Stronki na blogu

czwartek, 11 grudnia 2014

„Krwawe walentynki” (2009)


Tom Hanniger przed dziesięcioma laty przeżył rzeź oszalałego górnika, Harry’ego Wardena, po której opuścił swoje rodzinne miasteczko. Teraz chłopak wraca, aby sprzedać kopalnię odziedziczoną po ojcu. Niedługo po jego przyjeździe ludzie zaczynają ginąć. Sprawę prowadzi dawny znajomy Toma, szeryf Axel Palmer, który obecnie jest związany węzłem małżeńskim z jego eks dziewczyną, Sarah. Wkrótce wychodzi na jaw, że morderca działa podobnie, jak Harry Warden, więc Hanniger jest przekonany, że szaleniec wrócił, aby skończyć to, co zaczął. Axel natomiast podejrzewa Toma.

Remake slashera George’a Mihalka z 1981 roku, wyreżyserowany przez Patricka Lussiera, twórcę między innymi „Draculi 2000” i „Głosów 2”, który zmontował również takie hity kina grozy, jak na przykład „Nowy koszmar Wesa Cravena” i „Krzyk”. Fabułę nowej wersji scenarzyści, Todd Farmer i Zane Smith, znacząco zmodyfikowali, a realizacja w technologii 3D przyciągnęła do kin rzeszę masowych odbiorców, zapewniając twórcom pokaźne zyski. Zdania krytyków były podzielone – jedna grupa rozpływała się w zachwytach nad m.in. trickami 3D i dynamiczną akcją, natomiast druga utyskiwała nad prostym scenariuszem i drętwą obsadą. Przypadkowi widzowie pomimo ochoczego zapełniania kin w większości nie byli zadowoleni z seansu, natomiast wielbiciele gatunku podkreślali wyższość pierwowzoru nad remake’iem.

Porównywanie nowych „Krwawych walentynek” do dzieła Mihalka moim zdaniem jest bezcelowe, ponieważ poza odniesieniami do górniczej profesji mordercy, jego strojem i kopalnią, będącą jednak w nowej wersji fragmentarycznym miejscem akcji ciężko odnaleźć w filmie Lussiera jakieś dobitniejsze nawiązania do oryginału. Reżyser zrealizował nowy pomysł w oparciu o starą historię, nie kopiując bezmyślnie od swojego poprzednika. I właśnie takie remake’i lubię (bo któż chciałaby oglądać to samo?), tym bardziej, jeśli nakręcono je z poszanowaniem reguł nurtu slash oraz napięcia.

Film otwiera rzeź dokonana przez oszalałego górnika, Harry’ego Wardena, na grupce imprezujących w kopalni nastolatków. Z ataku udaje się wyjść cało Tomowi, jego dziewczynie Sarah i ich znajomemu Axelowi, na których dziesięć lat później będzie się koncentrować scenariusz. Po powrocie do rodzinnego miasteczka Tom odkrywa, że morderca również wrócił i próbuje skierować na niego podejrzenia. Co zresztą mu się udaje. Szeryf Axel z przyjemnością bierze Toma na cel, mając w tym również osobisty interes. Scenarzyści sporo miejsca poświęcają relacjom pomiędzy trójką głównych bohaterów. Axel i Tom rywalizują o względy Sarah, która obecnie jest żoną tego pierwszego. Mężczyźni przy okazji koncentrują na sobie podejrzenia widzów. Ich postacie skonstruowano tak, aby zwrócić uwagę na ewentualną winę każdego z nich. Najbardziej oczywistym sprawcą od początku jest Tom, który po przybyciu do miasteczka niezmiennie przebywa w centrum ataku zabójcy. Natomiast Axel, typowy hipokryta, który podejrzewa Sarah o niewierność, podczas gdy sam wikła się w romans z jej przyjaciółką miałby osobisty interes w zlikwidowaniu niektórych z ofiar. Trzecią ewentualnością podrzucaną przez scenarzystów jest Harry Warden. Choć były szeryf jest przekonany, że przed laty został zastrzelony Tom długo upiera się, że mężczyźnie udało się ujść z życiem, żeby teraz powrócić i kontynuować swój krwawy proceder. Choć podejrzanych jest niewielu Lussier zgrabnie pogrywa na podejrzeniach widzów – tropów wskazujących raz na Toma, a raz na Axela jest mnóstwo, a obok nich pojawiają się również wątki oddalające podejrzenia od nich obu, a co za tym idzie skłaniające się w stronę „wskrzeszonego” Harry’ego Wardena. Obok tej ciekawej intrygi kryminalnej pojawia się wiele scen mordów, jak na slasher dosyć krwawych, ale z uwagi na ich dostosowanie do technologii 3D w większości przypadków nie do końca zadowalających w dwóch wymiarach. Morderca w stroju górnika szczególnie upodobał sobie kilof, dzięki czemu możemy zobaczyć kilka efekciarskich ujęć rozłupywania czaszek, wypadnięcia oka, czy rozpłatania brzucha, ale efekt gore, jak już wspomniałam jest odrobinę za bardzo przerysowany (w 2D oczywiście), ażeby móc kogokolwiek zniesmaczyć. Natomiast osobliwe modus operandi sprawcy, wycinającego swoim ofiarom serca i wkładającego je w walentynkowe kartoniki okazało się bardzo ciekawym zabiegiem, nie tylko pod kątem widowiskowości, ale również dobitnego tropu wskazującego na winę Axela. Ponadto Lussier sporo uwagi poświęca budowaniu napięcia. Choć klimat nie jest odpowiednio mroczny ratują go szarpiące nerwy pościgi zabójcy za ofiarami. Zdecydowanie najbardziej udaną (i przy okazji mocno dowcipną) tego rodzaju sceną jest akcja w motelu, kiedy to naga blondynka i jej przygodny kochanek zostają zaatakowani przez oszalałego mężczyznę w stroju górnika. Początkowy humor, uosabiany wędrówką wściekłej nagiej kobiety po parkingu zostaje zastąpiony trzymającym w napięciu poszukiwaniem i pojedynkiem (z pomysłowym wykorzystaniem ramy łóżka) z naguską. Innym pełnym adrenaliny wydarzeniem, o którym warto wspomnieć, choć pojawia się ich o wiele więcej, jest najście na supermarket, w którym przebywa Sarah i kochanka jej męża. Po zabarykadowaniu się kobiet w gabinecie, kiedy to morderca rozłupuje kilofem drzwi, żeby za chwilę zmienić front i zaatakować przez okno napięcie sięga zenitu, tym bardziej, że tym razem uwaga zabójcy koncentruje się na jednej z kluczowych postaci filmu.

„Krwawe walentynki” od początku do końca nie pozostawiają miejsca na nudę, bowiem twórcy maksymalnie zdynamizowali akcję, wtłaczając w nią multum mordów i trzymających w napięciu sekwencji pościgów. Za to zakończenie, które jest dość powszechne w kinie grozy może rozczarować niejednego odbiorcę. Mnie w połowie ukontentowało UWAGA SPOILER z powodu odwrócenia konwencji. Na ogół w kinematografii i literaturze twórcy w finale robią mordercę z najmniej podejrzanej osoby. W ten sposób ktoś, kto często obcuje z fikcyjnymi intrygami kryminalnymi z przyzwyczajenia rezygnuje z podejrzewania najbardziej oczywistych postaci. Dlatego też podczas pierwszego seansu bardziej koncentrowałam się na Axelu aniżeli Tomie, ponieważ ten drugi był aż nazbyt oczywisty. W ten sposób, grając na moich wyrobionych przez sztukę oczekiwaniach scenarzystom udało się mnie oszukać, co nie znaczy, że motywu rozszczepienia osobowości nie odebrałam, jako pójścia na łatwiznę KONIEC SPOILERA. Główne role powierzono Jensenowi Acklesowi, Jaime King i Kerrowi Smithowi. Nie zauważyłam jakichś poważniejszych wpadek w ich kreacjach, ale też należy nadmienić, że specyfika ich postaci nie wymagała od nich niewiadomo jak wielkiego kunsztu aktorskiego. Osobiście najbardziej cieszył mnie udział Smitha, ale z całkowicie subiektywnych, wizualnych powodów;)

W moim odczuciu „Krwawe walentynki” to jeden z najbardziej udanych XXI-wiecznych remake’ów, choć z pewnością niedorównujący oryginałowi (film Mihalka miał o wiele mocniejszy klimat). Oczywiście, można utyskiwać na marne w dwóch wymiarach sceny mordów oraz oklepany motyw w finale, ale trzeba też docenić dynamiczną akcję, co prawda pozbawioną duszącej atmosfery grozy, ale za to nieustannie trzymającą w napięciu aurą zdefiniowanego zagrożenia. Scenariusz również wypada ponadprzeciętnie w zestawieniu z niejednym XXI-wiecznym slasherem – jak na ten nurt w moim odczuciu jest aż nazbyt intrygujący, choć zdaję sobie sprawę, że moja opinia plasuje się w zdecydowanej mniejszości.

4 komentarze:

  1. Może nie jest to wielkie "łał", ale film nawet mi się spodobał. Ciągle coś się działo, udane efekty 3D i jak dla mnie dobra końcówka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę przyznać szczerze, że film nie jest przeznaczony dla specjalnie wymagającego widza, jednak ma swój urok i akcja trwa przez prawie cały seans :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki że zrobiłaś recenzję tego slashera bo jest to jeden z moich najulubieńszych slasherów tego wieku :D, sceny śmierci były ciekawe a i fabuła była interesująca no i cały czas coś się działo :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Osobiście mam duży sentyment do tego filmu, bo po tym, jak powiedziałam (wtedy jeszcze przyszłemu) mężowi, że nie lubię chodzić do kina na romansidła, to zabrał mnie na walentynki na ten film :)
    P.

    OdpowiedzUsuń