Stronki na blogu

poniedziałek, 25 maja 2015

„Area 51” (2015)


Reid ma obsesję na punkcie Strefy 51 od czasu feralnej imprezy, na której padł ofiarą jakiejś siły. Trzy miesiące przygotowywał się do wyprawy na strzeżony rządowy teren, namawiając do pomocy swoich przyjaciół, Darrina i Bena. Do opracowania dobrego planu wykorzystał materiały, będące w posiadaniu, Jeleny, córki pracownika Strefy 51, który po zatargu ze swoimi pracodawcami ponoć popełnił samobójstwo. Zaopatrzeni we wszelki sprzęt niezbędny do przedostania się do strzeżonych hangarów i w kamery, które mają im pomóc w zdekonspirowaniu rządowych tajemnic młodzi ludzie wyruszają do stanu Nevada na spotkanie z wielkim sekretem władz Stanów Zjednoczonych.

Tak zwana Strefa 51 – amerykańska baza wojskowa, której istnienie rząd Stanów Zjednoczonych latami utrzymywał w tajemnicy przed opinią publiczną. Dopiero w 2001 roku prezydent George Bush zasugerował, że placówka istnieje, a w 2013 roku Centralna Agencja Wywiadowcza ostatecznie to potwierdziła. Osnucie taką tajemnicą terenów operacyjnych zaprocentowało wykluciem się jednej z najgłośniejszych teorii spiskowych w dziejach Stanów Zjednoczonych. Spore grono Amerykanów jest przekonanych, że w bazie bada się pozaziemskie formy życia, które przyleciały na Ziemię i w 1947 roku rozbiły się w okolicach Roswell. Twierdzenia dla jednych kuriozalne, dla innych wielce prawdopodobne, ale bez względu na stosunek, jaki żywi się do tej opowiastki bez wątpienia stanowi ona dobry materiał na horror science fiction.

Reżyser kasowego „Paranormal Activity”, Oren Peli, dostrzegł potencjał tkwiący w owej teorii spiskowej (choć nie był pierwszy). Scenariusz napisał wraz z Christopherem Denhamem, ale za reżyserię odpowiadał sam. W „Paranormal Activity” łączył kręcenie z ręki ze stabilnym obrazem rejestrowanym przez kamery zainstalowane w domu głównych bohaterów, ale w „Area 51” poprzestał na tej pierwszej formie narracji. W ten sposób powstał kolejny horror verite, umożliwiający widzom dokładne przyjrzenie się ścianom i podłogom. Choć coraz częściej twórcy filmów kręconych z ręki przykładają większą wagę do stabilności obrazu (pewnie w odpowiedzi na utyskiwania odbiorców) swoim drugim filmem Peli dał do zrozumienia, że nie ma zamiaru iść na takie ustępstwa, że w verite chaotyczna realizacja jest czymś pożądanym. A przynajmniej ja tak to odebrałam, bo już dawno nie widziałam równie rozchwianego obrazu.

Scenariusz „Area 51” zauważalnie podzielono na dwie części. Stateczną pierwszą połowę, obrazującą przygotowania i podróż trójki młodych ludzi do Nevady na spotkanie z jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic rządu Stanów Zjednoczonych i bardziej dynamiczne wydarzenia w Strefie 51. Najpierw widzowie są zmuszeni przysłuchiwać się średnio interesującym konwersacjom protagonistów o tym, co mają zamiar uczynić, ich przekomarzaniom i dowcipom, którym oddają się głównie w samochodzie. Miłą odskocznią od tych nudnawych wynurzeń są malownicze widoczki rozciągające się za szybami wozu oraz pertraktacje z Jeleną, której ojciec przed śmiercią skonfliktował się ze swoimi pracodawcami. Dziewczyna przekazuje im materiały niezbędne do przedostania się na teren Strefy 51, ale kartę identyfikacyjną oraz odcisk palca, potrzebne do otwarcia drzwi muszą zdobyć sami. Wyruszają, więc do domu pracownika bazy i w najbardziej klimatycznym ustępie pierwszej połowy filmu niepostrzeżenie wchodzą do środka i przystępują do przeszukiwania wszystkich pomieszczeń. Napisałam „najbardziej klimatyczny”, ale to wcale nie oznacza, że owy wątek silnie utrzymywał mnie w napięciu. Peli, bowiem postawił na delikatność, stroniąc od jump scenek i gęstej atmosfery grozy, ale w porównaniu do zbyt mocno rozciągniętych w czasie konwersacji głównych bohaterów w pełnym świetle dziennym wędrówka po ciemnych wnętrzach domu pracownika Strefy 51 wypada najmroczniej. Niestety szybko się kończy, oczywiście bez żadnego finalnego mocnego uderzenia i akcja ponownie koncentruje się na podróży naszych nieustraszonych domorosłych badaczy tajemnic rządowych. Kiedy wreszcie docierają do hrabstwa Lincoln po kilku krótkich wywiadach z mieszkańcami przekonanymi o obecności przybyszów z innej planety w położonej nieopodal strzeżonej placówce, twórcy pośpiesznie przechodzą do właściwej tematyki „Area 51”. Chciałoby się rzec: nareszcie, po mniej więcej pięćdziesięciu minutach projekcji wypadałoby wreszcie przejść do rzeczy. Właśnie tylko, na czym w istocie ta „rzecz” polega? Cóż, całą akcję zapoczątkowuje długa piesza wędrówka w kombinezonach ochronnych Reida, Darrina i Jeleny przez strzeżony teren w stronę osławionych hangarów. Wówczas to oprócz rozchwianego obrazu widzowie mają wątpliwą przyjemność obserwowania wszystkich wydarzeń przez szybkę ochronną w masce i noktowizor - innymi słowy ziarnisty, przymglony obraz uniemożliwia dostrzeżenie czegokolwiek poza ciemnymi sylwetkami młodych ludzi. Kiedy wreszcie dostają się do hangarów scenarzyści udowadniają nam, że wyszkolona ochrona i najnowocześniejszy sprzęt nie są w stanie zdekonspirować trójki zdeterminowanych dokumentalistów-amatorów (spróbujcie tego w domu) i… że nie mieli właściwie żadnego pomysłu na rozwinięcie tej historii. Bohaterowie odkrywają tajemnice władz Stanów Zjednoczonych, które swoją drogą wcale tak tajemnicze nie są (wszystkiego, bowiem mogliśmy domyślić się wcześniej), a podczas ucieczek przed ochroną i czymś jeszcze ukrywającym się na terenie Strefy 51 dają odbiorcom możliwość dokładnego zbadania ścian i podłóg. To najczęściej rejestrowane przez nich elementy scenerii, co być może w ocenie bardziej aprobujących horrory verite widzów podniesie poziom aury zaszczucia i przyczyni się do zaakcentowania paniki przerażonych protagonistów. Mnie jednak tak dalece chaotyczna realizacja uniemożliwiła postawienie się w sytuacji bohaterów i nacieszenie wzroku skąpanymi w mroku, obskurnymi korytarzami nie wspominając już o osobliwych właściwościach organizmów przechowywanych w hangarze – to, co udało mi się z tego chaosu wyłowić było tak kiczowate i mało pomysłowe, że zbyłam wysiłki Peliego jedynie lekkim wzruszeniem ramion. Nad finałem nawet nie będę się rozwodzić, bo bardziej pasowałby do jakiejś parodii kina science fiction niż w zamyśle poważnego horroru verite.

Na plus zdecydowanie można odnotować obsadę. Reid Warner, Ben Rovner, Darrin Bragg i Jelena Nik pokazali się z jak najlepszej strony, oczywiście w kontekście filmu kręconego z ręki i oczywiście kreowani przez nich bohaterowie nosili ich  imiona. To częsty zabieg w tego typu obrazach mający podnosić poziom realizmu scenariusza, oczywiście jak zawsze zaprzepaszczony napisami końcowymi. Poza obsadą nie byłam w stanie dopatrzeć się w „Area 51” żadnych znaczących plusów. Film zauważalnie aż prosił się o bardziej stabilną realizację, mroczniejszy klimat i kilka jump scen – wiem, że to najprymitywniejszy zabieg kina grozy, ale w tym konkretnym przypadku mógłby zdać egzamin. Zawsze to jakaś szansa, że produkcja Peliego czymś konkretnym wbiłaby mi się w pamięć, zaś w tak delikatnej formie nie ma na to niestety żadnych szans.

Nie wiem, czy polecić tę pozycję zagorzałym wielbicielom horrorów kręconych z ręki, bo pewnie widzieli już bardziej zdecydowane straszaki utrzymane w tej stylistyce. Oni muszą zadecydować sami, ale pozostałym odbiorcom, nawet tym przepadającym za science fiction zdecydowanie odradzam. Drugi film Orena Peliego nie ma nic wspólnego z mocnym, nastrojowym horrorem, nawet obok niego nie stał. W mojej ocenie, bo nie mogę wykluczyć, że taka koncepcja przemówi do, co poniektórych widzów.

3 komentarze:

  1. Film ponizej sredniej, niestety

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmmm.... nie słyszałem o tym filmie, ale z chęcią obejrzę w wolnej chwili. Sądzę jednak, że twórcy mogliby sobie darować już to "kręcenie z ręki" i piszę to jako zagorzały fan horrorów verite. W ostatnim czasie jedynie Alien Abduction z 2014 roku w miarę przypadł mi do gustu. Reszta filmów z tego podgatunku jest najzwyczajniej w świecie średnia w wykonaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja uważam, że jeszcze nie powinni kręcenia z ręki całkowicie zarzucać i piszę to jako antyfanka takich filmów (poza kilkoma wyjątkami). Ta stylistyka ma sporą rzeszę fanów i choćby dla nich powinni dalej kręcić horrory na tę modłę, ale jak chcą przyciągnąć uwagę osób spoza tego kręgu to wypadałoby, aby przestali powielać te same pomysły i pomagać sobie efektami komputerowymi. Dobrze by było, gdyby wrócili do korzeni - minimalistycznych horrorów bazujących przede wszystkim na klimacie, a nie efektach, ale z równoczesną kontynuacją odchodzenia od nadmiernie rozchwianego obrazu. Choć patrząc na ostatnie "dokonania" w tej stylistyce być może to płonne nadzieje i rzeczywiście verite nic godnego uwagi nam już nie zaserwuje:/ Pożyjemy, zobaczymy.

      Usuń