Stronki na blogu

sobota, 29 listopada 2014

„Klątwa Jessabelle” (2014)


Ciężarna Jessie traci w wypadku samochodowym nienarodzone dziecko i chłopaka, a sama doznaje poważnego urazu kości piszczelowych. Po wyjściu ze szpitala zatrzymuje się u ojca w Luizjanie. Zwiedzając stary dom, którego od lat nie widziała Jessie znajduje taśmy nagrane specjalnie dla niej przez matkę, która niedługo potem zmarła. Z kaset dowiaduje się, że towarzyszy jej jakaś obecność, która zagraża jej życiu. Na domiar złego Jessie zaczynają dręczyć koszmarne sny i przerażające halucynacje. Nocami kobietę odwiedza zjawa czarnoskórej dziewczyny, której tożsamość Jessie może poznać jedynie wówczas, gdy odważy się zgłębić historię własnej rodziny.

Twórca szóstej i siódmej części „Piły”, Kevin Greutert, na ten rok zaplanował dwa horrory, „Klątwę Jessabelle” i „Visions”. Ten drugi, pomimo trywialnego zarysu fabuły wzbudził we mnie o wiele większe zainteresowanie niż właśnie emitowana w kinach „Klątwa Jessabelle”, z uwagi na planowy udział Evy Longorii, za którą wprost przepadam. Jednakże jak na razie brak sprecyzowanych informacji o „Visions” każe sądzić, że premierę przesunięto na kolejny rok, choć mam nadzieję, że się mylę. Tymczasem Greutert, kontynuuje swoją przygodę z reżyserką szeroko reklamowaną „Klątwą Jessabelle”, która nie zaskarbiła sobie sympatii amerykańskich krytyków.

Film wpisuje się w estetykę ghost story, ubarwioną akcentami religii voodoo. Scenarzysta, Robert Ben Garant, współtwórca między innymi horroru komediowego, „Hell Baby”, zauważalnie podzielił fabułę na dwie części, z których każda utrzymana jest w innym klimacie. Osobiście o wiele bardziej przypadła mi do gustu pierwsza połowa filmu. Kiedy niepełnosprawna Jessie zatrzymuje się w zaniedbanym domu ojca, leżącym nad jeziorem, z dala od jakichkolwiek sąsiadów zaczyna świadkować dziwnym wydarzeniom. Obserwujemy jej koszmarne sny, halucynacje i niewyjaśnione zjawiska na jawie, podane w atmosferze tajemniczości. Co ciekawe Greutert rzadko ucieka się do prymitywnym jump scenek. Częściej próbuje czegoś o wiele trudniejszego – zasiać ziarnko niepewności w odbiorcach na pośrednictwem manifestacji tajemniczej zjawy, której twarzy przez jakiś czas niedane nam będzie zobaczyć. Zdecydowanie najbardziej udanymi, rozbudzającymi wyobraźnię scenami są materializacje ducha kobiety nocą, kiedy to podjeżdża na wózku inwalidzkim do łóżka Jessie. Zza zasłony widzimy jedynie długie czarne włosy, zakrywające twarz (czyżby ukłon w stronę azjatyckich ghost stories?) oraz dłoń ze zniszczonymi paznokciami, rozsuwającą zasłonkę. Mroczna kolorystyka obrazu i nastrojowa ścieżka dźwiękowa budują niepokojącą atmosferę, podsycaną świadomością rychłego ataku sparaliżowanej strachem Jessie. Bardziej dosłownie, acz równie umiejętnie Greutert zaznacza obecność nieustępliwej zjawy w trakcie sceny w wannie. Kiedy Jessie bierze rehabilitacyjną kąpiel (z jakiegoś niezrozumiałego powodu w ubraniu…) woda nagle zamienia się w szlam, a naprzeciw niej pojawia się czarnoskóra kobieta. Wówczas pierwszy raz mamy okazję zobaczyć ją w całej okazałości - obwiedzione czernią oczy i wysunięta szczęka. Co prawda twórcy bardzo minimalistycznie podeszli do charakteryzacji ducha, ale jak to często w straszakach bywa owa oszczędność tylko podniosła poziom realizmu. Oprócz licznych, jak na współczesne ghost story manifestacji nieznanego scenarzystom udało się dodatkowo podnieść napięcie za pomocą taśm z nagranym monologiem matki Jessie. Coraz to bardziej niepokojące informacje przekazywane przez spodziewającą się wówczas dziecka kobietę sprawiały, że wprost nie mogłam się doczekać, kiedy główna bohaterka ponownie zasiądzie przed telewizorem – bowiem aż do końcówki zawsze ktoś jej uniemożliwiał obejrzenie wszystkich kaset. Najpierw ojciec-alkoholik, z którym Jessie łączyły mocno napięte relacje, a później przyjaciel z liceum, który zgodził się dopomóc jej w odkryciu przerażającej tajemnicy jej rodziny.

Po mocno nastrojowej, pełnej pobudzających wyobraźnię stricte horrorowych scen pierwszej połowie projekcji, fabuła zaczyna skupiać się na religii voodoo, niezwykle popularnej w rodzinnym miasteczku Jessie. Kiedy dziewczyna wraz z Prestonem, przyjacielem z młodości odkrywa na swojej posiadłości przedmioty wskazujące na praktykowanie obrzędów voodoo oraz grób podpisany swoim imieniem akcja przede wszystkim zaczyna skłaniać się w stronę amatorskiego śledztwa i tajników haitańskiej religii. Co gorsza twórcy nie potrafią osnuć tego wszystkiego takim klimatem, jak chociażby zrobił to Wes Craven w zbliżonym tematycznie „Wężu i tęczy”, ba już taki głupiutki slasherek, jak „Jad” z 2005 roku pokusił się o mroczniejszą oprawę obrządków voodoo. Na szczęście oprócz tych wyjałowionych z jakiejkolwiek atmosfery grozy akcentów w drugiej połowie filmu duch czarnoskórej dziewczyny również, co jakiś czas manifestuje swoją obecność. Tutaj na uwagę zasługuje przede wszystkim moment zaatakowania Jessie, zakończony widokiem twarzy zjawy w lustrze oraz jump scenka, w trakcie której przed oczami Prestona w samochodzie nagle wyrasta postać zmarłej kobiety. Napięciu w drugiej połowie seansu, oprócz tych kilku materializacji ducha znacznie pomaga stan Jessie. Niepełnosprawna dziewczyna nie może w pełni polegać na swoim wózku, bowiem na podmokłym luizjańskim podłożu jest praktycznie bezużyteczny. Z tego powodu ilekroć zostaje sama w domu, bez asekuracyjnej ręki Prestona, można łatwo odczuć jej beznadziejne, z góry skazane na porażkę położenie. Pomimo tego, że Sarah Snook w tej roli robiła wszystko, aby przeszkodzić widzom w identyfikacji ze swoją postacią, wszak jej warsztat można porównywać jedynie do stylu amatorów pojawiających się w polskich paradokumentach. Nawet w niskobudżetowych horrorach rzadko pojawiają się aż tak „drewniane” aktorki. Na szczęście męski pierwiastek, Mark Webber, odrobinę podniósł morale obsady, zresztą podobnie Joelle Carter, odtwórczyni roli matki Jessie.

Choć od momentu odnalezienia grobu Jessabelle integralny wątek dla rozwiązania całej intrygi bezbłędnie przewidziałam (scenarzysta niestety nie starał się tego ukryć) to już sam finał był dla mnie sporym zaskoczeniem. Znakomicie połączył elementy voodoo z ghost story, zapewniając mi jedyne właściwe w kinie grozy tragiczne, acz równocześnie pozostawiające duże pole dla wyobraźni zakończenie. Lepiej zamknąć tego nie można było.

Chociaż „Klątwa Jessabelle” na pewno nie jest straszakiem idealnym, przez wzgląd na słabszą drugą połową seansu to w porównaniu do innych tegorocznych nastrojówek i tak wypada całkiem zacnie. Więcej tajemniczości i dopracowanej dosłowności, aniżeli prymitywnych jump scen, przyzwoicie budowany klimat i napięcie, szczególnie w pierwszej części projekcji i znakomite zakończenie. Gdyby natchnąć wątki poruszające tematykę voodoo dobitniejszym klimatem „Klątwa Jessabelle” mogłaby okazać się tegorocznym hitem. Niestety, Greutert nie skorzystał z okazji, w zamian oferując mi całkiem przyzwoitego straszaka, ale bez pretensji do czegoś niezapomnianego. 

4 komentarze:

  1. Faktycznie druga połowa była dużo słabsza od pierwszej... Ogólnie film bardzo średni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Filmu jeszcze nie miałam okazji oglądać, ale jak wszystko wypali to możliwe, że już jutro zapoznam się z Klątwą. Film w opiniach raczej wypada jako średni, więc nie nastawiam się na nie wiadomo jak dobre kino. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że rozczarował, ale muszę przyznac, że plakat robi wrażenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozczarował. Całkiem przyjemnie mi się ten film oglądało;)

      Usuń