Stronki na blogu

niedziela, 20 listopada 2011

"Noc rekinów" (2011)

Grupka przyjaciół wybiera się do domku letniskowego koleżanki, położonego nad jeziorem. Po dotarciu na miejsce rekin okalecza jednego z nich, a reszta stara się sprowadzić mu pomoc medyczną. Wkrótce zdadzą sobie sprawę, że będą musieli zmierzyć się z całą hordą morskich drapieżników.

David R. Ellis, twórca drugiej i czwartej części "Oszukać przeznaczenie" tym razem na warsztat wziął animal attack, a jego "Noc rekinów" zestawiano na równi z "Piranią" Alexandre Aja. Założenie całkowicie błędne, gdyż oba te filmy dzieli niemalże wszystko. "Pirania" jest obrazem zrobionym w całości na luzie, natomiast "Noc rekinów" pretenduje raczej do poważnej produkcji, co z miejsca ją dyskredytuje - coś z taką fabułą po prostu nie ma siły przebicia. Aja zrobił film pełen humoru, krwawych, pikselowych scen oraz wszechobecnego negliżu. Tymczasem Ellis przedstawił widzom mało drastyczny obraz, bez rozbieranych i komediowych akcentów. Jedyne, co łączy te dwie produkcje to sylwetki antagonistów - zarówno piranie, jak i rekiny wygenerowano komputerowo.

Fabuła nie jest niczym odkrywczym. Ot, grupka studentów, która postanowiła wypocząć nad jeziorem pełnym rekinów. Akcja zawiązuje się stosunkowo szybko - krwiożerczy drapieżnik odgryza rękę jednemu z bohaterów. Od tego momentu zaczyna się zlepek nielogiczności, które zobrazowano w tak poważnym tonie, że aż ręce opadają. Najpierw główny bohater nurkuje po rękę kumpla i co ciekawe w tak dużym jeziorze bez problemu ją znajduje! Potem jest już tylko gorzej, gdyż widz przez cały czas zdaje sobie sprawę, że nasi nierozgarnięci bohaterowie sami, aż proszą się o śmierć (może to potencjalni samobójcy, nie wiem). Zdawać by się mogło, że skoro przebywają na lądzie nic im nie grozi... Tyle, że z takich, czy innych powodów, co chwila zapuszczają się do wody - a to motorówką, żeby odtransportować rannego kumpla do szpitala, a to (tutaj uwaga) w celu walki wręcz z rekinem. Kiedy zobaczyłam jednorękiego studenta zabijającego rekina kijkiem dostałam najzwyczajniejszego ataku śmiechu. Co ciekawe, w zamierzeniu twórców ta scena miała być absolutnie poważna, niemalże dramatyczna... Aż dziw bierze, że w obecnych czasach można było coś takiego nakręcić - czy Hollywood ma widzów za kompletnych idiotów? Biorąc pod uwagę fakt, że przeciętny człowiek raczej nie pchałby się w samo serce siedliska rekinów tylko zwyczajnie ukryłby się w domku letniskowym na lądzie można śmiało stwierdzić, że amerykańscy studenci w wyobrażeniach scenarzysty są zwykłymi kretynami:) Właśnie przez takie dziury w scenariuszu produkcja ta traci na wiarygodności oraz przeszkadza w identyfikacji z bohaterami. No, ale zawsze pozostaje możliwość utożsamiania się z rekinami - przynajmniej wykazują jako taką logikę w zachowaniu.

Krwawych scen nie ma zbyt wiele. Pomijając akcję z odgryzieniem ręki Murzynkowi reżyser zdecydował się na liczne kopie klasycznych scen znanych nam ze "Szczęk" Spielberga - podczas rozszarpywania ludzi w wodzie rekina nie widać, a woda wokół ofiary błyskawicznie zabarwia się na czerwono. Jako ciekawostkę dodam, że budżet filmu szacuje się na 25 milionów dolarów! Aż dziw bierze, kiedy pomyśli się, że tak marne scenariusze mają do dyspozycji takie pieniądze. W jednej z głównych ról zobaczymy znaną z remake'u "Ostatniego domu po lewej" Sarę Paxton i szczerze mówiąc tylko ona zasłużyła na jakąś wzmiankę - bynajmniej nie z powodu jej zdolności aktorski tylko znanego nazwiska. Rola Paxton ograniczała się do pustego spojrzenia i pochmurnego sposobu bycia, a to wszystko przez jej jakże traumatyczną przeszłość, której nie omieszka wyjawić szkolenemu kujonowi przy pierwszej sprzyjającej okazji.

Po tych wszystkich irracjonalnych rozwiązaniach fabularnych pod koniec seansu twórcy decydują się na pouczający wykład odnośnie współczesnej moralności. Jeden z antybohaterów gada i gada o tym, jacy to jesteśmy zepsuci, z jaką przyjemnością oglądamy krwawe filmy, i jak to pragniemy podnieść poprzeczkę i zacząć oglądać na ekranie prawdziwe sceny mordów. Odniosłam wrażenie, że upchnięto tutaj ten wykład na siłę, za wszelką cenę chcąc zmusić widza do jakiś przemyśleń. I nie ważne, czy owo przesłanie jest oryginalne, albo chociaż kompatybilne z tym, co pokazano nam wcześniej. Ważne, aby był morał, bez względu na jego sens.

Współcześni twórcy filmów grozy zmuszają mnie do czegoś, czego absolutnie nienawidzę robić - krytyki gatunku, którego uwielbiam. "Noc rekinów" jest kolejnym tworem 2011 roku, w którym na próżno szukać jakichkolwiek plusów. Podejrzewam, że mój umysł nie zniesie już zbyt wielu podobnych gniotów, a pechowy rok bieżący jeszcze się nie skończył... W każdym bądź razie jeśli ktoś szuka filmu familijnego na niedzielne popołudnie w rodzinnym gronie "Noc rekinów" może być znakomitym wyborem.

6 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy blog. Nie byłabyś zainteresowana napisaniem tekstu gościnnego na mojego bloga? Chętnie coś opublikuję :)
    Pozdrawiam, Janek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za propozycję:) W tygodniu nie mam za bardzo czasu na recki, ale postaram się w weekend coś Ci podesłać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam taki uraz do filmów z "rybkami" po "Piranii", że dam sobie spokój z tym filmem. Mój umysł (podobnie jak Twój) - wyczerpał się na tego typu filmy...
    Ale obejrzałam "Smakosza" - oj, bardzo, bardzo mi się podobał... Taki styl "Dzieci kukurydzy" - czyli coś, co lubię.
    Czas na część drugą. ;)
    Pozdrówki.

    OdpowiedzUsuń
  4. nie lubie filmow typu animal attac, Pirania dla mnie byla strasznie glupia, ale jak sama napisalas poniekąd taka miała być śmieszna. Nie zdobędę się żeby go zobaczyć po przeczytaniu twojej recenzji w ogóle znikął cień szansy,
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Heh, dobre :) Nie jestem fanką ''kina familijnego'', ale dzięki Tobie Buffy chyba się skuszę ;) Z czystej ciekawości...

    OdpowiedzUsuń
  6. A mi tam się podobał Noc Rekinów bardzo =)

    OdpowiedzUsuń