Stronki na blogu

środa, 27 maja 2015

„Skóra, w której żyję” (2011)


Chirurg plastyczny, Robert Ledgard, przetrzymuje w domu młodą kobietę, Verę Cruz, na której testuje swój wynalazek – sztuczną skórę odporną na oparzenia i ukąszenia owadów. Zniewolona Vera nie przeciwstawia się takiemu traktowaniu, kiełkujące w niej głębsze uczucie do Roberta uniemożliwia jakikolwiek większy opór. Po zakończeniu prac nad syntetyczną skórą przełożeni chirurga wymuszają na nim porzucenie owego projektu ze względu na nielegalne eksperymentowanie na organizmach transgenicznych. Po zarzuceniu badań matka Ledgarda, Marilia, próbuje skłonić go do wyeliminowania Very, ale uczucia, jakimi mężczyzna darzy swojego „królika doświadczalnego” nie pozwalają mu pozbyć się jej ze swojego życia.

Adaptacja „Tarantuli”, krótkiej powieści francuskiego pisarza, Thierry’ego Jonqueta, którą „The Washington Post” porównał do twórczości Markiza de Sade’a i Jeana-Paula Sartre. Za scenariusz i reżyserię odpowiadał jeden z najsłynniejszych współczesnych hiszpańskich twórców, Pedro Almodóvar, który był ponoć zachwycony innowacyjną problematyką „Tarantuli”. Swój film sklasyfikował, jako horror, co niektórzy krytycy powielili w entuzjastycznych recenzjach „Skóry, w której żyję”. Moim zdaniem to lekka przesada. Owszem, film porusza kontrowersyjną tematykę, ale narracją nie przystaje do filmowego horroru tylko thrillera.

„Skóra, w której żyję” to obraz osobliwej relacji pomiędzy nieetycznym chirurgiem plastycznym, Robertem Ledgardem i więzioną przez niego kobietą, Verą Cruz, którą wykorzystuje w swoim nielegalnym projekcie. Almodóvar wymarzył sobie obsadzenie w tych rolach Antonio Banderasa i Penelope Cruz, ale ostatecznie temu pierwszemu towarzyszyła Elena Anaya. Oboje nie mieli łatwego zadania, bowiem na osobowościach ich postaci zasadzała się większość dramaturgii scenariusza. Banderas wydawał się wręcz stworzony do tej roli, szczególnie kunsztownie prezentując się w paranoicznej odsłonie Roberta (zawsze dobrze wypadał w kreacjach ze szczyptą szaleństwa), ale w stonowaniu zdecydowanie lepiej prezentowała się jego partnerka z planu, Elena Anaya. Aktorka z wielkim wyczuciem szafowała całą gamą nieprzesadzonych, nieegzaltowanych emocji odmalowujących się na jej twarzy – „kamienna twarz” wybijała się na pierwszy rzut oka, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się można było dostrzec, zaledwie w przebłyskach, kłębiące się w niej najróżniejsze emocje. Artyzm Banderasa i Anaya'i, zapewne rozbudzony przez kierującego nimi Almodóvara natchnął relację pary głównych bohaterów jakąś chemią, wręcz można było wyczuć, iż pomiędzy tą dwójką dosłownie iskrzy, ale nie w tendencyjnym znaczeniu tego słowa. Wszak pożycie Roberta i Very do zwyczajnych nie należy. On kilka lat temu ją porwał, a teraz przetrzymuje w zamkniętym, monitorowanym pokoju w swoim domu i wykorzystuje jej ciało w swoim najnowszym projekcie. Tymczasem ona godzi się na takie traktowanie, co prawda czasem się okalecza, ale nie pała nienawiścią, ani odrazą do swojego oprawcy. Syndrom sztokholmski? Można to i tak wyjaśnić, choć twórcom zauważalnie zależało na czymś mniej oczywistym, trudnym do sprecyzowania.

Pierwsza połowa „Skóry, w której żyję” pokrótce zarysowuje nam relację pomiędzy trójką bohaterów – Robertem, Verą i zajmującą się domem-więzieniem Marilią. Stateczna, kładąca nacisk na nieistotne detale realizacja wręcz hipnotyzuje. Silnie nasycone, pastelowe barwy, melancholijna klasyczna ścieżka dźwiękowa i maksymalne skupienie na scenerii, nabierającej iście bajkowych cech dzięki kolorystyce, nieprzystającej do klasycznych dreszczowców i właśnie przez owo skontrastowanie tak wielce magnetyzującej. Pierwszą połową seansu Almodóvar zauważalnie daje do zrozumienia, że nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Nawet nie znając istoty całej intrygi można się domyślić, że obserwujemy tylko „jedną stronę monety”, że dopiero poznanie faktów początkowo skrywanych przed widzami da nam pełny obraz kuriozalnego romansu głównych bohaterów. Almodóvar niespieszenie odkrywa przed nami tajniki swojego scenariusza, przygotowując nas na najmocniejsze uderzenie innymi mocnymi wątkami. Najpierw dosyć szczegółowo, jak na filmowy thriller obrazuje brutalny gwałt na Verze, potem przybliża nam tragiczną przeszłość Roberta. Kluczowa dla problematyki scenariusza retrospekcja następuje na końcu, kiedy już odbiorcy uświadomią sobie, że „Skóra, w której żyję” nie zalicza się do delikatnych produkcji, choć odżegnuje się od nadmiernej dosłowności. Scen gore tutaj nie uświadczymy, ale już sama istota całej intrygi, wątki egzystencjalne miały za zadanie przede wszystkim szokować. Po cofnięciu się w przeszłość Roberta i Very przewidziałam, na czym będzie bazować największy zwrot akcji, ale udało mi się to rozszyfrować na tyle późno, że nie śmiem zarzucić scenariuszowi braku elementu zaskoczenia. Wątek spinający dwie połowy filmu poraża dość dużą innowacyjnością i to taką, która nie sprawia wrażenia przekombinowanej, czy nierealnej, ale mnie osobiście nie zniesmaczył. Można by rzec, że w moim przypadku zamysł scenarzysty nie odniósł sukcesu, ponieważ Almodóvar zmierzał do zaszokowania opinii publicznej, ale nie tylko do tego. I jeśli nawet problematyka filmu mnie nie zbulwersowała, zniesmaczyła etc. to już treści, jakie twórcy zawarli w podtekstach jawiły mi się, jako niezwykle błyskotliwe. UWAGA SPOILER Rzecz o tożsamości seksualnej i łatwości, z jaką można ją pogwałcić – pozbawić jednostkę przynależności płciowej. Przeciwnicy genderyzmu mieliby używanie… Szkoda tylko, że po rozczarowującym, mało pomysłowym zamknięciu tej historii Almodóvar odchodzi od tej tezy, sugerując, iż całkowite wyzbycie się płci jest jednak niemożliwe, przynajmniej nie w przypadku jednostek niebędących transseksualistami. Ponadto Almodóvar daje do zrozumienia, że niektórych osobników nie krępują żadne normy moralne, że są gotowi wykorzystywać swoje talenty do iście odrażających czynów oraz że są osoby, które czują się zniewoleni we własnym ciele. To być może nadinterpretacja, ale odniosłam wrażenie, że scenarzysta tym ostatnim przesłaniem próbował wczuć się w psychikę transseksualistów, którzy jeszcze nie przeszli operacji zmiany płci KONIEC SPOILERA.

„Skóra, w której żyję” najbardziej zachwyciła mnie nieziemską, dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach oprawą audiowizualną, dosyć oryginalną problematyką, kunsztem aktorskim i przesłaniem, które niestety scenarzysta niepotrzebnie złagodził w finale. Pedro Almodóvar przeniósł na ekran książkę Thierry’ego Jonqueta z wszelkim poszanowaniem suspensu, napięcia i zwyczajnej pasji do gatunku. Hiszpan już swoją wcześniejszą twórczością udowodnił, że potrafi opowiadać i nawet, jeśli „Skóra, w której żyję” nie wywarła na mnie szokującego wrażenia to w zamian dostarczyła mi innych, równie oczekiwanych od dreszczowców emocji, ze szczególnym naciskiem na zelektryzowanie aurą demoralizacji i paranoi, wiszącej w powietrzu dosłownie przez całą projekcję. Owszem, Almodóvar mógł wykazać się nieco większą odwagą w epatowaniu brutalnością, ale wówczas istniałoby niebezpieczeństwo, że poza zniesmaczeniem „Skóra, w której żyję” nie dostarczy mi innych wrażeń, które w takim kształcie wysnuły się na pierwszy plan. Lubię być szokowana przez kino, ale nie kosztem klimatu i napięcia, dlatego też wybaczam Almodóvarowi odżegnywanie się od gore. I oczywiście polecam jego produkcję każdemu, kto jeszcze jej nie widział – arcydziełem bym jej nie nazwała, ale i tak znacząco wybija się ponad ogólny poziom większości współczesnych thrillerów.  

1 komentarz:

  1. Filmu nie oglądałam, czytałam za to Tarantulę i choć książeczka malutka, to jest naprawdę super.

    OdpowiedzUsuń