Stronki na blogu

wtorek, 19 grudnia 2017

„Zbrodnie przyszłości” (1970)

Przyszłość. Adrian Tripod kiedyś być dyrektorem kliniki dla majętnych ludzi funkcjonującej pod nazwą Dom Skóry, w której zajmowano się problemami ze skórą wywołanymi przez pewne konkretne kosmetyki. Z czasem kontrolę nad ośrodkiem przejął jego mentor, dermatolog Antoine Rouge, który wykazywał niezdrowe zainteresowanie chorobą dziesiątkującą płeć żeńską. Po jakimś czasie mężczyzna zniknął, a klinika zaczęła chylić się ku upadkowi. Teraz na terenie ośrodka przebywa niewielu pacjentów, a personel został znacznie zredukowany. Adrian Tripod interesuje się jednym z pacjentów, mężczyzną, którego dopadła tak zwana choroba Rouge'a, objawiająca się między innymi wyciekiem dziwnej substancji z uszu zarażonego.

„Zbrodnie przyszłości” to jeden z wczesnych filmów Davida Cronenberga, nakręcony przed jego przygodą z horrorem, w czasach, w których jego nazwisko było znane co najwyżej garstce widzów. Wcześniej stworzył bowiem dwie krótkometrażówki i trwający trochę ponad godzinę obraz science fiction zatytułowany „Stereo”. „Zbrodnie przyszłości” zrealizowano w sposób podobny do „Stereo” i tak samo jak poprzedni projekt Cronenberga film trwa zaledwie nieco ponad sześćdziesiąt minut. Budżet omawianego filmu oszacowano na dwadzieścia tysięcy dolarów – ekstremalnie mało, ale dla porównania „Stereo” zostało ponoć nakręcone za okrągłe trzy i pół tysiąca dolarów.

Scenariusz „Zbrodni przyszłości” David Cronenberg napisał sam. Zdjęcia, montaż i produkcję także był zmuszony wziąć na siebie, ale w poszczególne role nie musiał się już wcielać, bo udało mu się skompletować obsadę złożoną z samych amatorów (niektórzy z nich, w tym odtwórca pierwszoplanowej postaci, Adriana Tripoda, wystąpili we wcześniejszym „Stereo” Cronenberga). „Zbrodnie przyszłości” to film bez dialogów, ale co jakiś czas pojawia się głos z offu należący do Adriana Tripoda. Jest on zarazem centralną postacią tej produkcji i narratorem. W tej drugiej roli wykłada widzom kontekst, bardzo pomocny w odnajdywaniu sensu tej opowieści, aczkolwiek jako że narrator nie wdaje się w szczegóły dojście do satysfakcjonującej interpretacji tego dziełka dla co poniektórych odbiorców może być mocno kłopotliwe. Przyznam, że nie wszystko było dla mnie w pełni zrozumiałe, niektóre szczegóły wymykały się mojemu pojmowaniu, nie potrafiłam ich odczytać, znaleźć dla nich miejsca w tej historii. Opowieści, której ogólny zarys chyba rozumiałam – chyba, bo „Zbrodnie przyszłości” to tego rodzaju produkcja, w której łatwo o nadinterpretację, o wybieganie daleko poza myśli scenarzysty. Akcję swojego obrazu science fiction z 1970 roku David Cronenberg umieścił w niedalekiej przyszłości, w świecie dotkniętym niedostatkiem kobiet w wieku rozrodczym. Do tego stanu rzeczy doprowadziła śmiertelna choroba, która na początku dotykała tylko przedstawicielki płci pięknej niedługo po wydaniu przez nich na świat dziecka. Potem zaraza rozprzestrzeniła się także na mężczyzn, przy czym tej grupy ludzi nie zaatakowała z porównywalną siłą. Efekt jest taki, że na Ziemi jest dużo więcej mężczyzn niż kobiet, a w niegdysiejszej klinice Dom Skóry, w której toczy się akcja „Zbrodni przyszłości” pań w wieku rozrodczym nie ma natomiast wcale. Od narratora i zarazem głównego bohatera filmu, Adriana Tripoda, dowiadujemy się, że jakiś czas temu jego mentor, dermatolog Antoine Rouge zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Wcześniej wykazywał niezdrowe zainteresowanie chorobą dziesiątkującą ludzkość, którą przynajmniej na terenie ośrodka nazywano chorobą Rouge'a. Nie wydaje mi się, żeby Cronenberg pozostawiał tutaj szerokie pole do domysłów. Zdradza niewiele, ale z tych skąpych danych można chyba bezpiecznie (bez ryzyka nadinterpretacji) wysnuć wniosek, że Antoine Rouge był klasycznym burzycielem, szalonym doktorkiem, który eksperymentował z tą dziwaczną zarazą, stwarzając tym samym ogromne zagrożenie dla rasy ludzkiej. Aż nazbyt wyraźnie wybrzmiewa tutaj echo przyszłego Cronenberga, tak dobrze znanego wielbicielom body horrorów, genialnego twórcy, który miał tak duży wkład w rozwój krwawego kina grozy. Właściwe to oglądając „Zbrodnie przyszłości” miałam nieodparte wrażenie, że ścieżka, którą David Cronenberg wkrótce podążył (jedna z kilku) była naturalnym przedłużeniem tego, co pokazał w omawianym obrazie. Widzimy tutaj bowiem swoistą wprawkę do horrorów, którymi Kanadyjczyk obdarował opinię publiczną trochę później, coś co po prostu musiało przybrać kształt, z którym ten człowiek jest bodaj przede wszystkim kojarzony. Szalony doktorek, dziwaczna zaraza, silne zainteresowanie cielesnością (ale jeszcze niegraniczące z obsesją, to zobaczymy dopiero w jego horrorach) i komentarze społeczne zawarte w podtekstach, które wypuszczają się na terytorium tzw. tematyki tabu. I to nie tylko w kwestii homoseksualizmu głównego bohatera, preferencji seksualnej, której Adrian Tripod nie potrafi zaakceptować, ale też nie umie stłumić w sobie pociągu do przedstawicieli tej samej płci. Męczy się więc w swoim własnym ciele, żywi do samego siebie głęboką pogardę, walczy z tak znienawidzonymi przez siebie uczuciami, choć jakaś cześć niego wie, że taka postawa jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej ja tak to interpretuję – co podkreślam z tego prostego powodu, że ta sfera scenariusza jest tak mętna, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby część widzów inaczej ją sobie tłumaczyła.

W mojej ocenie to klimat jest najlepszym składnikiem „Zbrodni przyszłości”, elementem, który najsilniej przykuwał moją uwagę – silniej niż fabuła, bo choć sam pomysł był nadzwyczaj interesujący to mocno mierził mnie szczątkowy wymiar tej opowieści. Brak dialogów, swoista pantomima dodatkowo utrudniała odbiór tego obrazu i bynajmniej nie przez swoją enigmatyczność. To nie przeszkadzało mi w takim stopniu, jak brak naturalności – mimika i gesty aktorów były albo denerwująco przesadne (jak z kiepskiego teatru), albo wręcz przeciwnie: nad wyraz oszczędne, żeby nie rzec drewniane. „Marmurowa twarz” głównego bohatera, w którego wcielił się Ronald Mlodzik, jego nieprzeniknione oblicze wydające się być kompletnie wyzute z emocji oddziaływały na mnie odpychająco. Tak samo zresztą jak drętwa dykcja Adriana Tripoda w roli narratora. Podejrzewam, że taki był zamiar Davida Cronenberga, że dążył do wytworzenia chłodnego dystansu do tej postaci, wolałabym jednak aby takie nastawienie nie brało się z przeświadczenia, że patrzę na osobę, która nijak nie odnajduje się w tym fachu. Kreacja Mlodzika cechowała się taką topornością, że aż za często prosiłam w myślach Davida Cronenberga, żeby na jakiś czas wypchnął go z planu i dał mi się nacieszyć klimatycznymi ujęciami zewnętrza i wnętrza surowego, klinicznego wręcz ogromnego budynku, w którym i wokół którego toczyła się akcja „Zbrodni przyszłości”. Wiedziałam, że Ronald Mlodzik nie był profesjonalnym aktorem tylko amatorem, wiedziałam, że nie miał doświadczenia w tym fachu (nie licząc „Stereo”) i że Cronenberg nie dysponował kwotą, która umożliwiłaby mu zatrudnienie bardziej obytego z kamerą i/lub utalentowanego aktora, ale ta świadomość wcale nie poprawiała mojego spojrzenia na efekt starań Mlodzika. Dużo więcej przyjemności dostarczało mi wgapianie się w zimne zdjęcia, tak typowe dla Davida Cronenberga. Tak, już wówczas Kanadyjczyk skłaniał się w stronę mrożącej surowości, atakował porażającym chłodem, z którego jednak nie potrafił jeszcze wydobyć tyle intymności, co w swoich późniejszych, śmielszych obrazach. Liczne przestoje, kamera skupiająca się na postaciach (albo postaci), które czy to są kompletnie nieruchome, czy nie robią absolutnie nic, na co chciałoby się patrzeć. Niemiłosierne przeciąganie tych wstawek, nieprzynoszące zadowalającego skutku starania o intensywny przekaz emocjonalny czasami doprowadzały mnie na sam skraj cierpliwości. I gdyby nie pozostałe mocno klimatyczne ujęcia, które nierzadko okraszano piorunującymi dźwiękami niezsynchronizowanymi z obrazem wprawiającymi w jakże oczekiwany przeze mnie dyskomfort, to najpewniej już podczas jednego z pierwszych przestojów dałabym za wygraną. Zrezygnowałabym z dalszego oglądania, tak nudne były dla mnie owe sekwencje.

Jeśli jest się fanem niskobudżetowych eksperymentalnych obrazów science fiction i oczywiście twórczości Davida Cronenberga to można chyba dać szansę tej pozycji, aczkolwiek nawet tym osobom nie ośmielę się gorąco polecać tego specyficznego tworu. Surowy klimat, w którym utrzymano tę produkcję może i kogoś porwie z przynajmniej taką siłą, z jaką porwał mnie. Ale scenariusz jest dużo bardziej problematyczny, bo choć sam pomysł może intrygować to sposób prowadzenia fabuły (brak dialogów, liczne niepotrzebne przestoje) i daleko idąca połowiczność w moim odczuciu mocno szkodzą tej produkcji. O ile lepiej mógłby prezentować się ten obraz, gdyby David Cronenberg nakręcił go w szczytowym okresie swojej kariery, za który osobiście uważam jego przygodę z horrorem. Gdyby to wówczas doszlifował scenariusz i przełożył go na ekran w ramach podgatunku, w którym jest niedoścignionym mistrzem. Nie żałuję, że obejrzałam ten film, że miałam okazję zapoznać się z kawałkiem wczesnej twórczości jednego z moich ulubionych reżyserów, ale też nie skaczę z radości z tego powodu. Ot, taka ciekawostka dla bardzo wąskiej grupy śmiałków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz