Stronki na blogu

wtorek, 28 listopada 2017

„Nails” (2017)

Trenerka Dana Milgrom zostaje potrącona przez samochód. Budzi się w szpitalu Hopewell, starej placówce, która ma duże braki budżetowe. Podłączenie do aparatu oddechowego za pomocą rurki wpuszczonej do jej gardła utrudnia Danie komunikację z otoczeniem, małżonek Steve zaopatruje ją więc w laptopa z programem głosowym. Kobieta szybko zaczyna odnosić wrażenie, że po zapadnięciu zmroku ktoś ją obserwuje, że w zajmowanym przez nią pokoju szpitalnym pojawia się jakaś istota zamierzająca ją skrzywdzić. Z obawy o swoje życie próbuje namówić Steve'a do wydostania jej z tej placówki, ale ubezpieczenie Dany nie pokryje kosztów pobytu w innym szpitalu. A powrót do domu, do męża i nastoletniej córki Gemmy, ze względu na stan jej zdrowia póki co jest wykluczony. Personel jest przekonany, że Dana doświadcza zwyczajnych napadów lęku, podczas których doznaje halucynacji. Steve również jest sceptycznie nastawiony do jej opowieści o nadnaturalnej istocie nachodzącej ją nocami, ale stara się być dla niej wsparciem. Jego pomoc jest jednak niewystarczająca. Dopóki Dana tkwi w szpitalu Hopewell nie może czuć się bezpiecznie.

Irlandzki horror „Nails” został wyreżyserowany przez debiutującego w tej roli Dennisa Bartoka, który ma na koncie scenariusze dwóch filmów krótkometrażowych i wszystkich segmentów antologii „Trapped Ashes” (reż. Sean S. Cunningham, Joe Dante, John Gaeta, Monte Hellman i Ken Russell). Bartok zauważył, że tym co odróżnia jego debiutancki obraz od większości horrorów jest położenie głównej bohaterki, stan uniemożliwiający jej ucieczkę, czyli zachowanie typowe (i całkowicie zrozumiałe) dla protagonistów produkcji wpisujących się w ten gatunek. Scenariusz Bartok spisał we współpracy z Tomem Abramsem, a rolę główną powierzył Shaunie Macdonald, fanom horrorów znanej przede wszystkim z „Zejścia” Neila Marshalla i jego sequela.

Dennis Bartok ma predyspozycje do zostania jednym z lepszych reżyserów współczesnych horrorów nastrojowych. Nie wiem, w którym kierunku potoczy się jego kariera, ale po tym, co pokazał mi w swoim debiutanckim dziele nie mam żadnych wątpliwości, że może się pochwalić wyczuciem tego gatunku, znajomością jego reguł i co najważniejsze wiedzą, jak z dobrym skutkiem przełożyć je na ekran. „Nails” nie pokazał mi niczego, co kazałoby mi sądzić, że Bartok dążył do nakręcenia czegoś przełomowego, do wręczenia światu dzieła, które zapisze się złotymi zgłoskami w historii kinematografii grozy i będzie źródłem inspiracji dla wielu innych reżyserów. Scenariusz Toma Abramsa i samego Dennisa Bartoka jest powrotem do korzeni (chociaż oczywiście, obecnie też od czasu do czasu kręci się takie filmy), do prostoty, która niekoniecznie sprosta wymaganiom pokolenia wyrosłego na XXI-wiecznych mainstreamowych horrorach. Opowieść o kobiecie przykutej do szpitalnego łóżka, która nocami musi mierzyć się z nadprzyrodzoną istotą, wychodzącą ze schowka znajdującego się w zajmowanym przez nią pokoju to nie jest coś, co można by posądzić (albo pochwalić) o wysoki stopień skomplikowania. Nawet szczegółowe informacje o tym przypadku podane w dalszych partiach scenariusza, geneza niezwykłych zjawisk zachodzących w szpitalu Hopewell nie gmatwa tej opowiastki. I na pewno nie jest to wątek, który wychodziłby poza ramy konwencjonalności. No, może poza pewną dziwną obsesją... Tym, co nieco odbiega od szablonu, jak zauważył sam Bartok, jest położenie głównej bohaterki. Niemożność wydostania się na własnych nogach z nawiedzonego szpitala, opuszczenia łóżka, które jest śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Oryginalnym tego motywu nazwać nie mogę, bo mam w pamięci choćby „Misery” Stephena Kinga, ale z pewnością nie jest to rozwiązanie często spotykane w nurcie ghost story. Osadzenie głównej bohaterki w akurat takiej, wielce niewygodnej pozycji nie jest zagraniem mocno wyświechtanym w horrorze, ale nie to jest jego największą siłą. Ten nieprzekombinowany, z gruntu prosty wybieg dopomógł twórcom w wywindowaniu poziomu zagrożenia. Dana Milgrom (bardzo dobra kreacja Shauny Macdonald) nie może, jak wielu innych bohaterów ghost stories, polegać na własnych nogach. Podjąć skutecznej próby obrony bądź ucieczki przed napastnikiem, poza wystrzeganiem się snu (jak zauważyło już kilku recenzentów nasuwa to skojarzenia z „Koszmarem z ulicy Wiązów”, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że „Nails” nie mówi o zabijaniu we śnie) i wzywaniem członków personelu ilekroć odwiedzi ją nieproszony gość. To tak jakby wokół kobiety kłębiły się jakieś jadowite stworzenia, a ona z jakiegoś powodu nie mogłaby ruszać nogami. Innymi słowy główna bohaterka „Nails” tkwi nieosłonięta i bezbronna w samym centrum koszmaru, w pomieszczeniu, w którym w każdej chwili może pojawić się wysoki jegomość nie z tego świata, żeby jednym ruchem pozbawić ją życia. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że twórcom omawianego filmu udało się stworzyć odpowiednio mroczną oprawę dla tej opowieści.

Nędzny wystrój szpitala Hopewell, w którym przebywa główna bohaterka „Nails”, Dana Milgrom, ma swój, jakże cenny, udział w budowaniu złowrogiej atmosfery. Obdrapane, brudne ściany i stare, psujące się sprzęty skąpane w mdłym świetle, które za dnia zdaje się nie obejmować jedynie pokoju pierwszoplanowej postaci. Tę część doby przykuta do łóżka kobieta spędza w jaskrawym świetle dziennym, które nie dociera do innych pokazywanych pomieszczeń, przy czym twórcom „Nails” nawet to mocne oświetlenie udało się okrasić niemałą posępnością. W nocy pokój Dany pogrąża się w ciemnościach, rozpraszanych przez oświetleniowców na tyle, żeby widz nie miał żadnych problemów z dojrzeniem szczegółów, ale nie aż tak, żeby tępić wrażenie napierającej zewsząd nielitościwej ciemności i pewności, że już za chwilę wychynie z niej nadnaturalna istota, która dla mnie jest przykładem umiejętnego wykorzystania współczesnej technologii w horrorze. Wysoki mężczyzna z upiorną twarzą został wygenerowany komputerowo, ale chociaż wolałabym, aby postawiono na makabryczną charakteryzację aktora to nie mogę powiedzieć, że czułam się porażona sztucznością, że manifestacje złego ducha odbijały się negatywnie na tej produkcji. Szacunkowy budżet „Nails” opiewał na pięć milionów euro, a w dzisiejszych czasach za mniejsze sumy można nakręcić tak przepełniony efektami komputerowymi film, że wygląda tak, jakby jego twórcami kierowała głównie chęć popisania się nowoczesną technologią, jakby opowiadanie jakiejś historii miało dla nich drugorzędne znacznie. Albo żadne... Dla Dennisa Bartoka ważniejsza jest natomiast sama opowieść i spowijający ją klimat. Zależy mu na przystępnym snuciu ciekawej, prostej opowieści i budowaniu mrocznej oprawy, która może się pochwalić delikatnym posmakiem retro – w zdjęciach widać trochę starodawności, co jest w równym stopniu spowodowane złym stanem szpitala, w którym przebywa główna bohaterka i przytłumioną kolorystyką obrazów. Manifestacje nadnaturalnego agresora są jedynie dodatkiem, formą skumulowania wcześniej tak skrupulatnie gromadzonego napięcia, do czego w następnej scenie twórcy ochoczo wracają. I w ten oto sposób cykl się powtarza. Bartok i jego ekipa samą sugestią (która do czasu wyjaśnienia całej zagadki współistnieje z sugestią halucynacji doznawanych przez Danę) obecności agresywnego ducha potrafią podkręcić atmosferę. Tworzenie silnego i ani na chwilę nieodstępującego od widza wrażenia istnienia przyczajonego zła wydaje się przychodzić im z dużą łatwością. Widać tutaj naturalność, a nie toporne zmaganie się z własnymi ograniczeniami. Montaż scen z udziałem tajemniczej istoty wychodzącej ze schowka w pokoju szpitalnym zajmowanym przez okaleczoną pacjentkę (za wyjątkiem wygenerowanego komputerowo zdania wykwitającego na jej brzuchu obrażenia są bardzo realistyczne) dodaje im dodatkowego dramatyzmu. Nawet niektóre jump scenki na mojej osobie odniosły zamierzony efekt – a najsilniej drgnęłam podczas końcówki filmiku oglądanego przez Danę na laptopie (bezbłędna charakteryzacja ducha i idealnie obliczona w czasie, gwałtowna kulminacja). Na plus odnotowuję też kobiecy głos wydobywający się z komputera Dany. Demoniczna zmysłowość – tak mogę opisać ten mechaniczny aparat mowy, którym wspomaga się główna bohaterka.

„Nails” to jak na razie najlepszy tegoroczny horror, jaki obejrzałam. Jestem świadoma tego, że nie ma szans zadowolić szerokiej grupy odbiorców. Pewnie nawet nie znajdzie się wielu w pełni usatysfakcjonowanych sympatyków współczesnego nastrojowego kina grozy, ale wydaje mi się, że osoby tęskniące za prostymi, klimatycznymi filmowymi horrorami tak popularnymi w XX wieku mają szansę rozsmakować się w propozycji Dennisa Bartoka. Poszukiwacze dynamicznych, plastikowych ghost stories pełnych różnorodnych efektów komputerowych muszą udać się pod inny adres. Tak samo osoby pragnące innowacji i fabularnych komplikacji. Bo niniejszy film na pewno nie był kręcony z myślą o tych odbiorcach współczesnych straszaków.

1 komentarz: