portkach. Modnych portkach, którym wprost nie można się oprzeć. Po włożeniu ich można już, a nawet trzeba, (nie)spokojnie umierać.

sobota, 3 kwietnia 2021

Sherri Smith „Weekend”

 

Katie Manning w dzieciństwie zbiła fortunę grając główną rolę w popularnym serialu telewizyjnym. Teraz ma dwadzieścia siedem lat i żadnych widoków na dalsze realizowanie się w aktorstwie. Ani w żadnym innym zawodzie. Wciąż jest osobą majętną, ale jej zasoby finansowe szybko się kurczą. Do tego ma problemy ze snem, które zwalcza alkoholem, a jakby tego było mało mieszka pod jednym dachem z kobietą, której nie darzy sympatią. Swoją przyszłą bratową, Ellie-Rose. To ona proponuje Katie wspólny weekend w ustronnym spa, tak zwanym Sanktuarium prowadzonym przez doktora-szamana Dave'a Lundgrena i jego żonę Naomi. Katie bez konsultacji z Ellie decyduje się zabrać też, na własny rachunek, swoje przyjaciółki ze studiów, Carmen i Ariel. W tym zacisznym miejscu w Catskills nieoczekiwanie rozegra się prawdziwy koszmar. Koszmar czterech kobiet, które mają swoje mroczne tajemnice.

Weekend” (oryg. „The Retreat”) to literacki thriller psychologiczny autorki między innymi powieści „Spacer na krawędzi” (oryg. „Follow Me Down”), Kanadyjki Sherri Smith. Światowa premiera książki przypadła na 2019 rok, a w Polsce, nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, wyszła w roku 2021. Swoją pisarską karierę Smith zaczęła od powieści historycznych, ale potem przerzuciła się na dreszczowce. W przygotowaniu ma już dwa kolejne utwory utrzymane w tym gatunku. Tym, co odróżnia Smith od wielu innych powieściopisarzy jest przywiązanie do postaci pełnych wad. Takich, które trudno polubić. Smith jest zdania, że to dodaje im realizmu i sprawia, że ich ciężkie przeżycia są bardziej ekscytujące. Autorka „Weekendu” obecnie mieszka w Winnipeg w Kanadzie z rodziną i dwoma psami wziętymi ze schroniska, w wolnych chwilach zajmując się odnawianiem starych mebli.

W „Weekendzie” Sherri Smith centralnymi postaciami uczyniła cztery kobiety, który razem wybrały się do ośrodka odnowy biologicznej, w którym świadczy się również, a raczej przede wszystkim, usługi psychoterapeutyczne z wykorzystaniem niekonwencjonalnych metod. Katie, Ellie, Ariel i Rose – każda z nich ma swoje rozdziały (narracja trzecioosobowa), podawane naprzemiennie prawie zawsze w tej samej konfiguracji. Taka forma, moim zdaniem, tylko wspiera proces zapoznawania się z każdą z nich i daje nam szerszy obraz sytuacji. Pomimo tego, że Sherri Smith nie zabiegała o sympatię dla swoich postaci, raz po raz łapałam się na czymś zgoła przeciwnym. Najwięcej ciepłych uczuć miałam dla Katie Manning, aktorki telewizyjnej, której gwiazda dawno wygasła. Oczywiście nadal jest łakomym kąskiem dla tabloidów i portali plotkarskich, ale jej kariera w show biznesie wydaje się być już definitywnie zakończona. Katie to tak naprawdę aktorka jednej roli, roli Shelby Spade, małoletniej detektyw w sitcomie dla dzieci i młodzieży. Serialu komediowym sfinalizowanym przed kilkunastoma laty. Od tego czasu Katie, choć nie można powiedzieć, że o to nie zabiegała, nie miała okazji sprawdzić się w innej roli. Raz było blisko, ale jeden wpis w mediach społecznościowych popełniony w stanie zamroczenia alkoholowego przekreślił tę szansę. Alkoholem Katie zwalcza swoje problemy ze snem – ta dwudziestosiedmioletnia kobieta boryka się nie tylko z chroniczną bezsennością, ale i somnambulizmem. Mieszka z bratem Nate'em, który przedsięwziął odpowiednie środku mające na celu zapewnienie jej bezpieczeństwo na wypadek chodzenia we śnie. Od pewnego czasu mieszka z nimi poważna kandydatka na bratową Katie, pochodząca z Wielkiej Brytanii (akcja książki osadzona jest w Stanach Zjednoczonych, a ściślej w stanie Nowy Jork) Ellie-Rose. Pomiędzy kobietami trwa coś w rodzaju cichej wojny. Autorka daje nam wprawdzie do zrozumienia, że Ellie już wielokrotnie podejmowała próby w kierunku ocieplenia relacji z Katie, ale z drugiej strony zawsze napotykała mur wrogości. Katie i Ellie mają skrajnie odmienne charaktery, ale można domniemywać, że głównym problemem są pieniądze. A ściślej fakt, że Katie czuje, że Ellie wykorzystuje ją finansowo. Nie ma nic przeciwko utrzymywaniu brata (który stara się rozkręcić własny biznes), ale zapewnianie dachu nad głową i wyżywienia również jego dziewczynie, która na dodatek nie wykazuje chęci znalezienia sobie jakiejś stałej pracy, to nawet dla tak hojnej osoby, jaką niewątpliwie jest Katie, stanowczo za dużo. Choć na pierwszy rzut oka to w Katie Manning uwidaczniają się nieprzyjemne cechy, choć Smith wyraźnie daje nam odczuć, że to Ellie jest tą, która pragnie zgody pomiędzy nimi, a Katie tą, która niezmiennie torpeduje jej usilnej starania w kierunku zakopania tego topora wojennego, to szczerze mówiąc od początku stałam po stronie Katie. Na Ellie z jakiegoś niewiadomego powodu patrzyłam złym okiem. Nie wiedziałam, czy na to zasługuje, ale nie mogłam nic poradzić na to, że najbardziej niechętny stosunek mam do osoby, która wydaje się mieć najmniej obciążone sumienie. Najczystsze intencje? Wiele na to wskazuje, ale z drugiej strony wiemy, że wyjazd do ośrodka funkcjonującego pod nazwą Sanktuarium, wbrew temu co powiedziała swoim przyjaciółkom, dla Katie wcale nie był podyktowany chęcią zabawienia się kosztem nielubianej przyszłej bratowej. Niegdysiejsza gwiazda telewizyjna ma ukryty motyw – powód, do którego nie przyznała się nawet Ariel i Carmen, choć tak naprawdę to, co Katie zachowuje dla siebie, lepiej o niej świadczy, niż to, co przekazuje koleżankom. Podczas tego weekendu zdarzy się jednak coś, co samej Katie każe myśleć o sobie jak najgorzej. W Sanktuarium ludzie mają odkrywać się na nowo, odnaleźć lepszą wersję siebie, a więc i znacząco poprawić jakość swojego życia. Ale w przypadku Katie dzieje się odwrotnie. Ta niespełna trzydziestoletnia kobieta dowie się o sobie rzeczy, których zapewne wolałaby nie poznawać. I być może nie tylko ona.

Bieda przypominała seryjnego mordercę pod koniec horroru: kiedy […] już myślała, że uciekła, bieda wyskakiwała jeszcze silniejsza, wymachując rachunkiem za prąd jak maczetą.”

Sherri Smith w „Weekendzie” dużo miejsca poświęca programowi samodoskonalenia opracowanemu przez małżeństwo, które spokojnie mogłoby stanąć na czele jakiejś fundamentalistycznej sekty. O ile już nie stoją. Dave i Naomi Lundgren, właściciele ustronia, w którym Katie, Ellie, Ariel, Carmen i parę innych nieznanych im osób spędzają ten nieszczęsny tytułowy weekend, z całą pewnością nie zdobędą takiego zaufania czytelników, jakim darzą ich klienci. Nie wszyscy, ale faktem jest, że wśród ich gości nie znalazłam ani jednej osoby, która w swoich podejrzeniach względem tych ludzi zapuszczałaby się tak daleko jak ja. Od początku miałam wrogi stosunek do Lundgrenów, który z biegiem lektury bynajmniej się nie poprawiał. Przeciwnie – tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że mam do czynienia z kolejną opowieścią o nawiedzonym guru, który w „Weekendzie” ma do pomocy wierną, maksymalnie oddaną mu (co niekoniecznie działa w obie strony) małżonkę. Ten psychiatra-szaman, wierzący w cudowne właściwości swojej halucynogennej herbatki, którą zwykle raczy swoich klientów pod koniec pobytu w Sanktuarium. Nieskromnych progach, w których, oczywiście za sowitą opłatą, wraz z żoną (mają też służbę) gości ludzi „szukających siebie”. Ale jak się okazuje też takich, którzy nie mają najmniejszej ochoty poddawać się tej niekonwencjonalnej terapii praktykowanej przez Lungrenów na odludnym kawałku amerykańskiej ziemi. Gdzieś w Catskills, na terenie otoczonym lasami i w pobliżu jeziora. Czyli w iście bajkowej scenerii, która, jak można się tego spodziewać, z czasem zamieni się w śmiertelnie niebezpieczną pułapkę. Bo w thrillerach takie odizolowane, malownicze miejsca, rzecz jasna, nigdy nie wróżą spokoju. Bohaterowie zwykle relaksu oczekują, ale postronny obserwator ich losów (czytelnik, widz) przez cały czas ma mieć absolutną pewność, że to będzie raczej największy błąd w ich życiu. Z którego prawdopodobnie nie wszyscy ujdą z życiem. Jeśli w ogóle komuś uda się przeżyć to „niezwykłe doświadczenie” zorganizowane przez... mordercze małżeństwo? To bardzo możliwe, ale Sherri Smith uczula nas nie tylko na otoczenie czterech kobiet postawionych w centrum swojej historii. Podejrzenia kieruje też do wewnątrz, do tego niewielkiego żeńskiego kręgu złożonego ze skrajnie różnych osobowości. Łączy ich chyba tylko to, że każda coś ważnego o sobie ukrywa. Jakieś mroczne, wstydliwe sekrety. Zbrodnie? Ariel ma powody przypuszczać, że jest ścigana przez policję, ma powody zakładać, że ten weekend będzie jej ostatnim spędzonym na wolności, ale na bliższe szczegóły będziemy musieli poczekać. Wcześniej dowiemy się jednak, że Ariel ma skłonności do obsesji i samookaleczeń, że jest osobą pełną kompleksów, która desperacko pragnie być lubiana/kochana. Carmen ma nieporównanie silniejszą osobowość od niej. Jedni powiedzą, że to wyrachowana, zimna kobieta, która myśli tylko o pieniądzach. Ale i zapewne będą też tacy, którzy będą mieli dla niej wiele współczucia, a może i nawet podziwu. Za poświęcenie, na które w dzisiejsze czasach nie każdy się zdobywa. Poświecenie dla rodziny. Trzeba też dodać, że to Carmen wydaje się być tą bohaterką czy antybohaterką „Weekendu” (kto jest kim dopiero się okaże), która najmocniej stąpa po ziemi. Widzi rzeczy takimi, jakie są. Może dlatego, że wbrew pozorom ma najmniejszy bagaż życiowy, że nie musi przepracowywać żadnej większej traumy. Tak czy inaczej moim zdaniem największą siłą „Weekendu” są portrety tych czterech kobiet. Stopniowe odkrywanie ich złożonych osobowości, które przynajmniej dla niektórych tych kobiet będą mocno zaskakujące. Dla odbiorców być może również, ale choćby na przykładzie Katie Manning – jednym z pierwszych wyraźniejszych zwrotów w tym kierunku – widać, że bez względu na to, jak rzecz się rozwinie, niektóre postacie, zgodnie z obietnicą Lundgrenów, dowiedzą się o sobie zupełnie nowych rzeczy. I nie mamy powodów zakładać, że będą one przyjemne, że to doświadczenie uczyni je lepszymi, czy w jakikolwiek inny sposób im się przysłuży. Prędzej w Sanktuarium dopełni się dzieło zniszczenia tych poszkodowanych przez los? innych ludzi? młodych kobiet, na które trudno patrzeć jak na zupełne niewiniątka. Te obrazy mogą się zmienić, ale równie dobrze Sherri Smith może wytrwać w postanowieniu stworzenia wprawdzie odbiegających od ideału, pełnych wad, ale jednak bardziej bohaterek niż antybohaterek. Może też „postawić kropkę na i”, finalnie rozwiewając już wszelkie wątpliwości co do tego, że to toksyczne kobiety są. Kobiety po trupach dążące do celu. Wszystkie bez wyjątku? Nie zdradzę, ale czuję się w obowiązku zaznaczyć, że intryga przedstawiona w „Weekendzie” jest dość przewidywalna. Nie należę do najbardziej domyślnych czytelników, a bez najmniejszego trudu rozpracowałam sprawę, która zawiązała się już w ustroniu (choć autorka usilnie starała się – aby nie za bardzo? czy idealnie się to skleja? - narzucić mi zafałszowaną, uważam niestarannie obrobioną perspektywę). Główną zagadkę, ale nie jedyną. I dobrze, bo gdyby Smith nie dobudowała do tego, mniejszych czy nie (zależy jak na to patrzeć) tajemnic, to w ogóle nie byłoby niespodzianek na tym niespokojnym weekendzie. Jednakże nawet z tą przewidywalnością emocje były. Niezbyt silne, ale praktycznie nie było chwili kompletnej beznamiętności, więc summa summarum wyszłam z tego ustronia w całkiem niezłym nastroju.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością kanadyjskiej powieściopisarki Sherri Smith uważam za w miarę udane. Owszem na ten „Weekend” mogła przygotować więcej atrakcji, mogła zdobyć się na większą nieprzewidywalność, mogła wykazać się większą kreatywnością, ale coś w tej historii na pewno jest. Coś, co sprawia, że chce się doczytać rzecz do końca, nawet jeśli ma się pewność, że zakończenie nie zaskoczy. Mimo wszystko śledzi się to z napięciem. Ten weekendowy pobyt (nie tylko) czterech młodych kobiet. Różnych interesujących osobowości, które łączy nieszczerość, niechęć do zwierzania się ze swoich problemów i... straszne czyny, których się dopuściły, czy których dopiero zamierzają się dopuścić? Wybierzcie się na ten weekendowy wypad to się przekonacie. Nie obiecuję, że będzie to jeden najbardziej pamiętnych thrillerów, jaki przeczytacie w swoim życiu, ale też nie sadzę, żeby ten „Weekend” dla wielu okazał się boleśnie rozczarowujący.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu