Stronki na blogu

poniedziałek, 28 września 2015

„Redukcja” (2006)


Kilkoro pracowników korporacji, której specjalnością jest sprzedaż różnego rodzaju broni, zostaje wysłanych do ekskluzywnego domu, leżącego w węgierskich lasach, celem zintegrowania się. Ich długa podróż zostaje przerwana w głuszy, kiedy na drodze zastają powalone drzewo. Grupa chce skorzystać z objazdu, ale kierowca autobusu sprzeciwia się temu pomysłowi. Różnica zdań skutkuje odjazdem kierowcy i zostawieniem podróżników samym sobie. Zespół decyduje się dotrzeć pieszo do miejsca docelowego, który okazuje się być starym, zaniedbanym budynkiem, a nie jak im obiecano nowoczesnym miejscem wypoczynkowym. Mimo warunków postanawiają zostać i wdrożyć w życie program rozrywek, przygotowanych w celach integracyjnych. Jednakże w nocy jedna z pracownic widzi za oknem zamaskowaną postać i w przekonaniu, że wszystkim grozi jakieś niebezpieczeństwo upiera się przy powrocie. Problem tylko w tym, że podróż powrotna jest praktycznie niemożliwa.

Brytyjsko-niemiecko-węgierski slasher komediowy, wyreżyserowany przez Christophera Smitha, twórcę między innymi „Lęku” (2004) i „Piątego wymiaru” (2009). Podejście do konwencji jednego z najpopularniejszych nurtów horroru i nienachalny brytyjski humor zachwyciły sporą część opinii publicznej i krytyków. W niektórych kręgach tak zwanych znawców kina „Redukcję” określano, jako udaną wariację „Piątku trzynastego”, jednocześnie nie umniejszając delikatnego wpływu innych kultowych produkcji na scenariusz autorstwa Christophera Smitha i Jamesa Morana (m.in. „2001: Odyseja kosmiczna”, „Trzy kolory: Biały”, „Szybciej, koteczku! Zabij! Zabij!”). Trzy lata po premierze „Redukcji” zainteresowanie publiczne filmem Smitha znowu rozkwitło, na skutek morderstwa Simona Everitta, którego związano, oblano benzyną i podpalono. Oskarżeni o tę zbrodnię utrzymywali, że zainspirowała ich scena z „Redukcji”, co stało się zarzewiem kolejnej dyskusji na forum publicznym o szkodliwości kina grozy, które popycha grzecznych chłopczyków, nieskorych do przemocy do zbrodniczych czynów (ironia).

Christopher Smith zrealizował ten film dla hecy, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, starając się przede wszystkim przedstawić konwencję filmów slash w „krzywym zwierciadle”, w celowo przerysowanym uniwersum, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć, bo logika nie ma większego znaczenia. Osoby, którzy nie potrafią patrzeć na kino z dystansu, ze sporym przymrużeniem oka zapewne nie odnajdą się w takiej satyrycznej estetyce, ale fani około parodystycznych i około pastiszowych produkcji powinni docenić koncepcję twórców. Porównania do „Piątku trzynastego” w moich odczuciu wzięły się z miejsca akcji (bezpośrednich nawiązań nie zauważyłam) - gęstego lasu, w którym ugrzęzła grupka pracowników firmy, działającej w branży militarnej. I chociaż leśna sceneria dosyć często jest wykorzystywana w slasherach niektórzy krytycy dopatrzyli się tutaj zbieżności głównie z „Piątkiem trzynastego”, być może odnajdując jeszcze jakieś inne punkty wspólne, których ja nie dostrzegłam. „Redukcję” odebrałam w kategoriach subtelnego natrząsania się ze slasherowych motywów w ogóle, a nie jako satyryczne spojrzenie na poszczególne tytuły reprezentujące owy nurt kina grozy. Już kłótnia z kierowcą autobusu dała mi do zrozumienia, że Smith będzie w podtekstach wyśmiewał ograne wątki filmów slash. Kiedy zmotoryzowany Węgier uświadamia sobie, iż jego pasażerowie chcą skorzystać z objazdu zaczyna z dużym wzburzeniem trajkotać w swoim ojczystym języku do kierownika zespołu. Już sam nieśmiertelny objazd, który jak wiadomo działa, jak magnes na bohaterów rąbanek daje do zrozumienia, że Smith chętnie wykorzysta do własnych celów często eksploatowane w tego typu dziełach motywy, ale szczególne znaczenie ma tutaj konwersacja z kierowcą. Grupa nie zna węgierskiego, a więc nie są świadomi jego przestróg. W wielu slasherach protagoniści są przestrzegani przed grożącym im niebezpieczeństwem w znanym im języku, a mimo to zawsze ignorują owe ostrzeżenia. W moim mniemaniu Smith tą sceną próbował uświadomić widzom, że właśnie w taki niezrozumiały sposób są odbierane przez bohaterów rąbanek przestrogi osób trzecich – jako bezwładny bełkot, z którego nie potrafią wyłowić żadnej sensownej treści, bo ograniczona inteligencja im to uniemożliwia. Po tym wydarzeniu grupa rusza pieszo do jak myślą nowoczesnego domku, w którym będą się integrować. Głównym bohaterem tego krótkiego spaceru jest Steve (znakomicie wykreowany przez Danny’ego Dyera), który po zażyciu grzybków halucynogennych zachowuje się cokolwiek niestosownie. Humorystyczny aspekt uwidaczniający się w jego zachowaniu to jedynie preludium – scenariusz w dalszych partiach będzie obfitował w wiele prześmiewczych sekwencji, ale już w bardziej subtelny sposób.

Po dotarciu do starego, zaniedbanego domostwa obok znakomicie rozpisanych, dowcipnych dialogów pojawi się kilka doprawdy pomysłowych scen, nieskomplikowanie eksperymentujących z realizacją. Sekwencja snu kierownika zespołu, który w kulminacji przeskakuje na innego bohatera, wyjawiającego widzom, że to, czemu przed momentem świadkowali było jedynie senną marą, w dosyć nowatorski sposób podchodzi do tego rodzaju onirycznych wątków. Na ogół twórcy, aby zaskoczyć widzów serwują tzw. „sen w śnie” – tutaj najpierw zasugerowano nam prawdziwość ukazanych wydarzeń pojawieniem się drugiej osoby, aby chwilę potem za jej pośrednictwem wyjawić istotę niniejszej sceny. Ciekawa jest również sekwencja z odurzonym narkotykami Stevem, który rozmawia z samym sobą, z nagła objawiając się w ciele „sobowtóra” oraz oczywiście najprawdopodobniej zainspirowany „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” wątek kolacji, spożywania zapiekanki, w której Steve znajduje zęba, sugerującego konsumpcję ludzkiego mięsa. Właściwa akcja „Redukcji”, czyli eliminacja bohaterów zawiązuje się dosyć późno, ale to wcale nie znaczy, że przedtem nic się nie dzieje. Smith zwyczajnie korzysta z innych typowych dla kina grozy i komedii chwytów, żeby przykuć uwagę widza i w dużej mierze lepiej mu to wychodzi, aniżeli klasyczna rąbanka. Scena z odrażającym pająkiem wędrującym po plecach kobiety, jej późniejsze odkrycie zamaskowanej facjaty za oknem, opowiastki o rzekomej historii tego domostwa, z których jedna z wielkim smakiem i zgrabnym przerysowaniem jest stylizowana na kino nieme wespół z już wymienionymi w interesujący sposób wprowadzają we właściwą historię. Interesujący, bo nie jednoznaczny, wszak konwencja slashera miesza się tutaj ze stylistyką nastrojowych horrorów, eksperymentujących z narracją. Po tych wszystkich, jakże smacznych ujęciach przychodzi wreszcie pora na rąbankę, z której należy wyróżnić celowo przerysowane obcięcie nogi przez wnyki i prześmiewcze upychanie w lodówce kończyny oraz uśmiechającą się, odciętą od reszty ciała głowę mężczyzny, co miało być dowodem na jego wyłuszczoną nieco wcześniej teorię o funkcjonowaniu mózgu przez parę minut po dekapitacji. Niestety, tuż po tym wydarzeniu scenariusz traci na atrakcyjności. Poza natychmiastowym dobiciem napastnika przez jasnowłosą, domniemaną final girl Maggie (idealnie oddaną na ekranie przez Laurę Harris), ze stosownym, uszczypliwym w stosunku do innych slasherów komentarzem, że zrobiła to, żeby nie było, że nie dobiła go, kiedy miała okazję, nie zauważyłam w końcowych sekwencjach takiego polotu, jakim raczono mnie wcześniej. Fabuła w pewnym sensie się zapętla, skupiając się na chaotycznej bieganinie oprawców i ofiar oraz niepotrzebnie ucieka do bardziej wymuszonego humoru reprezentowanego przez węgierskie prostytutki i zaciekłego wroga terrorystów. Klimat subtelnego zagrożenia podlanego aurą odrealnienia gdzieś wyparowuje, pozostawiając pozbawiony napięcia, ale nie nachalnego dowcipu, beznamiętny survival z łatwym do przewidzenia finałem.

Do pewnego momentu „Redukcję” ogląda się wyśmienicie, jeśli oczywiście akceptuje się takie humorystyczne podejście do kina grozy, ale końcowe partie scenariusza w moim mniemaniu wymagały większego dopracowania. Tak jakby Smith i Moran nie wiedzieli, w jaki sposób rozwinąć i zamknąć tę historię, żeby utrzymać poziom zaprezentowany wcześniej. Jednakże, mimo tych niedostatków (albo plusów, zależy od indywidualnych zapatrywań odbiorcy) myślę, że warto dać „Redukcji” szansę, bo pomijając wszystko inne, jako takie osobliwe, przyjemnie odrealnione spojrzenie na gatunek spełnia swoje stricte rozrywkowe zadanie.

3 komentarze:

  1. Wiesz czego mi u Ciebie brakuje? Takiego widocznego na pierwszy rzut oka, klarownego sprecyzowania, jakiego gatunku jest omawiany aktualnie film i czy wyświetlany był w Polsce. Piszesz bardzo dobrze i rzeczowo, potrafisz zachęcić lub nie, ale niestety niektóre filmy u nas się nie pojawiły, a w oryginale osoby słabo umiejące po angielsku tego nie zobaczą, więc czytanie recenzji - skądinąd dobrej (nie chodzi mi akurat o ten film) - mija się czasem z celem. :( (

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee tam, wiele osób czyta recki filmów, które u nas nie wyszły. Sama uwielbiam, bo chociaż tak dowiem się, o czym dokładnie jest film, skoro nie mogę go obejrzeć, bo angielskiego nie znam;) Tylko od czasu do czasu tłumaczy mi kolega ze słuchu, ale to rzadko.
      A gatunek/podgatunek filmu jest w recenzjach (jeśli gdzieś to przegapiłam to przepraszam, przez nieuwagę).

      Usuń
  2. Aha, to Ty też nie oglądasz w oryginale tylko z polskimi napisami ciągle? To spoko, bo widzę niejednokrotnie angielski tytuł i myślałem, że nie podawałaś nie dlatego, że go nie przetłumaczyli tylko, że ten film po prostu nie pojawił się u nas.

    OdpowiedzUsuń