Stronki na blogu

poniedziałek, 4 maja 2015

„Wojna umysłów” (2001)


Władająca parapsychicznymi mocami, Tracy Wellman, spędziła część dzieciństwa w tajnej placówce, w której przeprowadzało się testy na nieletnich podobnych do niej. W przyszłości niezwykłe zdolności dzieci miały pomóc Armii Stanów Zjednoczonych w walce z wrogami. Po zbrojnym ataku na placówkę przez Sowietów Tracy trafiła pod opiekę jednego z żołnierzy i wyparła z pamięci wczesny okres swojego życia. Teraz jest prywatną detektyw, często współpracującą z agentem FBI, Danem Oliverem. Dzięki swoim zdolnościom parapsychicznym Tracy może pochwalić się dobrymi wynikami w sferze zawodowej i z tego też powodu o pomoc zwraca się do niej senator Bill Armitage. Jego córka, Rayanna, wstąpiła do religijnej sekty, której przewodzi David Mendez, guru obdarzony jeszcze większymi mocami niż Tracy, a senator jeszcze przed wyborami prezydenckimi pragnie ją odzyskać. Wellman rusza na wiec Mendeza, skąd zostanie przetransportowana do jego komuny, gdzie skonfrontuje się ze swoją przeszłością.

Lubię telewizyjne thrillery, ponieważ nie popisują się efektami komputerowymi, kładą spory nacisk na fabułę, na ogół mocno przewidywalną i bazującą na znanych motywach, ale po ciężkim dniu, w środku nocy takie seanse mają swój urok. Nie trzeba „nadwerężać” zmęczonego umysłu, aby wszystko dobrze zrozumieć;) „Wojna umysłów”, thriller science fiction, Richarda Pepina, jest jednym z lepszych wyprodukowanych na potrzeby telewizji obrazów, jakie dane mi było obejrzeć. W mojej subiektywnej opinii, bo Amerykanie nie szczędzili krytyki pod adresem tej produkcji. W Polsce film jest mało znany, czemu nie jest winna kiepska dystrybucja, bo dosyć często pojawia się w telewizji tylko zapewne niepochlebne komentarze osób, którzy dali „Wojnie umysłów” szansę.

Współczesne produkcje telewizyjne realizacją upodabniają się do seriali, ale na początku XXI wieku ta maniera nie była jeszcze tak powszechna. Richard Pepin, zapewne zdając sobie sprawę z intertekstualności scenariusza Paula A. Birketta, nakręcił swój film w duchu tanich dreszczowców z ostatnich dekad XX wieku. Z tą różnicą, że nie uświadczymy tutaj duszącej atmosfery zdefiniowanego zagrożenia oraz mocnych momentów szczytowej grozy. Obiektywnie rzecz biorąc napięcia emocjonalnego również próżno tutaj szukać, a przynajmniej nie będzie ono odbierane przez obeznanych z tego typu konwencjami widzów. Bo nie można zarzucić Pepinowi braku starań w jego generowaniu – zabrakło jedynie większego wyczucia chwili. Siłą zarówno XX-wiecznego kina grozy, jak i współczesnych telewizyjnych produkcji jest prostota. Odżegnywanie się od nachalnych prób zaskakiwania odbiorców, co w wysokobudżetowych obrazach często ociera się o zwykły absurd. Wielu dzisiejszych, mniej uzdolnionych twórców myśli, że kluczem do zaskarbienia sobie uwagi widza są częste zwroty akcji, a im bardziej kuriozalne tym lepiej, bo w końcu maksymalne udziwnianie takich akcentów uniemożliwia ich przedwczesne przewidzenie. Scenariusz „Wojny umysłów” wychodzi ze zgoła odmiennego założenia – im większa prostota, tym lepiej. I mnie takie niewydumane podejście twórców niemalże całkowicie ukontentowało.

Główna bohaterka, Tracy Wellman, wykreowana przez jedną z moich ulubionych głównie telewizyjnych aktorek, Emmanuelle Vaugier (m.in. „Rozpruwacz: List z piekła”, „Władca życzeń 3: Miecz sprawiedliwości”, „Piła 2”, „Dom śmierci 2”, „Unearthed”, „Lustra 2”) posiada niezwykły dar, który wykorzystuje w swojej pracy detektywistycznej. Potrafi czytać ludziom w myślach, poznawać wydarzenia „zapisane” na różnego rodzaju przedmiotach poprzez ich dotknięcie oraz prowadzić telepatyczne rozmowy z osobami władającymi taką samą mocą, co ona. Krótko: jest potężną telepatką i jasnowidzką, wykorzystującą swoje parapsychiczne zdolności do ratowania ludzi. Z prologu dowiadujemy się, że część dzieciństwa spędziła w placówce, która szkoliła jednostki takie, jak ona do walki z wrogami Stanów Zjednoczonych w przyszłości. Podobny motyw w latach 70-tych i 80-tych rozpropagowali Brian De Palma i David Cronenberg w „Furii” i „Skanerach”, ale scenariusz Birketta nie rozwija go należycie, zastępując ten wątek innym, równie popularnym w kinie grozy. Religijna sekta, dowodzona przez guru wykorzystującego swoje paranormalne zdolności do manipulowania zagubionymi jednostkami i „prania ich mózgów” to temat przewodni „Wojny umysłów”. Pepin, bez wdawania się w nużące szczegóły, prezentuje widzom obraz pozornie hipisowskiej komuny, która poszukuje sensu życia z dala od konsumpcyjnej cywilizacji, materialistycznych pragnień. Propagują hipisowskie prawdy o wolnej miłości i duchowej wolności, ale jednocześnie gromadzą broń w oczekiwaniu na rychłą wojnę. Takie mini starcie nastąpi z chwilą dotarcia Tracy do komuny, śladami córki senatora, którą Mendez zmanipulował, aby zemścić się na jej ojcu za jego dawne przewinienia. Na ratunek Wellman i Rayannie ruszą agencji FBI, łącznie z przyjacielem tej pierwszej, Danem Oliverem (w tej roli często grywający w telewizyjnych produkcjach, model Antonio Sabato Jr., jak zawsze strasznie drętwy). Wydarzenia koncentrujące się na zwyczajach sekty Mendeza znacząco podnoszą poziom scenariusza „Wojny umysłów”. Realia hierarchicznej grupy, w której kobiety chętnie oddają się swojemu guru i z radością przyjmują ciąże, co prawda nie są zbyt oryginalne, ale to w najmniejszym stopniu nie obniżało moich ogólnych wrażeń z seansu (chociaż osoby nastawione na oryginalność mogą poczuć się zawiedzeni). Rzadko spotykanym, ciekawym urozmaiceniem tego wątku są ogromne parapsychiczne moce Mendeza, które bez skrupułów wykorzystuje do niczym nieskrępowanego molestowania kobiet i wtłaczania w umysły swoich „owieczek” własnych przekonań. Kolejnym uatrakcyjniającym intrygę motywem są powiązania guru z Tracy, które w pewnym momencie komplikują ich stosunki oraz rys psychologiczny głównej bohaterki. W charakterologicznym starciu tych postaci w moim odczuciu zdecydowanie wygrywa Wellman, bo wprost przepadam za upartymi, twardymi ryzykantkami, ale kreacja Erica Robertsa oraz niezaprzeczalna charyzma jego antybohatera również odznacza się niewątpliwą siłą przyciągania. Ale byłaby odczuwalna jeszcze bardziej, gdyby Pepin troszkę bardziej rozbudował wątek pobytu Tracy w jego komunie i ich umysłowego starcia, zamiast skręcać w stronę bzdurnych, niepodnoszących napięcia strzelanek. Obawiałam się, że w finale „Wojny umysłów”, jak to zwykle w telewizyjnych produkcjach bywa scenarzysta skoncentruje się na happy endzie, ale na szczęście postawił na tragiczny zwrot akcji. Jedyny właściwy w kontekście takiej problematyki oraz najbardziej pożądany w tym gatunku, ale nie innowacyjny. UWAGA SPOILER  Podobny twist widziałam (i wyczytałam) już w „Martwej strefie” (1983) KONIEC SPOILERA.

„Wojnę umysłów” z czystym sumieniem mogę polecić wielbicielom konwencjonalnych, niskobudżetowych thrillerów science fiction, bardziej ceniącym sobie prostotę fabularną od bzdurnych udziwnień nachalnie próbujących zaskoczyć odbiorcę. Nie jest to ambitne kino, raczej jednorazowa, niewymagająca myślenia rozrywka na nudny wieczór, która nie powinna rozczarować fanów takich klimatów - choć biorąc pod uwagę chłodne przyjęcie filmu przez Amerykanów mogę się mylić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz