Stronki na blogu

piątek, 1 maja 2015

„Piramida” (2014)


Zespół amerykańskich archeologów odkrywa piramidę o trzech bokach, zakopaną na pustyni egipskiej. Kiedy udaje się ją odkopać i otworzyć z wewnątrz ulatnia się toksyczny gaz. Nie chcąc ryzykować szef zespołu, Holden i jego córka Nora, decydują się na eksplorację piramidy z wykorzystaniem robota z zainstalowaną kamerą. Jednak zaraz po wpuszczeniu go do środka coś tkwiącego wewnątrz piramidy przypuszcza atak i archeolodzy tracą łączność ze sprzętem. Pragnąc go odzyskać przywdziewają maski przeciwgazowe i wraz z ekipą filmową wchodzą do środka. Wewnątrz szybko uświadamiają sobie, że znaleźli się w pułapce, w której czyha wiele niebezpieczeństw.

Można by się spodziewać, że ktoś, kto wspólnie z Alexandre Aja napisał scenariusze między innymi takich horrorów, jak „Blady strach”, „Lustra”, „Wzgórza mają oczy”(2006) i „Maniac” (2012), dobrze poznał reguły rządzące gatunkiem i potrafi należycie oddać je na ekranie. Ale choć Gregory’emu Levasseurowi bez wątpienia wychodzi rozpisywanie fabuł horrorów to patrząc na jego debiut reżyserski (którego współproducentem był sam Alexandre Aja) można domniemywać, że nie zrobi wielkiej kariery w tym kierunku. Może gdyby „Piramidy” nie wtłoczono w kino głównego nurtu tylko przeznaczono na rynek DVD Levasseur nie zebrałby aż tylu niepochlebnych opinii krytyków ochoczo wypunktowujących wszystkie wady jego produkcji. Wielu z nich nadmieniło, że „Piramida” to jeden z najgorszych horrorów 2014 roku, z czym nie mogę się nie zgodzić.

Nie przypominam sobie, żebym oglądała horror, którego akcję osadzono wewnątrz egipskiej piramidy. Jeśli takowe istnieją to musi być ich niewiele, co zaskakuje, biorąc pod uwagę fakt, że owa budowla często pełniła rolę grobowca, czyli jest to jak najbardziej wdzięczny temat dla twórców kina grozy. Scenariusz Daniela Meersanda i Nicka Simona skupił się na starożytnej piramidzie o podstawie trójkąta, na której ciąży przekleństwo. Protagoniści, składający się z archeologów i ekipy filmowej będą mieli okazję poznać jej moc na własnej skórze. A wszystko przez obsesyjne pragnienie zgłębienia historii i strach przed NASA, od której pożyczyli robota i stracili z nim łączność. To drugie umotywowanie ich lekkomyślnego zachowania, czyli wejścia do piramidy, z której jak wszystko na to wskazuje ulatnia się śmiercionośny gaz, całkowicie mnie przekonało. Ja też wolałabym się zagazować niż narazić Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej;) Archeolodzy i towarzysząca im ekipa filmowa są na tyle przewidujący, żeby przed przekroczeniem progu piramidy przywdziać maski przeciwgazowe, ale niedługo po wejściu do środka zdejmują je, bo jak sami twierdzą ciężko się w nich oddycha… W taki oto sposób wystawiają się na działanie toksycznego gazu, ale w obliczu innych niebezpieczeństw nie zwracają na to większej uwagi. W końcu przede wszystkim muszą odnaleźć wyjście z budowli, której korytarze nieustannie zmieniają swoje położenie. Stylistyka verite, oprócz pozyskania uwagi rzeszy jej fanów, w mniemaniu twórców zapewne miała przyczynić się do zagęszczenia klaustrofobicznego klimatu, ale zamiast pomagać tylko szkodziła. Levasseur nie zdecydował się na „kręcenie z ręki” z powodu niedostatków finansowych, bo dysponował dosyć przyzwoitym budżetem (6,5 miliona dolarów), którego część można było przeznaczyć na opłacenie dobrych operatorów. Tym bardziej, że kilka ujęć sfilmowano „kamerą trzecioosobową”, tak jakby twórcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jest to nieodzowne dla właściwego oddania problematyki „Piramidy”. Takie sporadyczne uciekanie w tradycyjną narrację oczywiście podkopało realizm sytuacyjny (jeśli takowy w ogóle był), przypominało widzom, że nie mają do czynienia z dokumentem – rzecz jasna tylko tym, którzy przez czas trwania tego rodzaju horrorów potrafią w taki sposób je odbierać. Właściwie nie jestem w stanie jednoznacznie orzec, co przyczyniło się do zaprzepaszczenia klimatu grozy. Oszczędne oświetlenie, ciasne korytarze i sporo ujęć dosłownego przeciskania się przez wąskie szczeliny powinny zagwarantować uczucie duszności, ale z jakiegoś powodu tak się nie stało. Być może zawiniły szczątkowo oddane osobowości protagonistów, które uniemożliwiły mi postawienie się w ich sytuacji. Aktorzy wcielający się w ich role zrobili wszystko, żeby realistycznie oddać swoje postacie na ekranie, szczególnie Ashley Hinshaw i Denis O’Hare, ale nie od dziś wiadomo, że nawet najlepszy warsztat obsady nie przykryje „papierowych” charakterystyk bohaterów.

Kiedy już nasi spanikowani protagoniści utkną we wnętrzu starożytnej trójbocznej piramidy scenarzyści pokrótce przybliżą nam wierzenia dawnych Egipcjan. Za mitologią egipską wprost przepadam (chociaż za grecką bardziej), dlatego ogromnie ucieszyły mnie sporadyczne wywody Holdena i Nory na ten temat. Szkoda tylko, że ograniczono je do ogólników, a w pewnym momencie wręcz wyparto żałosnymi efektami komputerowymi. Na początku, kiedy kamera któregoś z uczestników wyprawy do wnętrza piramidy wyłapywała przemykające cienie i z oddali filmowała dziwne kreatury zamieszkujące grobowiec obawiałam się inspiracji „Jaskinią” Bruce’a Hunta, ale z biegiem trwania akcji uznałam, że chyba lepiej zaprezentowałoby się bezkrytyczne kopiowanie – innowacyjność czasem jest przysłowiowym gwoździem do trumny i ta produkcja jest tego idealnym przykładem. Charakter maszkar, zamieszkujących piramidę jest tak przekombinowany, że musi być oryginalny, bo w końcu żaden zdrowo myślący scenarzysta nie porwałby się na takie bzdury. I żaden uzdolniony spec od efektów komputerowych nie wygenerowałby ich aż tak sztucznie. Weźmy na przykład scenę nabicia się kobiety na kołki i pożeranie jej przez stworki (nie zdradzę ich prawdziwej natury, żeby nie spoilerować), kiedy to po ekranie bryzga pikselowa krew, a rany sprawiają wrażenie namalowanych. Później, kiedy na pierwszy plan wysuwa się „gwiazda wieczoru”, główne zagrożenie czyhające w grobowcu jest jeszcze gorzej. Gdyby nie przejaskrawiona ingerencja komputera pewnie przyklasnęłaby takiemu udziwnieniu mitologii egipskiej, ale jak patrzyłam na rosłego antagonistę jedyne, na czym się skupiałam to zbieranie się w sobie, aby nie przerwać seansu. Już dawno, nawet w telewizyjnych, pełnych CGI animal attackach nie widziałam tak sztucznego tworu.

Gdyby Gregory Levasseur wyciął wszystkie sceny stricte horrorowe (mała strata, bo żadna nie odniosła pożądanego skutku), ze szczególnym wskazaniem na wygenerowane komputerowo kreatury, rozbudował odniesienia do mitologii egipskiej i ostatecznie zrobiłby z tego zwykłą przygodówkę to pewnie obejrzałabym „Piramidę” z prawdziwą przyjemnością. Horror niepotrafiący wykrzesać klaustrofobicznej atmosfery z wiele obiecującej lokacji i przeładowujący każde dynamiczne ujęcie rażąco sztucznymi CGI to nie moja bajka. Ale nie wykluczam, że znajdą się osoby, których ta pozycja przekona.

6 komentarzy:

  1. Oglądałam jakieś dwa tygodnie temu. Moim zdaniem pomysł jest ok - w sensie piramida, bo jakoś nie znam zbyt wielu filmów z tym motywem - ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia, głównie właśnie te komputerowe cuda, które wyglądają przerażająco (ale nie że strasznie, a raczej przerażająco żałośnie).

    OdpowiedzUsuń
  2. Też uważam, że trzeba by to bardziej dopracować, ale w sumie oglądąło mi się dobrze... nie jest to horror pierwszej klasy, wiele rzeczy leży, ale kocham Starożytny Egipt i to mnie urzekło :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślałam o całkiem innej produckji na samym początku, ale widze, że to całkiem inne klimaty. Oglądałaś kieds Silen Scream?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli mowa o tym filmie to widziałam.
      http://www.imdb.com/title/tt0481610/
      Polski tytuł: "Martwy krzyk". I nawet mi się podobał - jak to często z moim gustem bywa w przeciwieństwie do większości widzów;)

      Usuń
  4. Niestety mam identyczne odczucia co do tego filmu. Potencjał był, ale jak zwykle, został zaprzepaszczony. Przyczyniło się do tego zbyt wiele czynników, bym mógł uznać "Piramidę" choćby za film średnich lotów. Brak logiki w zachowaniu protagonistów, pikselowate stwory no i niezdecydowanie się na wybór jednej techniki wyreżyserowania tego filmu ("kręcenie z ręki" dające dokumentalny wydźwięk produkcji, czy tradycyjne operowanie kamerą umożliwiające obiektywne ukazanie wydarzeń). Oczywiście nie mam nic do łączenia tych dwóch metod, ale tutaj niestety zostało to wykorzystanie w nieumiejętny sposób.

    OdpowiedzUsuń
  5. Choć fascynują mnie takie filmy, to ich unikam. Mała objętość takich pomieszczeń budzi u mnie klaustrofobię, a efekt jest potem taki, że boję się w nocy do toalety nawet pójść z obawy, że coś spoza muszli wypełznie. Brrr!

    OdpowiedzUsuń