Stronki na blogu

środa, 19 kwietnia 2017

Jorn Lier Horst „Kluczowy świadek”

Recenzja przedpremierowa

W jednym z domów w norweskim mieście Stavern zostają odnalezione zwłoki starszego mężczyzny. Policja szybko upewnia się, że należą one do mieszkającego tu Prebena Pramma. Przed śmiercią ofiarę rozebrano, związano i poddano torturom. Zabałaganione wnętrza mogą świadczyć o tym, że napastnik bądź napastnicy czegoś szukali. Przedmiotu mającego tak dużą wartość dla Pramma, że wolał umrzeć niż zdradzić, w którym miejscu go ukrył. Sprawę prowadzi komisarz William Wisting dowodzący Wydziałem Śledczym w Larvik. Z rozmów z sąsiadami Prebena Pramma wnosi, że był on samotnym rencistą hobbystycznie zajmującym się fotografowaniem ptaków i marzącym o związku z jakąś kobietą. Wydawałoby się więc, że ten toczący spokojny żywot, starszy mężczyzna nie mógł mieć żadnych wrogów, a przynajmniej nie takich, którzy pragnęliby jego śmierci. William Wisting wie jednak, że pozory mogą mylić. Wiele wskazuje na to, że odkrycie tajemnicy Prebena Pramma doprowadzi go do jego mordercy.

Po raz pierwszy wydany w 2004 roku „Kluczowy świadek” to debiutancka powieść norweskiego pisarza Jorna Liera Horsta i zarazem pierwsza część jego kryminalnej serii o komisarzu Williamie Wistingu. Inspirację autor czerpał z autentycznej sprawy morderstwa starszego mężczyzny, Ronalda Ramma, do którego doszło w 1995 roku między Larvikiem a Stavern. Sprawca do dzisiaj pozostaje nieznany. Jak dowiadujemy się z przedmowy do wydania polskiego omawianej powieści, Jorn Lier Horst był wówczas początkującym policjantem, a dom Ronalda Ramma był pierwszym oglądanym przez niego miejscem zbrodni. „Kluczowy świadek” nie jest wierną relacją z tamtej sprawy, Horst zapożyczył z niej tylko parę szczegółów, na tyle jednak charakterystycznych, żeby ludziom, którzy słyszeli o zabójstwie Ronalda Ramma nie pozostawić żadnych wątpliwości, co do faktycznej inspiracji autora.

Polscy czytelnicy dotychczas mieli sposobność zapoznać się z dalszymi dziejami fikcyjnego komisarza Williama Wistinga. Już niedługo będą mieli okazję sięgnąć po trzy pierwsze tomy opus magnum norweskiego pisarza Jorna Liera Horsta, ponieważ wydawnictwo Smak Słowa w tym roku nie zamierza poprzestawać na publikacji pierwszej odsłony serii – na 2017 rok zaplanowało wypuszczenie jeszcze drugiej i trzeciej części, co powinno uradować wiernych fanów twórczości Jorna Liera Horsta. Mam za to wątpliwości, czy dla osób dotychczas niezaznajomionych z cyklem o Williamie Wistingu dobrym wyborem będzie sięgnięcie w pierwszej kolejności po „Kluczowego świadka”, a przynajmniej dla tych, który przywykli do przedzierania się przez obfitujące w zdumiewające zwroty akcji, zawiłe sprawy skrupulatnie budowane przez niezliczonych współczesnych autorów kryminałów. Rzadko zwracam uwagę na okładki książek, ale polskie wydanie „Kluczowego świadka” już swoją stylową oprawą przyciągnęło mój wzrok. Myślę, że ze wszystkich grafik zdobiących przetłumaczone na język polski publikacje tomów wchodzących w skład poczytnej kryminalnej serii pióra Jorna Liera Horsta ta jest zdecydowanie najbardziej urokliwa. Okładka w połączeniu z informacją, że „Kluczowy świadek” jest pierwszą odsłoną losów Williama Wistinga dla co poniektórych czytelników może się okazać zachętą do rozpoczęcia przygody ze wspomnianym komisarzem właśnie od niej. Gdyby tak rzeczywiście było to nie zdziwiłabym się, gdyby chociaż część z nich spotkało rozczarowanie, ponieważ ze wszystkich dotychczas przeczytanych przeze mnie powieści Horsta ta na gruncie fabularnym cechuje się największą prostotą. A wiem, że nie każdy miłośnik współczesnych kryminałów ceni sobie takie uproszczone podejście do prezentowanych spraw. Z drugiej strony (mam nadzieję, że niemałe) grono wielbicieli starszych, klasycznych powieści kryminalnych nie powinno mieć większych trudności z zaakceptowaniem koncepcji Jorna Liera Horsta. Wątpię natomiast, żeby czytelnicy, którym nieobce są pozostałe wydane w Polsce powieści z cyklu o Williamie Wistingu, uznali to dziełko za najlepsze dokonanie owego norweskiego pisarza. A przynajmniej ja wolę bardziej złożone artystyczne oblicze Horsta. „Kluczowym świadkiem” dopiero rozpoczynał swoją przygodę z pisarstwem, dlatego też w ogóle nie dziwi mnie ostrożna konstrukcja fabularna – twarde trzymanie się ciasnych ram gatunku, łącznie ze sposobami pozyskiwania dowodów przez śledczych. Skłamałabym jednak mówiąc, że takie bardziej tradycyjne podejście do kryminału jest całkowicie pozbawione atrakcyjności. Uwidacznia się ona przede wszystkim w surowej atmosferze wzbogaconej pokaźną dawką melancholii, która chyba jeszcze silniej przywołuje skojarzenia z kryminałami retro, niż prosta konstrukcja fabularna. W uwypuklaniu podszytego smutkiem, ponurego klimatu bardzo pomocne były informacje o ofierze, starszym mężczyźnie Prebenie Prammie, kilka dni temu napadniętym we własnym domu. Jego nagie, związane ciało znalazł sąsiad, który niezwłocznie zawiadomił policję. W ten oto sposób komisarz William Wisting musi odłożyć w czasie swój urlop i przystąpić do poszukiwania sprawcy bądź sprawców owej odrażającej zbrodni. Szybko staje się dla niego jasne, że ofiara wiodła samotniczy żywot, który bardzo jej doskwierał. Ukojenia starszy mężczyzna szukał w fotografowaniu ptaków, przez jakiś czas będąc również członkiem klubu tanga, ale nieustannie marzył o poznaniu kobiety, u boku której mógłby spędzić resztę życia. Przygnębiająca egzystencja ofiary wyłaniająca się z zeznań świadków doskonale koegzystuje z surową atmosferą śledztwa – ponura aura podszyta pokaźną dawką tajemniczości uatrakcyjnia mozolne przedzieranie się śledczych przez napływające informacje, których swoją drogą, jak zauważa główny bohater powieści, w porównaniu do wielu innych prowadzonych przez niego spraw jest zaskakująco mało.

Jorn Lier Horst nie budował melancholijnej aury jedynie w oparciu o postać Prebena Pramma. Przemyślenia Williama Wistinga na temat jego własnego życia, tendencji do stawiania pracy przed rodziną i związane z tym wyrzuty sumienia, potęgują w miarę ponurą tonację „Kluczowego świadka”. Należy jednak zaznaczyć, że Jorn Lier Horst nie przesadza z rozważaniami natury egzystencjalnej, cały czas bacząc na to, aby suche szczegóły z toczącego się dochodzenia pozostawały na pierwszym planie. Podczas lektury „Kluczowego świadka” boleśnie odczułam brak córki Williama Wistinga, Line, która z czasem stanie się drugą z najważniejszych postaci zaludniających karty kryminalnej serii Horsta. W pierwszym tomie jej udział sprowadza się jedynie do kilku esemesów wysłanych do ojca, ale na brak pożądanych informacji o głównym bohaterze nie możemy narzekać. Prostolinijny komisarz, cechuje się nieczęsto spotykaną we współczesnych kryminałach pospolitością. Nie jest obdarzony zdolnością niemalże nadludzkiej dedukcji, czy imponującą tężyzną fizyczną, nie jest również cynicznym draniem, który nie widzi żadnej nadziei dla zdeprawowanej ludzkości. William Wisting jest zwyczajnym człowiekiem, typem osoby, którą moglibyśmy spotkać w prawdziwym życiu i do której zapewne z miejsca zapałalibyśmy sympatią. Jorn Lier Horst pisząc „Kluczowego świadka” wielką wagę przykładał do podkreślania tej pospolitej strony pracy w policji – pozbawionego efekciarskiego zacięcia, mozolnego, wyczerpującego pozyskiwania kolejnych poszlak, które powoli, w mało spektakularny sposób przybliżają śledczych do rozwiązania zagadki śmierci Prebena Pramma. Poszukiwacze dużej dozy realizmu powinni być więc niemalże w pełni zadowoleni – niemalże, bo jednak nie ostało się bez przynajmniej jednego rażąco naciągniętego zbiegu okoliczności (pierwsze spotkanie Wistinga z cudzoziemką poszukującą swojego chłopaka) i kilku mniej dobitnych tego rodzaju ułatwień, wykorzystywanych w celu skierowania śledczych na nowe tropy. Na miejscu autora wybrałabym również inne zakończenie. Autentyczna historia, którą inspirował się Jorn Lier Horst podczas pisania „Kluczowego świadka” do dzisiaj nie znalazła rozwiązania. Swoją opowieść autor zdecydował się jednak uwieńczyć sukcesem śledczych. Zresztą cała ta historia znacząco odbiega od sprawy morderstwa Ronalda Ramma z 1995 roku (jak już wspomniałam wcześniej norweski pisarz wykorzystał tylko parę charakterystycznych detali), co w ogóle mi nie przeszkadzało. Wolałabym tylko, żeby Horst na ostatnich stronach powieści uraczył mnie czymś zaskakującym, czymś czego w czytelny sposób nie zasygnalizował już dużo wcześniej, bo w takim kształcie finał „Kluczowego świadka” nijak mnie nie zadowala.

Pierwsza część literackiej serii o komisarzu Williamie Wistingu najprawdopodobniej nie sprosta wymaganiom czytelników znajdujących przyjemność w odkrywaniu tajników zawiłych, mocno skomplikowanych, pełnych mylących tropów policyjnych dochodzeń wymyślanych przez niezliczonych autorów współczesnych kryminałów. „Kluczowy świadek” pewnie wyda im się zbyt prosty, mało spektakularny i niezbyt zaskakujący, dlatego też wstrzymam się od rekomendowania tej pozycji nadmienionej grupie. Poszukiwacze bardziej klasycznego, konwencjonalnego podejścia do tej problematyki mają większą szansę odnaleźć się w tej propozycji Jorna Liera Horsta. Jeśli o mnie chodzi to wolę dalsze tomy wchodzące w skład tego cyklu, co wcale nie oznacza, że na tle całego gatunku „Kluczowy świadek” wypada niesatysfakcjonująco. Bo w ogólny rozrachunku nie mogę się skarżyć na zmarnotrawienie czasu przeznaczonego na lekturę tej powieści.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

4 komentarze:

  1. Mimo że Horst nie tworzy właśnie skomplikowanych i niesamowitych kryminałów, bardzo lubię jego książki. Ot, taka odskocznia od dnia codziennego. Przejechałam się tylko na "Gdy mrok zapada", książka była dla mnie kiepska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem w dalszych częściach lubił zamieszać (ale nie aż tak, żebym uznawała te powieści za najbardziej złożone ze wszystkich, które w życiu przeczytałam).
      Zawsze myślałam, że wszystkie serie najlepiej czytać od pierwszego tomu, ale myślę, że w przypadku cyklu o Williamie Wistingu najlepiej zacząć od bardziej zawiłych od "Kluczowego świadka" "Psów gończych" (chociaż z drugiej strony jak ktoś woli proste kryminały to chyba najlepiej zrobi, gdy najpierw sięgnie po "Kluczowego świadka"...). Ze wszystkich dotychczas przeczytanych przeze mnie tomów wchodzących w skład tej serii "Psy gończe" podobały mi się najbardziej.
      Co nie znaczy, że to drugie mniej skomplikowane oblicze twórczości Horsta w mojej ocenie jest całkowicie pozbawione uroku. Dobrze się czyta, więc dlaczego nie? ;)
      A "Gdy mrok zapada" jeszcze nie czytałam.

      Usuń
    2. Akurat Psów gończych nie czytałam, mam jeszcze do nadrobienia Poza sezonem i Jaskiniowca. Mnie znowu najbardziej podobały się Szumowiny, a zaraz obok Kluczowy świadek :)

      Usuń
    3. A u mnie na drugim miejscu jest "Ślepy trop";)

      Usuń