Stronki na blogu

środa, 13 stycznia 2016

„Dom pani Slater” (1983)


Grupa absolwentek college’u postanawia urządzić imprezę w siedzibie bractwa, w której mieszkały przez ostatnie lata. Jej właścicielką jest apodyktyczna Dorothy Slater, która jak co roku wcześnie zamknęła dom i próbuje zmusić dziewczęta do opuszczenia go. Po jednej zdecydowanej próbie zaakcentowania swojej władzy, której ofiarami padają Vicki i jej chłopak dziewczyna wspólnie z pozostałymi lokatorkami obmyśla plan okrutnego żartu, zabawienia się kosztem złośliwej starszej pani. Coś jednak idzie nie tak i niewinny psikus nieoczekiwanie prowadzi do tragicznego w skutkach wypadku. Dorothy Slater umiera, a spanikowane dziewczęta ukrywają ciało w basenie. Jedyną osobą, która sprzeciwia się pomysłowi zatuszowania wypadku jest Katherine. Dziewczyna chce zawiadomić o zdarzeniu policję, ale koleżanki skłaniają ją do milczenia. Żeby nie wzbudzić podejrzeń nie odwołują imprezy. Wieczorem dom zapełnia się młodymi ludźmi, skorymi do świętowania wakacji. Tymczasem ciało pani Slater znika z basenu, a niedługo potem dziewczęta odpowiedzialne za jej śmierć zaczynają padać ofiarami tajemniczego mordercy.

„Dom pani Slater” jest debiutem Marka Rosmana. Artysta odpowiadał zarówno za reżyserię, jak i po części scenariusz, który spisał wespół z Bobbym Finem. Budżet przeznaczony na realizację filmu nie przekraczał pięciuset tysięcy dolarów, w co nie sposób uwierzyć oglądając niniejsze dzieło. Rosman, bowiem stworzył solidnie nakręcony slasher, który moim skromnym zdaniem powinien być poczytywany w kategoriach jednego z czołowych reprezentantów podgatunku. Tymczasem obecnie jest znany głównie długoletnim wielbicielom kina grozy i nie zmienił tego nawet szeroko promowany remake „Domu pani Slater” – „Ty będziesz następna” z 2009 roku. Debiutanckie przedsięwzięcie Rosmana podzieliło los wielu innych amerykańskich slasherów z lat 80-tych, przegrywając starcie z upływającym czasem, a w Polsce na domiar złego ciągle nie mogąc liczyć na zainteresowanie dystrybutorów. Pośród osób, którym dane było zobaczyć „Dom pani Slater”, również krytyków, krążą różne wersje ewentualnej interpretacji Rosmana. Forsuje się między innymi stanowisko, że artysta zaczerpnął pomysł ze swojego własnego okresu studenckiego, że wzorował się na twórczości Mario Bavy i Henriego-Georgesa Clouzota, czy wreszcie na dokonaniu Seana S. Cunninghama, legendarnym „Piątku trzynastego”. Abstrahując jednak od ewentualnej bezpośredniej inspiracji można chyba przyjąć za pewnik, że Rosman i Fine przed przystąpieniem do pisania scenariusza mieli już spore pojęcie o slasherach, że zdążyli dokładnie zaznajomić się z regułami, którym się podporządkowują, bowiem „Dom pani Slater” ochoczo korzysta z charakterystycznych dla tego nurtu części składowych. To sprawia, że film Rosmana zapewne nie spotka się z szacunkiem osób, którzy nie odnajdują przyjemności w obcowaniu z konwencją slasherów, do których taka estetyka najzwyczajniej w świecie nie trafia. Żeby odnaleźć czyste piękno w „Domu pani Slater” trzeba kochać ten podgatunek horroru, albo przynajmniej akceptować jego reguły na tyle, żeby ich nie trywializować. W przeciwnym wypadku najlepiej odpuścić sobie seans.

Film rozpoczyna sekwencja porodu, mającego miejsce 19 czerwca 1961 roku utrzymana w bladobłękitnej barwie (początkowo myślano nad czernią i bielą, ale zrezygnowano z tej koncepcji). Dowiadujemy się z niej tylko tyle, że matką jest Dorothy Slater i że poród nie zakończył się po myśli lekarza. Następnie akcja przeskakuje do lat 80-tych, już od pierwszego ujęcia mieniąc się żywymi kolorami, podkreślającymi sielankowość egzystencji grupy młodych dziewcząt i kontrastując ten okres w dziejach Stanów Zjednoczonych z szarymi latami 60-tymi. Szybko dowiadujemy się, że głównymi bohaterkami są członkinie studenckiego bractwa, mającego swoją siedzibę w domostwie pani Slater. Dziewczęta prezentują sobą obraz młodzieńczej beztroski, pomimo rychłego wkroczenia w dorosłe życie, z dala od college’u. Dla nich właśnie skończył się ostatni rok akademicki, niedługo mają opuścić mury uczelni i skonfrontować się z prawdziwym życiem, ale zamierzają jeszcze nieco przedłużyć sobie chwile beztroski. Przystępują, więc do organizacji pożegnalnej imprezy, która ma się odbyć w siedzibie ich bractwa, pomimo sprzeciwów jej właścicielki. Z całej tej gromadki młodych dziewcząt największą sympatię wzbudza Katherine (Katey), poważna, trzeźwo myśląca absolwentka, która całą swoją postawą daje do zrozumienia, że zasila pokaźne szeregi tzw. final girls, grzecznych przedstawicielek płci żeńskiej, które mają największe szanse wyjść cało z konfrontacji z mordercą. Zaś bezsprzeczną prowodyrką, zbuntowaną sprawczynią wszelkiego zamieszania jest Vicki, żywiąca szczególną nienawiść do Dorothy Slater. Frywolne chwile dziewcząt scenarzyści przeplatają z losami pani Slater, jej kontaktami z lekarzem i sugestiami jakichś urazów neurologicznych i traumy z przeszłości (dzięki prologowi wiemy, że z roku 1961), które rzutują na jej zachowanie, sprawiają, że staje się agresywna. I niedługo potem dostajemy dowód jej choroby w postaci ataku na Vicki i jej chłopaka, zakończonego przebiciem łóżka wodnego, na którym parka daje sobie nawzajem dowody miłości, laską z podobizną ptaka na rękojeści. To wydarzenie staje się bezpośrednią przyczyną późniejszych, tragicznych w skutkach wydarzeń. Chcąc się zemścić, Vicki, namawia pozostałe dziewczęta do zabawiania się kosztem starszej kobiety, swego rodzaju pożegnalnego psikusa, mającego odpłacić jej za lata surowej dyscypliny, którą narzuciła lokatorkom swojego domu. W trakcie realizacji owego niewybrednego żartu dochodzi jednak do wypadku, na skutek którego Slater umiera. Dziewczyny panikują i zamiast zawiadomić o zdarzeniu policję postanawiają ukryć zwłoki w zanieczyszczonym przydomowym basenie. Nie rezygnują jednak z planowanej imprezy, mającej odbyć się tego samego wieczora, ale scenarzyści wyraźnie dają nam do zrozumienia, że nie stanowi to dowodu ich bezduszności, że ich postępowanie nie nosi znamion zimnego wyrachowania. Dziewczęta nawet w trakcie przyjęcia są przerażone czynem, który niechcący popełniły, widać to na ich twarzach, ale jednocześnie niechętnie, głównie za namową również spanikowanej Vicki, zdają sobie sprawę, że chcąc nie chcąc muszą kontynuować bezmyślnie zapoczątkowany proces zacierania śladów. Nieumyślne spowodowanie śmierci prowadzi więc do procesu zacierania dowodów przestępstwa, przeprowadzanego z premedytacją, ale nie bez emocji. Wyrzuty sumienia mają wszystkie bohaterki, ale jedynie Katey starczy odwagi, żeby dobitnie je artykułować i próbować skłonić Vicki do zmiany postępowania. Bez powodzenia. Impreza więc powoli się rozkręca, a trup znika z basenu, żeby niedługo potem przypuścić atak na sprawczynie tragicznego w skutkach wypadku. Brzmi, jak „Koszmar minionego lata”? Też odniosłam takie wrażenie, nie zdziwiłabym się więc, gdyby twórcy tego slashera z lat 90-tych czerpali natchnienie z „Domu pani Slater”. Tyle, że jak się wkrótce okaże w przeciwieństwie do historii Rosmana zaserwowali widzom bardzo jednoznaczną opowieść.

Niedługo po zniknięciu zwłok pani Slater sprawczynie całego zamieszania zaczynają ginąć, tyle, że początkowo nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Morderca dzierżący w ręku przemyślne narzędzie zbrodni, laskę staruszki z głową ptaka na rękojeści, atakuje z ukrycia, czekając cierpliwie, aż jego kolejna ofiara znajdzie się z dala od ludzi. A przez to, że trwa akurat huczna, zaprawiona alkoholem impreza przez dłuższy czas nikt nawet nie zdaje sobie sprawy, że w domu grasuje maniakalny zabójca. Nie widzimy jego twarzy, ale twórcy właściwie od początku wskazują palcem na Dorothy Slater. Czyżby więc przeżyła wypadek i powróciła, aby zemścić się na członkiniach bractwa? A może sprawcą jest ktoś inny, być może nawet ktoś zasilający szeregi zaproszonych imprezowiczów? Te pytania muszą jednak przez jakiś czas pozostać bez odpowiedzi, co zważywszy na konsekwentne, wręcz uwierające potęgowanie aury tajemnicy przez twórców rozpala ciekawość tak silnie, że z niecierpliwością oczekuje się finału tej historii. A do tego czasu jesteśmy świadkami kilku delikatnych w formie scen mordów, z których parę niestety rozgrywa się poza kadrem. W dodatku scenarzyści nie wykazali się wielką inwencją przy sekwencjach eliminacji ofiar, bazując na takich banałach, jak na przykład podcinanie gardła, czy wbijanie narzędzie w oczodół – oczywiście w obu tych przypadkach z wykorzystaniem fantazyjnej laski Slater. Ale choć scenarzyści nie pokusili się o większą oryginalność w paru przypadkach błysnęli wykonaniem – w migawkach, ale na stopklatce doskonale widać ile pracy włożyli twórcy od efektów specjalnych nawet w tak trywialnych ujęciach, jak podcinanie gardła, nie wspominając już o najkrwawszym zdjęciu odciętej głowy spoczywającej w sedesie, w zbryzganej krwią kabinie. Owszem, posoce przez jej różową barwę brakuje realizmu (zapewne przez niedostatki budżetowe), ale znacząco rekompensuje to nieznośne wręcz napięcie, emanujące z dosłownie każdej sekwencji poprzedzającej morderstwo, obezwładniająca aura zagrożenia i duszący, przybrudzony klimat. W takiej atmosferze ma miejsce śmiertelnie niebezpieczna rozgrywka pomiędzy długo nieświadomymi zagrożenia dziewczętami i tajemniczym mordercą, co w przypadkach celowo zabawnych sekwencji, acz nacechowanych swoistą histerią wprowadza przyjemny dla oka kontrast. Za przykład niech tutaj posłuży eskortowanie kontenera z ciałem Slater zakończone uderzeniem w radiowóz, albo swoisty ukłon w stronę zamierzenie absurdalnych prawideł slasherów w postaci dziewczyny, która choć ucieka przed podążającym za nią wolnym krokiem mordercą znajduje czas, aby wbiec do toalety, aby zwymiotować (jakby nie mogła zrobić tego w biegu, wszak sytuacja chyba usprawiedliwiała zabrudzenie podłogi…). W każdym razie po serii pełnych napięcia i dynamizmu, klimatycznych sekwencji wzbogacanych stopniowym odkrywaniem tajemnicy pani Slater przez Katey przychodzi pora na ostatnie znakomite sceny. Największą wirtuozerią twórcy wykazali się w trakcie narkotycznych widzeń final girl, w postaci widmowych, okaleczonych trupów pokazanych w seriach idealnie zmontowanych, migawkowych, złowieszczych w wymowie zdjęć. Chwilę wcześniej tajemnica budowana przez cały seans zostaje rozwiana i tutaj zważywszy na indywidualne zapatrywania widzów może albo głęboko rozczarować, albo rozbudzić jeszcze większą ciekawość. UWAGA SPOILER Jeśli przyjąć, że lekarz, który poddał Slater eksperymentalnemu zapłodnieniu się nie mylił to mamy typową historię o zdeformowanym psychopacie, mszczącym się za śmierć matki. Jeśli to najprostsze wyjaśnienie jest właściwe to wówczas twórcy lepiej by zrobili, gdyby zrezygnowali z prologu, bo przez to już dużo wcześniej podejrzewałam taki zwrot akcji. Z drugiej strony jednak twarz mordercy pozostaje dla nas zagadką. W finale widzimy jak otwiera oczy, ale nie zdejmuje maski, więc jeśli ktoś nie optuje za uproszczeniami, brzytwą Ockhama, to dzięki temu genialnemu w swojej prostocie i wymowie ujęciu może popuścić cugle wyobraźni i szukać winnego gdzie indziej KONIEC SPOILERA.

„Dom pani Slater” pomimo niejakich niedostatków w scenach mordów to zdecydowanie jeden z najlepszych slasherów, jakie w życiu obejrzałam. Prawdziwa perełka podgatunku, z którą każdy jego wielbiciel winien się zapoznać. Właśnie tak się powinno kręcić rąbanki i właśnie takie horrory powinny trafiać do nowych pokoleń miłośników kina grozy (a przynajmniej tych, którzy nie są z góry uprzedzeni do slasherów). „Dom pani Slater” zadaje kłam często forsowanej przez wielu widzów opinii, że slashery nie mają sobą nic do zaoferowania poza szybkim wykańczaniem ładnych panienek i golizną. Bo jak w tym filmie nie ma klimatu i jak jego fabuła nie przykuwa uwagi właściwie już od pierwszej sceny to ja już nie wiem, który horror może się pochwalić takimi zaletami.

4 komentarze:

  1. Nie wiem, czy już czasem tego nie oglądałam.. Coś mi się przypomina, ale nie dam sobie ręki odciąć, czy faktycznie to.

    Pozdrawiam,
    http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo ten, albo remake ("Ty będziesz następna") chociaż w nowej wersji dosyć dużo pozmieniali.
      Parę drobnych zbieżności z "Domem pani Slater" ma też "Śmiertelna przysięga" ("The Haunting of Sorority Row") z 2007 roku.

      Usuń
  2. w remake najlepszy jest tylko początek ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Blog bardzo pomocny, często nie wiem jakimi komentarzami się sugerować, a Ty ładnie wszystko objaśniasz :)

    OdpowiedzUsuń