Stronki na blogu

niedziela, 22 grudnia 2013

„Śmiertelne błogosławieństwo” (1981)


W małym rolniczym miasteczku obok przeciętnych Amerykanów egzystuje mocno konserwatywna sekta Hetytów, negująca wszelki postęp techniczny i surowo dyscyplinująca swoich wyznawców, utrzymywanych w ciągłym strachu przed karą z rąk Starszego, przodującego członka wspólnoty. Wyklęty z ich łask Jim żyje w sąsiedztwie swoich dawnych współwyznawców wraz ze spodziewającą się dziecka żoną, Marthą, do czasu tragicznej śmierci pod kołami ciągnika. Jego zgon zapoczątkowuje serię morderstw z rąk tajemniczego sprawcy, który w mniemaniu Hetytów jest incubusem, demonem sprowadzającym kobiety z miasteczka na drogę występu, które z kolei mamią męską część sekty. Tymczasem zrozpaczona po śmierci męża Martha zaprasza do siebie dwie przyjaciółki z Los Angeles, Lanę i Vicky, które również staną się świadkami przerażających wydarzeń coraz częściej mających miejsce w do tej pory spokojnej rolniczej społeczności.

Jedno z wcześniejszych dokonań filmowych osławionego twórcy kina grozy, Wesa Cravena. Jak się okazuje pomimo znanego nazwiska reżysera oraz udziału Sharon Stone w jednej z kluczowych dla filmu ról, „Śmiertelne błogosławieństwo” obecnie odeszło niemal w całkowite zapomnienie, co tym bardziej zaskakuje, jeśli weźmie się pod uwagę niepoddającą się próbie czasu realizację oraz niebanalnie poprowadzoną fabułę z charakterystyczną dla Cravena ewokacją grozy, której pomimo braku większej dosłowności uświadczymy tutaj aż nadto.

Poruszający się głównie w estetyce średnio krwawego kina grozy, rozsławiony za sprawą takich obrazów, jak „Koszmar z ulicy Wiązów” i „Krzyk”, Wes Craven postanowił w niniejszym filmie powściągnąć swoje zamiłowanie do epatowania kontrowersyjnymi scenami na miarę wcześniejszego „Ostatniego domu po lewej”, czy chociażby „Wzgórz mających oczy”, tworząc coś dla miłośników niezdefiniowania: tajemniczego zagrożenia, objawiającego swoją moc w kilku maksymalnie ograniczających rozlew posoki scenach mordów oraz niepokojących koszmarów sennych, gnębiących Lanę. Zapewne z tego powodu obecnie spotyka się z niesłabnącą krytyką tych kilku, pojedynczych widzów, którym ten tytuł, pewnie przez przypadek trafił w ręce, a którzy po nazwisku reżysera spodziewali się raczej większej dosłowności w epatowaniu makabrą. Przez większą część seansu scenariusz osadzony jest głównie w konwencji slasherów i nie chodzi tutaj tylko o tajemniczego sprawcę, który ku mojemu ubolewaniu dziesiątkuje społeczność Hetytów w jakże mało odkrywczy sposób (aż się prosiło o większe urozmaicenie modus operandi mordercy), ale również o nieodzowne dla Cravena momenty pozbawionych wszelkiej logiki zachowań potencjalnych ofiar. Chwilami, jak to często w tym nurcie bywa, miały one wszelkie uzasadnienie dla właściwego poprowadzenia pełnej napięcia sceny, jak na przykład wówczas, gdy młodziutka Sharon Stone zostaje uwięziona w mrocznej stodole i zamiast czekać na ponowne otworzenie wrót podąża po drabinie w górę za wołającym ją głosem. Dzięki takiemu, w gruncie rzeczy głupiutkiemu postępowaniu bohaterki widz będzie miał okazję skonfrontować się z typowym dla Cravena budowaniem napięcia – Lana rozgląda się po skąpanym w cieniu pomieszczeniu, kiedy nagle ni stąd, ni zowąd wynurza się sylwetka oprawcy, zmuszając ją do instynktownego odwrotu, co kończy się bolesnym upadkiem ze schodów i widokiem powieszonego Hetyta przy drzwiach. Takich pełnych narastającego napięcia scen jest tutaj o wiele więcej – choćby początkowa samotna wędrówka po domu mającego za chwilę umrzeć Jima oraz późniejsze odnalezienie ciała przez jego żonę Marthę, ale na ogół zapoczątkowują je pozbawione wszelkiej logiki, nieprzemyślane postępki bohaterów, które jak już wspomniałam wcześniej przez wzgląd na swoją nieodzowność dla właściwego poprowadzenia fabuły raczej nie irytują – a przynajmniej wyłączając jedno konkretne wydarzenie, w trakcie którego Craven pierwszy, ale nie ostatni raz wykazał się brakiem większego wyczucia sytuacyjnego. Mowa tutaj o scenie w samochodzie, w trakcie której Vicky oddaje się zapędom miłosnym ze „zbuntowanym” Hetytą. Kiedy ich pojazd zostaje oblany benzyną przez mordercę kobieta zamiast wyskoczyć z samochodu (co byłoby przyczynkiem do ewentualnej pełnej napięcia sekwencji pościgu za ofiarą) ucieka przed szybko doganiającym ją ogniem – nie wiem, czy przeciętnego człowieka instynkt przetrwania zmusiłby do tego rodzaju, z góry skazanego na porażkę, postępowania. Podejrzewam, że raczej nie bacząc na obecność zabójcy opuściłby pojazd i spróbował szczęścia pieszo.

W moim mniemaniu największą siłą „Śmiertelnego błogosławieństwa” są bohaterowie, ze szczególnym wskazaniem na owianą złą sławą, konserwatywną społeczność Hetytów, noszących się na starą modłę, jeżdżących dorożkami i wyznających niemodne w XX wieku ideały, dyktowane dziwacznymi przekonaniami religijnymi, będącymi mieszanką dogmatów biblijnych i demonologii. To dzięki nim dowiadujemy się o rzekomym nękaniu mieszkańców miasteczka przez tzw. incubusa, demona nawiedzającego kobiety we śnie i zmuszającego je do negatywnego oddziaływania na mężczyzn. Jakkolwiek wydumanie by to nie brzmiało (co pasuje do mocno odrealnionych poglądów Hetytów) wydarzenia, którym świadkujemy z czasem zaczną zazębiać się z teorią sekty, głównie za sprawą Lany. Choć Sharon Stone zdecydowanie wykazała się mniejszym obyciem aktorskim od swoich partnerów (najlepiej wypadł znany ze „Wzgórz…” Michael Berryman, a zaraz za nim uplasowały się Maren Jensen i Susan Buckner) to trudno zaprzeczyć, że miała najcięższe zadanie do wykonania. Cierpiąca na arachnofobię aktorka na pewno by nie podołała, bowiem Craven umyślił sobie wykorzystanie żywych pająków w niemalże każdej scenie konfrontacji Lany z nadnaturalnym zagrożeniem, z połknięciem dorodnego pajęczaka włącznie, co w moim mniemaniu urozmaiciło fabułę kilkoma bardziej wyrazistymi scenami, przy okazji sprawiając, że przemiana wewnętrzna kobiety (z rozrywkowej, wyzwolonej kobiety w znerwicowaną pannicę) o wiele silniej przyciągnęła moją uwagę (pomimo potknięć warsztatowych Stone) od heroicznej postaci, domniemanej final girl, Maren Jensen, której oczywiście też przypadła w udziale jedna z bardziej charakterystycznych scen, w której Craven wykorzystał drugie z najczęściej wzbudzających w ludziach strach stworzenie. Kąpiel Marthy i wynurzenie się spomiędzy jej nóg dorodnego węża przywodzi na myśl kultowy moment z „Koszmaru z ulicy Wiązów”, kiedy to z wody wychodzi przyodziana w noże rękawica Kruegera na tyle, aby domniemywać, że w swoim najsłynniejszym dziele Craven dokonał swoistego autoplagiatu.

Choć fabuła dosyć leniwie porusza się do przodu dzięki kilku wspomnianym przeze mnie zabiegom stricte horrorowym oraz znakomitym rysom psychologicznym bohaterów wciąga niemalże od pierwszej minuty tylko po to, żeby w finale pozostawić pewien niesmak. Odnoszę bowiem wrażenie, że chęć drobiazgowego wyjaśnienia wszelkich wątków niekorzystnie wpłynęła na zakończenie, w którym UWAGA SPOILER gumowaty incubus porywa Marthę w jakże kiczowatej scenerii mrocznego domostwa i dziury w podłodze, z której wychodzi wspomniana mocno komiczna kreatura w otoczeniu gęstego dymu i czerwonego światła. Rozumiem, że Craven próbował w ten sposób wyjaśnić sny Lany, ale uważam, że pozostawienie pewnej furtki interpretacyjnej okazałoby się bardziej trafne od tego czegoś wyłażącego spod podłogi… KONIEC SPOILERA.

„Śmiertelne błogosławieństwo” nie jest horrorem idealnym, tym bardziej w zestawieniu z najpopularniejszymi filmami Wesa Cravena. Jednakże, przymykając oko na kilka ewidentnych potknięć w moim mniemaniu pozostaje całkiem przyzwoicie nakręconym straszakiem, pozbawionym większej dosłowności, ale za to jakże klimatycznym, a to chyba najważniejsze w tym gatunku filmowym.

5 komentarzy:

  1. Przecież ten diabełek z gumy i plastiku to właśnie kwintesencja Cravena. myślisz, że nie zdawał sobie sprawy jak bardzo to kiczowate? dobrze wiedział co robi. film jest naprawdę niezły, ale przy tej scenie parasnkąłem śmiechem i potraktowałem ją jako kropkę na i, podpis pod skończonym dziełem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi się nigdy Craven z kiczem nie kojarzył, dlatego nieprzyjemnie mnie zaskoczył:/

      Usuń
    2. chociażby zakończenie Koszmaru z Ulicy Wiązów czy cała seria Krzyku - jeden wielki kicz i naśmiewanie się z widza (i z widzem)

      Usuń
    3. Aaa to Tobie chodzi o kicz fabularny, a mi raczej chodziło o rekwizyty. W filmach Cravena nigdy nie zauważyłam jakiejś przesadnie sztucznej wizualizacji zagrożenia - do przesady gumowatych stworów jak tutaj, czy sztucznych wizualnie efektów komputerowych rodem z "Dzieci kukurydzy". W "Koszmarze z ulicy Wiązów" absolutnie żaden rekwizyt nie wzbudził u mnie uczucia politywania, nawet zakończenie. A co do "Krzyku" to nie przypominam sobie, żeby coś gumowatego tam wyskakiwało... Za to na widok Incubusa ze "Śmiertelnego błogosławieństwa" wybuchnęłam śmiechem;)

      Usuń
    4. wydaje mi się, że trochę o to tu Cravenowi chodziło, bo film ten, w przeciwieństwie do innych, niemal pozbawiony jest humoru.

      Usuń