Stronki na blogu

czwartek, 31 lipca 2014

"Blackout" Miry Grant już w sierpniu!


Zwieńczenie jednej z najlepszych serii młodzieżowych trafi do księgarń już 27 sierpnia. BLACKOUT Miry Grant to trzeci i ostatni tom przygód niepoprawnych politycznie blogerów zmagających się z machinacjami rządowymi i… zombie. A od dzisiaj, tj. 30 lipca niecierpliwi bądź fani e-czytelnictwa mogą zakupić książkę w wersji elektronicznej. Za wydanie trylogii Przeglądu Końca Świata odpowiada Wydawnictwo SQN.

Zarówno wiernym fanom, jak i nieznającym serii polecamy nowelkę Miry Grant COUNTDOWN, którą Wydawnictwo SQN wypuściło w zeszłym miesiącu. Doskonale wprowadza w klimat trylogii, przenosząc czytelnika do okresu, w którym wybuchł kataklizm, odmieniając cały znany świat. UWAGA! Nowelka tylko w formie elektronicznej. Dostępna we wszystkich platformach e-bookowych.

The truth is out there – pamiętne motto z Archiwum X nabiera nowego sensu w trylogii Miry Grant. Blogerzy Przeglądu Końca Świata odkrywają zaskakujące prawdy w pełnym zwrotów akcji finale cyklu - Jerzy Rzymowski, „Nowa Fantastyka”

Tylko jedna rzecz jest pewna: zawsze może być jeszcze gorzej

Kiedy w 2014 roku opracowywano lek na raka i skuteczną szczepionkę przeciwko grypie, nikt się nie spodziewał, że świat stanie na skraju zagłady. Po ćwierćwieczu walki o dawny świat, bez strachu o jutro, ludzkość wyszła na prostą. Wtedy też okazało się, że to nie zombie, a sam człowiek jest największym zagrożeniem.

Niespodziewany wybuch epidemii na Florydzie staje się kolejnym kamieniem milowym w spisku stulecia, a ekipa Przeglądu Końca Świata zostaje oskarżona o bioterroryzm. Sytuacja wymaga podziału grupy. Shaun wyrusza zbadać źródło zarazy, natomiast reszta udaje się do legendarnego hakera Małpy po nowe tożsamości. A do tego wszystkiego dochodzi tajemnica Obiektu 7c przetrzymywanego w tajnych laboratoriach CZKC…

Pozostało jeszcze tak wiele do zrobienia, a zegary nieubłaganie odmierzają czas do wielkiego finału. Czy młodym dziennikarzom wystarczy odwagi, żeby stawić czoła szalonym naukowcom, wytworom ich eksperymentów oraz pozbawionym sumienia agencjom rządowym?

BLACKOUT to wstrząsający finał epickiej trylogii o dziennikarzach przyszłości, poszukujących prawdy w warunkach wybitnie niesprzyjających… podczas zombie-apokalipsy.

W skład trylogii Przeglądu Końca Świata wchodzą:

BLACKOUT (2014)

Źródło: wydawnictwo SQN

środa, 30 lipca 2014

Guillermo del Toro, Chuck Hogan „Wirus”


Na lotnisku JFK w Nowym Jorku ląduje samolot pasażerski z Berlina. Ale nikt nie opuszcza pokładu. Niemożność nawiązania kontaktu z pilotem zmusza kontrolerów do wezwania organów porządku publicznego. Kiedy dostają się do środka odkrywają, że wszyscy pasażerowie są martwi. Brak jakichkolwiek śladów bytności terrorystów sugeruje jakiegoś wirusa, który w błyskawicznym tempie zabił ponad dwieście osób. Na miejsce zostaje wezwana grupa lekarzy z Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom (CDC), którą kieruje wybitny Ephraim Goodweather. Agencja wyklucza obecność wirusa bądź gazu w powietrzu, a spokojne twarze pasażerów każą im podejrzewać, że zmarli nagle. Sprawa zaczyna się jeszcze bardziej komplikować, gdy na pokładzie lekarze znajdują czworo ocalałych, a w luku bagażowym antyczną skrzynię wypełnioną ziemią, która nie widnieje w spisie. Pracę Goodweathera zakłóca okultacja, którą przez parę minut zachwycają się nowojorczycy, nie wiedząc jeszcze, że to pierwszy zwiastun czekającej ich apokalipsy.

„Jesteśmy na krawędzi ogólnoświatowej pandemii. Może zdarzyć się coś, co doprowadzi do wyginięcia ludzkości. A ktoś robi wszystko, żeby tak właśnie się stało.”

Wielokrotnie nagradzany reżyser, producent i scenarzysta Guillermo del Toro, twórca między innymi nagrodzonego trzema Oscarami „Labiryntu fauna” oraz doceniany przez krytykę amerykański pisarz Chuck Hogan połączyli siły, tworząc nową trylogię wampiryczną. Powstanie książek tak naprawdę wymusił rynek. W zamyśle del Toro „Wirus” miał być serialem, ale bezowocne poszukiwania nabywcy natchnęły go do napisania powieści. Sukces trylogii zaowocował upragnionym przez del Toro serialem, którego odcinek pilotażowy ukazał się w telewizji FX w lipcu tego roku. Pierwsza część trylogii del Toro i Hogana ukazała się już na polskim rynku w 2010 roku, nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia, ale jak dotychczas nie przełożono dwóch kolejnych części na język polski. Dopiero nowy projekt wydawnictwa Zysk i S-ka, Chimaera, daje nadzieję na całą trylogię. Ta nowa, obiecująca seria wydawnicza skierowana do wielbicieli fantastyki i horroru jest chyba najlepszą inicjatywą rynku wydawniczego w ostatnich kilku latach i chociaż Zysk i S-ka nie obiecuje kontynuacji „Wirusa” popularność emitowanego właśnie serialu na motywach tej powieści powinien zachęcić wydawnictwo do sprostania wymaganiom fanów pióra del Toro i Hogana.

„Dla Neevy jasność była talizmanem przeciwko ciemności. Noc jest prawdziwa. Nie jest chwilowym brakiem światła, lecz w rzeczywistości to dzień jest krótkim wytchnieniem od ciemności…”

Moje ulubione powieści o wampirach to „Dracula” Brama Stokera, „Miasteczko Salem” Stephena Kinga i „Trupia otucha” Dana Simmonsa, a del Toro i Hogan w „Wirusie” łączą wszystkie te książki w jedną całość, dodając również coś od siebie. Początek to właściwie kwintesencja Guillermo, znana nam z jego filmów. Dusząca atmosfera intrygującej tajemnicy, zarysowanej za pośrednictwem samolotu-widmo i oczywiście dojrzałemu warsztatowi autorów. Pokład pełen ciał, wyglądających jakby spali i grupa bezradnych naukowców, która podejrzewa jakiś nowoczesny wirus, ale początkowo nie potrafi rozszyfrować jego natury. Lekarze mają nadzieję, że tę zagadkę pomoże im rozwiązać czwórka ocalałych, których szyje szpecą długie cięcia, a organizmy borykają się z niedoborem krwi. Nastrój dodatkowo potęguje antyczna skrzynia wypełniona ziemią stojąca w luku bagażowym, która w pewnym momencie nagle znika oraz zbliżająca się do Nowego Jorku okultacja. Kiedy tajemnica zgonów pasażerów samolotu z Berlina zostaje wyjaśniona klimat się zmienia. Nie mamy już do czynienia z aurą tajemnicy tylko większą dosłownością w epatowaniu makabrą, ale z poszanowaniem reguł budowania mrocznej atmosfery. Niczym Stephen King w „Miasteczku Salem” del Toro i Hogan sporo miejsca poświęcają rozwojowi choroby w mieście, skupiając się na drugoplanowych bohaterach – mieszkańcach Nowego Jorku. Jednak w przeciwieństwie do powieści Kinga akcja „Wirusa” rozgrywa się w metropolii, nie w małym odciętym od cywilizacji miasteczku. To pociąga za sobą sporo rozgrywek politycznych (jak to zwykle w tego rodzaju literaturze bywa rządzący miastem dbają jedynie o wizerunek, nie czując potrzeby alarmowania społeczeństwa) i oczywiście zdobyczy nowoczesnej technologii. Choć ogólny rys fabularny mocno czerpie z arcydzieła Brama Stokera (niektóre wątki są wręcz żywcem skopiowane z tej ponadczasowej powieści) to w szczegółach „Wirus” jest już znakiem naszych czasów. Del Toro i Hogan chyba zdawali sobie sprawę, że mistyczne powstawanie z martwych nie przekona dzisiejszego pokolenia, więc uciekli się do konwencji znanej nam z filmów i książek o żywych trupach. No, bo co najbardziej przeraża dzisiejsze społeczeństwo? Z pewnością jakaś nowa, groźna choroba, na którą nie ma lekarstwa. I właśnie specyfika del torowskich i hoganowskich wampirów obok mrocznego klimatu jest najsilniejszym elementem tej pozycji.

„…Bestia, która wychodzi z Czeluści, wyda im wojnę, zwycięży ich i zabije. A zwłoki ich [leżeć] będą na placu wielkiego miasta, które duchowo zwie się: Sodoma…” Apokalipsa świętego Jana

Do zarażenia dochodzi z chwilą przedostania się choćby jednego nicienia, których mnóstwo krąży w ciałach krwiopijców do organizmu człowieka. Może to nastąpić w następstwie ugryzienia przez Wiecznie Żywego, albo po jego śmierci, która uwalnia owe pasożytujące robaki, szukające nowego żywiciela. Wampiry w „Wirusie” do pożywiania się ludzką krwią i zarażania nowych osobników nie wykorzystują zębów. Ich narzędziem zbrodni jest żądło wychodzące z ich ust w chwilach atakowania ofiar. Wewnątrz ich organizmy opanowują nowotwory, które przejmują kontrolę nad organami, a z zewnątrz przypominają bezpłciowe postacie, które z czasem zaczynają nabierać nadludzkich sił. Jak można się tego spodziewać kilkuset zarażonym pasażerom samolotu zajmie zaledwie kilka dni opanowanie całego Nowego Jorku. Tym bardziej, że jedynymi świadomymi rychłej apokalipsy nie są władze tylko dwóch lekarzy i staruszek. Eph Goodweather, jego koleżanka z pracy, Nora Martinez i współczesny Van Helsing, profesor Abraham Setrakian, którego pierwsze spotkanie z wampirem w obozie koncentracyjnym mocno czerpie z „Trupiej otuchy” Dana Simmonsa. Nasi protagoniści oczywiście przyjmą brzemię współczesnych Łowców Wampirów. Będą przemierzać opanowany przez zarazę Nowy Jork i przy wykorzystaniu nowoczesnej broni (lampy UVC, lasery i konwencjonalne miecze ze srebrnymi ostrzami) tępić nieumarłych, starając się również odnaleźć sprawcę tego całego zamieszania – długowiecznego Mistrza, którego historia sięga polskiej monarchii. Przeszłość Mistrza wprowadziła jeszcze jeden bardzo ciekawy wątek, obracający się wokół wierzeń i legend Europy wschodniej. W dodatku obecność wszechpotężnego klanu długowiecznych krwiopijców, chociaż tutaj nie została zbytnio wykorzystana, zapowiada ciekawą lekturę sequela „Wirusa”.

Nie spodziewałam się wiele po współczesnej powieści o wampirach (te wszystkie zmierzchopodobne twory uczuliły mnie na ten gatunek), ale skusiło mnie nazwisko Guillermo del Toro, który jak doskonale wiemy nie interesuje się cukierkowymi opowiastkami. I cieszę się, że zaryzykowałam, bo ta powieść łączy w sobie klasyczny rys literatury wampirycznej z nowoczesnością i robi to z tak wielkim poszanowaniem klimatu i reguł horroru, że nic tylko czytać. I oczywiście czekać na kolejne części, które mam nadzieję pojawią się w serii Chimaery.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 28 lipca 2014

„Mord podczas nudnego przyjęcia” (1982)


Osiemnastoletnia Trish w porozumieniu z rodzicami pod ich nieobecność organizuje pidżama party w żeńskim gronie. Oprócz swoich najlepszych przyjaciółek zaprasza nową sąsiadkę z naprzeciwka, Valerie, która po upokorzeniu, jakiego doznała od towarzystwa Trish postanawia zostać w domu z młodszą siostrą, Courtney. Tymczasem w mieście pojawia się zbiegły z więzienia seryjny morderca, Russ Thorn. Mężczyzna bez zaproszenia pojawia się na pidżama party Trish, a jedynym ratunkiem dla dziewczyn staje się znieważona przez nie Valerie.

Debiutancki slasher feministki, Amy Holden Jones, która w późniejszych latach zasłynęła, jako scenarzystka produkcji z innych gatunków filmowych (m.in. serii „Beethoven” i „Niemoralnej propozycji”). W latach 80-tych „taśmowo produkowane” slashery dawały twórcom możliwość szybkiego zarobku. Paradoksalnie te niskobudżetowe, trzymające się utartej konwencji rąbanki cieszyły się ogromną popularnością, szczególnie wśród młodych odbiorców. I chociaż od okresu ich świetności minęło już kilkadziesiąt lat wśród wielbicieli kina grozy nadal znajdują duże uznanie. W moim przypadku nie może być mowy o trywialnym uznaniu, już prędzej o wielkiej miłości. Slashery z lat 80-tych od zawsze były dla mnie taką bezpieczną przystanią, do której mogę przybić ilekroć zmęczę się kiepskimi tworami z XXI-wieku. Po tego rodzaju produkcje mogę sięgać w ciemno, bo zawsze gwarantują mi taką rozrywkę, do której mam największą słabość.

„Mord podczas nudnego przyjęcia”, jak sama Amy Holden Jones utrzymywała, miał być horrorem feministycznym, w którym wiertło dzierżone przez mordercę miało symbolizować fallusa, a zagłębianie go w ciele gwałt. Taki wydźwięk scenariusza miała potęgować obsada, w większości złożona z młodych dziewcząt, które zauważalnie dominowały nad swoimi zaślepionymi buzującymi hormonami kolegami. Nie wiem, czy Jones za bardzo nie nadinterpretowała swojego własnego filmu, bo tak szczerze mówiąc z podobnymi fabułami już niejednokrotnie miałam do czynienia i jakoś ich twórcy nie próbowali nadać im tego rodzaju znaczenia. Być może pani reżyser dążyła do podkreślenia swoich feministycznych poglądów, których (jestem tego pewna) nikt by w filmie nie zauważył, gdyby sama nie przykleiła mu takiej etykietki. Choć „Mord podczas nudnego przyjęcia” nigdy nie zdobył uznania krytyków zarobił dość, aby doczekać się dwóch oficjalnych sequeli i jednego luźnego z 2003 roku pt. „Masakra cheerleaderek”. 

Narracja filmu mocno mnie zaskoczyła. Otóż, slasherowy boom w latach 80-tych wykształcił sobie pewien schemat, którego amerykańscy twórcy w mniejszym lub większym stopniu się trzymali. Tak, więc pierwszą połowę seansu poświęcali jedynie przedstawieniu bohaterów albo całkowicie rezygnując ze scen mordów, albo pokazując je bez uchwycenia sylwetki sprawcy, tak, aby jak najdłużej utrzymać w widzu tę znakomitą aurę tajemnicy, a co za tym idzie wzmagając napięcie emocjonalne. W „Mordzie podczas nudnego przyjęcia” mamy do czynienia z całkowicie odwrotną sytuacją. Twórcy już w pierwszych minutach projekcji zdradzają nam personalia mordercy (słyszymy je w radiu Trish), który zbiegł z więzienia. Pierwsza scena mordu ma miejsce już chwilę później w wozie firmowym, ale jak to zazwyczaj w slasherach bywa zobaczymy jedynie parę kropel krwi, świadczących o zgonie ofiary, bez większej makabry. Kolejna scena zabójstwa w szkole zdradzi nam wygląd mordercy (co rzadko ma miejsce na początku filmu slash) oraz da jasno do zrozumienia, że Jones ani myśli skupiać się na daleko idącej rzezi, pełnej pomysłowo zarżniętych młodych ludzi. Reżyserka stawia przede wszystkim na duszący, pełen napięcia klimat, który wbrew przedwczesnemu wyjawieniu personaliów mordercy stopniuje wręcz po mistrzowsku. Ciemna kolorystyka, znakomicie kontrastująca z wydarzeniami skoczna ścieżka dźwiękowa i przede wszystkim idealne wyczucie gatunku (morderca atakuje, gdy napięcie sięga zenitu) sprawiają, że film pomimo małej brutalności ogląda się z prawdziwym zainteresowaniem. Ale nie tylko stawiająca na klimat realizacja jest silnym elementem tego obrazu. Ogólne wrażenia wzmaga również sylwetka i narzędzie zbrodni mordercy. Choć wiemy, kto zabija to prawie wcale nie wpływa na wydźwięk filmu. Nasz zbiegły z więzienia morderca, Russ Thorn, szczególnie upodobał sobie długie wiertło, którym najpierw dziurawi swoje ofiary, a po ich zgonie przenosi ciała do bagażnika, gdzie dołączają do jego makabrycznej kolekcji. Jak można się tego spodziewać Thorn zawita na pidżama party Trish, organizowanej pod nieobecność rodziców. W tym momencie akcja zacznie naprzemiennie skupiać się na Trish i jej przyjaciołach oraz Valerie i jej siostrze, które spędzają wspólny wieczór w domu stojącym naprzeciw koszmarnych wydarzeń. Taki zabieg nie dość, że mocno urozmaica ograną konwencję slasherów to jeszcze dezorientuje odbiorcę, który w przeciwieństwie do innych tego rodzaju obrazów może mieć duży problem z przedwczesnym wskazaniem final girl – w końcu zarówno Trish, jak i Valerie posiadają integralne dla tej postaci cechy.

Początkowo przyjęcie Trish będzie się obracać wokół trywialnych dziewczyńskich problemów, które nasze bohaterki czują się w potrzebie poruszać w każdej infantylnej rozmowie (zgodnie z feministycznym zamysłem reżyserki) oraz obowiązkowej goliźnie (kolejny znak szczególny slasherów – nagie piersi…). Oczywiście podczas, gdy one będą tak sobie deliberować nasz morderca na zewnątrz urządzi sobie regularną rzeź. Tutaj na szczególną uwagę zasługuje podcięcie gardła sąsiadowi (jak na tak mało krwawy film całkiem wyraźnie widać jego poranione zwłoki) i rzecz jasna podwójne morderstwo w samochodzie (a jakże!), szczególnie dekapitacja rosłego nastolatka. A tymczasem, gdy nasze dziewczęta będą roztrząsać jakże ważne dla świata problemy (!), a morderca hasać po podwórzu niczego nieświadome Valerie i jej arogancka nastoletnia siostra Courtney skupią się na przekomarzaniach, które notabene w tej wczesnej porze wieczornej najsilniej przykuły moją uwagę. Niby nic szczególnego w ich otoczeniu się nie działo, ale zdecydowanie największy iloraz inteligencji Valerie (zaskakująco dobrze odegranej przez Robin Stille) oraz intrygująco zaczepna osobowość Courtney (dużo gorsza warsztatowo Jennifer Meyers) tworzyły naprawdę ciekawą mieszankę charakterologiczną. Warto zaznaczyć, że w drugiej części „Mordu podczas nudnego przyjęcia” Courtney będzie już „grała pierwsze skrzypce”, aczkolwiek jej rola przypadnie w udziale innej aktorce. Z czasem jak można się tego spodziewać Thorn nabierze większej śmiałości – trup, jak na slasher, będzie się ścielił gęsto. Po wyjawieniu swojej obecności balowiczkom (w znakomitej scenie pojawienia się dostawcy pizzy z wydłubanymi oczami) szybko wyeliminuje dwóch towarzyszącym im chłopców, którzy wcześniej wprosili się na przyjęcie. Potem odetnie prąd i będzie cierpliwie czekał, aż nadarzy się okazja, aby wejść do domu. Finał filmu skonstruowano z poszanowaniem integralnych głupiutkich, ale pełnych nieodpartego uroku zasad slasherów. Po wejściu mordercy jego ofiara zamiast uciekać do drzwi wyjściowych chowa się w szafie, a dom Trish szybko zamienia się w „miejsce schadzek”, którego próg, co chwilę ktoś przekracza (po wejściu trenerki pomyślałam, że jak tak dalej pójdzie do napisów końcowych wkroczy tam połowa miasta…). W parze z celowym naciąganiem logiki będą oczywiście szły sceny mordów, o wiele bardziej dosłowne, niż we wcześniejszych partiach filmu, ale niestety pozbawione większej oryginalności. Za to klimat, na szczęście, utrzyma się aż do ostatniej dynamicznej minuty projekcji, za co przede wszystkim należy się Amy Holden Jones duże uznanie.

Nie wiem, czy jestem właściwą osobą do polecania komukolwiek slasherów z lat 80-tych, poza ich zagorzałymi fanami, bo jestem tak wielką wielbicielką tego nurtu, że moja opinia zawsze będzie mocno nieobiektywna. Powiem tylko, że byłam zachwycona tym obrazem, ale równocześnie zaznaczę, że nie jest to żadna nowość, jeśli idzie o slashery, więc sami zdecydujcie czy warto zaryzykować seans.