Stronki na blogu

piątek, 5 grudnia 2014

„Król mrówek” (2003)


Właściciel dużej firmy budowlanej wynajmuje młodego chłopaka, Seana Crawley’a, do zabójstwa mężczyzny, który zagraża jego karierze. Kiedy zlecenie zostaje wykonane mężczyzna nie chce uiścić zapłaty, naciskając aby Sean jak najszybciej wyjechał z miasta. Jednak Crawley nie zamierza tak łatwo odpuścić. Zaczyna szantażować swojego zleceniodawcę, ujawnieniem szczegółów jego nielegalnych interesów. Biznesmen nie zamierza jednak sprostać oczekiwaniom Seana. Zamiast tego, z pomocą swoich ludzi, porywa go i poddaje długim torturom.

Niskobudżetowy thriller Stuarta Gordona, twórcy między innymi horrorów opartych na twórczości H.P. Lovecrafta: „Re-Animatora”, „Zza światów” i „Dagona”. Scenariusz na podstawie własnej powieści napisał Charlie Higson. Efekt końcowy zaskoczył chyba nawet samych twórców – krytycy rozpływali się w zachwytach nad przenikliwą fabułą, brutalnością i nieprzewidywalnością, a amerykańscy widzowie ochoczo im wtórowali. W Polsce ten tytuł niestety nie doczekał się szeroko reklamowanej dystrybucji (choć trafił na DVD), sama natrafiłam na niego przypadkiem, nadrabiając filmy z udziałem jednej z moich ulubionych aktorek, Kari Wuhrer, ale raczej nie zaskoczyło mnie to zaniedbanie naszych dystrybutorów. W końcu „Króla mrówek” nie nakręcono z myślą o masowych odbiorcach, poszukujących lekkostrawnej rozrywki. To ciężkie, brutalne kino, wymagające od widzów głębszego namysłu nad ludzką naturą i sensownością przemocy.

„Król mrówek” to kino zemsty, nakręcone niskim kosztem przez mało profesjonalnych operatorów. Niestety, tania realizacja rzuca się w oczu już od pierwszych minut seansu – niestabilny obraz, mocno przejaskrawiony w trakcie wydarzeń w świetle dnia. Koneserów wysmakowanego, artystycznego kina taka realizacja może zniechęcić, ale mam nadzieję, że podobnie jak ja szybko się do niej przyzwyczają, ponieważ scenariusz naprawdę na to zasługuje. Akcja zauważalnie dzieli się na kilka etapów. Najpierw główny bohater, Sean, znakomicie wykreowany przez Chrisa McKenna, na zlecenie właściciela firmy budowlanej zbiera materiały o urzędniku, Ericu Gatley’u i jego żonie Susan (w tej roli, jak zwykle bezbłędna Kari Wuhrer). Jego amatorskie śledztwo jest tylko krótkim wstępem przed właściwą problematyką filmu, zapoczątkowaną zleceniem zabójstwa Erica. Podczas rozmowy ze skorumpowanym biznesmenem Sean dowiaduje się od niego, że przemoc nie powinna był dla nikogo przeszkodą przed osiągnięciem swoich celów. Opowiastka, jaką przedsiębiorca przytacza głównemu bohaterowi znakomicie obrazuje procesy myślowe zdeprawowanych, zdeterminowanych do spełniania wszystkich swoich pragnień, choćby kosztem innych, jednostek. Młody, nieopierzony Crawley nie ma aż tak wygórowanych ambicji, motywuje go chęć szybkiego zysku, a więc bez dłuższego wahania przystaje na warunki biznesmena. Czyn, którego się dopuszcza wespół z trywialnym motywem nie wzbudza sympatii do jego osoby, co jest moim zdaniem największym błędem scenarzysty, przeszkadzającym w pełnym utożsamieniu się z nim w następnej partii filmu. Moment zabójstwa Erica zaskakuje. Pomimo nieprofesjonalnej pracy kamery brutalne sceny ukazano aż nazbyt realistycznie. Bez przesady z rozlewem krwi, ale za to z maksymalnym skupieniem na odstręczających wizualnie ranach ofiary. Kiedy Sean miażdży głowę Erica, aby na koniec przygnieść go lodówką nie ma się wrażenia, że to tylko aktor, a jego śmierć jest nieistotna. Już raczej współodczuwa się jego tragedię, bezsensowną, okrutną śmierć, niewspółmierną do jego uczciwej egzystencji.

Drugą połowę seansu zapoczątkuje szantaż i odwrócenie ról. Teraz to on stanie się ofiarą grupy skorumpowanych szaleńców, którzy nie chcąc, aby po śmierci chłopaka ktoś ujawnił obciążające ich dokumenty Erica dochodzą do wniosku, że bezpieczniej będzie pozbawić go zdrowych zmysłów. Do tego celu wykorzystują kij golfowy, którym po uprzednim obwiązaniu głowy Seana gąbką (żeby nie nabrudzić) zadają mu ciosy w głowę. Momenty uderzeń są tak realistyczne, że aż odrzuca od ekranu, a oszczędny rozlew krwi jedynie udowadnia starą prawdę, że nie potrzeba posiłkować się hektolitrami posoki, aby zniesmaczyć odbiorcę. Po każdym ciosie oprawcy zostawiają okaleczonego chłopaka w drewnianej chatce na noc, a rankiem wracają, żeby powtórzyć cały proceder. Dzięki halucynacjom Seana nawiedzającym go podczas samotnych, pełnych fizycznego cierpienia nocy można się domyślić, że w psychice chłopaka zachodzą fundamentalne zmiany. Crawley widuje Susan, wrzeszczącą do niego głosem jego oprawcy oraz karykaturalnie otyłą, zjadającą swoje własne, oślizgłe ciało (tutaj mamy ewidentną inspirację Lovecraftem, któremu Gordon poświęcił sporą część swojej filmografii). Owe oniryczne wstawki nakręcono w tak sugestywny sposób, z poszanowaniem mrocznego klimatu osnutego aurą szaleństwa, że pozostaje jedynie przyklasnąć kunsztowi reżysera. W końcu nie każdy potrafi z takim wyzuciem wykorzystać niewielkie nakłady pieniężne. Ale choć halucynacje Seana mocno czerpią z estetyki horroru „Król mrówek” głównie porusza się w schematach thrillera – brutalnego, ale nie na tyle krwawego, żeby wtłoczyć go do nurtu gore. Ostatnia partia filmu jest już mocno przewidywalna, co wcale nie znaczy, że nie trzyma w napięciu. Miłość głównych bohaterów w kontekście takiego scenariusza jest jak najbardziej na miejscu i co więcej staje się przyczynkiem do miażdżącego zwrotu akcji, pozostawiającego widzów z uczuciem beznadziejności. Najdobitniej ten bezsens artykułuje sam Sean w finale. Przesłanie „Króla mrówek”, choć kontrowersyjne ma w sobie sporo prawdy – nie wyjaśnia do końca natury rasy ludzkiej, rozmiłowanej w przemocy, ale właśnie ta bezcelowość jest mądrością samą w sobie. A to w połączeniu z efektami tyranii (przemoc rodzi przemoc) po skończonym seansie pozostawia spory niesmak do nas samych. Z pewnością przesłanie „Króla mrówek” nie jest adresowane do odbiorców lubiących zakładać przysłowiowe różowe okulary.

„Króla mrówek” szczerze polecam osobom rozmiłowanym w konfrontacji z trudnymi tematami, niezrażających się wysokim poziomem brutalności, która akurat w tym obrazie jest w pełni uzasadniona. Półamatorska realizacja może, co prawda zniechęcić co poniektórych odbiorców, ale cierpliwym zalecam przymknięcie oczu, bo niskie nakłady pieniężne nie umożliwiły Stuartowi Gordonowi zaniedbania problematyki filmu, która całkowicie rekompensuje niedostatki realizacyjne. Mocny thriller nie dla każdego, ale za to o czymś, a to w kinie grozy nieczęsto się zdarza.

1 komentarz:

  1. Przyznam się, że omijałam ten film, bo spotykałam się z samymi kiepskimi opiniami. Jednak po twojej recenzji zaciekawiła mnie ta produkcja. Nadrobię ją :)

    OdpowiedzUsuń