Stronki na blogu

wtorek, 16 lipca 2013

„Podpalaczka 2” (2002)

Przed laty rodzice Charlene McGee wraz z kilkoma innymi ochotnikami wzięli udział w tajnym eksperymencie, który miał na celu obdarzyć ich zdolnościami paranormalnymi. Wkrótce po narodzinach córeczki odkryli jej pirotechniczne zdolności, które stały się przyczyną ich śmierci, zadanej z rąk ludzi odpowiedzialnych za nieudany eksperyment i pragnących wykorzystać Charlie do własnych celów. Teraz Podpalaczka jest już dorosła, ale nadal dba o anonimowość. Do czasu, aż na jej drodze staje nieświadomy niczego Vincent Sforza, który w swoim mniemaniu pracuje dla firmy starającej się odnaleźć uczestników eksperymentu, celem wypłaty odszkodowań. Gdy mężczyzna dowiaduje się o konszachtach swojego szefostwa z Johnem Rainbirdem – kierującym procederem modyfikacji chromosomów ludzkich i mającym obsesję na punkcie Charlie szaleńcem – postanawia wesprzeć Podpalaczkę w walce z wpływową korporacją oraz ich najnowszymi eksperymentami w postaci obdarzonych nadludzką mocą młodych chłopców.
Choć „Podpalaczka” to jedna z najbardziej znanych powieści Stephena Kinga mnie nigdy nie zdołała w pełni do siebie przekonać. Może dlatego, że jedna książka o dziewczynie ze zdolnościami paranormalnymi, „Carrie”, w zupełności Kingowi wystarczała, a powtarzalność tego motywu, mimo całkowicie inne osi fabularnej, jedynie mnie znużyła. Jeszcze gorzej rzecz miała się z ekranizacją powieści z 1984 roku z młodziutką Drew Barrymore w roli tytułowej, która nieodmiennie działała mi na nerwy, ale trzeba przyznać, że znakomicie dopasowała się do miernego, oddartego z jakiegokolwiek napięcia filmu. Nic więc dziwnego, że po takich początkach miałam spore obawy przed zapoznaniem się z telewizyjną kontynuacją „Podpalaczki” z 2002 roku, która mimo dwójki w polskim tytule więcej ma wspólnego z nową, alternatywną wersją, innym spojrzeniem na zamysł Kinga, aniżeli stricte sequelem. Niemalże trzygodzinny seans, pełen raz zgodnych z książką retrospekcji, a innym razem całkowicie zmodyfikowanych sprawia, że ktoś, kto jeszcze nie miał okazji zapoznać się z oryginalną historią Charlie sprzed lat wcale nie musi tego czynić, aby w pełni zrozumieć zamysł reżysera drugiej wersji, Roberta Iscove’a. Tak, obawiałam się tej produkcji, ale równocześnie kusił mnie jej niski budżet i długość (dla mnie tanie i długie filmy grozy zawsze posiadały pewien nieodparty urok, którego próżno szukać w pełnych akcji, komercyjnych, hollywoodzkich obrazach) i w rezultacie na przestrzeni tych wszystkich lat, dzielących mnie od premiery „Podpalaczki 2” wracałam do niej kilkukrotnie, nieodmiennie z wielkim entuzjazmem. Dziwne, że zamysł Iscove’a bardziej mi się spodobał od wersji „mistrza literatury grozy”, ale niech to będzie dodatkową zachętą dla widzów zastanawiających się, czy sięgnąć po ten film.
Ciężko jest jednoznacznie sklasyfikować „Podpalaczkę 2” do jednego gatunku filmowego, wszak posiada ona zarówno znamiona thrillera science fiction, jak i horroru, choć tego drugiego nie uświadczymy w zbyt dużych dawkach. Znana m.in. z „Królowej potępionych”, Marguerite Moreau w roli Charlie odnalazła się znakomicie, co nie było łatwe, zważywszy na o wiele większy stopień skomplikowania charakterologicznego dziewczyny niż w części pierwszej. W końcu Charlie jest już dorosła, a więc i jej uczucia mają głębszy wymiar – samotność, potęgowana nadprzyrodzonymi zdolnościami wzniecania ognia siłą woli i trudne do odparcia destrukcyjne nastroje. Za przykład niech tutaj posłuży jej wypad do klubu, zakończony obmacywankami na parkingu z nieznanym facetem, co naturalną koleją rzeczy ostatecznie prowadzi do eskalacji jej mocy: spopielenia wszystkiego w zasięgu wzroku. Każdorazowe objawienie pirokinetycznych mocy Charlie, jak na obraz niskobudżetowy stoi na przyzwoitym efekciarskim poziomie. Komputerowa ingerencja w fabułę filmu była w tym przypadku nieodzowna, więc tym bardziej cieszy mnie, jakże malowniczy widok pochłaniających wszystko, rażąco czerwonych płomieni. Oprócz ekscesów na parkingu zaobserwujemy je jeszcze m.in. w trakcie walki dziewczyny z ludźmi Rainbirda w ich kompleksie ćwiczebnym, jej zuchwałego wejścia do strzeżonego budynku, celem ratowania Vincenta i w końcu w najbardziej widowiskowych potyczkach z Cody’m.
Najnowsze eksperymenty Rainbirda to kolejny wielki plus dla innowacyjności fabularnej Iscove’a. Te dzieciaki to istna plejada dziwolągów, obdarzonych tak intrygującymi mocami i przede wszystkim przyzwoicie odegranymi przez młodych aktorów (m.in. uwielbianego przeze mnie Dana Byrda), że tylko postać Charlie ma szansę mocniej skupić uwagę widza. W tej „wesołej gromadce” mamy chłopca zmuszającego ludzi siłą woli do spełniania jego rozkazów, niewidomego „wykrywacza kłamstw” dodatkowo obdarzonego wiedzą o wszystkich w jego otoczeniu, telekinetyka i chłopca masakrującego wszystkich za pomocą wrzasku. Ale i tak na pierwszy plan nieodmiennie wysuwa się Cody, żywiący się energią, uzależniony od niszczycielskiej mocy Charlie, którą z przyjemnością z niej wyciąga. Całym tym „przedszkolem” zawiaduje oczywiście John Rainbird, twórca nieludzkiego eksperymentu, który teraz, po latach odszukuje wszystkie nieudane „obiekty” sprzed lat i eliminuje je. Jedyną jego słabością jest Charlie, którą nade wszystko pragnie odnaleźć i przeciągnąć na swoją stronę, w całości wyzwolić jej niszczycielskie moce, które zrobią z niej potwora, porównywalnego z nim samym. Dobrze, że niniejsza rola przypadła znanemu Malcolmowi McDowellowi, ponieważ wespół z Dennisem Hopperem (człowiekiem pomagającym Vincentowi i Charlie, kolejnym „królikiem doświadczalnym” posiadającym moc przeżywania równocześnie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości) znacznie zawyżył i tak już przyzwoity poziom aktorski tego obrazu.
Choć w „Podpalaczce 2” nie zabrakło niemalże nieustannej akcji, opartej przede wszystkim na ciągłych pojedynkach Vincenta i Charlie z Rainbirdem i jego potężnymi dzieciakami oraz kilku kryminalnych intryg na początku seansu, wątpię, żeby przypadła do gustu absolutnie każdemu, kto zdecyduje się na seans, ponieważ jak bardzo nie zachwalałabym solidnej realizacji, aktorstwa i efektów komputerowych film i tak nie zyska dodatkowego budżetu, który przyciągnąłby spragnionych hollywoodzkiej widowiskowości masowych odbiorców. „Podpalaczka 2” to film klasy B, który całkowicie zadowoli jedynie wielbicieli telewizyjnych produkcji, takich jak ja na przykład:)

10 komentarzy:

  1. Dla mnie historia Podpalaczki kończy się na książce Kinga. Także nie lubię takich wydumanych sequeli. Czy podobnie nie było w przypadku Carrie? Ech, szkoda gadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja tej książki nie lubię. W porównaniu do drugiej wersji filmu jest prościutka jak konstrukcja cepa, przewidywalna i niewywołująca żadnych większych emocji. Sequel przynajmniej wielowątkowością może się pochwalić, no ale to tylko moje zdanie:)

      Usuń
    2. Nie??? A ja miałem się za to zabierać w najbliższym czasie :P!
      No, ale mam pytanie... Co bardziej polecasz przeczytać najpierw? Właśnie tę "Podpalaczkę", czy "Wielki marsz" :)?

      Pozdrawiam serdecznie :)!
      Melon

      Usuń
    3. No jasne, że "Wielki marsz". Nie ma porównania do "Podpalaczki". Moim zdaniem, oczywiście:)

      Usuń
    4. Jeju, aż się przeraziłem, że "Podpalaczka" jest taka zła... ale i tak kiedyś przeczytam :D.

      Usuń
    5. No nie, aż taka zła to nie jest. Oceniłabym ją na 5/10.

      Usuń
    6. Dla mnie to i tak za mało :P.

      Usuń
  2. Zarówno, jak i pierwszą część tak i tą zamierzam omijac szerokim łukiem. Po prostu nie, i tyle ;)

    Pozdrawiam,

    czas-na-film.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem Ci szczerze Buffy, że w ogóle tego filmu nie pamiętam ;-) A tak przy okazji - oglądasz może serial "Pod kopułą"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. Z serialami, jak zwykle do tyłu jestem:/ Dzisiaj zaczęłam antologię "Oblicza strachu" oglądać, więc pewnie parę dni mi przy tym zejdzie, a potem może sięgnę również po "Pod kopułą" - jak mnie ponownie od tasiemców nie odrzuci:)

      Usuń