Stronki na blogu

czwartek, 23 kwietnia 2015

„Angels of Darkness” (2014)


Rok 1989. Lara przyjeżdża wraz ze swoim ojcem, historykiem Hillem, do węgierskiego zamku. Mężczyzna pragnie zbadać murale pokrywające ściany zabytku. Jego borykająca się z problemami psychicznymi córka poznaje w tym czasie poszukiwaną przez mieszkańców wioski, Carmillę. Osieroconą dziewczynę, która okrada tutejszych i mieszka w krypcie zamkowej. Dziewczyny w tajemnicy przed dorosłymi szybko się zaprzyjaźniają, ale kiedy młode kobiety z wioski zaczynają popełniać samobójstwa Lara podejrzewa, że Carmilla skrywa przed nią jakiś mroczny, zagrażający jej życiu sekret.

Amerykańsko-węgierska adaptacja gotyckiej noweli Josepha Sheridana Le Fanu, po raz pierwszy wydanej w 1871 roku i zatytułowanej „Carmilla”. Reżyserzy i zarazem scenarzyści „Angels of Darkness”, Mauricio Chernovetzky i Mark Devendorf podkreślali w wywiadach, że ich film ma być thrillerem gotyckim, zgłębiającym młodzieńczą obsesję seksu, śmierci i samobójstwa. Część się zgadza, ale gatunkowo produkcja wpisuje się w ramy dark fantasy i to zachowującej odpowiednie proporcje. Owy nurt w wielkim skrócie powstał, jako kompilacja horroru i fantasy, ale jego twórcom rzadko udaje się nie przyćmić tego pierwszego gatunku elementami baśniowymi, mitologicznymi etc. Chernovetzky i Devendorf natomiast idealnie wyważyli akcenty grozy z fantastycznym światem przedstawionym – opanowanie tej sztuki nie jest wcale łatwe i choćby za to należy docenić „Angels of Darkness”, a to przecież nie jedyny pozytyw.

Początkowo film Chernovetzky’ego i Devendorfa miał być dystrybuowany pod tytułem „Styria”, następnie rozbudowano go do „The Curse of Styria”, żeby ostatecznie poprzestać na czymś tak trywialnym, jak „Angels of Darkness”. Jak robocze tytuły wskazują akcję filmu osadzono w Styrii, historycznej krainie w Europie Środkowej, co już na początku seansu każe spodziewać się analogii do słowiańskich legend. Co zaskakujące nie tylko scenariusz zainspirowano podaniami z tych stron, ale również (i co najważniejsze) zadbano o odpowiednią oprawę audiowizualną. Zabobonna, biedna ludność węgierskiej wsi i niszczejący, zabytkowy zamek, skrywający mroczne tajemnice, przed którym wzdragają się tutejsi mieszkańcy, przekonani o jego niszczycielskiej sile. Gotycki, osnuty aurą intrygującej tajemnicy i podskórnej grozy klimat oraz posępna leśna sceneria, skąpana w gęstej mgle przy akompaniamencie muzyki operowej zapewne będzie ucztą dla oczu wielbicieli kina grozy, tym bardziej, że ta osobliwa atmosfera towarzyszy prawdziwie frapującym wydarzeniom.

Na początku poznajemy młodą kobietę, Larę, całkiem zgrabnie wykreowaną przez Eleanor Tomlinson i jej ojca, doktora Hilla, którego jak zwykle przyzwoicie oddał na ekranie Stephen Rea. Po ich zaaklimatyzowaniu się w węgierskim zamku pojawia się Jacek Lenartowicz, któremu przypadła w udziale barwna rola tutejszego twardego mężczyzny, poszukującego nastolatki, okradającej sąsiadów Lary i Hilla. Polak wywiązał się ze swojego zadania nawet lepiej niż zagraniczna część obsady, ale i tak ich wszystkich zdeklasowała Julia Pietrucha. Myślę, że Chernovetzky’emu i Devendorfowi niełatwo było obsadzić odpowiednią aktorkę w roli Carmilli, szczególnie ze względu na ciężkie zadanie, jakie spoczywało na jej barkach. Otóż, przez większą część seansu Carmilla miała symbolizować jakieś ukryte, ale sporadycznie wyczuwalne niebezpieczeństwo – Pietrucha musiała jedynie zasygnalizować widzom, że jest czarnym charakterem, ale w taki sposób, aby z miejsca nie wzbudzić w nich antypatycznych odczuć, co do jej postaci. I Polka wywiązała się z tego zadania bezbłędnie. Patrząc na jej wielopłaszczyznową kreację tajemniczej Carmilli, powoli zaskarbiającej sobie sympatię Lary dosłownie nie mogłam nacieszyć się jej osobą. Tak idealnie rozpisanych kobiecych czarnych charakterów nie spotyka się często w kinie grozy, a równie dobrze odegranych prawie wcale. Właściwa akcja filmu rozpoczyna się, kiedy Lara ratuje życie Carmilli i zawiązuje z nią osobliwą relację. Okaleczająca się, borykająca z traumatyczną przeszłością Lara u boku nowo poznanej dziewczyny na chwilę odnajduje sens życia – zyskuje towarzystwo, które zajmuje jej myśli czymś innym, aniżeli wyłączne samoumartwianie się. Dziewczyny wymykają się w nocy na zewnątrz, oddając się beztroskim wędrówkom po lesie, kąpielom i enigmatycznym konwersacjom, z których w tej pierwszej statecznej połowie projekcji najsilniej przebija ekscentryczna osobowość Carmilli. Złodziejka przybliża Larze zabobonną mentalność tutejszej społeczności, dającej wiarę klątwom. Ponadto Carmilla odkrywa przed swoją nową znajomą tajniki węgierskiego zamku, w którym ta druga zamieszkała na czas pracy jej ojca. Pokazuje jej kryptę, będącą jednocześnie jej schronieniem i przybliża mroczną, przemawiającą do wyobraźni historię tego miejsca. Co zaskakujące, chociaż przez większą część czasu twórcy unikają wszelkich dosłowności, budując fabułę na niuansach i akcentowaniu intrygującej tajemnicy owe sekwencje mają zdecydowanie największą siłę rażenia. Zmuszają odbiorców do pobudzenia wyobraźni i dopowiadania sobie niewizualizowanych wątków, a jak wiadomo to, co wykreują nasze umysły zawsze będzie nieporównanie bardziej koszmarne od najwymyślniejszych efektów specjalnych. Chernovetzky i Devendorf doskonale znają owe prawdy kina grozy i co ważniejsze potrafią je należycie oddać na ekranie. Co wcale nie znaczy, że chwilami nie dynamizowali akcji.

Sekwencje koszmarów sennych Lary przedstawiono w taki sposób, aby wywołać w widzach wrażenie szaleństwa. Dynamicznie zmontowane, tajemnicze migawki, podlane odrobiną krwi wtłoczono w fabułę z wszelkim poszanowaniem onirycznej, gorączkowej aury dając odbiorcom do zrozumienia, że jakaś siła zawłaszcza duszę głównej bohaterki. Początkowo oddalająca się od obsesji śmierci Lara z czasem na powrót w nią wpada równocześnie odczuwając jakiś niepojęty pociąg o zabarwieniu homoseksualnym do Carmilli. Która tymczasem z absolutnym spokojem przyjmuje coraz bardziej pogarszający się stan swojej przyjaciółki, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się z nią dzieje. Końcowe sceny, wyjawiające prawdziwą naturę akcentowanego przez całą projekcję zagrożenia zapewne nikogo nie zaskoczą. Bo choć scenarzyści starali się utrzymywać widzów w ciągłej niepewności kilkoma łatwymi do rozszyfrowania ujęciami i przede wszystkim wiele mówiącym imieniem antagonistki (szczególnie osobom, którzy zapoznali się z nowelą Le Fanu) już na początku seansu nie pozostawili żadnych wątpliwości, o czym tak naprawdę będzie traktował ich film. Inna sprawa, że przewidywalność właściwej natury czyhającego na Larę niebezpieczeństwa w najmniejszym stopniu nie obniżyło moich ogólnych wrażeń z projekcji. O wiele lepiej oczywiście „Angels of Darkness” wypadłby bez tej dosłowności w końcówce (chociaż ujęcia z wychodzącymi ze ścian upiorami bym zostawiła, bo były nieziemsko zrealizowane). Gdyby scenarzyści pozostawili widzom możliwość indywidualnej interpretacji fabuły ich dzieło sporo by zyskało, ale w takim kształcie, w jakim się ostało również robi spore wrażenie.

Słowiański folklor, przytłaczająca aura tajemniczości, rzadko spotykany w sztuce modus operandi czarnego charakteru, wielowarstwowa fabuła, której zarówno akcenty dark fantasy, jak i stricte dramatyczne całkowicie zaabsorbowały moją uwagę, dosłownie przenosząc mnie w znakomicie oddany na ekranie świat przedstawiony „Angels of Darkness” oraz rzecz jasna niezapomniana kreacja Julii Pietruchy, która przyćmiła pozostałą część obsady. Niesamowite widowisko udowadniające, że w opowieściach o zdawać by się mogło najbardziej wyeksploatowanych potworach kina grozy, nadal tkwi ogromny potencjał. Potrzeba tylko takich zdolności, jakie posiadają Mauricio Chernovetzky i Mark Devendorf, żeby należycie go wykorzystać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz