Stronki na blogu

wtorek, 18 listopada 2014

„Dracula: Historia nieznana” (2014)


XV wiek. Książę Siedmiogrodu, Vlad Tepes, zwany Palownikiem próbuje ochronić swoich poddanych przed uciskiem tureckiej armii, dowodzonej przez sułtana Mehmeda. Po długiej niewoli i przymusowej walce po stronie Turcji, Vlad objął należny tron Siedmiogrodu i pokornie płacił daninę sułtanowi, aby uniknąć wojny. Kiedy Mehmed żąda od jego poddanych tysiąca chłopców, w tym jego syna Ingerasa na janczarów, Vlad za namową żony Mireny sprzeciwia się. Aby zwyciężyć wielotysięczne tureckie wojska idące w odwecie na jego kraj Palownik sprzedaje swoją duszę. Odnajduje wampira mieszkającego w jaskiniach i skłania go, aby zmienił go w potwora. Dzięki temu Vlad zyskuje nadludzkie moce, mogące dopomóc mu w starciach z Turkami.

Hollywoodzka produkcja Gary’ego Shore’a luźno nawiązująca do dziejów hospodara wołoskiego, Vlada Tepesa oraz mitu Brama Stokera. Od kiedy przeczytałam znakomitą powieść C.C. Humphreys’a pt. „Wład Palownik. Prawdziwa historia Drakuli” marzyłam o pełnej hollywoodzkiego rozmachu ekranizacji, która na tyle trzymałaby się faktów z życia Palownika, aby nieco przybliżyć masowym odbiorcom jego postać. Kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze zapowiedzi „Draculi: Historii nieznanej” miałam przez chwilę cichą nadzieję, że wreszcie doczekałam się filmu na kanwie tej fenomenalnej książki. Jednak producenci szybko sprowadzili mnie na ziemię, informacjami o inspiracji ponadczasowym dziełem Brama Stokera. Jak się okazało nawiązań do „Draculi” oprócz wampiryzmu i epilogu nie ma wcale. Scenarzyści, Matt Sazama i Burk Sharpless o wiele dobitniej odnosili się do dziejów autentycznej osoby Palownika, ale bez poszanowania prawdziwości historycznej. W efekcie powstało typowe dark fantasy, którego absolutnie nie można rozpatrywać pod kątem wiarygodności historycznej.

Jak już przyjmiemy, że mamy do czynienia z filmową fikcją w klimacie fantasy, której daleko do legendy Stokera i prawdziwych wydarzeń możemy oszczędzić sobie sporej dozy irytacji. Krytycy, co prawda w większości nie szczędzili niepochlebnych recenzji „Draculi: Historii nieznanej”, ale widzowie dosyć pozytywnie odebrali wysokobudżetowe widowisko Shore’a. Z ocenami scenografii i realizacji mogę całkowicie się zgodzić. Mroczna oprawa XV-wiecznego Siedmiogrodu, stroje z epoki, szybki montaż i liczne komputerowe wizualizacje wampirzych mocy, które na szczęście unikają nachalnego efekciarstwa. Twórcy stworzyli naprawdę smaczne podwaliny pod rasowe dark fantasy, w którym co prawda jedynie odtwórca głównej roli Luke Evans jako tako się wykazał (najbardziej irytująca była Sarah Gordon w roli Mireny), ale mierna obsada zanadto nie wpływała na pełną rozmachu realizację.

Największym mankamentem „Draculi: Historii nieznanej” jest scenariusz. Miałka, typowo hollywoodzka historyjka, która co prawda ma parę zrywów, ale nie równoważą one beznamiętnej konwencjonalności. Przy kreacji Vlada, na którym koncentruje się scenariusz twórcy, co prawda próbowali zawrzeć parę sprzeczności składających się na rys psychologiczny prawdziwego hospodara wołoskiego, ale bez większego powodzenia. Na początku wspominają o jego potwornych czynach w armii tureckiej, pokazują nawet malowniczy obrazek pola pełnego ludzi nabitych na pale (niezgodnie z techniką palowania), ale już w następnej scenie jakby o tym jego drugim „ja” zapominają. Kreślą nam wyidealizowany obrazek kochającego ojca i męża, który nade wszystko stawia dobro swoich poddanych. Wszystko, co czyni godne jest pochwały, a nawet żarliwego dopingu. Nawet po przemianie w wampira wbrew lekkim insynuacjom, że oto Vlad zamienia się w potwora (słowa Mireny skierowane do niego po próbie spalenia go przez zabobonny lud) książę swoimi czynami nadal pozostał prawym, miłosiernym władcą, godnym najwyższego uznania. Wielu widzów pewnie zadowoli taki typowy hollywoodzki rys psychologiczny głównego bohatera, ale mnie mocno rozczarował. Miałam nadzieję, że będę obcować z ambiwalentną postacią, której nie da się jednoznacznie ocenić w kategoriach dobra lub zła (jak w powieści Humphreys’a), bo takową na pewno ciekawiej oglądałoby się na ekranie. Ale niestety dostałam kolejnego upiększonego protagonistę, którego losy bardziej mnie wzruszały, aniżeli niepokoiły. Jeśli zaś chodzi o fabułę to oprócz rozterek egzystencjalnych Vlada najsilniej koncentruje się ona na atakach Turków, które robią wrażenie scenami walki, ale poza tym pogłębiają schematyczność fabuły. Ot, Vlad czeka aż Mehmed ze swoją armią zaatakuje jego lud, potem następuje szybka sekwencja walki wręcz (jeden mężczyzna przeciwko całej hordzie Turków), Palownik zwycięża i znowuż przechodzimy do oczekiwania na kolejny atak. Na szczęście te aspekty militarne Shore odrobinę uatrakcyjnił mitem Stokera. Przemiana Vlada w wampira może pochwalić się odrobiną oryginalności. Bestia zamieszkująca jaskinie nie gryzie go w szyję tylko liże ranę długim jęzorem, po czym zgodnie z bardziej wiarygodną legendą każe mu upić troszkę swojej krwi. Filmy i książki, które propagują przemianę jedynie po ugryzieniu przez krwiopijcę są w moim mniemaniu naciągane przez wzgląd na wysokie prawdopodobieństwo szybkiego wyginięcia ludzkości. Shore na szczęście wykorzystał ten drugi wariant przemiany, w dodatku ukazał ją w naprawdę mrocznej oprawie. Nadludzkie moce, jakie zyskuje Vlad (rozpadanie się w chmarę nietoperzy, wyostrzony wzrok i słuch oraz niewiarygodna siła i zręczność), choć często posiłkują się efektami komputerowymi przyjemnie urozmaicają seans, ze szczególnym wskazaniem na sceny walki. Ale inne aspekty wampiryzmu są mocno zastanawiające. Po wypiciu krwi sędziwego krwiopijcy Vlad umiera, aby następnie narodzić się w ciele potwora. Mentor informuje go jednak, że jeśli uda mu się powstrzymać pragnienie przez trzy dni powróci do ludzkiej postaci. Czyli, że co – umarł, ale powróci z martwych? Przyznaję, że nie rozumiem tego wątku. W każdym razie od tego momentu Vlad będzie stawał w pojedynkę przed wielotysięczną armią turecką, a w domowym zaciszu będzie walczył z pragnieniem krwi, chcąc odzyskać człowieczeństwo. Ale nie myślcie, że jego przemiana w wampira zrobi z niego potwora, co to to nie. Wszystkie czyny, jakich się dopuści będą usprawiedliwione sytuacją, a nasz Dracula, pomimo starań twórców ani razu nie sprzeda duszy diabłu. Nawet w końcówce, która pozornie przypieczętowuje jego straceńcze przeznaczenie. Jednak po głębszym namyśle jest kolejnym powodem do podziwiania go… Nie wiem, jak inni widzowie, ale ja naprawdę nie jestem w stanie przeboleć zaprzepaszczenia tak pełnej sprzeczności osoby, jaką był Vlad Palownik na rzecz tego romantycznego wojownika, do końca stającego po stronie dobra i borykającego się z rozczulającymi rozterkami egzystencjalnymi, niczym taka gorsza wersja Louisa de Pointe du Laca z „Wywiadu z wampirem”.

Epilogiem twórcy pozornie nawiązują do „Draculi” Stokera, ale tylko pozornie, bowiem współczesna sceneria sugeruje, iż scenarzyści w sequelu obiorą inny kierunek. Jeśli wierzyć słowom producenta wykonawczego, że takowa kontynuacja jest planowana. W każdym razie ostatnie pół godziny tej produkcji, pełne przygnębiających zwrotów akcji i realizacyjnie i fabularnie całkowicie mnie wciągnęło, w przeciwieństwie do wcześniejszych wydarzeń oraz romantycznej sylwetki głównego bohatera. Gdyby w sequelu twórcy obrali taki kierunek, jak w końcówce pierwowzoru mogłoby coś z tego wyjść, ale nie robię sobie większych nadziei.

„Dracula: Historia nieznana” to bardzo nierówny twór, w którym ściera się widowiskowa realizacja, wyczucie w epatowaniu efektami komputerowymi oraz całkiem zgrabnie przedstawiony mit wampiryzmu z miałkim scenariuszem i konwencjonalnym rysem psychologicznym głównego bohatera. W moim mniemaniu twórcy nie wykorzystali potencjału drzemiącego w dziejach prawdziwego Vlada i powieści Stokera, a to duża wpadka, zważywszy, że mieli do dyspozycji praktycznie gotowy scenariusz. Mogło z tego powstać prawdziwie intrygujące widowisko, ale niestety wyszło średnio, nawet w kontekście dark fantasy.    

7 komentarzy:

  1. Jest to widowisko fantasty (czy dark to ciężko mi powiedzieć), jednak bardzo nieprzemyślane. Choćby scena w namiocie. Gdzie wdzierające światło jest silne, a chwilę później dowiadujemy się, że namiot jest rozłożony w lesie -.- albo patowa sytuacja pod koniec i interwencja pewnej osoby, która okazuje się nieistotna ze względu na to co stało się minutkę-dwie później. Takiemu widowiskowi mówię stanowcze nie.

    PS Odnośnie sequela to ciężko powiedzieć jaki będzie mieć kształt, a to ze względu na reboot potworów studia Universal. Dlatego tym bardziej boli mnie fakt: http://www.firstshowing.net/2014/dracula-untold-producer-confirms-ties-to-universal-monsters-reboot/

    PPS Odnośnie palowania. Mam wrażenie, że twórcy wzorowali się na tej rycinie http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/43/Impaled.gif/220px-Impaled.gif

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na rycinie może, ale na prawdziwych technikach palowania na pewno nie. Pewnie bali się, że wówczas film nie będzie w kinach dozwolony dla nieletnich widzów.
      Co do wpadek logicznych to nie zauważyłam, pewnie dlatego się nie przypatrywałam, bo przygotowałam się na niewymagające myślenia kino:)

      Usuń
  2. Mi się miło oglądało taki odmóżdżacz po ciężkim dniu. Efektowny, miły dla oka aktor, historia prosta bez zbędnego myślenia przejdzie. Ale to nie ten Vlad, którym się fascynowałam. A szkoda

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja sie nie zawiodlam, bo i nie spodziewalam sie cudow na kiju. Historia jest taka, zeby wzruszyc widza, dotarczyc emocji plynacych z duzej ilosci akcji, a glowny bohater ma na celu rozkochac w sobie mlodsza plec zenska. :P Ogladalo mi sie przyjemnie, bo milo jest czasem oproznic mozg na te pare godzin. Jak zachce mi sie ambitnego kina wampirycznego, to i tak jest juz w czym wybierac... Wierze tez, ze jeszcze powstanie kolejna, lepsza wersja historii Dlaculi. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak coś czułam, ze ten film tak do końca dobry nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oglądałam ten film i BARDZO MI SIĘ PODOBAŁ :)

    OdpowiedzUsuń