Stronki na blogu

czwartek, 2 lutego 2012

„Koszmar z ulicy Wiązów” (1984)

Recenzja na życzenie
W miasteczku Springwood grupkę nastolatków nękają koszmary senne, w których prześladowani są przez mężczyznę z poparzoną twarzą, z nożami na miejscu palców. Kiedy Tina zostaje zadźgana w swoim łóżku, w trakcie snu o morderstwo podejrzewany jest jej chłopak. Jednak jej przyjaciółka, Nancy, jest przekonana, że za tą zbrodnią stoi człowiek który prześladuje ich w koszmarach sennych. Nancy, aby się bronić musi zrobić wszystko, żeby nie zasnąć…
Kultowy obraz Wesa Cravena, będący pierwszym prawdziwym filmem niewielkiej wówczas wytwórni New Line Cinema, który w oszałamiająco krótkim czasie zdobył miliony fanów na całym świecie, a postać mordercy Freddy’ego Kruegera do dziś uważana jest za ikonę gatunku. Co sprawiło, że „Koszmar z ulicy Wiązów” zyskał tak ogromną popularność i mimo upływu tylu lat nadal cieszy się uznaniem nie tylko wśród wielbicieli horroru, ale również młodego pokolenia widzów? Zacznijmy od scenariusza napisanego przez samego Wesa Cravena, który w schematyczną fabułę slasherów wplata jakże nowatorski wątek wdzierania się koszmarów sennych do świata rzeczywistego. Podobny zabieg reżyser zastosował również pięć lat później kręcąc swój kolejny horror pod tytułem „Shocker”, jednakże nie udało mu się powtórzyć sukcesu „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Film nawet zaczyna się dosyć nietypowo. Widzowie w pierwszej scenie obserwują szaleńczą ucieczkę blondwłosej nastolatki przez wizualnie przerażającą kotłownię. Już tutaj klimat sięga wyżyn filmowej grozy, a to dopiero przedsmak tego, co widzowie odczują w dalszej części seansu. Następnie dowiadujemy się, że obserwowaliśmy tylko sen dziewczyny i akcja przeskakuje kilka godzin do przodu. Jest dzień, widzimy czwórkę nastolatków zmierzającą do szkoły, a w tle słyszymy kultową już wyliczankę recytowaną słodkimi głosikami przez dzieci. Nasi bohaterowie umawiają się na nocne posiedzenie u Tiny, która przerażona swoimi koszmarami nie chce zostać sama. Od tego momentu będziemy świadkami iście makabrycznych wydarzeń, które niejednemu widzowi spędziły już sen z powiek.
„Koszmar z ulicy Wiązów” prezentuje nam kilka integralnych elementów kina grozy, których próżno szukać we współczesnych produkcjach, a które niezaprzeczalnie przyczyniły się do jego niesłabnącej popularności. Charakterystyczna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Charlesa Bernsteina skutecznie potęguje gęstą atmosferę grozy, a przy okazji bardzo szybko wpada w ucho. Szczerze mówiąc, za wyjątkiem tematu muzycznego z „Psychozy” (1960) nie słyszałam w horrorze równie przerażających dźwięków, które miałyby równie wielką siłę oddziaływania na psychikę widza. Wes Craven ani przez chwilę nie zapomina o klimacie, który obecny jest nawet w chwilach beztroski naszych bohaterów – takiej atmosfery widzowie horrorów nie mają okazji odczuć zbyt często, w końcu reżyserowi udało się za pomocą prostych środków wręcz przytłoczyć odbiorcę wszechobecnym, duszącym zagrożeniem, którego sprawcą jest tajemniczy osobnik przez większą część czasu kryjący swoją makabrycznie poparzoną twarz w cieniu. No właśnie, Freddy Krueger, najbardziej rozgadany, ironicznie dowcipny morderca kina grozy, który przeraża wyglądem i równocześnie wzbudza w widzach nerwowy chichot za każdym razem, gdy otwiera usta, z których wydobywają się niewybredne, na wskroś przesiąknięte czarnym humorem słowa, skierowane do jego ofiar. Krueger może zabijać tylko podczas snu ofiary, a osoba, która dostanie się w jego ręce w trakcie koszmaru w ten sam sposób ginie również w rzeczywistości. Jak już wspomniałam bardzo oryginalne zawiązanie fabuły, ale w moich oczach zyskuje nie tylko przez wzgląd na owy powiew świeżości, ale również wspaniały pretekst do ukazania makabry na ekranie. Mamy Tinę, która nie bacząc na grawitację lata po całym pokoju schlapując go krwią wypływającą z jej poszatkowanego ciała; mamy Glena wciągniętego przez swoje własne łóżko, z którego chwilę później wybucha gejzer krwi. Podczas kręcenia filmu zużyto prawie 2000 litrów sztucznej krwi, tak proszę państwa, nie ma tutaj ani odrobiny efektów komputerowych, wszystko, co widzimy na ekranie było fizycznie obecne na planie, a co za tym idzie, mamy prawie niespotykaną w dzisiejszych czasach sposobność zapoznania się ze starym slasherem stawiającym na realizm, aniżeli mało przekonujące efekty specjalne.
W roli głównej zobaczymy Heather Langenkamp, zachwalaną przez wielu widzów, która mnie osobiście nie przypadła do gustu. Odniosłam wrażenie, że jej mimika była aż nazbyt przesadzona, wręcz manieryczna, co odbierało odgrywanej przez nią postaci większość autentyczności. Natomiast bardzo przypadł mi do gustu Johnny Depp. Rola Glena była jego debiutem filmowym i muszę przyznać, że jak na niedoświadczonego aktora ma nam do zaoferowania coś więcej, aniżeli tylko przystojną twarz – nawet tutaj zobaczymy jego charakterystyczną, wręcz zabawną mimikę, która przychodzi mu tak naturalnie, jak przeciętnemu człowiekowi oddychanie. No i na koniec warto również wspomnieć o największej gwieździe tej produkcji, Robercie Englundzie. Chyba nie muszę nikomu go przedstawiać, ani opisywać postaci, którą odgrywał? Wątpię, żeby chodził po świecie jeszcze ktoś, kto by o nim nie słyszał. Powiem tylko jedno: lepszego aktora do roli Kruegera twórcy filmu nie mogli sobie wymarzyć, zaangażowanie go okazało się strzałem w dziesiątkę i jednym z głównych powodów wyniesienia wykreowanego przez niego mordercy na wyżyny filmowego horroru.
Jak dotąd „Koszmar z ulicy Wiązów” doczekał się sześciu kontynuacji, z których tylko ostatnią wyreżyserował również Wes Craven, jednego crossovera i remake’u, a na rok bieżący zapowiedziano już drugą część uwspółcześnionej wersji. Wygląda na to, że Freddy Krueger jeszcze nawet nie myśli o zejściu ze sceny, a sądząc po popularności każdego kolejnego filmu z jego udziałem najprawdopodobniej jeszcze przez długi czas będzie straszył swoją osobą kolejne pokolenia widzów. Jednakże w tym zalewie horrorów o Kruegerze radziłabym nie zapominać o pierwszym i najdoskonalszym obrazie z jego udziałem – w porównaniu do kolejnych sequeli, czy remake’ów jedynka zauważalnie wybija się ponad poziom i to właśnie z nią radziłabym zapoznać się w pierwszej kolejności.

7 komentarzy:

  1. Uwielbiam ten film <3. Oglądałam go chyba milion razy ale zawsze przeraża mnie tak samo. I to jest dobry horror.!
    Pozdrawiam i w wolnej chwili zapraszam do siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny film. Nawet nie pamiętam, ile to już razy go widziałam. Niektóre kwestie zna się wręcz na pamięć ;-) Jak dla mnie część I i III są chyba najlepsze a całej serii, natomiast remake z 2010 roku to dla mnie porażka totalna. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Do takich horrorów jak "Koszmar z ulicy wiązów" wraca się z wielką przyjemnością;) Ot, choćby dla doskonale przedstawionej atmosfery koszmarów sennych. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. To był dobry Horror i mimo iż widziałam go chyba z miliard razy to i tak mnie przeraża jak za pierwszym razem. Teraz to robią horrory do kitu one mnie bardziej śmieszą, ta komputerowa krew i benadziejne efekty specjalne do mnie nie przemawiają. Jednak nie ma to jak stary dobry Freddy Krueger :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham ten film póki co widziałam tylko kilka części ale zamierzam dalej oglĄDAĆ.. JAK NARAZIE 1 I 3 CZĘŚC NAJLEPSZE ALE MUSZE JESZCZE OBEJRZEC INNE... 7 TO WG MNIE KLAPA ... I NAWET ZE MAM 13 LAT TO SMIALAM SIE Z NIEJ .....Remeke moze to dziwne ale mi tez przypadł do gustu i bardzo sie podobał
    Kocham ten film <333333

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do twojej końcowej rady - spóźniłaś się :) Swoją przygodę z Freddy Krugerem zaczęłam od 3 części. Koszmar jest jedną z najbardziej kultowych serii. Chętnie wracam do poszczególnych części, co nie zdarza się u mnie zbyt często. Najbardziej przyciągnął mnie motyw z zabijaniem podczas snu. Jest to niesamowicie oryginalny pomysł.

    A wracając na chwilę do 3 cz. to już zrozumiałam skąd Rowling zaczerpnęła pomysł na HP. :))
    http://www.youtube.com/watch?v=wtiaYVyF_18
    A mina Freddy'ego w 15 sekundzie była bezcenna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, w wiesz to całkiem możliwe. Jakoś nie zauważyłam tej analogii z Harry'm Potterem, ale ten gostek jest łudząco do niego podobny:)

      Usuń