Stronki na blogu

czwartek, 26 lipca 2018

„Polowanie na czarownice” (2002)

Rok 1691, wioska Salem w kolonii Massachusetts. Jeden z członków rady wioski, Thomas Putnam traci stodołę w pożarze. Tej samej nocy jego żona Ann wydaje na świat martwe dziecko, a mężczyzna nabiera przekonania, że za te i inne nieszczęścia nawiedzające Salem winę ponosi sam Diabeł. Miejscowy pastor Samuel Parris także skłania się ku tej teorii, ale większa część prominentnych członków społeczności pozostaje sceptyczna. Ich nastawienie jednak już wkrótce się zmienia. Za sprawą grupy złożonej z małoletnich dziewcząt, z jedną z córek Putnama, Annie, na czele. Ataki, których doznają dorośli tłumaczą opętaniem, a gdy dziewczęta zaczynają oskarżać niektórych mieszkańców Salem o współpracowanie z Szatanem niemalże cała tutejsza społeczność daje im wiarę. Osoby posądzane przez nie o czarnoksięstwo są wtrącane do lochów, gdzie mają oczekiwać na procesy sądowe. Mają szansę ocalić albo przynajmniej przedłużyć swoje życie przyznając się do działalności na rzecz Diabła. Ale jeśli tego nie uczynią zostaną skazani na śmierć przez powieszenie.

Jedno z najsłynniejszych (jeśli nie najsłynniejsze) polowań na rzekome czarownice w historii świata. W 1692 i 1693 roku w Salem dwadzieścia osób zostało powieszonych, a pięć w tym dwoje niemowląt zmarło w więzieniu i to wszystko przez grupkę małoletnich dziewcząt, którym bogobojni purytanie, wówczas tworzący tamtejszą społeczność, bezgranicznie wierzyli. Ta wielokrotnie i pod różnymi kątami analizowana przez historyków sprawa inspirowała wielu artystów – filmowców, pisarzy, muzyków – a jednym z najbardziej znanych dzieł powstałych w oparciu o tę historię jest moim zdaniem doskonały obraz Nicholasa Hytnera z 1996 roku pt. „Czarownice z Salem”. Nieżyjący już reżyser, który za życia realizował się głównie w telewizji, Joseph Sargent (m.in. „Szczęki 4 – Zemsta” i „Koszmary” z 1983 roku) również podjął się zadania wyreżyserowania produkcji zainspirowanej niesławnymi wydarzeniami z Salem z XVII wieku mając do dyspozycji scenariusz Marii Nation. Jego „Polowanie na czarownice” weszło na małe ekrany w 2002 roku w dwóch częściach (każda z nich liczy sobie trochę ponad półtorej godziny) i najczęściej jest klasyfikowane jako dramat, ale według mnie porusza się także w ramach thrillera, miejscami nawet zahaczając o horror.

Wyróżniony dwiema nominacjami do Złotej Szpuli (za efekty i imitacje dźwiękowe oraz za montaż dźwięku w dialogach i technice ADR) długi film, czy jak kto woli miniserial Josepha Sargenta w mojej ocenie nie może się równać z „Czarownicami z Salem” Nicholasa Hytnera. Bo i ciężko byłoby doścignąć tamto dziełko, film z pamiętną kreacją Winony Ryder, w którym to osobiście żadnych minusów nie dostrzegam. Produkcję, którą oglądałam tyle razy, że już dawno straciłam rachubę. „Polowanie na czarownice” według mnie takim bezbłędnym obrazem nie jest, ale pocieszenie czerpię z faktu, że znalazłam w nim więcej superlatywów niźli negatywów. Na kartach scenariusza Marii Nation znalazło się zdecydowanie więcej szczegółów i prawdy historycznej na temat procesów tak zwanych czarownic z Salem i całej ich otoczki (obraz ówczesnej społeczności tego miejsca, nieszczęścia do jakich wówczas dochodziło, kontekst polityczny i religijny etc.) niż to miało miejsce w przypadku wzmiankowanych już „Czarownic z Salem”. Ale oglądając to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wielu wątkom brakuje wyrazistości. Taka mnogość szczegółów, która jednak nie rozciągała się na postacie tak dalece, jak bym tego chciała, sprawiała, że fabuła nierzadko ulegała zmętnieniu. W dodatku chwilami miałam wrażenie, że twórcy zatracili proporcje, że zanadto zagłębiają się w rzeczy mniej istotne, a momentami (tylko czasami) nazbyt powierzchownie traktują wątki najważniejsze. I, być może z pragnienia zachowania jak największego obiektywizmu, są zwyczajnie niekonsekwentni. Bo z jednej z strony dają widzom jasno do zrozumienia, że Annie Putnam (dobra kreacja Katie Boland), dziewczynka stojąca na czele grupki dziewcząt oskarżających innych o praktykowanie czarnoksięstwa, symuluje ataki, które to według większości dorosłych mieszkańców Salem są powodowane przez czarownice i czarowników, ale z drugiej strony widz cały czas ma w pamięci obrazy pokazane na początku „Polowania na czarownice”, które zostały ujęte z perspektywy tej oto dziewczynki. To że Annie Putnam oskarża o zmowę z Diabłem jedynie te osoby, które w jakiś sposób naraziły się jej samej albo jej rodzicom świadczy na korzyść tej pierwszej teorii (chyba że ktoś jest w stanie uwierzyć w tak duże zbiegi okoliczności), ale wizje, jakich doświadcza w kościele, niepotrzebnie (bo nie wypada to przekonująco) wspomagane komputerem widoki dręczących ją czarownic mogą wskazywać na to, że dziewczynka nie kłamie, że rzeczywiście demaskuje ludzi, których wzięły we władanie diabelskie moce. Albo ma halucynacje. W przypadku pozostałych członkiń tej niesławnej grupy, innych dziewcząt z Salem oskarżających swoich sąsiadów o zaprzedanie duszy Diabłu sprawa wydawała mi się dużo jaśniejsza. To znaczy tutaj nie miałam problemów z rozeznaniem się w spojrzeniu twórców filmu. A przynajmniej wydaje mi się (bo mogę się przecież mylić), że według filmowców pozostałe oskarżycielki padły ofiarami histerii, którą czasami na pewno symulowały (pierwsze spotkanie zastępcy gubernatora z dwiema córkami wielebnego Samuela Parrisa). Chociaż można też spokojnie założyć, że udawały przez cały czas, w przeciwieństwie do wielu innych mieszkańców Salem. I nie chodzi mi tutaj tylko o przypadek Ann Putnam (przyzwoicie wykreowanej przez Kirstie Alley), ale także o mniej gwałtowny, acz równie niepokojący przebieg szaleństwa ogarniającego tę purytańską społeczność (jest tutaj też jedna poganka, ale akurat jej ta błyskawicznie rozszerzająca się histeria nie ogarnie).

„Polowanie na czarownice” Josepha Sargenta cechuje się częstym skakaniem pomiędzy postaciami, zarówno pierwszo jak i drugoplanowymi. Najwięcej miejsca poświęcono jednak paru członkom od wielu lat konkurujących ze sobą rodzin Putnamów i Porterów oraz rodzinie Parrisów, złożonej z pastora, jego żony (bardzo wiarygodni Henry Czerny i Rebecca De Mornay) i dwóch małych córek, które to tak samo jak dwie córki Putnamów mają ataki rzekomo wywoływane przez czarownice i czarowników z Salem. Odnosiłam jednak wrażenie, że czas jaki dano tym postaciom nie przekładał się na jakość ich rysów psychologicznych i wzajemnych relacji. Innymi słowy, choć często mogłam ich oglądać to przez większość czasu miałam poczucie obcowania jedynie z zarysami tych postaci, z rozmazującymi się konturami, a nie pełnokrwistymi, żywymi osobami, które miałabym wrażenie, że bardzo dobrze znam. Później to się znacznie poprawiło, zwłaszcza w przypadku Ann Putnam, aczkolwiek nawet tutaj miałam pewien niedosyt, bo nawet wtedy twórcy nie zdecydowali się poddać dokładnej analizie jej relacji z Annie Putnam. Zaledwie liznęli ten temat, potraktowali te ich codzienne stosunki tak pobieżnie, że trudno było mi uwierzyć nawet w to, że łączą ich jakieś więzy krwi, nie wspominając już o wyłapaniu jakichś wyrazistszych emocji wynikających z ich kontaktów. A zważywszy na przeciwstawne miejsca w jakich stały, wziąwszy pod uwagę coraz większy sceptycyzm Ann odnośnie przerażających wydarzeń w Salem i coraz śmielej sobie poczynającą Annie, dbałość o akurat ten aspekt scenariusza była bardzo ważna. Nie mam żadnych wątpliwości, że omawiany film zyskałby na szerszym, dogłębniejszym omówieniu stosunków Ann i Annie, bo i nawet jeśli musiałoby to odbyć się kosztem odarcia tej drugiej z tej niezmiennie osnuwającej ją tajemnicy, jeśli twórcy musieliby w takim przypadku zrezygnować z tego enigmatycznego portretu rzeczonej dziewczynki to według mnie akurat tutaj zadziałałoby na plus. Bo w tym swoim mnożeniu pytań na temat Annie Putnam, w tej tajemniczości niezmiennie osnuwającej tę postać i w tym wrzucaniu różnych (fałszywych i prawdziwych) informacji, sugestii na temat jej osoby, tak się zapędzili, że mnie wydawali się zwyczajnie niekonsekwentni. Wyglądało mi to tak, jakby sami nie wiedzieli pod jakim kątem najlepiej rozpatrywać tę konkretną postać i tę swoją niewiedzę próbowali ukryć pod płaszczykiem większych ambicji, tj. wmówić odbiorcy, że choć mają swoje zdanie na ten temat to wolą pozostawić mu pole do własnej interpretacji oraz jakby zapominali o tym, co pokazali wcześniej (wstęp z halucynacjami gryzący się z późniejszym gwałtownym skrętem w inne wytłumaczenie). Ale za to wątki skupiające się na wielebnym Parrisie i jego rodzinie, jak to trafnie określa jeden z oskarżonych „parodiach procesów” sądowych, obrazy z obskurnych, zawilgoconych lochów wypełnianych ludźmi oskarżonymi o praktykowanie czarnoksięstwa, ich jakże raniące serce egzekucje, straszny los niemowląt przetrzymywanych w więzieniach oraz późniejsze dzieje Josepha Putnama i Lizzie Porter, małżeństwa zawartego wbrew rodzinie tego pierwszego (ten wątek początkowo jest strasznie mdły, ot romansidło a la „Romeo i Julia”, choć ze sprzeciwem tylko jednego rodu, ale z czasem sytuacja robi się naprawdę ciekawa) – wszystko to pozwalało mi utrzymać wzrok na ekranie. To oraz mroczna atmosfera, w jakiej utrzymano ten obraz, stroje z epoki, wywołujące poczucie izolacji miejsce akcji, silnie odczuwalne poczucie szaleństwa o podłożu religijnym, szybkiego zatracania się w fanatyzmie, coraz dalej posuwającej się łatwowierności (ciemnogród wita) i coraz większej chciwości, bo i o tym motywie zapominać nie należy. Skręty w stronę horroru w większości prezentowały się dosyć tandetnie (beznadziejne efekty komputerowe), ale jeden utrzymany w duchu tego gatunku incydent moim zdaniem twórcom „Polowania na czarownice” się udał – mowa o widmowej kobiecie, która pewnej nocy nawiedza (faktycznie bądź pozornie) Ann Putnam.

Czy polecać? No nie wiem. Każdego, kto jeszcze tego, według mnie, arcydzieła nie widział z całego serca zachęcam do seansu „Czarownic z Salem” Nicholasa Hytnera, obrazu, który tak jak omawiane tutaj „Polowanie na czarownice” Josepha Sargenta zainspirowała niesławna sprawa procesów i egzekucji ludzi posądzonych o działalność na rzecz Szatana w XVII wieku w jednej z wsi w kolonii Massachusetts. Natomiast tę oto produkcję, ten projekt Sargenta odważę się polecić osobom szczególnie zainteresowanym tą konkretną sprawą i to w dodatku takim, którzy czują, że będą potrafili przetrwać przeciąganie niektórych mniej istotnych wątków, czasami odbywające się ze szkodą dla tych ważniejszych wydarzeń, niekonsekwencje w scenariuszu (chociaż to akurat może być jedynie moje subiektywne odczucie) i niezbyt dogłębne charakterystyki postaci. Bo wydaje mi się, że jeśli ktoś naprawdę interesuje się polowaniem na rzekome czarownice, które odbyło się w Salem w XVII wieku to nawet dostrzegając te mankamenty powinien być z tego obrazu przynajmniej względnie zadowolony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz