Stronki na blogu

czwartek, 14 grudnia 2017

„Mother!” (2017)

Duży dom stojący na trawiastym terenie otoczonym gęstym lasem. Mieszka w nim młoda kobieta z dużo starszym od siebie mężem. Podczas gdy ona zajmuje się prowadzeniem i remontem domu, on spędza długie godziny nad pustą kartką w oczekiwaniu na natchnienie. Jest poetą aktualnie borykającym się z niemocą twórczą, która daje się także we znaki jego małżonce. Kobieta czuje się zaniedbywana przez swojego partnera, którego bezskutecznie na wszystkie sposoby stara się zadowolić. Gdy w ich domu zjawia się nieznajomy, lekarz, któremu gospodarz oferuje dach nad głową, młoda kobieta zauważa dużą zmianę w zachowaniu swojego męża. Wstępuje w niego nowa energia. Dotychczas stroniący od ludzi mężczyzna staje się bardzo towarzyski. Długie rozmowy z nieznajomym zdają się dawać mu tak rozpaczliwie poszukiwane spełnienie, czego jego żona nie jest w stanie zrozumieć. Nazajutrz w ich domu pojawia się kolejna osoba, żona lekarza, której gospodarz także pozwala zostać tak długo jak zechce. W życie pani domu zaczyna wkradać się chaos. Kobieta w przeciwieństwie do męża jest coraz bardziej przerażona nieoczekiwanymi zmianami jakie w ich egzystencję wprowadza nowo poznana para.

Twórca między innymi „Pi”, „Requiem dla snu” i „Czarnego łabędzia”, Darren Aronofsky. wyznał, że scenariusz „Mother!” powstał w błyskawicznym tempie. Wcześniejsze pomysły przelewał na papier nawet latami, gdy tymczasem stworzenie pierwszego szkicu „Mother!” zajęło mu zaledwie pięć dni. Nominowany do między innymi Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie otrzymał od widowni owacje na stojąco, budzący pewne kontrowersje film „Mother!” został zainspirowany aktualnymi problemami świata, zawirowaniami i okrucieństwami, o których nieustannie informują nas media. Aronofsky stwierdził, że żyjemy w szalonym czasie i między innymi to chciał przekazać odbiorcom „Mother!”. Przestrzegł również przed dosłownym tłumaczeniem fabuły niniejszej produkcji, przed próbami przeniknięcia sennej otoczki w celu dotarcia do w pełni racjonalnych podstaw, bo według niego każdy taki wybieg zaowocuje kompletnym rozpadem logiki tego filmu.

Budżet „Mother!” oszacowano na trzydzieści do trzydziestu trzech milionów dolarów. Całkiem sporo, ale podejrzewam, że pokaźną część tej sumy zainkasowali odtwórcy najważniejszych ról: Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Michelle Pfeiffer i Ed Harris. Ta pierwsza w bardzo dobrym stylu wciela się w postać gospodyni domowej starającej się uszczęśliwić swojego męża (zadowalająca kreacja Javiera Bardema) zmagającego się z niemocą twórczą i w pojedynkę odremontować imponującą nieruchomość, w której oboje mieszkają. Widz jest zmuszony przyjąć jej perspektywę, to właśnie tej postaci będzie musiał przez cały czas towarzyszyć w przeświadczeniu, że nie dopuszcza się go do wszystkich jej przemyśleń, ani nawet ważnych szczegółów z jej wcześniejszego życia u boku dużo starszego męża. Wiemy, że w przeszłości dom poety spłonął, a jego żona w pojedynkę go odbudowała. Przed nią jeszcze dużo pracy, ale najgorsze ma już za sobą – zdążyła już przywrócić nieruchomości jej pierwotny wygląd, a to wszystko z miłości do mężczyzny jej życia. Mężczyzny, który owszem jest jej wdzięczny, ale zarówno ona jak i widz nie mają wątpliwości, że to mu nie wystarcza, że pragnie czegoś więcej. Czegoś, czego jak się wydaje jego żona nie może mu dać. Natchnienie, powrót do pisania przepięknych wierszy jak wszystko na to wskazuje jest owym brakującym składnikiem do pełni szczęścia. Do życiowego spełnienia, na którym ma się wrażenie, zależy mu bardziej niż na szczęściu kobiety, którą kocha. Egoista i ekscentryk? Tak to wygląda. Bezimienna kobieta samą siebie sprowadza do roli służącej swojego bezimiennego męża. Jej ukochany nie wymaga od niej takiego poświęcenia, nie prosi jej o stawianie się w takiej pozycji, ale wydaje się, że jego dobro dla gospodyni jest tak samo ważne, jak dla właściciela domu odzyskanie zdolności tworzenia poruszających wierszy. Kobieta pewnie myśli, że jego szczęście będzie jej szczęściem, że osiągnie spełnienie tylko wówczas, gdy jej mężowi będzie żyło się jak w bajce. A kiedy wreszcie widzi radość na twarzy swojego ukochanego sama zaczyna cierpieć, bo nie tak wyobrażała sobie egzystencję u boku spełnionego męża. Zamiast spokoju i harmonii dostała zamęt i nienormalność, zamiast osiągnąć spokój ducha spotkała się z lękiem, niepewnością, niezrozumieniem i z marginalizacją swojej osoby. Wcześniej mogło się to wydawać niemożliwe, ale okazuje się, że główna bohaterka „Mother!” mogła być jeszcze bardziej ignorowana przez otoczenie, że jej zdanie mogło stać się jeszcze mniej ważne, jej rola mogła ulec jeszcze większemu pomniejszeniu. Tak się bowiem stało niedługo po przekroczeniu progu ich domu przez nieznajomą bezimienną parę: lekarza (dobra robota Eda Harrisa) i jego rozrywkową żonę, w którą jak zwykle w piorunującym stylu wcieliła się Michelle Pfeiffer. Aktorka przyznała, że pierwsza lektura scenariusza „Mother!” pióra Darrena Aronofsky'ego nie przyniosła jej zrozumienia i opisała go słowem „ezoteryczny”. Jej zdanie nie mijało się z prawdą – Aronofsky zawiązuje i rozwija swoją opowieść w sposób niezwykle tajemniczy, kładąc przy tym nacisk na swego rodzaju mistycyzm. Wygląda to jakby położony z dala od cywilizacji, w iście malowniczej, zacisznej okolicy, duży dom głównych bohaterów był punktem, w którym przenikają się dwa światy: magiczny, wyśniony, wyobrażony i przez to nieodgadniony oraz ten rzeczywisty, w którym wszelkie prawa fizyki mają (jeszcze) zastosowanie. Ale przez cały czas nie można oprzeć się wrażeniu, że szala niebezpiecznie przechyla się w stronę nieznanego, że bohaterowie filmu zbliżają się do uniwersum, w którym, tak jak w snach, dosłownie wszystko może się wydarzyć.

„Czarny łabędź” natchnął mnie pewnością, że Darren Aronofsky ma predyspozycje do tworzenia nastrojowych horrorów. Wystarczyło mi kilka skrętów w stronę tej stylistyki, abym zapragnęła, żeby w przyszłości Aronofsky stworzył jakiś obraz wpisujący się w ten gatunek, żeby spróbował swoich sił w dziele silniej zakorzenionym w horrorze i w końcu się tego doczekałam. Wiem, że duża część odbiorców „Mother!” nie jest w stanie patrzeć na ten obraz jak na horror, bo podejście twórców znacznie odbiega od tego, do którego przyzwyczaili nas twórcy kina grozy. Zwłaszcza współczesnego mainstreamu, na podstawie którego niestety spora część opinii publicznej zwykła definiować ten gatunek. „Mother!” przez jakiś czas może przywodzić na myśl „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. W centrum tej opowieści tkwi bowiem młoda kobieta, która zdaje się być wypchnięta poza krąg wtajemniczonych, która nie wie tego, co jej mąż i dwójka jego nowych znajomych, ale nie mamy żadnych wątpliwości, że dla swojego własnego bezpieczeństwa powinna ze wszystkich sił dążyć do prawdy zachowując przy tym ciągłą czujność, ponieważ uderzenie może przyjść w każdym momencie i zostać wypuszczone przez dosłownie każdą osobę, która pojawia się w jej otoczeniu. Jednocześnie jednak, tak jak w „Dziecku Rosemary”, widz musi rozważyć drugą, równie prawdopodobną ewentualność. A mianowicie taką, że kuriozalność całej tej sytuacji wcale nie musi być zwiastunem zagrożenia dla życia głównej bohaterki, że atmosfera paranoi, która zaczyna spowijać dom głównych bohaterów mogła wykluć się jedynie w jej głowie, że udziela się nam szaleństwo gospodyni, która ostatni okres swojego życia spędziła w cieniu swojego męża. A może jej umysł w ten właśnie sposób zrywa kajdany, w których tkwił od dłuższego czasu, może chce wyrwać się na wolność, ku niezależności, która jest jedyną drogą do upragnionego katharsis? „Mother!” to film pełen symboli, ale naprawdę nie potrzeba doktoratu, żeby zrozumieć co autor chciał nam przekazać. Nie wyłuszcza wszystkiego wprost, ale interpretacja wcześniej czy później i tak narzuca się sama. Tropy, które Aronofsky powrzucał już w pierwszą mniej więcej połowę filmu co poniektórym widzom zapewne wystarczą do znalezienia punktu zaczepienia, do zakotwiczenia się w tej historii, a tym którym jeszcze wówczas to się nie uda scenarzysta pośpieszy z pomocą w końcowej partii produkcji. Niemniej nawet ci odbiorcy, którzy szybciej wejdą na właściwe tory najpewniej będą pełni wątpliwości, będą szukać również innych wyjaśnień tego dziwacznego stanu rzeczy, przede wszystkim dlatego, że reinterpretacja Aronofsky'ego, duże pomieszanie z poplątaniem, nie da im takiego komfortu, jakiego by chcieli. Takie podejście do tych konkretnych motywów odbiega od tego, do czego przywykła przynajmniej większość obywateli Stanów Zjednoczonych i Europy, dlatego nawet jeśli posiada się klucz do tej opowieści nieustannie poszukuje się znajomych rozwiązań, obszaru, w którym wszystkie części składowe fabuły zazębiają się w jednym jądrze – spójnym, całkowicie akceptowalnym, logicznym i przede wszystkim tak bardzo znanym. Darren Aronofsky radzi nie podchodzić od tej strony do „Mother!”, ale pokusa jest tak wielka, że potrzeba naprawdę sporo samozaparcia, żeby móc po prostu „płynąć z prądem”. Dać się porwać logice snu, odrzucić racjonalizm i w pełni zaakceptować inność tego obrazu, polegającą na posklejaniu znanych motywów w iście niestandardowy sposób i okrycia ich niepospolitym płaszczykiem. Większa część „Mother!” została poprowadzona wręcz bezbłędnie, z ogromną dbałością o mroczny, paranoiczny klimat (ze świadomym uciekaniem przed prymitywnymi jump scenkami), napięcie, intymność i zagadkowość skumulowane na mocno ograniczonej przestrzeni, czyli wewnątrz dużego domu usytuowanego na niewielkiej łące otoczonej gęstym lasem. I gdyby Darren Aronofsky i jego ekipa rozciągnęli tę jakże nastrojową narrację na cały ten obraz to prawdopodobnie okrzyknęłabym ten film istnym arcydziełem. Ale nadmierny dynamizm, trochę niepotrzebnego efekciarstwa i przede wszystkim rezygnacja z pozostawienia furtki do innych interpretacji, z rozpostarcia przed widzami gruntów zgoła odmiennego rodzaju, mocno mnie rozczarowały. Ten chaos i jednoznaczność w moich oczach nieprzyjemnie kontrastowały z poprzednią jakże intensywną estetyką, odzierały ten obraz z intymności, namiętności, zagadkowości i złowieszczości, bo twórcy, ze tak powiem za bardzo chcieli. Chcieli żeby było mocniej, szybciej, straszniej i być może bardziej kontrowersyjnie (m.in. kanibalizm, destrukcyjne zapędy ludzi) nie dając mi przy tym czasu na odpowiednie zsynchronizowanie się z akcją. Takie które pozwalałoby mi tak jak wcześniej przeżywać, a nie tylko przyglądać się wydarzeniom rozgrywającym się na ekranie.

Dobry film, ale do „Czarnego łabędzia” tego samego reżysera w mojej ocenie „Mother!” jeszcze sporo brakuje. Gdyby nie ta nieszczęsna ostatnia partia mogłoby być inaczej. Rzeczone przedsięwzięcie Darrena Aronofsky'ego w moim oczach wówczas mogłoby wypaść tak samo wspaniale, jak tak bardzo uwielbiany przeze mnie „Czarny łabędź” (ewentualnie zaledwie odrobinkę słabiej). Ten mankament nie przekreśla całego filmu, nie wywołuje we mnie potrzeby przestrzegania fanów klimatycznych obrazów, nastrojowych horrorów i takiż samych dramatów, przed seansem „Mother!”. A wręcz przeciwnie: polecam ten obraz, pomimo przeświadczenia, że naprawdę niewiele brakowało żeby było lepiej, żeby zamiast częściowej satysfakcji ogarnął mnie najczystszy zachwyt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz