Stronki na blogu

czwartek, 13 kwietnia 2017

„To” (1990)

Rok 1960. W miasteczku Derry w stanie Maine coś zabija dzieci. Najczęściej ukazuje się pod postacią klauna Pennywise'a, ale jest w stanie przybierać również inne postacie zaczerpnięte z ludzkich lęków. Dorośli nie są w stanie ujrzeć tej istoty, dzieci nie mogą więc szukać u nich pomocy. Siedmioro z nich, sześciu chłopców i jedna dziewczyna, których połączyła wielka przyjaźń, postanawia zgładzić Pennywise'a. Gdy w końcu dochodzi do konfrontacji zyskują nam nim przewagę, ale nie są pewni, czy udało im się go unicestwić. Przysięgają więc że jeśli potwór wróci ponownie staną z nim do walki. Trzydzieści lat później jeden z nich, Mike Hanlon, jako jedyny wciąż mieszkający w Derry, znajduje dowód świadczący o powrocie Pennywise'a. Telefonuje do reszty, którzy aż do tej chwili nie pamiętali o koszmarnych wydarzaniach z dzieciństwa, jakby po opuszczeniu przez nich Derry jakaś siła ingerowała w ich wspomnienia. Hanlon przypomina im o obietnicy, którą złożyli przed laty. Wszystko bowiem wskazuje na to, że Pennywise wrócił i przypuścił atak na kolejne niewinne istoty. Ci którzy przed laty stawili mu czoło muszą więc ponownie zmierzyć się ze swoimi lękami, w nadziei, że nadal drzemie w nich potężna siła, która w dzieciństwie pomogła im w starciu z potworem.

Miniserial stworzony na potrzeby telewizji ABC zatytułowany „To” jest adaptacją jednej z najdłuższych powieści Stephena Kinga. Pierwotny plan zakładał przeniesienie na ekran wszystkich ważniejszych wątków książki i obsadzenie w roli reżysera George'a Romero. Ostatecznie projekt powierzono Tommy'emu Lee Wallace'owi, który wcześniej stworzył między innymi „Halloween 3: Sezon czarownic” i „Postrach nocy 2”. Nie poprzestał jednak na reżyserowaniu – razem z Lawrencem D. Cohenem pracował również nad scenariuszem, który ze względu na niezdecydowanie ABC obu nastręczył pewnych trudności. Cohen zdradził, że przedstawiciele ABC długo nie mogli się zdecydować na ostateczną długość filmu, a kiedy już to zrobili czas trwania miniserialu miał być krótszy niż wstępnie zakładano. Z czego Cohen nie był zadowolony, ponieważ musiał wyciąć ze scenariusza wiele wątków, które podczas lektury powieści wywarły na nim niemałe wrażenie. Ograniczony czas antenowy istotnie nieco spłaszczył fabułę „To”, przez co twórcy narazili się niektórym wielbicielom powieści, ale ogólny odbiór amerykańskiej opinii publicznej był całkiem dobry. Oglądalność podczas premierowych pokazów dwóch (trochę ponad) półtoragodzinnych odcinków była tak duża, że można chyba spokojnie mówić o wielkim sukcesie kanału ABC. Na 2017 rok zapowiedziano nową filmową wersję „To” w reżyserii Andresa Muschiettiego, wziąwszy jednak pod uwagę fakt, że ma to być produkcja kinowa nie można chyba oczekiwać, że będzie bardziej wierna literackiemu pierwowzorowi niż pierwsza telewizyjna adaptacja.

Na ogół nie przeszkadzają mi modyfikacje w scenariuszach filmów powstałych w oparciu o utwory literackie. Nie dyskredytuję z góry wszystkich adaptacji i nie gloryfikuję pomysłów na ekranizacje już na etapie zapowiedzi, ale w przypadku miniserialu Tommy'ego Lee Wallace'a pod tytułem „To” wolałabym większą zgodność z powieściowym oryginałem. Albo chociaż innego rodzaju ingerencję w fabułę pierwotnie opracowaną przez Stephena Kinga. Największą siłą powieści są retrospekcje, wprowadzające czytelnika w sentymentalny nastrój zmiksowany z potężną dawką grozy uosabianą przez morderczego klauna, Pennywise'a, który zagnieździł się w małym fikcyjnym miasteczku w stanie Maine. Twórcy miniserialu obdarowali widzów namiastką tej niezwykłej atmosfery, ale ograniczenia czasowe narzucone przez ABC nie pozwoliły im zbliżyć się do efektu osiągniętego przez Kinga na tyle, abym uznała ten proces za całkowicie udany. Problemu nie upatruję w dziecięcych kreacjach (Jonathan Brandis w roli Billa i Brandon Crane jako Ben zdołali nawet wprawić mnie w niemały zachwyt), ani w całościowym przebiegu ich koszmarnych przygód tylko w ich rozczarowującej długości. Scenarzyści musieli poprzestać na wielu uproszczeniach i to zarówno podczas partii rozgrywających się w 1960 roku, jak i tych mających miejsce trzydzieści lat później. Nie mogli pozwolić sobie na zachowanie wszystkich ważniejszych wątków znanych z powieści, ani nawet na popuszczenie wodzów wyobraźni, co mogłoby zaowocować wzbogaceniem tej historii o jakieś nowe spektakularne akcenty. Pozostało im więc sklejanie wątków, które w książce pojawiały się w większych odstępach czasowych, zrezygnowanie z wielu istotnych elementów (wydarzeń i postaci – tak na marginesie brak Żółwia najbardziej mnie uraził) i serwowanie tak zmodyfikowanych ustępów w kilku szybko następujących po sobie niedługich partiach. W przekroju dorosłego okresu życia czołowych bohaterów „To” ten zabieg jakoś szczególnie mi nie przeszkadzał. Owszem, byłabym bardziej zadowolona, gdyby tym ustępom poświęcono trochę więcej miejsca, ale jeśli miałabym wybierać to zdecydowanie wolałabym, aby to właśnie retrospekcjom kanał ABC dał więcej czasu antenowego. Tym bardziej, że sposób, w jaki Tommy Lee Wallace i jego ekipa podeszli do owych wątków tchnął takim zrozumieniem koncepcji Kinga, taką swoistą magią, że naprawdę chciałoby się patrzeć na to o wiele dłużej. Już samym klimatem spowijającym dwunastoletnich, niezmiernie sympatycznych protagonistów twórcy rozbudzili we mnie apetyt na więcej, który spotęgowali jeszcze widowiskowymi efektami specjalnymi. Dodatki cyfrowe pojawiały się z rzadka, uznano bowiem (i słusznie), że rekwizyty i charakteryzacje lepiej się sprawdzą. I nawet jeśli parę praktycznych efektów jawi się mocno kiczowato to jest to tego rodzaju kicz, na który mogę patrzeć bez odrobiny irytacji, wyłączając oczywiście charakteryzującego się zbytnią groteskowością animatronicznego pająka. Wprost znakomicie prezentowały się natomiast ustępy z udziałem krwi, czy to bryzgającej z odpływu umywalki podczas finalizacji jednej z najbardziej nastrojowych sekwencji rozgrywającej się w łazience dwunastoletniej Beverly Marsh, czy chlapiącej z eksplodujących balonów podrzucanych przez Pennywise'a. Twórcom miniserialu udało się również z niezwykłym wyczuciem klimatu przenieść na ekran spotkanie dorosłej Beverly ze starszą kobietą mieszkającą w jej niegdysiejszym lokum, której końcowa aparycja odznacza się wielką starannością w uwypuklaniu zapadającego w pamięć szkaradzieństwa. Udanych efektów specjalnych i sekwencji, które wprost promieniują mroczną, ciężkawą atmosferą zbliżającego się zagrożenia jest dużo więcej – filmowcy nie szczędzili widzom tych widowiskowych dodatków, starali się jednak nie zapominać o innych ważnych aspektach niniejszej opowieści. Ograniczenia antenowe nie pozwoliły jednak przedstawić ich w tak wyczerpujący sposób, jak uczynił to Stephen King na kartach swojego pokaźnego tomiszcza. Poczyniono wiele starań, aby w retrospekcjach niewielkie miasteczko Derry tchnęło pozorną sielanką, żeby w gorących promieniach słonecznych mieniło się żywymi barwami podkreślającymi dziecięcą beztroskę, co z godnym pochwały wyczuciem gatunku idealnie skontrastowano z dosadną złowieszczością uosabianą przez tajemniczego klauna. Właściwie ze wszystkich retrospekcyjnych kadrów, nawet tych bez udziału Pennywise'a, przebija jakaś groźba, nieustannie czające się zagrożenie, które dybie na życie jakże sympatycznych dwunastolatków. Nawet sceny nakręcone w pełnym świetle dziennym koncentrujące się na niewinnych dziecięcych zabawach tchną niewidocznym, acz doskonale wyczuwalnym zagęszczającym się mrokiem. W porównaniu do tego osiągnięcia Tommy'ego Lee Wallace'a wydarzenia mające miejsce trzydzieści lat później – w pierwszej połowie następujące naprzemiennie z retrospekcjami, w drugiej zaś dominujące nad nimi – prezentują się... bo ja wiem... płasko? Tak to chyba odpowiednie słowo, bo chociaż nie brakuje w nich umiejętnie dawkowanego napięcia, udanych efektów specjalnych (scenka przy stole z ciasteczkami kryjącymi w sobie różne ohydztwa jest wprost niesamowita) i oczywiście odpowiednio ciemnych ujęć intensyfikujących aurę niebezpieczeństwa to w porównaniu do idealnej kompilacji sentymentalnej beztroski z ponurą groźbą pokazanej w retrospekcjach atmosfera spowijająca dorosłych bohaterów „To” i oni sami wydają się nieco spłaszczeni. W powieści retrospekcje również wypadały dużo bardziej atrakcyjnie. Cóż, taka specyfika tej opowieści, a ściślej oszałamiająca magia dzieciństwa oddana w takim stylu, że dorosłość w zestawieniu z nią wręcz musiała usunąć się na dalszy plan. Niemniej zamiłowanie Kinga do szczegółów, do odmalowywania iście plastycznych obrazów obecne również w sekwencjach poświęconych dorosłym protagonistom sprawia, że telewizyjny pobieżny zarys tych partii i tak zostaje za nimi daleko w tyle.

Chociaż wydarzenia rozgrywające się w 1990 roku w zestawieniu z retrospekcjami wypadają o wiele mniej korzystnie to i tak najwięcej żalu (nie tyle do twórców, miniserialu „To”, co do telewizji ABC) mam o właśnie dawne dzieje protagonistów, których połączyła tak silna, że wręcz rozczulająca przyjaźń. Większa ilość retrospekcji moim zdaniem lepiej komponowałaby się z mniej atrakcyjnym spotkaniem po latach w rodzinnym Derry. Chociaż z drugiej strony pomocne mogłoby być również bardziej zrównoważone przeplatanie tych dwóch okresów czasowych. W pierwszej połowie dominują wszak retrospekcje, w drugiej natomiast pojawiają się w rzadkich kilkuminutowych wstawkach – o ile lepiej prezentowałoby się to, gdyby proces przeplatania wątków ze wspomnianych dwóch okresów życia protagonistów rozciągnąć na cały obraz, łącznie z zakończeniem, które notabene w porównaniu do książki jest mocno ugrzecznione, co wziąwszy pod uwagę fakt, że zrealizowano go dla telewizji w ogóle mnie nie dziwi. Gwoli sprawiedliwości efekt mógł jednak prezentować się dużo gorzej, gdyby tylko projekt powierzono mniej utalentowanej ekipie bądź reżyserowi, który nie byłby w stanie zsynchronizować się ze spojrzeniem Stephena Kinga na tę doskonale skonstruowaną opowieść. Tommy Lee Wallace to potrafił – nawet w sytuacji, która „nie pozwalała mu rozwinąć skrzydeł” w takim stopniu, jak uczynił to autor książki, udało mu się przywołać ducha powieści. W mniej porażającym, pobudzającym wyobraźnię stylu, ale i tak całkiem mocno odczuwalnego. Co więcej upiorna postać Pennywise'a w wykonaniu znakomitego Tima Curry'ego, niepokojący efekt starań uzdolnionych charakteryzatorów, po dziś dzień przez wielu wielbicieli horrorów jest uważana za jedną z najbarwniejszych sylwetek w historii kinematografii grozy. Kultowy czarny charakter, który ze wszystkich licznych superlatywów miniserialu Tommy'ego Lee Wallace'a bez wątpienia zasłużył sobie na najwyższe uznanie. Obok niepowtarzalnej kreacji Tima Curry'ego i zapadającej w pamięć charakteryzacji (która może przyprawić o zawał serca widzów borykających się z koulrofobią) na odnotowanie zasługuje również idealne wyczucie czasu, którym wykazali się twórcy podczas dosłownie każdej manifestacji Pennywise'a. Jego wymalowana facjata wypełnia ekran w najbardziej sprzyjających momentach, przy czym nie wygląda to tak, jakby filmowcy starali się podrywać widzów z fotela prymitywnymi jump scenkami, a przynajmniej nie podczas wszystkich takowych upiornych manifestacji. Z mojego punktu widzenia częściej porywali się na dużo trudniejszą sztukę powolnego zbliżania się zagrożenia pod postacią złośliwego klauna (uwielbiam moment z „ruchomą fotografią”), albo choćby krótkiego zasygnalizowania jakimś wiele mówiącym upiornym akcentem jego pojawienia się w następnym ujęciu (ryzykowny wybieg, ale zazwyczaj udawało się go właściwie przeprowadzić), dzięki czemu Pennywise o wiele silniej zakotwicza się w ludzkim umyśle. Dużym uznaniem opinii publicznej cieszy się również ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Richarda Bellisa (zdobywczyni nagrody Emmy), która rzeczywiście odegrała niemałą rolę w budowaniu atmosfery miniserialu, zwłaszcza pozornie sielankowych wstawek z dzieciństwa protagonistów, aczkolwiek w scenach szczytowej grozy charakterystyczne melodie również nie były bez znaczenia – znacznie intensyfikowały napięcie wzmagając złowrogą tonację burzliwej sfery wizualnej.

Miniserialu „To” nie muszę chyba polecać zagorzałym miłośnikom kina grozy, bo jak mniemam seans tego dokonania Tommy'ego Lee Wallace'a mają już za sobą. Jak mniemam w wielu przypadkach pewnie na jednym się nie skończyło. Całokształt może i nie budzi wielkiego zachwytu, bez wątpienia przegrywa w starciu z literackim pierwowzorem pióra Stephena Kinga, ale i tak ma w sobie to coś, co każe co jakiś czas do niego wracać. Zwłaszcza jeśli jest się fanem starszych horrorów przepełnionych swoistą magią, której tak bardzo brakuje we współczesnych produkcjach wpisujących się w ten gatunek. Idealny nie jest, to fakt, zwłaszcza jeśli zna się utwór, na podstawie którego powstał, ale kto powiedział, że jedynie idealne horrory mogą dostarczyć fanom gatunku wiele niezapomnianych wrażeń? W miniserialu „To” z mojego punktu widzenia pojawia się kilka potknięć, mniej lub bardziej istotnych, ale o dziwo to nie rzutuje zanadto na mój odbiór całości. Chociaż rzecz jasna nieporównanie bardziej wolę książkę, która swoją drogą najprawdopodobniej jest znana każdemu wielbicielowi literatury grozy... a przynajmniej ze słyszenia (w końcu już choćby jej gabaryty na niektórych mogą działać odstraszająco), więc i w tym przypadku wstrzymam się od rekomendacji tej pozycji tej konkretnej grupie czytelników. Zachęcam jednak zarówno do lektury, jak i do seansu wszystkich pozostałych tj. tych którzy nie mają nic przeciwko obcowaniu od czasu do czasu z jakimś ciekawym horrorem czy to w formie powieściowej, czy ekranowej.

2 komentarze:

  1. Nie cierpię clownów w horrorach, trzeba mieć chyba coś z głową, żeby się bać takiego szmaciarstwa. ,, It'' oczywiście widziałem dawno temu i zapamiętałem jako jedną z ekranizacji najlepiej chwytających klimat prozy Kinga ( tak w ogóle, nie tylko tej akurat powieści ). Tommy Lee Wallace na pewno zasługiwał na lepszą szansę i pozycję , niż etatowy scenarzysta i reżyser ,, dalszych ciągów'' . Niedoceniony w swoim czasie ,, Halloween III'' był świetny , to jedna z najlepszych części tego tasiemca .

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam, że przez wiele lat broniłam się przed obejrzeniem tego filmu. Raz, że bałam się klaunów przez serial "Czy boisz się ciemności", a dwa ktoś opowiedział mi o tym filmie i przeraził tak bardzo, że nie chciałam nawet o nim rozmawiać :D Zaległość nadrobiłam mając lat dwadzieścia parę i się zawiodłam. Film generalnie jest dobry (jedna z lepszych ekranizacji Kinga, a jak wiadomo cholernie trudno go zekranizować) to zakończenie było bez sensu i zwyczajnie głupie - zabiło cały strach - ale kiepskie zakończenia niestety też bywają typowe dla Kinga, więc i w filmie nie mogło tego zabraknąć...a jednak, mimo wszystko czekam na tę nową ekranizację i nawet wybiorę się na nią do kina ;)

    OdpowiedzUsuń